Muzeum Wsi Kieleckiej – Tokarnia

Hej. Nie wiem jak Wam, ale mi niestety urlop się skończył (smutek, żal i rozpacz) i czas powrócić do rzeczywistości.  Jedyne co pozostało, to zebrać wszystkie zdjęcia do kupy, wybrać najlepsze i opisać wszystko co widzieliśmy w możliwie jak najciekawszy sposób. Czy mi się uda, to już ocenicie sami.

Część pewnie już wie, że celem naszej ostatniej wyprawy było województwo świętokrzyskie i to właśnie o tych terenach będziecie „zmuszeni” czytać przez najbliższe tygodnie, ale myślę że warto poświęcić nam te kilka minut, bo naprawdę tereny zacne. Przejechane ponad 1700 kilometrów naszym srebrnym przygodo-wozem zaowocowało zebraniem materiałów na artykuły z kilku bardzo ciekawych miejsc. Odwiedziliśmy kilka zamczysk, troszkę podziemi, rezerwaty oraz kilka muzeów. I to właśnie do jednego z tych miejsc dzisiaj ze mną powędrujecie. By już nie przedłużać zabieram Was do Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni.

Trafiliśmy tam, można powiedzieć, przypadkiem. Wiedzieliśmy, że takie miejsce istnieje, jednak traktowaliśmy je jako miejsce rezerwowe.  Tak się jednak złożyło, że w dniu kiedy odwiedziliśmy zamek królewski w Chęcinach i pobliską Jaskinię Raj, pozostało nam jeszcze sporo czasu do zmierzchu, a że szkoda siedzieć na urlopie przed telewizorem, to szybka decyzja i już staliśmy na parkingu w Tokarni. Jeszcze wychodząc z samochodu nie byłem do końca przekonany czy to jest dobry pomysł, bo przecież mamy pod nosem Muzeum we Wdzydzach Kiszewkich w których byliśmy już nie raz, o czym  mogliście wcześniej przeczytać tutaj. Nie lubię zwiedzać ciągle tego samego, ale po przekroczeniu bramy wejściowej od razu zmieniłem zdanie.

Już na pierwszy rzut oka było tutaj jakoś inaczej niż we Wdzydzach. Coś białe te domki jakieś, troszeczkę inne z wyglądu, no i zielono jakoś wszędzie. Zadbane ogródki przydomowe w których posadzono warzywa, a obok kwitnące piękne kwiaty. Tam jakieś łany zboża dojrzewające w słońcu, a  gdzieś w oddali słychać muczenie krowy.  Można było pomyśleć, że trafiliśmy na wioskę, której mieszkańcy z powodu panującego upału udali się do pobliskiego strumyka, pozostawiając swoje domostwa szeroko otwarte dla zwiedzających. Dzieciaki od razu wczuły się w klimat i niczym nieskrępowane ruszyły galopem na podbój skansenu. Jednak zanim pobiegniemy ich szukać, zatrzymajmy się na moment i zobaczmy o co w ogóle z tym muzeum chodzi.

Muzeum Wsi Kieleckiej powołano do życia w roku 1976 i w jego skład wchodzi kilka oddziałów. Do najważniejszych z nich należy właśnie Park Etnograficzny w Tokarni, które swoje miejsce odnalazł  przy drodze krajowej numer 7 z Kielc do Krakowa, więc jak się domyślacie dojazd do niego jest bardzo prosty i szybki.  Już od początku istnienia głównym zadaniem tej jednostki było zachowanie zabytków budownictwa wiejskiego i małomiasteczkowego Kielecczyzny oraz prezentowanie ich w otoczeniu zbliżonym do pierwotnego i w naturalnych zespołach fragmentów wsi. By odwzorować w jak najlepszym stopniu wieś kielecką,  na teren muzeum przeznaczono aż 65 hektarów położonych w zróżnicowanym terenie, malowniczego zakola Czarnej Nidy. Już od samego początku plan zabudowy parku przewidywał gromadzenie i eksponowanie zabytków w kilku zwartych sektorach. I tak dzisiaj możemy wyróżnić subregiony: Gór Świętokrzyskich, Wyżyny Sandomierskiej, Niecki Nidziańskiej i Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Jak by tego było mało zdecydowano się, zgodnie z naukowymi ustaleniami, na odtworzenie istotnych elementów dawnego środowiska przyrodniczego, jak przydomowe ogródki czy pola uprawne, co jak już wcześniej pisałem sprawia wrażenie naturalnej swojskości.

Do najcenniejszych zabytków drewnianych należą między innymi : barokowy kościół z Rogowa (1763 r.), modrzewiowy Dwór z Suchedniowa (XIX w.) – o którym można by było napisać osobny artykuł, czy Organistówkę z Bielin z z poł. XIX w., w której zaaranżowano wnętrze dawnej apteki. Wśród ciekawych ekspozycji znalazł się także zakład prowincjonalnego fotografa w chałupie z Wąchocka, rozbudowaną aranżację sklepiku małomiasteczkowego z lat 30. XX w., wnętrze domu z Ćmielowa, czy chałupę z Szydłowa (1705 r.), zamieszkiwaną przez rodzinę żydowskiego krawca i wiele, wiele więcej.

Wystarczy jednak tych suchych faktów, bo jeszcze pośniecie przy monitorach, co w przypadku robiących sobie krótką przerwę od pracy zapewne nie jest mile widziane przez szefostwo i kontynuujmy nasze zwiedzanie. A do zwiedzania sporo, a nawet jeszcze więcej. Rzadko się zdarza, że będąc w jakimś ciekawym miejscu wyczekuję z utęsknieniem końca trasy, jednak poranna marszruta po zamku w Chęcinach i jaskini Raj wyczerpała nam troszkę akumulatory i po przejściu 1/3 całości skansenu powoli mieliśmy  dość, a tu jak na złość końca nie było widać. Pogoda także nie chciała współgrać, bo szaleńcza temperatura 35 stopni powodowała osłabianie organizmu z każdym krokiem. Na nasze szczęście, jak już wcześniej wspominałem, muzeum tonie w zieleni i często mieliśmy  możliwość poruszania się w cieniu ogromnych drzew i mniejszych krzaków, a i nawet koryto z zimną wodą się znalazło co pozwoliło  kark ochłodzić, więc w ostatecznym rozrachunku jakoś dawaliśmy radę. O dziwo, nasze szczuny nie czuły zmęczenia i jak te króliki Duracella, pędziły ciągle z przodu (Kto mi wytłumaczy jak to z tymi dziećmi jest, że one zawsze mają energię? Jest ktoś, kto posiada taką tajemną wiedzę i zechce się nią z nami podzielić? Może jakiś ekstrakt uda się wyciągnąć i na tej bazie wyprodukujemy substancję wspomagającą,  dzięki której zbijemy grube miliony złotych?). Tak więc, chcąc nie chcąc trzeba było za nimi nadganiać, by muzeum pozostało jeszcze w stanie takim w jakim je zastaliśmy. I tak sobie biegała wesoła gromadka od chałupy do chałupy, od wiatraka do wiatraka, od zagrody do zagrody. Od czasu do czasu przystając, by porobić fotki, popatrzeć jak żyli dawniej ludziska z tych terenów, czy też zobaczyć warsztaty ówczesnych rzemieślników, aptekarzy, fotografów czy pszczelarzy.

Jak by tego było jeszcze mało, to oprócz tych wszystkich zabytkowych budowli zarządcy muzeum postanowili nas uraczyć niemałą kolekcją powozów znajdującą się w Stodole Dworskiej z Radkowic, oraz wystawami czasowymi umieszczonymi w dawnym spichlerzu dworskim ze Złotej, gdzie jak by tylko sił starczyło, można było się zatracić na kolejne długie godziny.   

Podsumowując. Troszkę żałuję, że potraktowaliśmy to muzeum jako rezerwowe, bo okazało się że było to chyba najlepsze z odwiedzonych przez nas miejsc i z chęcią spędził bym tam kilka godzin więcej. Jak zdążyliście zauważyć nasz  plan troszkę zawiódł, bo mogliśmy spokojnie przedreptać tam cały dzień, a i tak pewnie wszystkiego byśmy nie zdołali zobaczyć. Dlatego też jak już tam będziecie się wybierać, to nie powielajcie naszego błędu i od razu rezerwujcie sobie czas na całą jednodniową wycieczkę, a  gwarantuję że na pewno  się nie zawiedziecie.

Jest to miejsce które Nasze Szlaki zdecydowanie polecają!!!

Skoro już jesteśmy w świętokrzyskim, a wiadomo że tereny te słyną z diabłów, czarownic i rozbójników to, aż żal było by nie skorzystać z takich historii i chociaż jednej nie wysłuchać. Siadajcie więc wygodnie i wczytajcie się w opowieść o zbóju Kaku.

Z dawien, dawna okolicami rządziły dzikie bandy rozbójników. Jednak największym z nich był niejaki zbój Kak. Potężny to był mężczyzna. Powiadają, że sam był w stanie przenosić pełne wozy kupieckie do swojej kryjówki, a wyrwanie potężnego dębu własnymi rękoma było dla niego niczym złamanie wykałaczki. Z racji potężnej siły Kak nie potrzebował bandy popleczników i swoją zbójecką robotę sam wykonywał, a przykładał się do niej z całego serca. Nie przepuścił nikomu kogo obrał na cel. Jednak w przeciwieństwie do innych bandytów, nie był zachłanny i część łupów rozdawał tym najbiedniejszym, sobie zostawiając jedynie skromną część, którą swoim zwyczajem ukrywał w dziupli lipy, która rosła tuż obok jego kryjówki.

Pewnego razu wypatrując bogatych podróżnych zauważył, że traktem biegnącym do zamku w Chęcinach podąża wytworna kareta, zaprzęgnięta w cztery rącze rumaki. Już sam woźnica swoim wyglądem zaświadczał, że osoba siedząca w powozie jest nadzwyczaj majętna. Takiej gratki zbój przepuścić nie mógł i gdy tylko pojazd zbliżył się do drzew, w których czekał ukryty, z całym impetem runął na woźnicę, który po jednym ciosie w żuchwę osunął się bezwładnie na ziemię. Następnie doskoczył do drzwi karety i w tym momencie oniemiał. W środku pojazdu siedziała piękna dama, która zachowując zimną krew rzekła – Kim jesteś niecny człowieku? Jestem siostrzenicą samego biskupa i jak natychmiast mnie nie wypuścisz, uwierz mi żywo z tej kabały nie wyjdziesz! – Kak usłyszawszy te słowa zaśmiał się rubasznie, skłonił się szarmancko i odpowiedział – Panienka wybaczy mój nietakt. Zwą mnie zbój Kak, który wyjątkowo łasy jest na klejnoty. Jako że panienka sama jak najpiękniejszy klejnot wygląda, to niestety nie mam innego wyjścia, jak zabrać waćpannę ze sobą

Jak powiedział tak uczynił. Na nic nie zdała się próba oporu bo już niedługo szlachetnie urodzona dama siedziała w kryjówce bandyty. Tam Kak ugościł panienkę jak tylko potrafił najlepiej. Przygotował posiłek, a że jego maniery przypominały nieco dworskie, to skruszył pierwsze lody i już po chwili ośmielona dama dała się wciągnąć w rozmowę ze zbójem. Przegadali całą noc. Kak opowiadał jej o zbójnickim życiu, o tym jak pomaga ciemiężonym chłopom i wspiera ich od czasu do czasu darowizną, zostawiając sobie jedynie garstkę, którą przetrzymuje ukrytą na zbójecką emeryturę.

Zaiste dziwne są koleje losu i najprawdopodobniej nikt tego się nie spodziewał, włączając w to zbója i damę, lecz noc spędzona na rozmowie rozpaliła obydwa serca. Kak na drugi dzień nieśmiało pokazał pannie swój majątek ukryty w lipie.

 – Spójrz, to może być nasze. Zostaniesz  ze mną? –  zapytał, a gdy dziewczyna z uśmiechem potwierdziła, poczuł się najszczęśliwszym zbójem na świecie.

Tymczasem biskup nie próżnował. Pozbierał najlepszych żołnierzy i wysłał potężny oddział na poszukiwania swojej siostrzenicy. Szukali długo, bo rzecz jasna chłopi na zadawane pytania o zbóju ciągle mylili kierunki i wskazywali paluchami gdzie popadnie, sprowadzając pościg na manowce  Poszukiwania trwały tygodniami i wydawać by się mogło, że już spełzną na niczym. Jednak pewnego razu oddział zbliżył się nieświadomy do kryjówki Kaka, a jeden z tropicieli usłyszał głos kobiety dobiegający gdzieś w gęstwinie. Żołnierze udali się we wskazanym kierunku i zobaczyli siostrzenicę biskupa uciekającą przed zbójem. Nawet przez myśl im nie przeszło, że są świadkami niewinnej zabawy w berka. Dowódca żołnierzy napiął łuk, wycelował go w Kaka i krzyknął – Stój! Nie zbliżaj się do panienki! Oddaj nam ją i nie rób jej krzywdy!

Zaskoczony Kak nie usłuchał, a w jego stronę natychmiast popędziła zabójcza strzała. Jednak nie dosięgła go, bo przeszyła delikatne ciało dziewczyny, która widząc co się święci postanowiła bronić swojego wybranka.     

Ciało jego wybranki nie zdążyło osunąć się na ziemię, jak zrozpaczony bandyta ruszył na oddział. Łzy napłynęły mu do oczy, lecz wściekłość dodała mu sił. Przekonali się o tym żołnierze, którzy zaczęli padać jeden po drugim z roztrzaskanymi czaszkami. Krew lała się na spieczoną ziemię i wydawało się, że już nic nie jest w stanie powstrzymać masakry gdy jedna zabłąkana strzała dosięgła serce zbója. Po czym w jego kierunku poleciała z dzikim świstem następna i następną i następna.  Wkrótce pozbawione życia ciało zbója runęło bezwładnie tuż obok zabitej dziewczyny.

Tak kończy się historia zbója nad zbóje, który wcześniej czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo pokochał z wzajemnością pannę o jakiej nigdy w życiu nie marzył.

A co z majątkiem pewnie się zapytacie. Mówią, że został odnaleziony i że dzięki temu zbudowano kościół w Bielinach. Jednak czy to prawda, tego do końca nikt nie wie.

Galeria fotografii

Informacje praktyczne:

Oficjalna strona : http://mwk.com.pl/

Cennik:
Opłaty za wstęp w okresie od 01 kwietnia do 31 października (sezon letni):
bilet normalny                  14,00 zł
bilet ulgowy                       8,00 zł
bilet rodzinny (2+1)         30,00 zł
Zimą taniej 🙂

 

23 myśli nt. „Muzeum Wsi Kieleckiej – Tokarnia

      • No na stałe to może nie, szkoda cywilizacji z jej atrakcjami i wyzwaniami, ale wakacje były by cudowne. Pieczenie chleba i swojskie wyroby od sąsiadów. Spacery i odpocząć przy ogniu wieczorem, piszę się!

  1. Takie klimaty trzeba lubić, nie widzę mojego męża zwiedzającego skansen zwłaszcza gdy nie byłoby tam samochodów czy samolotów.
    Osobiście byłabym zachwycona.
    Ładnie napisane

  2. Sama nie pamiętam takich obrazów ale na starych fotografiach rodziców widziałam wnętrza gdzieś u rodziny na wiejskich przyjęciach. Atmosfera wspaniała i bardzo ładnie opisane miejsce. Pozdrawiam wędrowców ! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *