Pałac w Lubostroniu

Tak zauważyłem, że jak tylko Piotr opisze jakąś angielską posiadłość szlachecką, jak chociażby Tredgar House, czy ostatnio opisywane Stourhead, to momentalnie pojawiają się wpisy w komentarzach o treści, jak chociażby takiej:  „Fajny dom, brakuje mi takich atrakcji u nas.”

Wychodząc więc naprzeciw oczekiwaniom dzisiaj udowodnię niedowiarkom, że też nie mamy się czego wstydzić, jeżeli chodzi o posiadłości szlacheckie. Co prawda jest ich mniej, a z racji dość burzliwej historii często budynki jak i wyposażenie ulegało zniszczeniu lub rozkradzeniu, ale to co pozostało i trafiło w dobre ręce, nie odbiega niczym od bogatych posiadłości angielskich. Dzisiaj zabieram Was zatem do Pałacu w Lubostroniu. Wybraliśmy się do Lubostronia już dosyć dawno temu, bo w połowie kwietnia, co zresztą można zauważyć po zdjęciach. Wiosna dopiero budziła się do życia, a my  nie chcąc zalegiwać przed telewizorem obrastając w tłuszcz, zdecydowaliśmy się na spalenie śniadania na spacerze, a skoro całkiem niedaleko Gąsawy w której przyszło nam świętować Wielkanoc znajduje się taka perełka, to żal było nie skorzystać. Sprawdziliśmy tylko czy w sobotę pałac był otwarty dla zwiedzających i wyruszyliśmy. Nie był to pierwszy raz, gdy odwiedzaliśmy to miejsce, ale chyba pierwszy raz udało nam się mieć ten obiekt tylko i wyłącznie dla siebie. Najprawdopodobniej chłód wystraszył potencjalnych turystów i nikt raczej w tym dniu nie myślał o zwiedzaniu. Zresztą lekko zdziwieni byli także opiekunowie obiektu, którzy musieli opuścić ciepłe pomieszczenia i specjalnie przybyć by otworzyć drzwi pałacu parze szaleńców z dwójką dzieci.   

Przybyły z kluczami Pan spojrzał na nas lekko spod byka, pokiwał głową i nic nie mówiąc wpuścił nas do budynku. Lecz zanim wejdziecie razem z nami do tej posiadłości, warto na chwilkę przystanąć i dowiedzieć się co nieco na temat jej historii. Kiedy hrabia Fryderyk Skórzewski po raz pierwszy odwiedził nadnotecką wieś Piłatowo, kupioną wcześniej przez jego ojca, to od razu zakochał się w tym terenach bez pamięci. Świadectwem tego była natychmiastowa zmiana nazwy tego miejsca na Lubostroń, czyli „lube ustronie” i to właśnie tutaj postanowił zbudować swoją posiadłość. Jako że hrabia w latach wcześniejszych zwiedził wiele Państw europejskich i niejedno w życiu widział, to zażyczył sobie by jego dom wyglądał podobnie do pałacu Villa Rotonda, zwanego także Villa Almerico Capra, który znajduje się do dzisiaj w Vicenzy (Wenecji Euganejskiej). Zadanie to powierzył znanemu architektowi Stanisławowi Zawadzkiemu, który jak możemy się przekonać na własne oczy z zadania wywiązał się wzorowo. Pałac przebywał w rękach Skórzewskich do roku 1939 i do tego czasu rozkwitał. Potem było niestety już tylko gorzej. Działania wojenne odcisnęły swoje piętno na budynkach, jednak najgorsze nastąpiło dopiero po „wyzwoleniu” tych ziem przez czerwonoarmistów. Zgodnie z tym co dane nam było usłyszeć od przewodnika, armia radziecka urządziła sobie w pałacu tymczasowe koszary. Jak można się domyślić, widok po odejściu żołnierzy był tragiczny.

Meble zniszczono i spalono. Co miało jakąś wartość zagrabiono. Natomiast Atlas trzymający kulę ziemską został potraktowany jako tarcza strzelnicza. Po zakończeniu wojny ówcześni włodarze, jak to z tego typu przybytkami bywało umieścili tutaj Państwowe Gospodarstwo Rolne. Niszczenie terenów postępowało i dopiero w latach 60 uwagę na to miejsce zwrócił dyrektor Filharmonii Pomorskiej, który po wielu staraniach zdołał namówić władze do przeprowadzenia remontu, by móc w pomieszczeniach organizować koncerty. Pomysł okazał się strzałem w przysłowiową dyszkę i to właśnie dzięki muzyce miejsce to odżyło. Zdecydowano się na przeprowadzenie remontu wszystkich budynków i doprowadzono do porządku tereny zielone otaczające pałac. Obecnie Pałac w Lubostroniu jest instytucją kultury, odbywają się tu cyklicznie imprezy min. koncerty, wernisaże i spektakle teatralne. Dodatkowo instytucja prowadzi restaurację i posiada miejsca noclegowe, więc jak ktoś chce poczuć historię tego miejsca na własnej skórze, to nie ma żadnego problemu.No dobra, już wystarczy tej historii bo jeszcze nie doczytacie do końca zanudzeni, wracamy więc do zwiedzania.

Po przekroczeniu progu tego przybytku podreptaliśmy za oprowadzającym, który po może niezbyt ciepłym powitaniu (co jest zrozumiałe, sam bym nie był zbyt szczęśliwy, gdybym musiał w święta oprowadzać szaleńców zamiast delektować się jajkiem lub białą kiełbasą), okazał się osobą na odpowiednim miejscu i było już tylko lepiej. Zwiedzanie zaczęliśmy od podstaw, czyli od fundamentów i piwnic. Tam dowiedzieliśmy się w jaki sposób przechowywano żywność oraz wino, a także odwiedziliśmy kaplicę pałacową, w której to już uśmiechnięty przewodnik opowiedział nam co nieco o herbie Skórzewskich. Mimo że w piwnicy panował chłód, jak na tego typu pomieszczenia przystało, dzieciaki zdołały się już troszkę rozgrzać i po woli do głosu zaczęła dochodzić ich  dzika natura, która na piętrze,  gdzie mieliśmy możliwość obejrzenia pomieszczeń mieszkalnych jak i łazienki z wanną, w której kąpieli zażywała Hrabina Skórzewska, zawładnęła nimi całkowicie. Skutkowało to tym,  że znowu zamiast podziwiać i słuchać w skupieniu tego, co miał do przekazania nam przewodnik, biegaliśmy głównie za Gosią, by meble z epoki pozostały w stanie takim, w jakim je zastaliśmy.

I wtedy usłyszeliśmy z ust oprowadzającego, chyba po raz pierwszy w historii naszych wycieczek, takie oto zdanie – Panie, co Pan je tak goni, przecież to dzieci są to biegać muszą. I niech sobie dotykają i  siedzą gdzie chcą, krzesła do tego przecież służą, żeby na nich siedzieć. Nic przecież tutaj się nie zepsuje. Tak lekko uspokojony odpuściłem gonitwę i powróciłem do tego co lubię najbardziej, czyli przyglądania się detalom. W szczególności naszą uwagę przykuła sala rotundowa, która uwierzcie mi robi niesamowite wrażenie. To trzykondygnacyjne pomieszczenie, udekorowane płaskorzeźbami ilustrującymi – Bitwę pod Koronowem, Bitwę pod Płowcami, królową Jadwigę przyjmującą wielkiego mistrza krzyżackiego Urlicha von Jungingena, oraz Fryderyka Wielkiego i hrabinę Skórzewską, z zawieszonym po środku pięknym żyrandolem, jest po prostu epickie (tak wiem, dziwne słowo, ale akurat w tym miejscu nic innego nie przychodziło mi do głowy, co lepiej by opisało to co zobaczyliśmy). Jako ciekawostkę dodam i jest to informacja z pierwszej ręki, że całkiem niedawno można było spojrzeć na salę rotundową z balkoników umieszczonych na piętrze. Niestety dzisiaj już takiej możliwości nie ma, a powodem tego była dość nieostrożna Pani, pod naporem której nie wytrzymały balustrady, co doprowadziło do jej upadku piętro niżej i decyzji o zamknięciu balkoników dla zwiedzających.Po zobaczeniu wszystkiego, co było możliwe do zobaczenia i pożegnaniu miłego Pana przewodnika, którego serdecznie pozdrawiamy, pospacerowaliśmy jeszcze po pięknym parku i udaliśmy się z powrotem do domu, gdzie już czekała świąteczna wyżerka.Na pewno Was nie zdziwię  jak powiem, że udało się odnaleźć legendę związaną z pałacem.

Tak więc usiądźcie wygodnie i czytajcie. Pewnego zimowego wieczoru, a dokładnie 14.02.1843, sale Pałacu w Lubostroniu wypełniły się radosną muzyką, w rytm której zebrani goście tańczyli, świętując zaślubiny syna hrabiego Fryderyka,  Arnolda i jego młodziutkiej żony Melanii. Można wręcz rzec, bardzo młodziutkiej, gdyż ta stojąc na ślubnym kobiercu ukończyła dopiero 13 lat. O dziwo wiek panny młodej nie był głównym powodem plotek, którymi żyła cała okolica. Tym powodem nie był także wiek Arnolda, który w momencie ślubu liczył sobie 36 lat.  Powodem nieprzychylnych słów kierowanych pod adresem Skórzewskich był fakt, że Melania była bardzo bliską kuzynką Arnolda.  Owocem tego nienormalnego związku był Leon, który miał to szczęście, że w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, które na świat przychodziło martwe – przeżył.  Niestety chęć życia okupił wieloma wadami genetycznymi, które zdeformowały  jego ciało. Leon nie dość, że urodził się z garbem, to na dodatek posiadał bardzo długie kończyny.  Można śmiało powiedzieć, że okazem piękna to raczej on nie był.  Młody panicz dorastał i nadszedł w końcu czas, gdy do głosu zaczęły dochodzić gotujące się w młodym ciele hormony. Gdy w wieku 17 lat jego ojciec zmarł, matka zaczęła rozpieszczać go jeszcze bardziej, pozwalając mu na wszystko. Ten skorzystał z tego dobrodziejstwa i zaczął romansować ze służkami, które nie śmiały odmówić młodemu dziedzicowi. By jeszcze sprawniej zachodzić nocami do dziewczyn, nakazał wybudować tunel który połączył pałac z  oficyną, którą zamieszkiwały. Mimo, że rodzina Skórzewskich gorszyła się na myśl, że szlachcic spoufala się ze służbą, to jego matka usprawiedliwiała swojego syna tym, że przecież jemu także coś od życia się należy.

Pewnego jesiennego dnia Skórzewscy zorganizowali tradycyjne polowanie, na które sproszono wielu znakomitych gości. Było ich tak wielu, że służba nie nadążała ze spełnianiem wszystkich zachcianek uczestników imprezy. W związku z tym zdecydowano się sprowadzić z pobliskiego Łabiszyna córkę nauczyciela, która posiadała nie mały talent organizacyjny. Marianna, bo tak było jej na imię, faktycznie okazała się doskonałym nadzorcą i po udanym polowaniu Skórzewscy zaproponowali jej posadę ochmistrzyni, którą z wielką przyjemnością przyjęła. Młoda, piękna ochmistrzyni doskonale wywiązywała się ze swoich codziennych obowiązków, co bardzo cieszyło Melanię. Zadowolenie trwało do momentu, gdy spostrzegła, że jej syn Leon zaczyna spędzać z nią coraz więcej czasu.  Okazało się, że Leon zakochał się w młodej nadzorczyni i o dziwo, miłość ta została odwzajemniona. Chcąc ukrócić ten gorszący mezalians, hrabina zaczęła sączyć jad do ucha młodego szlachcica

– Słuchaj synu, Marianna po raz kolejny nie dopilnowała swoich obowiązków.

Czy

– Synu, zaginęły mi złote kolczyki, wydaje mi się, że to nasza ochmistrzyni je zabrała.

Jednak Leon zakochany po uszy, nie dawał wiary słowom swojej matki i dalej spotykał się z wybranką swojego serca. Codzienne schadzki  zaowocowały w końcu tym, że dziewczyna zaszła w ciążę. Leon bardzo się z tego powodu ucieszył, a młoda dziewczyna udała się do jego matki, by poinformować ją o tym fakcie, sądząc, że ta się niezmiernie z tego powodu ucieszy. Stało się jednak inaczej. Hrabina wpadła w furię i nakazała natychmiast odejść Mariannie z posiadłości. Przestraszona dziewczyna postanowiła uciec do oficyny. Jako, że na zewnątrz szalała burza, weszła do wybudowanego przez Leona tunelu i oświetlając sobie drogę kagankiem powędrowała do swojego pokoju.

Trzeba tutaj nadmienić, że w środkowej części podziemi zaprojektowano pomieszczenie z szybem wentylacyjnym, w którym to umiejscowiono ławeczkę. To właśnie tam dziewczyna postanowiła usiąść i odpocząć chwilę oraz zebrać myśli. Nagle usłyszała trzask i z przerażeniem spostrzegła, że masywne dębowe drzwi zatrzasnęły się na skutek przeciągu. Próbowała je otworzyć, ale nic z tego. Pułapka w jakiej się znalazła nie zamierzała jej wypuścić.   Na nic zdały się krzyki i nawoływania, potężna wichura tłumiła jej błagania o pomoc. Co gorsza rzęsisty deszcz zaczął zalewać wentylację tunelu odcinając całkowicie dopływ świeżego powietrza. Kilka godzin późnij Marianna osunęła się bezwładnie z ławeczki i już nigdy więcej nie otworzyła oczu. 

– Matko? Nie widziałaś może Marianny? Mówiła, że przyjdzie do Ciebie by oznajmić Ci radosną nowinę – zapytał Leon. Matka spojrzała na niego wymownie i odpowiedziała.

– Tak, była tutaj u mnie. Jednak nie rozumiem dlaczego zbrzuchacenie służki ma być dobrą nowiną. Nakazałam jej opuścić posiadłość. Z tego co zauważyłam udała się podziemiami do oficyny. Mam nadzieję, że już jej więcej nie zobaczę.

Wypowiadając te słowa Melania pomyliła się, gdyż jeszcze raz zobaczyła Mariannę. Było to kolejnego dnia, gdy Leon odnalazł zimne ciało swojej ukochanej. Serce pękło szlachcicowi. Matka żałowała strasznie swoich słów, które wypowiedziała dzień wcześniej. Zrozumiała, że postąpiła niesłusznie, lecz nic nie zdoła cofnąć czasu. Jedynie co można było zrobić, by zagłuszyć swoje sumienie, to wyprawić pogrzeb takiego jakiego jeszcze okolica nie widziała. Leon umarł samotnie w roku 1903. Od tego czasu w deszczowe noce można spotkać ducha Leona Skórzewskiego, który błąka się po posiadłości w poszukiwaniu straconej ukochanej.

Galeria fotografii

 

12 myśli nt. „Pałac w Lubostroniu

  1. To prawda strasznie poniszczono nasze zabytki, poniszczono i okradziono. Dlatego dziwię się, że państwo nie dba o to co zostało.

    • Naprawdę nie jest tak tragicznie jak by mogło się wydawać. Co prawda wiele zabytków utracono już bezpowrotnie, jednak idzie zauważyć, że w końcu zaczynamy doceniać to co zostało. Powstanie jeszcze kilka artykułów pokazujących właśnie takie perełki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *