Dawno temu w Szwajcarii

Nasza przygoda ze Szwajcarią rozpoczęła się wiosną 2008 roku. Wynikło to w dużej mierze z niezwykłego zrządzenia losu. Pewnego dnia zdecydowaliśmy się zapakować auto i wyruszyć z Bedford w Anglii do Zurichu, gdzieś daleko po drugiej stronie Europy, a dlaczego ? O tym potem.
Przygód było co niemiara, zwłaszcza że autem którym podróżowaliśmy był wysłużony ford Mondeo. Mimo podeszłego wieku i sporej ilości mil na liczniku poradził sobie bardzo dobrze. Co prawda nie często udawało nam się zmienić pas na autostradzie by kogoś wyprzedzić, lecz nie o to przecież chodziło by szybko dojechać na miejsca ale by jechać.
Chcąc dostać się do Szwajcarii samochodem należy podjąć decyzję czy będziemy poruszać się autostradami czy drogami lokalnymi. Pierwsza opcja daje nam możliwość przemieszczania się po kraju wygodnie i szybko ale nudno. W drugiej opcji ograniczenia prędkości najczęściej zatrzymują się na 50 km na godzinę, lecz możemy dzięki temu, że posuwamy się w żółwim tempie, dokładnie obejrzeć mijane miasta i wsie. Dodam tylko, że aby wjechać na szwajcarskie autostrady należy zakupić winietę. Kosztuje ona 40 euro za rok, co nie jest wygórowaną opłatą. Ale jak powiedziałem, poruszając się po drogach lokalnych możemy podziwiać życie Szwajcarów w ich naturalnym środowisku.


My, aby podnieść poprzeczkę, wybraliśmy drogę przez Alpy zamiast użyć francuskich autostrad. Wrażenie niesamowite gdy samochód wspina się na każdą wielką górę a my modlimy się by marne 70 koni pod maską poradziło sobie na kolejnej, stromej serpentynie. Na szczęście jeżeli jedziesz pod górę kiedyś musisz z niej zjechać a w takiej sytuacji stara, dobra Czarna Perła radziła sobie doskonale. Tu należy się wyjaśnienie, mamy zwyczaj nadawania imion naszych samochodom. Po Czarnej Perle była Srebrna Strzała, Czerwony Mściciel, który to był pomysłem Magdy, potem jeszcze Szary Smok itd.
Ale wracając do Szwajcarii, gdy już przebiliśmy się przez góry i stoczyliśmy auto na bezpieczne równiny, w oddali zobaczyliśmy miasto Bazylea, które jest o tyle niezwykłe, że leży w punkcie, w którym graniczą trzy państwa, Niemcy, Francja i Szwajcaria. Granica jest płynna i pomimo, że Szwajcaria nie należy do Unii Europejskiej ani do strefy Schengen w tym mieście nie napotkaliśmy żadnych przeszkód by dostać się do krainy scyzoryków.


Szczerze powiem nie do końca pamiętam trasę przez mijane miasteczka a to dlatego, że u celu podróży w mieście Baden czekał na nas trzeci członek ówczesnej załogi Naszych Szlaków Artur, którego to spotkanie było przyczyną całej tej przygody i po prostu nie mogłem doczekać się wizyty. Ówczesna, uboga nawigacja a raczej parodia nawigacji odpalona na telefonie Nokia nie specjalnie pomagała w odnajdywaniu drogi a czasami nawet przeszkadzała. Ostatecznie jednak do spotkania doszło i wszystko skończyło się dobrze. Kilka kolejnych godzin spędziliśmy na gadaniu o wszystkim i o niczym, ciesząc się po prostu z bycia razem. Gdy pierwsza radość minęła i zaczęliśmy z zaciekawieniem rozglądać się dookoła, dotarło do w jak ciekawym miejscu się znaleźliśmy. Dzięki temu, że Artur mieszkał w Szwajcarii już od jakiegoś czasu, świetnie zastąpił nasz nieprzydatny do niczego system nawigacji satelitarnej.


Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w największym, zadaszonym parku wodnym w Europie. Alpamare to gigantyczne kąpielisko usytuowane na szczytach otaczających Zurich. Znajdziemy tu sztuczne fale, o ponad metrowej wysokości, dziką rzekę Rio-Mare no i to co spodobało nam się najbardziej tzn. mi i Arturowi, ponad 1800 metrów zjeżdżalni wodnych! Niesamowite całymi godzinami można ślizgać się i zabawa nigdy się nie nudzi. Magda natomiast cały ten czas spędziła w basenie termalnym z wodą o temperaturze 36 stopni. Jest tam cisza i delikatna muzyka pasująca do fantastycznego widoku na jezioro Zuryskie w dole. Można je podziwiać z otwartej części basenu, którego wysunięta na zewnątrz część kończy się kilkuset metrową przepaścią, to trzeba zobaczyć! Całodniowa zabawa w tym przybytku przyjemności kosztuje jakieś 30 euro od osoby i warta jest każdego wydanego grosza.
Następnie dla kontrastu pojechaliśmy zobaczyć jaskinie św. Beatusa nieopodal miejscowości Interlaken. Miejsce niezwykłe dla wielbicieli twórczości mistrza J.R.R. Tolkiena. Od początku miejsce to wydawało mi się dziwnie znajome a przecież nigdy wcześniej nie byłem nawet w okolicy. Tajemnica rozwiązała się gdy przeczytałem iż Tolkien odwiedził to miejsce w roku 1911 i to tutaj umieścił piękny i magiczny Rivendell, siedzibę elfów. Poza tym w ekranizacji powieści dokonanej przez Petera Jacksona miejsce to posłużyło jako wizualizacja Ostatniego Przyjaznego Domu. Co więcej ilustratorem książek Tolkiena był John Howe, kanadyjski artysta mieszkający w Szwajcarii, wyjaśniło się więc gdzie widziałem wcześniej to miejsce. Nieopodal rodzinnego Bristolu jest zakątek również związany z Tolkieniem, jest to las Puzzlewood gdzie mistrz szukał inspiracji opisując Śródziemie. Kręcono tam też Star Wars – Przebudzenie mocy, ale to historia na kolejną opowieść.


Nazwa jaskiń wiąże się pewnym angielskim misjonarzem św. Beatusem, który zgodnie z legendą, pokonał mieszkającego w nich smoka, do dziś postać smoka stanowi logo jaskiń. Na szczyt góry w głębi której znajdują się jaskinie, prowadzi kręta i wąska droga, pełna mostów, z których podziwiać można panoramę jeziora Thun. Jaskinie są bardzo tajemnicze i nigdy nie wiemy czego się spodziewać za zakrętem, jest tam ciasno i mrocznie. Zewsząd otaczają nas stalaktyty i stalagmity, groty a nawet dziwna roślinność. Przebojem jest podziemne jezioro z wodospadem.
Z jaskiń wróciliśmy do Zurichu gdzie odwiedziliśmy zoo, nie jesteśmy zwolennikami trzymania zwierząt w klatkach ale tym razem byliśmy mile zaskoczeni, wybiegi są naprawdę wielkie a zwierzaki wyglądają na zadowolone, choć co ja tam wiem o zadowoleniu zwierząt.
Na koniec zostawiłem sobie najfajniejsze miejsce jakie odwiedziłem i nie myślę tylko o Szwajcarii. Centrum Nauki Technorama w mieście Winterthur.  Samo miasto jest piękne, nazywane często miastem ogrodów gdyż pełno w nim parków, ogrodów i wszelkiego rodzaju zieleni. Jednak nic nie przebije Centrum Nauki, które jest jego największą atrakcją. Ponad 500 fantastycznych eksponatów umieszczono w ogromnym, nowoczesnym budynku na obrzeżach miasta. Trzy piętra pełne mechanizmów, instalacji i wszelkiego rodzaju technicznych cudów. Wszystko jest bardzo czytelnie opisane z logicznymi podziałami na mechanikę, światło i wzrok, matematyka czy percepcja. Każdy bez względu na wiek znajdzie coś dla siebie. Nam fenomenalną zabawę zapewniło w pełni wyposażone studio telewizyjne i radiowe, w którym można wyreżyserować własny program lub audycję.


Wszystkie urządzenia są opisane a gdy to nie wystarczy możemy poszukać pomocy u pracujących tam ludzi, którzy kompetentnie wyjaśniają wszelkie zawiłości działania np. silników parowych, potężnych magnesów czy łodzi podwodnych. Gorąco polecam, sam wybrałbym się tam bardzo chętnie jeszcze raz.
Cóż następnego dnia musieliśmy się żegnać i nie było już tak fajnie.
Wyprawa ta pokazała nam, że bez problemu można spakować auto i pojechać wszędzie gdzie mamy ochotę. Pomogła nam też pozbyć się strachu przed podróżami na własny rachunek bez pomocy biur podróży.
Od tamtej wiosny przejechaliśmy samochodem Europę wzdłuż i wszerz, nie zawsze było idealnie i zdarzały się problemy ale ostatecznie zawsze wszystko kończyło się dobrze.

Galeria fotografii

 

 

 

13 myśli nt. „Dawno temu w Szwajcarii

  1. Dziwne że już jest wasz tekst, zawsze w środę dopiero pisaliście z tego co pamiętam. Szwajcaria jest piękna mogę to powiedzieć gdyż pracowałem tam kilka lat. Niestety ludzie są dziwnie nieczuli i obojętni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *