Biała Góra, czyli Mont Blanc (szczyt o wysokości 4806 metrów n.p.m.) – nazywany również dachem Europy, to jeden z najbardziej pożądanych kierunków turystyki pieszej i wysokogórskiej na naszym kontynencie. Czy jest dachem Europy, to kwestia sporna. Wszystko zależy od tego, którą koncepcję podziału Eurazji na dwa osobne kontynenty uznasz za właściwą. Jedna mówi, że cały Kaukaz jest w Azji druga, że granica biegnie jego graniami. Żadna z tych koncepcji nie jest oparta na geologii (nie znam się na tym, podaję za Wikipedią) i obie są czysto umowne. Jeżeli przyjmiesz, że granicą jest kaukaska grań, to MONT BLANC spada na drugie miejsce (ale wciąż na podium), a na pierwsze miejsce wysuwa się rosyjski ELBRUS (5642 metrów NPM). Jeżeli przyjmiesz granicę na zachód od Kaukazu, to Biała Góra jest najwyższa w Europie, a ELBRUS całkowicie azjatycki. Niestety wśród gór Azji jest to miejsce daleko poza podium (w Azji jest 14 ośmiotysięczników, a gór powyżej 6 tysięcy bez liku). Stąd dla ELBRUSA byłoby lepiej, gdyby zaliczyć go do Europy. Zgodnie z zasadą „lepiej być pierwszym we wsi niż trzecim w powiecie”, a co dopiero kilku dziesiątym.
Tour du Mont Blanc dzień pierwszy – Rozpoznanie

Moje plany nie obejmują szczytu MONT BLANC (na razie). Kiedyś będąc w Dubaju, oglądałem Burj Khalifa z dołu, a później podziwiałem widoki niemal z jej szczytu. Doszedłem do wniosku, że wszystkie znane mi wieże robiły lepsze wrażenie (w tym Burj Khalifa), będąc oglądane z podnóża, niż gdy spoglądałem na otoczenie z ich wierzchołków. Dlatego, gdy zobaczyłem kiedyś filmik na YouTube o TMB (Tour du Mont Blanc, Tour de Monte Bianco albo Tour of The Mount Blanc) pomyślałem, że to coś dla mnie. Żeby nie było, że to pryszcz powiem, iż TMB to trasa mierząca ponad 170 km długości (w wariancie podstawowym) i ma łącznie ponad 10 000 m przewyższenia. Przebiega przez wiele całkiem sporych przełęczy i szczytów, których wysokość nad poziomem morza przekracza 2500 m. Kolejne MARZENIE i WYZWANIE przede mną. Łączy niezwykłość pieszej wędrówki z trudami spotykanymi w całkiem wysokich górach, wyższych niż nasze Tatry.
Wystartowałem z Courmayeur. Połączenie jest niemal idealne. Z Katowic lot do Bergamo, a stamtąd bezpośredni Flixbus do Doliny Aosty, do samych stóp Białej Góry. Dzisiaj mam dzień rozruchowy. Najpierw muszę kupić gaz, bo niestety nie wolno przewozić samolotem czegokolwiek pod ciśnieniem, a co dopiero butelki z gazem. Panowie strażnicy najpierw mnie wezwali przez megafon na całe lotnisko, a potem niestety odebrali zakupioną w Decathlonie puszkę. Podróże kształcą i teraz już wiem, że nie wolno. Na trasie może być różnie i obawiam się ruszyć bez zapasu ciepełka do podgrzania wody i przygotowania liofilizatów. Znalazłem sklep, ale musiałem zakupić też palnik. W tym rejonie funkcjonuje inny system łączenia butli z palnikiem. Do mojego nie pasowało i tyle. Będę miał teraz dwa palniki, tak na wszelki wypadek.
Start dobrze zacząć od posiłku. Nie jadłem odkąd wyruszyłem z Bergamo, więc się należy. O knajpę zapytałem w sklepie, gdzie kupiłem gaz i palnik. Teraz jem lazanię, bo kelnerka powiedziała, że to najlepszy wybór w tej części Italii. Zaraz sprawdzę, czy to prawda…
Po obiedzie zarzucam plecak na plecy i rozpoczynam moją pierwszą od wielu lat, wycieczkę pieszą w Alpach. Dzisiejszy dzień traktuję jako rozruchowy. Przechodzę zaledwie 8 km, ale 700 m do góry, a potem 500 w dół. Jestem oszołomiony widokami. Nad doliną rzeki Venny piętrzą się takie skaliste szczyty, że najstarsi górale by się nie powstydzili nimi zachwycać. Spomiędzy dwóch szczytów wypływa jęzor lodowca. Nie wiem, jakie to są wysokości. Jeszcze się nie nauczyłem ogarniać tutejszych panoram (chociaż mam aplikację). Zresztą, po co wiedzieć jak się co nazywa i ile mierzy? Nie wystarczy, że zachwyca?
W dolinie Venny jest kilka kempingów. Można tu dojechać darmowym autobusem z Courmayeur, a można tak jak ja, wybrać się piechotą przez góry. Kemping, który wybrałem – Aiguille Noire oferuje wszelkie luksusy. Nawet ciepła woda pod prysznicem leci bez dodatkowej opłaty. Można zagotować wodę w czajniku. Jest mikrofalówka. Nawet basen mają, ale nie idę zobaczyć, bo nie mam siły. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wypróbować mojej mini kuchenki. Wodę do liofila gotuję właśnie na niej. Niesamowite, jaki to ma power – 2 minuty i woda w menażce się kotłuje. Sama radość – to jak powrót do młodzieńczych czasów, kiedy gotowało się na kempingowym sprzęcie, bo restauracje były zbyt drogie.
Namiot to też powrót do przeszłości. Miałem co prawda, malutką przygodę w zeszłym roku z namiotowaniem, ale ta dzisiejsza jest znacznie poważniejsza. Nie masz pojęcia, jak to jest (a może masz…), gdy zrzucasz z siebie plecak, ale to nie koniec obowiązków, bo trzeba jeszcze domek postawić. Oj jak się nie chce! Chce się jeść, pić i leżeć, ale stawiać chałupy jakoś nie. Trzeba jednak to zrobić, bo zaraz może ktoś przyjść i zająć twoją parcelę. Jak się nie pospieszysz, to możesz zostać na lodzie, albo w gorszym miejscu. Więc stawiasz chałupę pomimo braku ochoty. Ludzi jest dużo, wszak to sierpień – szczyt sezonu. Cały czas ktoś nowy schodzi z gór.
Kilka słów refleksji. Po pierwsze jutro mam 13,5 km, jakieś 1100 do góry i 470 w dół. Muszę się dobrze zregenerować, bo to nie byle co. Jestem chyba „najgrubszy” na kempingu. Same szkieletory poza mną. Plecak też mam chyba największy i do tego ten ciężki aparat. Nie żałuję, że go wziąłem, toż to prawie obowiązek, ale waży ze szkłem i ładowarką prawie 2 kg. Ciekawe, czy nie przeholowałem z zamiarami. Jutro się okaże. Na szczęście nie śpię jutro pod namiotem. Mam miejsce w dormitorium w schronisku. Będzie łatwiej się rozłożyć, a także zebrać.
Tour du Mont Blanc dzień drugi – Courmayeur do Rifugio Elizabetta

Ze zwijaniem obozowiska jest znacznie trudniej niż z jego rozkładaniem. Tak jest i już! Składałem graty chyba z półtorej godziny. Dobrze, że towarzyszyła mi kawa, bo byłoby jeszcze gorzej. Kawa to świetny wynalazek. Niespecjalnie wierzę w jej zdolność pobudzania organizmu. Raz występuje, innym razem nie, więc nie wiem. Ma jednak cudowny zapach i bardzo przyzwoity smak. Daje przestrzeń na refleksję, chwilę zatrzymania. Bierzesz łyk i w tym momencie nie myślisz o żadnym dalszym ciągu. Jest tylko kawa i widoczek przed tobą.
Wczorajsze obawy co do startu się nie sprawdziły. Dzisiaj mam przejść przez przełęcz powyżej 2400 metrów NPM, potem zejść na 1700, by następnie znowu podejść na 2100, bo tam się zamierzam zatrzymać na noc. W schronisku noszącym piękne imię Elisabetty. Przypominam, że wszystko zaczyna się z poziomu poniżej 1500 metrów n.p.m. Nie lubię takich fal Dunaju na szlaku. Wolę jedno solidne podejście, a potem – najlepiej łagodne i długie zejście. Natury jednak nie można poprawiać. Co górotwory wytworzyły – zostanie na wieki.
Pierwsze 700 metrów podejścia poszło gładko w niewiele ponad 3 godziny. Siedzę nad blado-turkusowym jeziorkiem. Chyba widziałem na tabliczce, że nazywają go białym. Zajadam jajecznicę z cebulką. Wszystko z proszku. Jak w hotelach serwują coś takiego, to nawet nie dotykam. Teraz smakuje wyśmienicie. Ludzie przechodzą na tle pięknego widoku. Pierwszy raz widzę na szlaku wierzchołek Mont Blanc. Właściwie Monte Bianco, bo jestem we Włoszech. Aplikacja do rozpoznawania szczytów podaje jednak, że Mont Blanc. Jajecznica nad jeziorkiem, widok i błękitne niebo. Kładę głowę na plecaku i prawie zasypiam.
Jeziorko mamy na 2100 m, a trzeba jeszcze się wspiąć na 2400 metrów n.p.m. Niestety oznaczenia szlaków we Włoszech nie są najlepszych lotów (z tego, co pamiętam, to we Francji jest podobnie). Wybieram niewłaściwą drogę na rozwidleniu (wydaje się właściwsza, dlatego nie sprawdzam na aplikacji) i niestety po kilkudziesięciu metrach w górę orientuję się, że to nie tu. Jakoś mało ludzi. Wiem, że do jeziorka wybrali się dzisiaj wczasowicze z Courmayeur, ale żeby dalszego ciągu nikt nie kontynuował, wydaje się prawie niemożliwe. Sprawdzam, widzę, że nie tutaj. Idę na skos stoku, po poziomicy. Nie bardzo mi się chce tracić zdobytą wysokość. Alpejskie łąki są takie zachęcające. Nie są jednak wygodne, żeby po nich spacerować. Trawa tylko z wierzchu wygląda na gładką. Rośnie w niewygodnych dla piechura kępach. Idę – zdobyta wysokość jest zbyt dla mnie cenna.
Potem znowu leżę na grani. Znowu patrzę, jak ludzie przechodzą, jak odcinają się na tle widoków. Facet w czerwonej kurtce stoi i nie może się napatrzeć. Dziewczyna go woła, a on stoi i nie reaguje. Dobrze mi się ta czerwień komponuje z błękitem nieba, szarością skał i turkusem lodowca. Też nie mogę się napatrzeć, tylko ja na leżąco, on na stojąco. On ma czysty kadr, a ja rozbudowany o czerwień jego kurtki.
Nie lubię schodzić. Ten 20-kilogramowy plecak bardzo mi ciąży. Czasem siłą go muszę powstrzymywać, żeby mnie nie wyprzedził.
Po tym schodzeniu prawie nie umiem iść po płaskim. Mięśnie muszą wejść w inny tryb. Te, które hamują, muszą spocząć, a te, które dają napęd, muszą zastartować. Nie jest to takie proste, zwłaszcza pod koniec dnia. Na szczęście widoki wynagradzają konieczność zmiany systemu. Wszedłem w piękną, zieloną dolinę otoczoną szarymi skałami i biało-turkusowymi lodowcami. W dodatku idę na zachód, a ja, wbrew powszechnemu przekonaniu, uwielbiam zdjęcia pod słońce. Wszystko się wtedy błyszczy takim intensywnym światłem. Jakby cały świat był zbudowany z diamentów pokrytych gdzieniegdzie jakąś zieloną, szarą, albo jeszcze inną kołderką.
Nie mogę dojść do mojego schroniska. Jakby Elisabetha, jego patronka, wciąż je ode mnie oddalała. Przechodzę kolejne odcinki, a ona wcale się nie przybliża. Wreszcie docieram. Procedury związane z rozpoczęciem odpoczynku trwają w nieskończoność. Rozpakowywanie, przepakowywanie, rozwijanie, a nad tobą wciąż przechadzają się ludzie. Ciasnota w dormitorium jest ogromna. Pierwszy raz w życiu widzę trzypiętrowe łóżka, w dodatku każde z pięter jest trzyosobowe. Na szczęście mój ulubiony najniższy poziom jest wolny. Nie lubię się wspinać po ciężkim dniu, a myśl o schodzeniu w nocy do toalety już jest całkiem przerażająca.
Wspólna kolacja, a potem trochę pisaniny przy gniazdku, żeby telefon się ładował przy okazji. Przy moim stole sami francuskojęzyczni ludzie. Kolega obok mówi po angielsku z tak strasznym, francuskim akcentem, że darowuję sobie konwersację. Nie mogę wyłapać czy mówi po francusku do swoich koleżanek, czy akurat teraz do mnie – po angielsku. Obok mnie siedzą dwie szwajcarskie dziewczyny, chyba siostry. Naprzeciwko kobieta z Hongkongu. Próbuję zagadać do tej ostatniej, ale harmider na sali jest ogromny i nie słyszę, co ona mówi. Zostaje mi obserwowanie twarzy i emocji. Oglądam też zdjęcia z Hongkongu na telefonie mojej koleżanki, z którą nie pogadam przecież.
Zaszywam się w mojej koi. Na szczęście miejsce obok jest wolne. Nie potęguje to dyskomfortu. Jest ok w tej mysiej dziurze. Na mojej pryczy mieszczą się 3 osoby, na szczęście mamy komfort i jesteśmy tylko we dwóch. Nawet w górskich schroniskach może być jakiś mały luksusik.
Tour du Mont Blanc dzień trzeci – Rifugio Elizabetta do Les Chapieux

Budzę się przed siódmą. Biorąc pod uwagę, że położyłem się zaraz po dziewiątej, to mam za sobą sporą porcję zdrowego, twardego snu. Ależ musiałem być odwodniony. Dwa piwa i koło litra wody nie pobudziło mojego pęcherza do nocnego odwodnienia. Dopiero teraz czuję parcie, więc najwyższa pora wstawać. Dzisiaj zapowiada się przekrój wysokości, jaki lubię. Najpierw 4 km pod górę, a potem w miarę łagodne 11 km w dół. Czasem górotwory potrafią sprzyjać człowiekowi…
Wspomnę o zwierzakach. Wczoraj widziałem psy z własnymi plecakami. Fajnie to wygląda, trochę jak sakwy rowerowe. Szkoda, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia, ale może się jeszcze trafi. Dzisiaj przegonił mnie osioł z wycieczką. Niósł całą furę bagaży, a ludzie obok szli sobie na lekko, z małymi plecaczkami. Z tymi osiołkami, chyba tu jest jak na Camino. To serwis, który przewozi twoje graty z jednego miejsca w drugie, a ty możesz iść z małym pakunkiem na bluzę i wodę. Ten dzisiejszy szedł z wycieczką, której pomagał, ale później jeszcze zobaczę, jak ludzie oznaczają pakunki do serwisu transportowego, przy którymś z mijanych schronisk.
Chłodny wiatr w twarz jest zbawieniem. Piękne, pełne słońce i chłodny wiatr. Nie można sobie wyobrazić lepszej pogody i lepszych warunków do podejścia.
Na przełęczy Col de la Seigne (2515 metrów n.p.m.) zmieniam kraj. Wchodzę do Francji. W końcu bez żadnych przeszkód mogę witać przechodniów szlakowych zwykłym „Bonjur„. Wcześniej powinno być „Buongiorno„, ale więcej było „Bonjur„. Teraz już oficjalnie będzie „Bonjur„. Widoki ciągle zniewalają. Czy to się może znudzić?
Schodzenie może się znudzić z całą pewnością. Po osiągnięciu najwyższego punktu na trasie pierwsze kroki w dół wydają się lekkie. W końcu – mówisz! Już nie będzie zadyszki, a potem się zaczyna. Najpierw bolą palce u stóp, potem mięśnie ud, czasem kłuje kolano, a najgorsze są plecy. Jak idziesz pod górę, lekko się pochylasz i ciężar plecaka jest lepiej rozłożony. Jak w dół – większość ciężaru masz na biodrach, ale szelki i tak nie wiedzą, czego chcą. Jak mocno dociągniesz, za chwilę bolą cię plecy. Luzujesz więc – przez chwile jest dobrze, a potem zaczynają boleć cię plecy. Nie znajdziesz idealnego położenia. Możesz tylko na przemian luzować i napinać szelki, by każdorazowo razem poczuć chwilową ulgę.
Zszedłem do schroniska Les Mottets. Wysokość 1800 z hakiem. Znaczy, że już 700 metrów zejścia za mną. Przede mną jakieś 300. Nie mają tu piwa bezalkoholowego. Nigdzie tu w górach nie odkryli jeszcze tego wspaniałego napoju. Muszę się zadowolić alkoholowym, ale i tak z widokiem na góry smakuje, jak najlepszej kategorii ambrozja. Jak pani mi nalewa, zauważam ciasto z jagodami. Dostałem potężny kawałek. Nie wiem, czy to głód i zmęczenie, czy rzeczywiście jem najlepszy kawałek ciasta w moim życiu. W górach i w ogóle podczas pieszych wędrówek życie smakuje wyraźniej, bardziej na wskroś, jaskrawiej i… znajdź sobie jeszcze inne dobitne określenia, wszystkie będą pasować… Po ciastku zapitym zimnym piwem zamykam oczy i wystawiam twarz na ostre alpejskie słońce. Tak jakbym wszedł w jakieś miejsce poza czasem i przestrzenią. Pobudzone węglowodanami serce żwawiej tłoczy krew, słychać miły gwar rozmów, dwie Japonki przekrzykują się podczas dolewania wody do bukłaków. Płynę, odpływam, a potem przypływam i otwieram oczy… świat jest cudowny – to też w górach czuć zdecydowanie wyraźniej… i chyba po to są góry…
Zostało jakieś 6 kilometrów do obozowiska. Dzisiaj przyglądam się dokładniej towarzyszom drogi. Wczoraj wydawało mi się, że wszyscy gdzieś pędzą, a tylko ja idę powoli. Nie mam już takiego wrażenia. Widzę, że nie wszyscy wbiegają pod górę. Niektórzy tak jak ja – idą powoli i męczą się jak stare parowozy. Wczoraj chciałem pozdrowić każdego wędrowca, gromkim „Hi” albo „Buongiorno„. Wychodziło mi jakieś jękliwe „ajjj„, a to drugie wcale mi nie wychodziło. Dzisiaj widzę, że inni też tak mają, że nie ma się czego wstydzić, kiedy się idzie pod górę którąś godzinę z rzędu.
Są oczywiście ultramaratonowcy TMB. Wczoraj się dowiedziałem, że jest taka impreza o nazwie UTMB. To, co ja zamierzam przejść w 12 dni – niektórym się udaje przebiec (tak przebiec!!!!) w 20 godzin albo niewiele ponadto. Takich gości spotykam codziennie kilkudziesięciu. Trenują do tego wydarzenia. Biegną pod górę, a potem z niej zbiegają. Jak nie mają w uszach słuchawek, pozdrawiają serdecznie. Jak są zasłuchani w muzykę, to wiadomo – są zasłuchani i już… W tym roku impreza zaczyna się 30 sierpnia. Pewnie dlatego te tłumne przygotowania. Każdy marzy, żeby zostać zwycięzcą, a potem wnukom opowiadać, co, jak i dlaczego…!
Doszedłem do Les Chapieux. Francja – elegancja. Wszystko drogie – piwo 8 euro. Na dole może 50 centów tańsze. Natomiast kemping jest darmowy. Jeżeli sobie życzysz, możesz wrzucić do skrzynki parę monet jako „donation„, ale obowiązku nie ma.
W końcu nauczyłem się poprawnie rozstawiać mój namiocik. Cały czas się głowiłem, dlaczego on taki nieponaciągany. Dzisiaj już wiem, dlaczego i co zrobić, żeby był napięty jak struna. Podróże kształcą – właściciel namiotu, niby inżynier, a potrzebował kilka razy namiot rozstawić, żeby zauważyć mechanizm naciągania.
Dobrze jest przyjść do celu koło szesnastej. Jest czas na wszystko. Na kawę z własnej kuchenki, na liofila, na postawienie namiotu, na toaletę i na długą posiadówę w miejscowym barze-sklepie-pizzerii. Ta mała wioska to Les Chapieux, nawet zasięgu żadnej sieci komórkowej nie ma. Francja niby środek Europy, a tu takie nieprzyjemne zaskoczenie. Może jutro będzie lepiej. Jeszcze ze dwa telefony po miejscowym Wi-Fi i trzeba iść spać (w sklepie sprzedają dostęp za 3 euro). Jutro będzie znacznie trudniejszy dzień niż dzisiaj.
Tour du Mont Blanc dzień czwarty – Les Chapieux do Le Contamines Montjoie

Mój dobry kolega z czasów studenckich rzucił kiedyś „W górach jest zawsze nie za ciekawie. Wszędzie w dół albo pod górę i w ogóle nie ma gdzie pospacerować” Zgadzam się z nim w 50%, chodzi mi o te miejsca, gdzie jest w dół. Zwłaszcza jak jest ostro w dół, spacer wcale nie jest przyjemny, o ile w ogóle można to nazwać spacerem. Bardziej mi przypomina walkę o przeżycie niż przyjemny spacer.
Siedzę sobie teraz przy schronisku REFUGE DE LA CROIX DE BONHOMME (2441 metrów n.p.m.). Jem śniadanie i piję herbatę. Śniadanie na taaakiej wysokości – to sprawa warta grzechu. Tym bardziej że od widoku, na który patrzę, trudno oderwać wzrok. Herbata do śniadania jest już luksusem ponad wszelką miarę. Wszystko z plecaka oczywiście. Liofilizat się nawadnia, herbata parzy, a ja próbuję okiełznać myślotok, jaki przechodzi przez moją mózgownicę. Między innymi, kolega Misiek z akademika mi się przypomniał i jego filozoficzna sentencja o górach. Gdybym tylko potrafił zapisać to, co przechodziło przez mój umysł w drodze tutaj, już miałbym wiele stron ciekawych przemyśleń, a tak – muszę zdać się na to, co pamiętam, ale od początku.
Rano udało mi się wstać zgodnie z planem o 5:30 i sprawnie zwinąłem mój majdan. Byłem gotowy do wyjścia o 7:15 po dobrej kawie. Nie piszę tego, żeby się chwalić. Takie wstawanie wcale nie leży w moim zwyczaju. Moja Pierwsza Połowa wstaje tak wcześnie, ja zazwyczaj dosypiam do siódmej, czasem nawet do ósmej. Dzisiaj jednak wstałem ot tak, po prostu… Może to wynik odpoczynku na dużej wysokości (ponad 1000 metrów n.p.m. – im wyżej przebywam, tym zwykle krócej śpię), a może po prostu efekt zaśnięcia tuż po 21., a może jedno i drugie.
Spróbuję odtworzyć z pamięci wspomniany myślotok, a przynajmniej jego fragmenty.
Najpierw weszła mi do głowy piosenka zaczynająca się od słów „tam w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień…” adekwatna jak najbardziej. W dolinie gdzie miałem rozłożony mój namiocik, jeszcze długo zalegał cień, gdy ja już cieszyłem się pełnym słońcem dnia. Mgły nie było, ale wszędzie wilgotno od porannej rosy…
Piję wodę, dużo dzisiaj. Odwodnienie, czy też efekt wypitych wczoraj dwóch piw? Stawiam na pierwsze, ale jest też coś jeszcze, co przychodzi mi do głowy. Z piciem wody w drodze pod górę może być jak z przerwą na papierosa podczas pracy. Stajesz, bierzesz mały łyk (albo duży), ale przede wszystkim stajesz i wyrównujesz oddech. Niby o ten łyk chodzi, ale przecież wiadomo, że o oddech też – mimochodem przecież odpoczywasz. Musisz się napić – to oczywiste. Usprawiedliwiasz się, bo przecież zdobycie głównego celu się wtedy trochę opóźnia. Chwila wystarcza, czasem jeszcze pstrykasz zdjęcie, oddech staje się równiejszy i idziesz dalej… Zdecydowanie zdrowsza przerwa niż palenie.
Tak przy okazji powiem, że plastikowy bukłak z rurką do ust, to jeden z najlepszych wynalazków na świecie. Rurkę masz pod ręką. W każdej chwili, bez zdejmowania plecaka, możesz wziąć łyk lub dwa. Rurka nie pozwala ci wziąć dużego haustu. Możesz tylko powoli wciągać. Nie ma możliwości szybkiego wypicia całej zawartości, co powodowałoby tylko szybkie wypocenie, a nie skuteczne nawadnianie. No i cała maszyneria waży tyle, co nic (waży tylko woda, ale tej szybko ubywa), a jak masz w plecaku, to polarem przykryjesz i jeszcze temperaturę trzyma. Łebski inżynier musiał być ten wynalazca takiego urządzenia i w dodatku górołaz jakiś chyba.
Dzisiaj na szlaku jest dużo turystów z Japonii. Pomyślałem, że teraz można by się dogadać tutaj prędzej po japońsku niż po francusku. Rozmawiałem z jedną Japonką (po angielsku, bo japońskiego ni w ząb, no może „sajonara”). Mówiła, że ciężko, że idą 11 dzień i dzisiaj kończą. Że widoki, że dobre spanie, że przewodnik wysokiej klasy i że bardzo się bała, ale w ogóle nie żałuje, że się zdecydowała na takie wczasy.
1, 2, 3, …, 50, …, 100 kroków. Obiecałem sobie, że nie będę się zatrzymywał częściej niż co 100 kroków, żeby zrobić zdjęcie (i napić się wody oczywiście…). Nie chcę częściej, bo nigdy nie wejdę na tą górę. Nie trzeba tutaj być żadnym ekspertem od fotografii, żeby robić dobre zdjęcia. Kiedy modelki są piękne, oświetlenie idealne, pozostaje jedynie nacisnąć spust migawki… kadru nie trzeba dobierać – wszystkie są zachwycające. Ufff… zrobiło się bardzo stromo pod górę i już nie mogłem zrobić 100 kroków w jednym ciągu… Przeszedłem na liczenie do 50 i chwila oddechu. I tak wszedłem mniej więcej 1000 metrów do góry w 3,5 godziny. Wyszło 300 na godzinę, dla mnie dobre tempo, mapy.cz podawały godzinę krócej. Może gdybym nie miał tego plecaka, ale mam… no i gdybym zdjęć nie robił, ale robię.
– It is not so easy to carry the camera with yourself. – Rzuca do mnie przechodzień, patrząc na aparat przytroczony do plecaka.
– Yes, not easy… but necessary. – Odpowiadam i śmiejemy się do siebie.
– You should share the pictures from this area.
– Be sure I will!
Idę dalej…
Schronisko wydawało się nieodległe. Zadarłem głowę i zobaczyłem nade mną budynek. Wydawało się, że jest może 100 metrów powyżej. Podszedłem 100 metrów, a ono jakby się oddaliło, teraz jakby było jakieś 200 metrów do góry. W końcu, gdy wyszedłem jakieś 600 metrów, odkąd pierwszy raz je ujrzałem, dogoniłem to moje uciekające schronisko… przejrzystość powietrza jest niesamowita dzisiaj.
Czas ruszać, bo rozmyślania są słodkie i przyjemne, ale kilometry same się nie zrobią, a jest ich kilkanaście jeszcze przede mną. Dość już tego siedzenia, delektowania się liofilizatem (jakby było się czym delektować, choć po takim wysiłku wszystko smakuje jak ambrozja), popijania ciepłej herbaty (mam super nowy kubeczek termiczny – herbata zdaje się nigdy nie stygnąć).
Ścieżka prowadzi raz w dół raz w górę i jest iście tatrzańska. Może nie tak tatrzańska, jak Orla Perć, ale wiedzie skalistą, piękną granią aż do przełęczy COL DU BONHOMME (2329 metrów n.p.m.), a potem zaczyna się moje piekło, czyli bardzo stromo i bardzo długo w dół. Łączne zejście z samej góry to jakieś 1300 metrów. Jak jeszcze są skały, jest do wytrzymania. Stawiasz stopy jak na stopniach i nie kierujesz ich w dół, ale jak się zaczyna ubita stroma ścieżka, jest mi naprawdę źle… Właściwie niecałemu mnie, tylko moim palcom u stóp, ale wiadomo – gdy boli palec, to jakby bolało całe ciało. Idę bokiem, przodem, zakosami. Każda zmiana pomaga tylko na chwilę. Nie pomaga nawet miła konwersacja z dwoma Polakami, przy strumyku (podobno ojciec i syn – a ja w pierwszej chwili pomyślałem, że to bracia, z tym że ten pierwszy jest młodszy…). Pociesza mnie tylko jedna myśl – mam dzisiaj kwaterkę – prywatny pokój, jedyny na mojej trasie. Będę miał własny prysznic, własne, czyste łóżko i – daj Panie Losie – jakąś miłą knajpkę w okolicy.
Przyszedłem do LE CONTAMINES MONTJOIE. Pokój owszem jest i nawet miły. Knajpa też jest, ale jak to we Francji (Francy chciałoby się powiedzieć), “completo”, znaczy “full”, a knajpa pusta. Sklepu żadnego w okolicy nie ma, a 2 km do miasteczka, po dzisiejszym marszu, nie zamierzam iść. Już nie pierwszy raz we Francji spotykam się z taką sytuacją. Oni rezerwują każdy stolik na cały wieczór. Nieważne, że teraz jest pusto. Francuzi przychodzą zwykle koło 20-21. Mają swój stolik zajęty i już. Nikogo nie obchodzi, że jest 19 i zdążysz zjeść, zanim ktokolwiek przyjdzie. Pytam, proszę, uśmiecham się głupkowato do kelnerki, ale ona odpowiada tylko “completo, sorry” i też się uśmiecha głupkowato… Co mi pozostaje? Zjem liofila na kolację i już. Całe szczęście, że mój gospodarz użyczy gotowanej wody i pozwoli zjeść w sali śniadaniowej.
Nie wiem, czy jutro nie pojadę do LES HOUCHES autobusem. Odcinek podobno jest nie za ciekawy, a dzisiejsze zejście dało mi się ostro we znaki. Poza tym głodny jestem po liofilu i jakoś mina mi zrzedła. A miało być tak pięknie.
Tour du Mont Blanc dzień piąty – Le Contamines Montjoie do Les Houches

Są takie dni, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Są dni, kiedy plany się zmieniają z godziny na godzinę. Są wreszcie takie dni, kiedy coś, na co bardzo liczysz, nie spełnia twoich oczekiwań. Najgorsze jednak są takie dni, kiedy wszystkie wymienione powyżej sprawy, zdarzają się na raz…
Wczorajsze zejście z gór (łącznie jakieś 1300 metrów w dół) dało mocno popalić moim palcom u stóp. Buty mam raczej dobrze dobrane, ale piórkiem nie jestem, mój plecak też do najlżejszych nie należy, więc stopy siłą rzeczy (i grawitacji) napierają na czubki butów.
No i co z dzisiejszymi planami? Modyfikujemy, czyli z LE CONTAMINES do LES HOUCHES autobusem. Towarzysze drogi wspominali, że ten odcinek jest nieciekawy, większość prowadzi w lesie. Nie wspomnieli o wszystkim, ale o tym za chwilę.
Po wczorajszej porażce z restauracją postanowiłem zjeść jakieś porządne śniadanie. Najbliżej był minimarket o słodkiej nazwie SHERPA. Oj Panie Losie, gdybym wczoraj wiedział, że to tak blisko, na pewno bym się wybrał. Google pokazywał 30 minut, a dzisiaj jakoś połowę z tego zeszło. Znacie takie markeciki? Zrobią wam kawę. Kupisz co tam ci się podoba. Mają ciepłe croissanty i inne bułeczki też. Zamarzy ci się sok pomarańczowy – proszę bardzo. Kiedyś uwielbiałem takie zestawienie: ser pleśniowy z winogronami. No i jest i jeszcze pomidorkiem zakąsisz. Wszystko to zjesz wygodnie, przy stoliczku przed sklepem, a panie sklepowe będą się uśmiechały do ciebie za każdym razem, gdy będą przechodzić.
Najedzony, udobruchany, uśmiechnięty i pełen dobrej energii, myślę sobie – Wojtku, a może jednak pójdziesz na piechotę do tego LES HOUCHES? Nogi ci trochę odpoczęły w nocy. Plecak też jakby lżejszy… No to idę… i to był błąd… choć na koniec okaże się, że jednak nie, ale to dopiero za dwa dni.
To, że mapy.cz pokazują profil trasy taki, jak lubię, czyli jednostajnie do góry, a potem jednostajnie w dół, nie znaczy, że tak właśnie będzie. Mapy pokazują jakąś średnią wypadkową wysokości. Nie podają takich drobnych niuansów, że zejdziesz 20 metró w dół, by potem zapylać z powrotem 30 metrów do góry. Na profilu to będzie prawie prosta, a w rzeczywistości szlag cię trafia od ciągłego falowania terenu. Nie zawsze tak jest, ale dzisiaj zupełnie nie chce być inaczej. Ponadto na koniec miało być ostro pod górę i to akurat się sprawdziło w 100 procentach. Droga rzeczywiście biegnie lasem, ale dzisiaj mi to pasuje. Nos już mam całkiem spalony.
Doszedłem do przełęczy COL DE VOZA o marnej wysokości 1650 metrów n.p.m. i… dowiedziałem się, że na lodowiec MONT BLANC, właśnie z tej przełęczy, można wjechać pociągiem. Nie takim zwykłym oczywiście. Kolejką wysokogórską, ale normalnie po torach. A na wspomnianej przełęczy jest stacja. Można zjechać w dół za cenę zbliżoną do normalnej i pojechać w górę za absurdalną. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby zedrzeć z potencjalnego turysty jakieś góry monet. Przez chwilę nawet rozważałem, czy aby to nie jest jakiś pomysł na dzisiaj, ale wiecie, jak to jest – przyjmijmy, że nie miałem czasu…, bo skąpy przecież chyba nie jestem.
Na przełęczy jest bar. Można wypić piwo – oczywiście sfermentowane, bo bez alkoholu nie posiadają. Zamawiam, pani nalewa, płacę, pani szuka reszty, ja spragniony upijam jednym haustem prawie pół szklanki, pani wydaje resztę, a potem z uśmiechem dolewa brakującą część napoju. Uśmiecham się, ona się uśmiecha do mnie, “merci” mówię, a ona się jeszcze bardziej uśmiecha filuternie. No i nie wiem, co mam począć z tymi Francuzami. Nienawidzić ich za te puste knajpy z kompletem klientów na dzisiaj, czy kochać za te miłe gesty z porannego sklepu, czy teraz w barze… sam już nie wiem… zastanowię się później, bo teraz mnie nogi bolą i w ogóle zmęczony jakiś jestem.
Zejście jest masakryczne. Chyba nigdy w życiu takiego nie zaznałem, nawet gdy częściej chodziłem po Tatrach. Cieszę się, że zjadę kolejką. Choćby ze 20 euro kosztowała (co bardzo możliwe, znając tutejsze ceny), to nikt mnie nie namówi na dalsze schodzenie…
O Losie Dzisiejszy, jakiż jestem rozczarowany, kiedy widzę niepracujące krzesełko (no, żesz ty urrrrrrrrrwa mać). Dobra, kilometr dalej mapy pokazują, że kończy się pierwszy wyciąg, zaczyna kolejny, a ponadto na tej stacji pośredniej jest przystanek autobusowy, więc jak nie jedno, to drugie mnie zabierze. Idę jak pokraka ten kilkaset metrów w dół. Idę zakosami po tej szerokiej, szutrowej drodze. Szuter nie pomaga w zejściu. Drobne kamyczki potrafią się poturlać pod naciskiem stopy i noga ujeżdża kawałek do przodu. Jakoś dochodzę…
… – urrrrrwa jego mać, nic tu nie ma. Wyciąg nie pracuje i przystanku autobusowego też brak. Nie wiem, co mam robić, tym bardziej że jakieś 50 metrów do góry minąłem skrzyżowanie ze szlakiem na LES HOUCHES. Muszę podejść ten kawałek z powrotem. Nie mam siły. Rzucam plecak na trawę, kładę się i leżę tak dobre pół godziny. W końcu wstaję i zaczynam iść. I takie miałem fajne plany. Miałem dotrzeć koło 14. tymi krzesełkami, tymczasem dowlokłem się na kamping 4 godziny później. Idę nieumyty do pobliskiej pizzerii. A tam pani kelnerka, o pięknej ciemnej karnacji i wielkich oczach, udaje, że się martwi, mówiąc, że „sorry, it’s completed for tonight”. Nie muszę chyba dodawać, że sala świeci pustkami. Idę do Carrefoura do centrum miasteczka, z nadzieją, że jest jeszcze wciąż czynny, pomimo niedzieli.
O Wielki Carrefourze, dziękuję ci, że, jesteś otwarty – w niedzielę do 20.00 – mimo że Google twierdzi, że tylko do 13.00. Kupuję znowu mój ulubiony zestaw – kawałek sera i winogrona. No i soku kupuję całe mnóstwo do tego… Dobrze, że ten sok kupiłem, bo zanim doszedłem do kempingu, tylko on mi się ostał…
Kemping powoli się zapełnia. Recepcja już dawno zamknięta. Ludzie i tak przychodzą, rozbijają namioty, pompują swoje maty. No bo co mają zrobić? Myślę, że zanim rano ktokolwiek przyjdzie tu popracować, połowy z tych wieczornych przybyszów już nie będzie… No cóż, bez pracy nie ma kołaczy, ale może mają to wkalkulowane w cenę, chociaż wątpię, bo jest niska – 11 euro zapłaciłem (niska oczywiście jak na tutejsze warunki). A ciepła woda jest za darmo, co na tutejszych polach namiotowych nie jest takie oczywiste. Ten nasz kemping (CAMPING BELLEVUE – nazwa się wzięła od sąsiedniego szczytu, z którego spływają lodowce) jest usytuowany na zjeździe z czarnej trasy narciarskiej. Na dole jest trochę płasko i tu się rozbijają namioty. Prysznice i toalety niestety są 2 piętra niżej, przy parkingu dla narciarzy. Jakżeż byłem szczęśliwy, gdy już za pierwszym kursem odkryłem, że jeździ tu „tajna” winda.
Przychodzą jakieś chmury, co z zachodzącym słońcem tworzy niezwykły i nowy dla mnie, podczas tego wyjazdu, anturaż (nie wiem, jak się to po francusku pisze, więc zostaję przy polskiej pisowni). W każdym razie ładnie to wygląda. Jeszcze biorę ten wyczekany, ciepły prysznic i ładuję się do namiotu.
Leżę i odpoczywam. Prawdziwie odpoczywam. Tak, że nie chce mi się ani pisać, ani czytać i w dodatku nie dbam o to. I to niedbanie jest cudownym uczuciem niemuszenia i niestarania się. Jutro wszystko Wam napiszę. To znaczy, napiszę tylko to, co będę pamiętał… jak zawsze…
Tour du Mont Blanc dzień szusty – Les Houches do Chamonix – Mount Blanc i La Flegera

– Wojtek, pamiętaj, NIE IDZIESZ DZISIAJ W GÓRY… – tak sobie cały czas mówię, żeby mnie czasem nie podkusiło…
Wczoraj zobaczyłem swoje czerwone palce u stóp i postanowiłem, że muszę jeden dzień odpocząć. Nocleg mam zarezerwowany w schronisku LA FLÉGÈRE. Nie pójdę dzisiaj najtrudniejszym odcinkiem na całym moim zaplanowanym TMB (bo taki właśnie był w planie). Nie zrobię 1600 do góry i jakieś 400 w dół. Do LA FLÉGÈRE na szczęście (piszę na szczęście, bo wczoraj naprawdę niepotrzebnie przegiąłem) dojeżdża gondolka z CHAMONIX MONT-BLANC i zamierzam z niej skorzystać. Zamierzam odwiedzić też LES HOUCHES (zaskoczyło mnie, że czyta się to “lezusz”, z akcentem na ostatnią sylabę), wyprać ciuchy w miejscowej pralni (założyłem właśnie ostatnią koszulkę, ostatnie skarpety o reszcie nie wspomnę, poza tym polar nie pachnie aż taką świeżością, jaką lubię), a potem zjeść lanczyk w CHAMONIX MONT‐BLANC.
Zwijam więc mój majdan. Jak patrzę na te rzeczy rozwalone dookoła namiotu, to w głowie mi się nie mieści, że to wszystko ma się zmieścić w moim niewielkim (bądź co bądź) plecaku. Mam już małą wprawę w tym pakowaniu, więc się pakuję i idę. Przy recepcji spotykam chłopaka z Polski, który przeszedł całą trasę w 7 dni. Można i tak. Jak się jest młodym, szczupłym i pięknym, to wszystko jest możliwe. Pamiętam takie czasy, ale pamiętam też takie, kiedy w ogóle nie mogłem wyjść na żadną górę. Nawet Beskid Niski sprawiał mi problemy. Nie zrobię już nigdy TMB w 7 dni, ale zrobię tak, jak umiem… Mam 52 lata, poważne przejścia zdrowotne za sobą, mega otyłość w swojej historii i robię to, co mogę i jak umiem… i powiem Wam, że jestem dumny, że tu jestem, naprawdę jestem dumny z siebie, że tu jestem!
Szybko uczę się obsługiwać pralkę i suszarkę w pralni w LES HOUCHES, nawet jedną starszą panią nauczam jak to robić. Ja mówię po angielsku, ona odpowiada po francusku, ale wszystko działa, więc strumień informacji przepłynął w jakiś nieodgadniony sposób. Pralnia to świetne miejsce, żeby nadrobić zaległości w pisaniu. Jest chłodno (a na zewnątrz dzisiaj ponad 30 stopni), jest ławeczka. Nigdzie przecież nie pójdę, zanim się nie wypierze, a potem wysuszy. Biorę się do roboty.
W LES HOUCHES jest znak symbolizujący oficjalny start i metę TMB. Zaczynałem w Courmayeur, ale i tak robię sobie pamiątkowe zdjęcia w symbolicznym miejscu startu i mety jednocześnie.
CHAMONIX MONT-BLANC to chyba największy kurort we francuskich Alpach. Jeżeli nie największy, to na pewno najsłynniejszy. Takie Zakopane bez bryczek i bez białego niedźwiedzia. No i góry jakieś wyższe. Nie mierzyłem, ale po spływających między szczytami lodowcach wnoszę.
– NIE IDZIESZ DZISIAJ W GÓRY, pamiętaj! – przypominam sobie postanowienie, bo znowu mnie kusi. Widzę kolejkę z centrum CHAMONIX na szczyt LE BREVENT (2525 metrów n.p.m.). Stamtąd do mojego schroniska jest 3 godziny drogi. Dla mnie będzie ze 4, ale jest dopiero 13. i powinienem zdążyć. Przypominam sobie, że schronisko LA FLÉGÈRE jest na 1800 z hakiem, czyli droga w dół. To nie jest to, co polubią moje palce u stóp.
Nie wiem, dlaczego mapy.cz prowadzą mnie piechotą po asfaltowej drodze, zamiast wzdłuż pięknej i wzburzonej, turkusowej rzeki o dziwnej nazwie L’ARVE. Nie przypomina żadnej LARWY. Przypomina coś, co wypłynęło niedawno spod lodowca. Wypłynęło z dużą prędkością, co miejscowi przedsiębiorcy wykorzystują, organizując rafting albo wręcz spływanie na mini pontonach, gdzie ludzie są zanurzeni w wodzie do pasa w dół… Nie daję się przekabacić mapom.cz i idę wzdłuż LARWY, w cieniu, z przyjemnym chłodkiem od zimnej wody (przypominam – jest 32 stopni).
– NIGDZIE JUŻ NIE IDŹ – mówię sobie po dotarciu gondolą do schroniska, bo krajobraz znów kusi. Pogoda piękna, a okoliczne szczyty zachęcają, chociaż do godzinnej przechadzki. Rzadko mi się zdarza siedzieć na wysokim tarasie, patrzeć na góry, słuchać muzyki i oddawać się pisaniu. Telefon się aż grzeje z wrażenia na to, co ja tutaj chcę niedoskonale przekazać… (niedoskonale nie tylko przez skromność, ale przede wszystkim przez niedoskonałość języka).
Pamiętam z Camino wspólnotowe obiady. Tu we Francji, jest fajny obyczaj. Nie kupisz miejsca w schronisku bez obiadu i śniadania. Kosztuje taki nocleg między 55 a 75 euro (dość drogo), ale i tak warto biorąc pod uwagę ceny obiadów i śniadań płaconych osobno we Francji (albo Francy), zwłaszcza że w schronisku obiad jest czterodaniowy.
Dzisiaj, w LA FLÉGÈRE trafiłem w niezwykłe towarzystwo. Czterech, zupełnie różnych “crazy Americans” i wszyscy przy moim stole. Zdecydowanie bardziej mogłem się z nimi dogadać niż z poprzednimi francuskimi współbiesiadnikami. Czterech różnych facetów. Po prawej ojciec z synem ze wschodu Ameryki (ojciec – emerytowany oficer amerykańskiej armii), po lewej dwóch młodzieńców z zachodu – jeden z LA drugi z SF (wyglądają na studentów albo początkujących startupowców). Ten z Frisco jest jakby wyjęty z pocztówek z tego miasta (ciemna karnacja, szeroko rozstawione oczy, duży nos, kręcone włosy, szeroka przepaska na czole). Najpierw wszyscy przekrzykiwali się, gdzie oni tu nie byli. Ja i tak nie znam tych nazw. Zakładam, że zrobili jakieś dużo trudniejsze warianty trasy TMB. Powiedziałem im, że są “crazy Americans”. Bardzo się ucieszyli, a jeszcze bardziej, jak się dowiedzieli, że byłem w Stanach. Gdzie? Mówię, że prawie wszędzie. Opowiedziałem o mojej podróży sprzed 4 lat, która obejmowała wiele atrakcji zarówno wschodniego, jak i zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Dodałem, że to były raptem trzy tygodnie. „To ty jesteś crazy American. Ja żyję w Stanach 68 lat i połowy tych rzeczy nie widziałem” krzyczy żołnierz i zanosi się gromkim, żołnierskim śmiechem, takim z filmów o amerykańskich żołnierzach… a potem pokazuje mi zdjęcie, jak 50 lat temu zdobywał Mont Blanc. Był na tym zdjęciu w takich normalnych niebieskich dżinsach i w wełnianych skarpetach na rękach.
– Wiesz co? Jeżeli to rzeczywiście ty na szczycie MONT BLANC, to wygrałeś konkurs na najbardziej “crazy American”, jakiego widziałem w życiu…
– …. Ha, ha, ha, hahahaha – cieszy się tym swoim głośnym, perlistym śmiechem…
A potem wybiegamy na zewnątrz schroniska, bo właśnie się skończyła burza i na niebie jest prześliczna, pełnowymiarowa tęcza, wpleciona w górski krajobraz.
Tour du Mont Blanc dzień siódmy – Les Houches do Chamonix – Mont Blanc i La Flegera

Ze schroniska LA FLÉGÈRE nie wychodzę za wcześnie. I tak się nie wyspałem, bo nie włożyłem zatyczek do uszu. Jak nie włożę, to potrafi mnie obudzić byle szelest. Nie zawsze tak jest, ale bywa. Dzisiaj obudził mnie ktoś o czwartej, gdy szedł do toalety, potem nie mogłem zasnąć, a jak zasnąłem, to drugi raz obudziłem się ciut za późno.
No i teraz opowiem, dlaczego dobrze się stało, że dwa dni wcześniej zdecydowałem się pójść z LES CONTAMINES do LES HOUCHES, co uniemożliwiło mi trasę górami dalej do LA FLÉGÈRE (przypomnę, że pierwotny plan zakładał na wczorajszy dzień 1600 metrów podejścia i 400 zejścia). Po pierwsze – odwiedziłem CHAMONIX MONT-BLANC, co było miłe, a nie widziałbym go, gdybym szedł nad tym miastem górami. Po drugie i najważniejsze, wybiorę się dzisiaj do LAC BLANC – Białego Jeziora, a wszyscy tu w schronisku zgodnie twierdzą, że to jedna z największych atrakcji całego TMB. Nie poszedłbym do tego LAC BLANC, bo po takim dniu, jaki miał być wczoraj, prawdopodobnie byłbym zbyt zmęczony, żeby wybrać tą trudną i wymagającą trasę. Nie dość, że trzeba iść sporo pod górę, to jeszcze na koniec jest baaardzo strome zejście, a na nim z 15 drabin wiszących nad przepaściami.
No to wychodzimy całą gromadą (a właściwie gromadami) ze schroniska i idziemy. Większość na lekko – tylko z kijkami i małymi plecakami. Są i tacy co przed chwilą wyjechali gondolą z CHAMONIX. Dużo młodzieży. Oni prawie biegną do góry. Są rodzice z dzieciakami. Są też starsze osoby, często w parach, czasem trzymają się za ręce… Za takimi sytuacjami trochę mi tęskno… naprawdę tęskno…
Często mijam gościa w podobnym do mnie wieku, idącego z córką – nastolatką. Córka jest wyraźnie obrażona na tatę, że gna ją w góry. Nie tak do końca obrażona, bo widać, że widoki ją zachwycają – tylko wtedy można to zauważyć, jak tata nie patrzy. Jak patrzy, to usta w podkówkę robi i czasem nawet przysiada na jakimś kamieniu z wyraźnym fuknięciem i obrażoną miną. Całe jej zachowanie zdaje się mówić „Idę tato, bo chciałeś. Może tu nie jest tak beznadziejnie, jak myślałam, ale pamiętaj, jutro idziemy na basen. Żeby ci czasem nie przyszły do głowy jakieś góry. Muszę przecież posiedzieć i powysyłać zdjęcia koleżankom. No i Instagrama muszę zobaczyć, może nawet wrzucę fotkę lub dwie. Żadnych gór jutro, tato. I najlepiej pojutrze też…” Takie są te nasze dzieci. Pamiętam identyczne zachowanie mojego synka, jak był mały. A kiedyś sam mi przypomniał naszą rozmowę, jak już był po osiemnastce. Na koniec dłuższej wymiany zdań powiedział tak „Tato, czasem dziecko trzeba do czegoś siłą zmusić. Gdybyś mnie nie ciągnął po górach, które na początku wydawały mi się beznadziejne, to bym nigdy nie zaczął chodzić. No i nie zacząłbym się potem wspinać, co przecież kocham. Nie ukrywam, że jestem ci wdzięczny tato, że mnie zmuszałeś do tych gór”. Tak powiedział – co na pewno potwierdzi. Czy ja naprawdę chciałem, żeby mój syn był bardzo aktywnym wspinaczem skałkowym – absolutnie nie – takiej eskalacji zdarzeń, nie przewidziałem, ale cóż, chciałem – to mam… życie i jego scenariusze rzadko można kontrolować, albo wcale.
Tak rozmyślałem, kiedy doszedłem do Białego Jeziora (LAC BLANC 2355 metrów n.p.m.). To, co się wyłoniło spośród skał, było jak… No właśnie, jak to opowiedzieć? Przypomina mi się scena z jakiegoś filmu. Trwa aukcja dzieł sztuki, kolejne dzieło idzie pod młotek. Licytator zrzuca kurtynę. Pojawia się obraz tak piękny, że nikt nie ma wątpliwości, że to WIELKIE DZIEŁO. Że to właśnie będzie licytacja dnia. Nie kolejna inwestycja tysięcy dolarów, nie do piwnicy zaraz po licytacji, żeby spokojnie w cieniu nabierało wartości. Tylko do głównego salonu, na najlepiej oświetloną ścianę. Po sali rozeszło się westchnienie. Teraz bogacze będą licytować do upadłego.
My wszyscy idący tutaj mamy podobnie. Kurtyna nie idzie w górę, tylko w dół. To skały odsłaniają widok, kiedy wspinasz się pod górę. Każdy, kto tu wchodzi, zatrzymuje się na chwilę. Staje, nabiera oddechu, rozgląda się, jeszcze jeden głęboki oddech. Potem siada na kamieniu, patrzy i wzdycha… tylko licytować nie będziemy. Nie da się tego kupić, wywieźć, zamknąć w jakimś salonie i pokazywać tylko nielicznym… na szczęście!!!
I tak siedzimy, każdy na swoim kamieniu i podziwiamy. Jeden coś pisze w telefonie, drugi robi zdjęcia, trzeci jest zapatrzony w krajobraz, a czwarty z kimś rozmawia przez telefon – pewnie, żeby się podzielić wrażeniami (a jest czym, naprawdę jest). Dużo jest par w średnim wieku, a nawet powyżej. To mi przypomina, że idealnie byłoby tu być z moją Pierwszą Połową, z kimś baaardzo bliskim, ale cóż – moja Pierwsza Połowa chyba nigdy tu nie zawita… Każdy siedzi na swoim kamieniu, a i tak wolnych kamieni jest jeszcze co najmniej drugie tyle. ”Czasem po prostu nie brakuje kamieni” – czyli zupełnie odwrotnie niż w słynnej scenie w innym filmie, który uwielbiam (wiesz, w jakim przecież…?).
Idę dookoła jeziora. Bez plecaka. Taki mam kaprys. Rzucam mój dobytek, biorę tylko aparat i kijki. Nikt tak nie robi, ale takich wielkich plecaków nie mają… Idę i podziwiam. Tu surowa skała, tu widok na MONT BLANC wyrastający sponad połyskującej wody, tam kwiatek i jeszcze ludzie w kolorowych kurtkach pięknie odbijający się w spokojnej tafli jeziora.
Nie mogę się powstrzymać i idę do schroniska. Siadam przy stoliku i zamawiam piwo za całe 10 euro (oczywiście nie alko nie mają – po co to, komu – chyba jestem jedynym smakoszem). To niebywałe – być w takim miejscu, w taką pogodę, siedzieć sobie na tarasie położonym na skałach, patrzeć na wszystko, co przede mną… i wlewać zimny, bursztynowy napój pomiędzy spierzchnięte wargi… SZCZĘŚCIE?!
A potem… nie ma wyjścia, trzeba zejść… i po tych kilkunastu drabinach, pozawieszanych nad przepaściami też trzeba przeleźć. Tylko góry i ich widok wynagradzają wszystko. Skałkowiczów też spotykam w okolicy. Wiszą na tych skałach jak mój syn, wspinający się właśnie teraz, w innych skałach, niecałe 300 km stąd.
Nie była to łatwizna, ta dzisiejsza wędrówka, zwłaszcza w dół. Szczęśliwie dochodzę do ostatniej francuskiej oberży na moim szlaku TMB. AUBERGE BOERNE (jakieś 1300 metrów n.p.m.) – bardzo miłe miejsce, ale wegetariańskie w 100%. Dobrze, że piwo jest wegańskie, bo by mi pewnie nie podali, gdyby takie nie było, a tak to mam swoją szklankę zwieńczoną białą pianą, zachęcającą chłodem, wilgocią i aromatem, a po chwili również smakiem…
Znowu obiad komunalny z przypadkowymi ludźmi przy stole. Nie zawsze to lubię. Nie zawsze jest dobry flow do rozmowy. Czasem trzeba kilku chwil, czasem nawet dłużej, żeby swoboda wypowiedzi wygrała z nieśmiałością i niezręcznością. Dzisiaj wygrywa szybko. Siedzę w szczycie stołu, po lewej i prawej mam ojca z córką – nastolatką. Tym razem Niemcy. Zauważyłem, że Niemcy mówią chyba najlepiej po angielsku, z wszystkich spotykanych, nieanglojęzycznych nacji. Następnego dnia kończą w LES HOUCHES. Tam mają samochód i jadą do domu. Patrzę na dziewczynę i przypomina mi się tamta (chyba trochę młodsza), którą z innym ojcem spotkałem w drodze pod górę. Ta tutaj jest już po „zmuszaniu” – już lubi góry i trudy wędrówki. Akceptuje wysiłek. Zna nagrody, które się za ten wysiłek otrzymuje – docenia je. Opowiada, przekrzykuje ojca, cieszy się! Pewnie inaczej było na początku trasy, ale z tym, każdy tak ma. Ja też miałem dużo obaw, gdy zaczynałem TMB – teraz już po połowie, zupełnie inaczej to wszystko postrzegam. Dobrze się rozmawia, przy posiłku, w miłym towarzystwie.
Tour du Mont Blanc dzień ósmy – Auberge Boerne do Col de Balme i Trient, a to już Szwajcaria

– Orzesz jasny pieron… – krzyczę w myślach, kiedy otwieram oko i patrzę na zegarek. Jest za piętnaście ósma. Kwadrans temu miałem być na śniadaniu. Mam nadzieję, że mi nie przepadło. Lecę do umywalki obmyć twarz i gnam na parter w spodenkach piżamowych, czyli tak jak wstałem… Na szczęście moja oberża (AUBERGE LA BOERNE 1366 metrów n.p.m.) to nie żaden hotel, tylko turystyczne schronisko i nie jeden ma takie wyjściowe spodenki jak ja piżamowe.
Zjadam na szybko jakieś banany i musli z mlekiem. Tutejsi gospodarze są wegetarianami i serwują tylko wegetariańskie posiłki również swoim gościom. Na szczęście uprzedzają mailowo z góry przy rezerwacji, więc nikt nie może mieć pretensji. Ja ostatnio lubię próbować, więc nie mam nic przeciwko wegetariańskim posiłkom i rzeczywiście jest ciekawie (zarówno przy śniadaniu, jak i przy wczorajszym obiedzie).
Pogoda się zmieniła. Bywały chwile, że taką zmianę określiłbym „pogoda się spieprzyła”, ale nie dziś. Po pierwsze nie pada, tylko kropi trochę. Po drugie dobrze na chwilę (mam nadzieję, że tylko na chwilę) móc odpocząć od ostrego, alpejskiego słońca. Po trzecie zmieniły się krajobrazy – góry w chmurach wyglądają przepięknie. A’propos słońca – myślałem, że moja skóra przyjęła już odpowiednią dawkę promieni i jest na nie uodporniona (byłem i na wakacjach z Pierwszą Połową, i wcześniej w Afryce). Rzeczywiście trochę się uodporniła, ale nie do końca, bo nos mi spaliło, mimo że w końcu użyłem protektora. Protektor musiałem zakupić za grube euro, bo oczywiście jako mistrz organizacji wziąłem wiele niepotrzebnych rzeczy, ale prorektora akurat nie.
Kurczę, nie zawsze można ufać aplikacji. Wpakowałem się na szlak rowerowy, o dziwo specjalnie wyprofilowany. Ścieżka piesza gdzieś w bok uciekała, nawet nie zauważyłem… trudno muszę wyjść już tym szlakiem do punktu pośredniego, nie będę przecież schodził. Muszę po prostu być ostrożny. Pogoda deszczowa to i rowerów jak na lekarstwo. Nie jestem jedyny, który nie zauważył zmiany kierunku. Za mną i przede mną jest kilku pieszych. Mniej niż było na początku, ale są.
Docieram bez szwanku do LE CHALET DE CHARMILLON (1848 metrów n.p.m.). Jak już kupiłem kawę i coś do kawy, to się zorientowałem, że mają tu pomieszczenie o nazwie „picnic bar” gdzie bez problemu odpoczniesz, zrobisz sobie własny posiłek, nabierzesz wody i zaoszczędzisz gotówkę. Nie żałuję jednak, bo kawa mi bardzo smakowała… Bardzo mi się spodobało, że mają taki piknikowy pokój. Nie wymuszają zakupów na wysokości, a jeszcze udostępniają zmęczonym turystom ekstra pomieszczenie. Kolejny powód, by pokochać Francuzów. Może to jest tak, jak zawsze z miłością. Trzeba kochać za to, co dobre i pomimo tego, co złe.
Za godzinkę wejdę na przełęcz COL DE BALME (2191 metrów n.p.m.) i tym samym wejdę to kolejnego kraju na tej trasie – do SZWAJCARII. W Szwajcarii nie byłem nigdy w życiu, nie licząc krótkiego przejazdu autostradą 20 lat temu, kiedy wybraliśmy się rodzinnie na narty do Trzech Dolin. Deptałem już szwajcarską ziemię, ale wrażeń nie mam żadnych. Ciekawe czy Szwajcarów też pokocham…? Ciekawe też, za co albo pomimo czego…?
Przyszedł czas, że wyraźnie widzę u siebie wzrost formy fizycznej. Przychodzi czas, że kończy się cierpienie, ciało się wzmacnia i zaczyna się prawdziwa przyjemność z ponoszonego wysiłku. Krok się wydłuża, oddech się rozrzedza, myśli krążą już dalej niż tylko wokół zrobienia najbliższych kilku metrów, żeby tylko dojść do następnego zakrętu. Szkoda, że trzeba było czekać aż osiem dni ten moment. Z drugiej strony dobrze, że już w ósmym dniu, bo jeszcze kilka przede mną.
Od wielu dni słyszę świstaki. Nie widzę, ale jestem prawie pewien, że to one, bo ludzie na trasie się zatrzymują i rozglądają się wkoło. Chyba że oni tak samo nie są pewni i tak samo się mylą.
Na przełęczy COL DE BALME decyduję się, że wejdę na jeszcze jedną. Nie pamiętam nazwy, ale wysokość była 2277, więc już niewiele wyżej. Nie nazwy są jednak istotne, tylko to, że wybrałem dłuższą drogę na tym etapie dnia. Zwykle około trzynastej już nie miałem za dużo siły i starałem się znaleźć najszybszą trasę do kolejnego miejsca noclegowego. Dzisiaj było inaczej. Nakręcony endorfinami i nadzieją wynikającą z tego, że tak mi łatwo poszło pod górę, wybrałem dłuższy wariant, z ostrzejszym zejściem. Co prawda, w połowie tegoż zejścia już żałowałem wyboru, ale zszedłem zdecydowanie w lepszej formie niż do LES HOUCHES trzy dni temu. Jestem bardzo z siebie dumny, że forma wzrasta, że palce u stóp trochę mniej bolą, że w tych wędrówkach będzie teraz mniej cierpienia. Cierpienie jest w to wszystko wpisane, ale im mniej go będzie tym lepiej.
W SZWAJCARII przechodzę osobiście przez moją pierwszą łatę śnieżną. Do tej pory śnieg i lód widziałem gdzieś w oddali. Teraz deptam swój pierwszy w tym roku letni śnieg sierpniowy…
A SZWAJCARIA, no właśnie, jak tam SZWAJCARIA…? Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Góry jak góry. Lasy jak lasy. Skały jak skały. Zmieniła się odrobinę świadomość. W końcu jestem w krainie, w której rządzi legendarny frank szwajcarski. Ceny podobno są kosmiczne, trzeba uważać na roaming, bo można się zdziwić wysokością rachunku telefonicznego po powrocie do domu. Ja zakupiłem sobie szwajcarski e-sim przed wyjazdem, także jak się nie pomylę z wyborem karty do połączeń – powinienem być bezpieczny.
Pierwsze wrażenia mam na kempingu w TRIENT. Nie mam tutaj noclegu, ale od wczorajszych Niemców dostałem informację, że jest tu mały sklepik. Za bułkę, ser, dwa banany, jakiś boczek i lodowy słodycz płacę 26 FCH. Niby dużo, ale mitycznych wyobrażeń o tutejszych cenach, to nie dogania. Niemiłą sytuację widzę przy prysznicach (są tuż obok sklepiku). Grubawy Szwajcar kasuje za wstęp. Przy okazji sprzedaje banany, jabłka i śliwki. W pewnym momencie wali w drzwi jednej kabiny i mówi, że przepisowe 10 minut pod prysznicem upłynęło. Należy natychmiast wyjść. Nie spodobało mi się takie zachowanie.
Kilka domów dalej widzę pierwszy raz w życiu tabliczkę na płocie „Uwaga, niebezpieczne kurczaki” – ta informacja bardzo mi przypadła do gustu.
Jak nie mieć okolicy zanieczyszczonej ludzkimi fekaliami? Zwłaszcza w miejscu, gdzie dziennie przechodzą setki, o ile nie tysiące, ludzi? Wystarczy postawić darmową, publiczną toaletę i problem rozwiązany. Wiadomo przecież, że jakby miała kosztować choćby jednego franka, to co drugi próbowałby zaoszczędzić w najbliższych krzaczkach. Później się dowiem, że w Szwajcarii, w każdej dziurze jest publiczny, czysty szalet. Niby proste rozwiązanie, a jednak prawie cała Europa ma z tym problem.
Patrzę na domki w tej mojej pierwszej, szwajcarskiej miejscowości. Wszystkie są drewniane, ale jedne zrobione na wysoki połysk, a drugie zapyziałe jak pyza lubelska (naprawdę nie mam nic przeciwko Lubelszczyźnie, nawet nie wiem, czy tam są pyzy – po prostu ładnie mi zabrzmiało). Widać nawet w SZWAJCARII są biedniejsi i bogatsi (do tej pory byłem przekonany, że tych pierwszych SZWAJCARIA po prostu deportuje z urzędu… hahaha). Widać to też po samochodach. Wszystkie mają tu małe tablice z przodu, duże z tyłu, ale jedne auta są pospolite, a drugie wypasione. Co ciekawe tych pierwszych jest więcej, tak samo, jak wszędzie na świecie… Co za czasy, żeby już pierwszego dnia wszystkie mity o SZWAJCARII zostały obalone.
Spanie miałem zarezerwowane w milutkim AUBERGE DU MONT BLANC w TRIENCIE. Półtora kilometra dalej niż wspomniany kemping. No i zastanawiam się, po co płacić za miejsce na kempingu 16 CHF plus (nie wiem jaką) opłatę za prysznic, kiedy za 39 CHF ma się wypasione łóżko w 4-osobowym pokoju wspólnym, z czystą pościelą, prysznic z ciepłą wodą i jeszcze śniadanie… Tak śniadanie! Bo zapytałem recepcjonistkę o cenę tego cennego w górach posiłku, a ona odpowiedziała „zostawmy to… na śniadaniu jest taki tłok i tylu ludzi, że nikt się nie zorientuje, że nie płaciłeś” I tak dostałem od przemiłej recepcjonistki, swoje pierwsze w życiu, szwajcarskie śniadanie.
Tour du Mont Blanc dzień dziewiąty – Trient do Fenetre d’Arpette i Arpettei

Pierwszy raz nie wiem, co napisać! Nawet nie wiem, czy jestem zadowolony, czy raczej nie… siedzę sobie wieczorem na kampie, namiot rozstawiony, jedzenie zjedzone… Jedyne co wiem, to że jestem potwornie zmęczony.
Pisałem wczoraj, że moja forma wzrasta, że nawet udało mi się obejść utarty szlak z niewielką, trudniejszą modyfikacją. No właśnie… Pokora – Wojtek – pokora!!! (taki aktor nawet był, żeby łatwiej było zapamiętać), ale nawet, teraz kiedy siedzę kompletnie wyczerpany na kempingu w miejscowości ARPETTE (1627 metrów n.p.m.), nie wiem, czy trasa, którą przeszedłem była powyżej moich możliwości, czy tylko na ich granicy? Czy to, że ją przeszedłem, świadczy o tym, że dobrze ją oceniłem, czy nie? Bo przecież pogoda była dobra, nie padało, nie było ślisko, a mogło być. Przeszedłem i już. Czy żałuję – no właśnie nie! Czy byłem na granicy sił? Byłem! Nawet do planowanego CHAMPEX-LAC nie doszedłem, ale przecież doszedłbym, gdyby w ARPETTE nie było się gdzie przespać. A że byłbym pewnie godzinę później, bo tak szacuję czas przejścia dodatkowych 2 kilometrów, w takim stanie zmęczenia. Żebym był jeszcze bardziej wyczerpany? No byłbym, ale ileż to razy już byłem? Czy było warto? Było! Czy bym to powtórzył za dwa-trzy dni? Nie! A kiedyś w przyszłości? Całkiem możliwe.
No dobra, ale o co chodziło. Podniecony wzrastającą formą postanowiłem zrealizować plan zdobycia przełęczy FENÊTRE D’ARPETTE (2665 metrów n.p.m.). Trzeba było na nią najpierw wleźć jakieś 1300 m do góry, a potem zleźć około 1000 m w dół. Samo przewyższenie nie jest tak istotne, jak to, że ostatnie 200 metrów do góry i pierwsze 200 metrów w dół po drugiej stronie, to istne rumowisko skalne. Idzie się po wielkich głazach poprzedzielanych lichą ścieżką z obsypującymi się grudkami ziemi. Zarówno po głazach, jak i na ścieżce jest bardzo stromo. Te dwa odcinki szedłem ze 4 godziny. Czujesz? CZTERY GODZINY i 400 metrów. Gdyby to była normalna ścieżka albo dałby Pan Los, chociaż jakieś zabezpieczenia typu łańcuchy albo klamry – byłoby łatwiej… i szybciej… Mapy.cz oceniają całą trasę na niecałe 6 godzin, mnie zeszło ponad 11. Nie mówię, że to jest nie do zrobienia w zaproponowanym tempie, ale trzeba być sportowcem i bez plecaka ważącego jakieś 20 kg. Są tu tacy, z małymi plecaczkami, którzy po tych skałach biegają. Pewnie to ci, co trenują do UTMB. Na moje oko powinien co drugi złamać nogę, a potem leżeć i cierpieć w jakiejś rozpadlinie skalnej. Nie znalazłem żadnego, więc prawdopodobnie wszyscy bez szwanku wbiegli na górę, a potem zbiegli w dół. Na mój rozum – niemożliwe… i mówię to bez żadnej kokieterii – to naprawdę niemożliwe, a jednak.
Nie doszedłem do CHAMPEX-LAC, bo w ARPETTE był kemping. Rozbiłem namiot, wypiłem litr wody mineralnej gazowanej (bo po 6 litrach wypitych po drodze, nie mogłem już patrzeć na niegazowaną), zjadłem 2 liofilizaty, popiłem gorącą herbatą i bez prysznica poszedłem spać.
Pierwszy akapit napisałem zaraz po zejściu i ogarnięciu obozowiska, na więcej nie miałem siły…
Od kilku dni bezskutecznie zadaję sobie pytanie. Dlaczego ludzki umysł postrzega postrzępione fragmenty zastygłej magmy, jako piękne, dostojne, albo wręcz majestatyczne. Jak przez takie wyostrzone szpikulce przepływa jakiś bezładny, turkusowo‐biały kawał lodu, to już skaczemy z radości, popadamy w zadumę, chce nam się śpiewać albo recytować wiersze (i to te najszczersze). Gdy jeszcze to wszystko oświetla słońce, ale nie takie pełne, tylko przebłyskujące przez pierzaste chmury, to już słów mi brak, żeby wzmocnić poprzedni przekaz. Nie wiem, co z tym ludzkim umysłem jest nie tak i chyba się nigdy nie dowiem, bo radość z oglądania takich widoków jest wzruszająca… a wzruszenie i satysfakcja, to chyba wszystko, co mamy (no może jeszcze miłość…). Dlatego warto było, ale na razie powtarzał takich hopsztosów nie będę.
Podczas drogi pod górę i potem w ARPETTE, poznałem młodego Niemca – Andreasa, ale o nim później…
Mam jeszcze kilka spostrzeżeń odnośnie do Szwajcarii albo jak kto woli – Szwajcarów.
Na przykład – nikt nie pilnuje kempingu. Przychodzą ludzie, rozbijają swoje namioty i już. Korzystają z kuchni, prysznica, jedzą przy kempingowych stołach itp. Co najmniej połowa z nich nie płaci za nocleg tak jak ja – 16 CHF. Nie wiem, czy właściciele są tak przekonani o ludzkiej uczciwości, że nie kontrolują, kto śpi na ich terenie, czy też całkiem świadomie tego nie robią. Nie mam żadnej pewności, ale stawiam na to drugie. Po prostu Szwajcarzy zdają się wiedzieć, że nie wszystkich stać na taki wyjazd. Nocleg kosztowałby pewnie 8-10 CHF, ale kosztuje 16, bo ten, który ma, musi zapłacić za tego, który zmuszony jest na wszystkim oszczędzać. Dlaczego tak sądzę? Bo ci niepłacący to zwykle bardzo młodzi ludzie. Skąd wiem? Bo tylko oni mnie pytają, gdzie jest toaleta albo czy woda jest zdatna do picia? Wiedzieliby, gdyby byli w recepcji, bo tam pani wszystko mówi, nawet niepytana. No i po wczorajszym darowanym przez recepcjonistkę śniadaniu, też tak podejrzewam. Po prostu – wszyscy wiedzą, że część nie może sobie na pewne rzeczy pozwolić, a bogatsi muszą wszystko sfinansować… ale to tylko moja intuicja, żadna pewna informacja.
Drugi przykład dotyczy spędzania przez Szwajcarów wczasów. Na naszym kampie są nie tylko turyści TMB. Są rodziny z dziećmi na normalnych wczasach. Są oczywiście kampery, ale są też ludzie spędzający letni wypoczynek w takich mikro-domkach kempingowych. Takich jak pamiętam, do podobnych jeździliśmy z mamą i tatą w latach 80., za PRL-u. Nie widziałem czegoś podobnego nigdzie w Europie, w Polsce też nie… Tutaj to norma na każdym kampie. Zresztą jak się patrzy na oferty na bookingu, to standardem jest pokój ze wspólną łazienką. Oczywiście wypasione hotele też są, ale to zupełnie inna sprawa i kompletnie inny poziom cenowy. Powiesz, że do tych tańszych miejscówek przyjeżdżają biedniejsi z zagranicy. Na tym kempingu w ARPETTE, przed mikro-domkami stały samochody na szwajcarskich blachach. Odnoszę wrażenie, że Szwajcarzy bardziej niż reszta Europejczyków, akceptują proste życie, bez specjalnych wygód, zwłaszcza podczas wakacji z dziećmi.
Dobra, ale dość rozważań, bo jest poranek po ciężkim dniu. Andreas już poszedł. Mamy się spotkać w La Fouly, na kolejnym kempingu. Muszę wstać i iść, a bardzo mi się nie chce…
Tour du Mont Blanc dzień dziesiąty – Arpette do Champex Lac i La Fouly – Ostatnia noc w Szwajcarii

Wrócę na chwilę do dzisiejszego poranka, bo muszę jeszcze po prostu i już…
Nie mogłem wstać. Wokół słyszałem głosy pakujących się ludzi, ale i tak nie mogłem. Rzuciłem okiem na zegarek, było tylko parę minut po siódmej. Czyli jeszcze czas. Zaszyłem się z powrotem w śpiworze.
W końcu poszedłem pod prysznic. Wczoraj nie miałem siły…
Patrzę w lustro. Widok jest przerażający. Włosy tłuste i przypłaszczone, oczy spuchnięte i jeszcze jakiś kawałek przypalonej skóry sterczy znad lewego ucha. Wchodzę do kabiny, żeby przywrócić memu ciału wygląd i oby sprawność.
O dziwo – jestem sprawny. Nie czuję żadnego bólu w nogach, zaledwie jakieś niewielkie odrętwienie. Prysznic mnie orzeźwił i opuchlizna z oczu zeszła (prawie…).
Dzisiejszy odcinek jest najmniej atrakcyjny z całego dotychczasowego okrążania TMB. W większości to droga przez las. Jestem tak zblazowany po wczorajszym dniu, że nawet jakby tańczące syreny stanęły na drodze i tak miałbym trudności z ich zauważeniem. Zauważam natomiast jezioro w CHAMPEX-LAC, bo rzucam tam plecak na trawnik, a sam siadam na ławce, żeby odpocząć z pięknym widokiem (a to dopiero 2 kilometry drogi). Nie wiem, jak ja dzisiaj dojdę te 15 km. Co prawda przewyższeń żadnych, tylko 500 m w dół, a potem 500 m w górę do LA FOULY.
Jezioro w CHAMPEX-LAC jest prześliczne. Ludzie się kąpią w błękitnej wodzie. Ja siedzę na tej swojej ławce i tylko patrzę… Chętnie bym się orzeźwił w chłodnej wodzie, ale jak sobie pomyślę o zdejmowaniu butów, szukaniu kąpielówek w plecaku… ech, daję sobie spokój. Patrzę tylko z zazdrością na dwóch chłopaków, którzy wszystkie powyższe czynności bez problemu wykonali i teraz moczą tyłki, i nie tylko, a ulga, jaka się maluje na ich twarzach, jest dojmująca… dla mnie, bo dla nich to pewnie wspaniałe uczucie.
Jakoś mi ta droga poszła. Słuchałem sobie „Mistrza i Małgorzaty”, co zajęło mój umysł na tyle, że nie przeszkadzał mi w i tak trudnym przedsięwzięciu.
LA FOULY jest cukierkowe. Małe drewniane domki z kolorowymi okiennicami. Wszędzie mnóstwo kwiatów. Nad nimi najpierw zielone łąki, potem szare skały, najwyżej blado-turkusowe lodowce. To moja ostatnia miejscówka w SZWAJCARII. Co ważne jest tutaj sklep. Taki markecik z cenami do zaakceptowania. Dobrze się składa, bo na kempingu nie serwują żadnych posiłków. CAMPING DES GLACIERS jest ogromny. Cały składa się z wydzielonych ogródków. Prawdopodobnie jak przyjeżdżasz kamperem, z całą rodziną, to taki ogródek jest w pełni dla ciebie. Nas TMBowców przydzielają po kilku na parcelę, ale i tak jest luz, bo jesteśmy w 5 namiotów na naszej, a zmieściłoby się ze dwa razy tyle. Kemping jest bardzo komfortowy. Mamy tu nawet taką drewnianą stołówkę, gdzie mieści się ze 20 stołów. Można sobie przygotować posiłek, można naładować wszystkie baterie, w całej elektronice. Na zewnątrz też są gniazdka i stoły, więc gdy jest ładna pogoda (jak dzisiaj), można całe popołudnie i wieczór spędzić komfortowo ze wszystkim pod ręką…
Andreas (Niemiec, o którym zacząłem wczoraj) przyszedł oczywiście ze dwie godziny przede mną. Los chciał, żeby nas przydzielono do tej samej parcelki. Nie planowaliśmy tego. Samo się jakoś stało. Dobrze, bo rozpoczęliśmy znajomość jeszcze w drodze na przełęcz FENÊTRE D’ARPETTE. Wskazałem mu wtedy właściwą drogę w rumowisku skał, bo na ślepo poszedł znacznie mniej wygodną ścieżką (o ile tamtejsze COŚ można w ogóle nazwać ścieżką). Później zamieniliśmy kilka zdań w ARPETTE na kempingu i zaczęła się rysować nadzieja na towarzyski wieczór właśnie w LA FOULY.
Andreas ma około 30 lat. Gdybym się postarał, mógłbym być jego ojcem. Szybko chodzi jak wszyscy młodzi. Nie wiem, jak zmieścił tyle rzeczy do tak małego plecaka – mam wrażenie, że jest połową mojego. Andreas świetnie mówi po angielsku. Też się wybrał na TMB samotnie. Już trzeci rok z rzędu planował to przejście, ale zawsze ktoś, kto się z nim umawiał, wysypywał się w ostatniej chwili. W końcu postanowił wybrać się samotnie. Andreas pracuje w polskiej firmie, gdzieś na północy Niemiec. Pozytywne, że polska firma może funkcjonować swobodnie u naszych zachodnich sąsiadów. Dowiedziałem się, że niemieckie pociągi są raczej średniej jakości. No, chyba że te długodystansowe, które są traktowane jak produkt premium. Pozdumiewaliśmy się razem UTMB-owcami biegającymi po skałach, jakby w ogóle nic nie ważyli, a ich buty miały jakieś samoprzyczepne mechanizmy. Pozachwycaliśmy się pogodą, jaka nam obu dopisuje od kilku dni. Poopowiadaliśmy sobie, co tam widzieliśmy, każdy na swoim szlaku i jakie widoki nas najbardziej poruszyły. Podzieliliśmy się moim chlebem, potem jego bananami. No i spędziliśmy bardzo miły wieczór na rozmowach o niczym, o TMB, o Polsce, o Niemczech, o spaniu pod namiotem, o obawach z tym związanych. Wypiliśmy wino, które kupiłem w markecie. A potem poszliśmy spać.
Rano, kiedy jeszcze nie było wiadomo, w jakim kierunku zmieni się nasza pogoda, Andreas już był spakowany i gotowy do drogi. Podszedł do mnie. Ja akurat próbowałem okiełznać poranny bałagan i biegałem między śledziami od namiotu a kubkiem świeżo zrobionej kawy. Podszedł, wyciągnął rękę, którą szczerze uścisnąłem, a potem poszedł. Patrzyłem, jak odchodzi i pomyślałem: ile to bratnich dusz jeszcze spotkam na swojej drodze, na chwilę, na dłużej, a czasem tylko na jeden wieczór.
Tour du Mont Blanc dzień jedenasty – La Fouly do Grand Col Ferret i Refuge Elena – Jestem ponownie we Włoszech

Dzisiaj wszystko zrobiło się szare!
Szara jest nawet trawa. Tylko te fioletowe kwiatki, podobne do naszego łubinu, nadal są fioletowe. W jedenastym dniu mojego trekkingu wokół MONT BLANC zachmurzyło się i zaczęło padać. Zdążyłem ledwie zwinąć namiot i spakować wszystko do plecaka, a potem przyszedł deszcz. Najgorsze, że jutro też ma padać. Dwa ostatnie dni! Gdyby były pierwsze, już dawno zapomniałbym o niepogodzie, a tona przeżytych wrażeń przykryłaby słabsze wspomnienia. Żeby tylko nie było na odwrót, żeby te dwa ostatnie dni nie rzuciły cienia na całość wyprawy, bardzo o to Panie Losie, proszę.
Zastanawiam się, czy rzeczywiście będą to złe wspomnienia. Deszcz jest naturalny, a woda potrzebna do życia. Natura musi pić, jest teraz szczęśliwa, że w końcu pada. Na tej wysokości nie ma specjalnego problemu z wilgocią. Zieleń przez cały czas była bardzo soczysta i wyraźna. Niemniej jednak skądś się ta wilgoć musi brać. Nie pompuje się przecież sama z dołu do góry – to fizycznie niemożliwe. Może i dzięki surowym warunkom, niskiej temperaturze nie wyparowuje tak samo intensywnie, jak na nizinach, akumuluje się dłużej. Musi jednak napadać z nieba, żeby było co akumulować.
Co więcej – góry przy słonecznej pogodzie są jak dobry, doświadczony dziadek, albo jeszcze lepiej – jak pełen dobrych intencji czarodziej… Przy błękitnym niebie, żółtym świetle słońca, przezierającym przez rzadkie chmury, czarodziej (lub dziadek) jest wyrozumiały, spokojny, na jego obliczu błąka się zamyślony uśmiech. Jego oczy patrzą spokojnie i dobrotliwie, jego myśli nie zmierzają w złym kierunku. Po jego głowie chodzą tylko dobre wspomnienia. Patrzy łagodnie i wyrozumiale. Widać w rysach jego twarzy surowość, wiek i doświadczenie. Czasem zachmurzy się na twarzy, przez jego oczy przejdzie cień. To chmura lub mgiełka na ostrych rysach. Po chwili wszystko wraca do normy. Dobrotliwość, cierpliwość i wyrozumiałość wracają.
Niestety w życiu każdego czarodzieja (jak i każdego dziadka) zdarzają się chmurne dni. W każdym, długim życiu są dobre chwile, są złe, a bywają i takie, w których życie staje się nie do zniesienia… Czasem te wspomnienia wypływają z czeluści pamięci. Wtedy na twarzy starego człowieka (lub czarodzieja) pojawia się mrok. Grad, burza, czerń, szarość, szaleństwo, bezmyślność, brak opanowania i gniew – tych uczuć nie da się powstrzymać. Muszą się wyszumieć. Muszą wyjść na zewnątrz, dokonać zniszczeń lub uszkodzeń, by móc odejść znów na jakiś czas, by dać spokój udręczonej duszy starca (albo maga), przestać go dręczyć, by mogła na nowo zapanować dobrotliwość, wyrozumiałość i brak trwogi na starczym obliczu.
Tak właśnie widzę to, co się teraz dzieje. Tak właśnie próbuję uchwycić to na zdjęciach…
Wchodzę na ostatnią przełęcz na moim szlaku TMB – GRAND COL FERRET (2537 metrów n.p.m.). Jest zielono, szaro-zielono, bo taka aura. Pada deszcz, raz słabiej, raz mocniej, ale właściwie nie przestaje. Nie wiem jak to możliwe?! Dzisiejszy szlak przypomina, jakbym szedł przez bieszczadzkie połoniny albo co najwyżej przez Tatry Zachodnie. Na samą przełęcz prowadzi ścieżka w trawiastym, ogromnym pastwisku. W innych miejscach, na tej wysokości były łyse skały. Przecież to całkiem niedaleko. Przyroda jest jednak nieprzewidywalna. Nie można jej matematycznie wyliczyć. Wskazać jasnych, twardych reguł. Wszystko jest opisowe… i płynne…
Ciągle słyszę dzwonki dźwięczące na szyjach szwajcarskich krów. Słyszę też świstaki. Nawet widzę jednego…, nie – dwa widzę. Całkiem niedaleko. Albo wcale się nie boją, albo zamarły ze strachu… Robię im zdjęcia, ciekawe czy wyjdą… ciekawe czy to rzeczywiście świstaki… ciekawe, dlaczego widzę je dopiero podczas deszczu.
Od czasu do czasu wyłaniają się z gęstej mgły, górskie ośnieżone szczyty. Trwa to kilka chwil, potem znów wszystko zasłania gęste, szare, brudne mleko.
Dopiero jak przechodzę przełęcz, nieco więcej się odsłania. Widać nawet lodowce… znów te lodowce. Jestem jakiś zmęczony. Nie jest to zwykłe, fizyczne zmęczenie, tylko takie znużenie – tym codziennym wstawaniem, tym codziennym marszem, tym codziennym wysiłkiem do granic moich możliwości, tym niepokojem, żeby się wszystko codziennie udało, tym potem spływającym z całego ciała, nawet, teraz gdy jest chłodno i dżdżyście przez cały dzień. ”Mistrz i Małgorzata” znowu próbują odwrócić moją uwagę od znoju. Choć teraz w tej opowieści zrobiło się już absurdalnie dziko. U mnie jeszcze aż tak absurdalnie nie jest.
Jednocześnie nie mogę dojść do mojego schroniska REFUGE ELENA (2061 metrów n.p.m.). Co chwilę się zatrzymuję, rozglądam, robię zdjęcie, biorę łyk wody i idę, a potem znów to samo.
Wyszedłem już ze SZWAJCARI. Znowu jestem we WŁOSZECH. Piękny, graniczny słupek minąłem na przełęczy. Stał obok okrągłego cokołu z panoramą wszystkiego, co teraz jest za mgłą i niedaleko symbolicznego krzyża. Tym trzem rzeczom też zrobiłem zdjęcia i sobie także. Nawet się uśmiechnąłem, nawet szczerze. Ucieszyłem się, że już będzie w dół, a nie pod górę. Dzisiejsze “pod górę” strasznie mnie umęczyło. Chyba już przychodzi czas, żeby dłużej odpocząć.
Przychodzę do REFUGE ELENA, wczoraj telefonicznie zarezerwowałem sobie nocleg, ale miejsc wolnych w dormitorium nie brakuje. Wygodne to dormitorium. Duże przestrzenie pomiędzy łóżkami. Wysokie łóżka, także jak śpisz na dole, możesz swobodnie usiąść na pryczy, nie waląc głową w pupę sąsiada z piętra. Sporo prysznicy, a co ważne dostajesz jeden żeton na ciepłą wodę w cenie noclegu (w zupełności wystarcza). Nie musisz już dopłacać. To miłe i chyba wcale nie trzeba być takim chytrym, żeby jednocześnie nie ponosić ponadnormatywnych kosztów podgrzewania wody w górach. Brawo ELENA!
Ostatni wspólny obiad schroniskowy. Jutro śpię w hotelu – będzie wygodniej, ale nie spodziewam się żadnych integracji. Dzisiaj siedzę przy stole z piątką innych osób. Emerytowane małżeństwo z Kanady z 30-letnią (na oko) córką oraz para młodych Francuzów. Nie lubię tego momentu, kiedy rozmowa się jeszcze nie skleja, ale jak się już sklei, robi się zawsze ciepło i kolorowo.
Kanadyjczycy są trekkerami od lat. Latają po całym świecie, wchodzą na jakieś góry, wcale nie najwyższe – nie chodzi o wyzwania, chodzi o zwykły dobry wypoczynek i pozytywny “flow”. Chadzali po górach oczywiście w Kanadzie, oczywiście w Stanach, ale także w Ameryce Południowej, Wenezueli, Afryce i gdzie tam jeszcze.
I znowu włączają mi się stereotypy. No bo dokąd powinno przyjechać starsze małżeństwo, widać, że z klasy średniej (chyba nawet pracują na uniwersytecie), z dorosłą córką? Do hotelu oczywiście! Albo przynajmniej powinni sobie wziąć w schronisku pokój, a nie spać w dormitorium, na piętrowych łóżkach! Przecież sześćdziesiątka już dawno minęła – bez przesady z tymi wygłupami. Tak mi podpowiada szuflada, do której ich wsadziłem. Tymczasem oni, nie przejmując się zupełnie niczym, sączą sobie do kolacji białe wino, a potem ładują się na piętrowe łóżka i śpią, jak mama kazała.
Parka Francuzów przed trzydziestką, a już mają za sobą roczną podróż dookoła świata. Po studiach dwa lata pracowali, zebrali jakieś pieniądze, a potem na rok wyruszyli w nieznane. Zaplanowali sobie miejsca, kraje, loty, statki itp. Jedne dokładnie inne trochę luźniej. Największe wrażenie zrobiła na nich Japonia i kraje wschodu. Mówię im, że podróżowanie uzależnia, ale oni twierdzą, że nie są uzależnieni. No cóż, któremu uzależnionemu jest się łatwo przyznać do nałogu…?
Fajny stolik trafiłem. Doborowe towarzystwo! Patrzę na nich wszystkich trochę z podziwem, trochę z zazdrością… a potem… Potem sobie myślę, że ja też przy tym stole „sroce spod ogona nie wypadłem”… i zaczynam opowiadać o moich przygodach, a oni słuchają zadziwieni.
Po kolacji wychodzę jeszcze na chwilę, na kamienny taras przed schroniskiem. Dziwnie się czuję. Wyobrażam sobie, że taras to scena, a te góry, chmury i lodowce dookoła, to widownia. Patrzą na mnie, jak tak samotnie stoję. Niezręcznie się czuję i zmykam do dormitorium, a tam już ciemno… Większość już śpi, by dobrze wypocząć przed jutrzejszą wędrówką, kilkoro jeszcze patrzy w świecące ekrany telefonów.
Tour du Mont Blanc dzień dwunasty – Refuge Elena do Courmayeur – Wracam do punktu startu

Prognoza na dziś nie była optymistyczna. Rano, przy śniadaniu miałem jeszcze nadzieję na zmiany. Dzisiaj planowałem przejść ostatnie 17 km do COURMAYEUR oraz odwiedzić schronisko imienia WALTERA BONATTIEGO.
Schronisko, poza imieniem, nie ma wiele wspólnego z wielkim, tutejszym alpinistą. Kim był BONATTI? Był legendą, jednym z największych włoskich wspinaczy alpejskich. Wytyczył wiele nowych dróg wspinaczkowych, niektórych tak trudnych, że nie zdobytych ponownie przez lata. BONATTI urodził się w 1930 roku, a wspinaczką zajął się tuż po wojnie, kiedy wpadł we właściwe górom środowisko. Nazwy są nieistotne, nie mówią mi zbyt wiele. Chodziło o jakieś niewiarygodnie niedostępne filary Mont Blanc, Matterhornu, czy innych okolicznych sławnych szczytów. Jako 24-latek brał udział w ekspedycji na K2. Wtedy 24 lata to był wiek, w którym uważano, że górołaz nie ma jeszcze odpowiedniego doświadczenia i zaprawy prawdziwych zdobywców ośmiotysięczników. Miał za zadanie donieść kolegom tlen do obozu dziewiątego, żeby mogli zdobyć szczyt. Nie był lubiany w zespole, bo najlepiej znosił wysokość, wspinał się nie gorzej niż pozostali. Koledzy zrobili mu psikusa i podali niewłaściwe koordynaty położenia obozu, potem zdobyli szczyt bez niego. Bonatti walczył o uznanie tej prawdy przez następne 50 lat, aż na dwa lata przed jego śmiercią, w 2009 roku, włoski związek alpinistyczny uznał jego racje. BONATTI zakończył karierę alpinisty-wspinacza dość wcześnie, bo w wieku 35 lat, po udanym zdobyciu jakiejś wysoce niebezpiecznej drogi na szczyt Matterhornu. Dobrze jest wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, niepokonanym. Potem został przewodnikiem i dziennikarzem, a także pisarzem. Jedna z jego książek – „Moje góry”, została wydana nawet w języku polskim. Był romantykiem, szalonym zdobywcą, miejscową legendą, ale nie obłąkanym, za wszelką cenę zdobywającym wszystko, co popadnie. Zawsze uważał, że najważniejsze jest wrócić bezpiecznie do domu, nawet jak oznacza to zawrócenie na 100, czy 50 m przed szczytem. Był pionierem w swojej dziedzinie – trzeba wiedzieć choćby to, że asekurację w tamtych czasach prowadziło się za pomocą ciężkich, konopnych lin stabilizowanych do skały za pomocą drewnianych kołków. Zmarł w Rzymie, w wieku 81 lat w 2011 roku, po krótkim epizodzie raka trzustki.
Odkąd miałem bilet lotniczy związany z tą wyprawą, próbowałem zarezerwować sobie miejsce w schronisku im. WALTERA BONATTIEGO. Nie udało się – nie było ani jednego wolnego łóżka. Nawet nie wiem, czy to prawda, czy taka polityka zarządzających tym przybytkiem. Nie udało się wtedy zarezerwować i chyba nie uda się dzisiaj nawet go odwiedzić. Pada deszcz, nawet momentami leje. Wczorajszy opad to tylko mżawka w porównaniu do tego, co jest dzisiaj. Schodzę z REFUGE ELENA i idę doliną w kierunku COURMAYEUR. W ulewie mijam skręt do RIFUGIO WALTER BONATTI. To całkiem niedaleko, trzeba z godzinę iść ostro pod górę, a potem jeszcze chwilę wzdłuż poziomicy. Gdyby jeszcze tam były jakieś artefakty związane ze słynnym Włochem, ale imię schroniska to podobno tylko uhonorowanie jego pamięci w tych górach. Odpuszczam w tym deszczu. Idę dalej doliną. Zostawiam sobie chatę pana Waltera na kiedy indziej. Może jeszcze tu wrócę, żeby przejść TMB odwrotnie do kierunku wskazówek zegara – to podobno zupełnie inny szlak i inne wrażenia. Może tak być…
Przypominam sobie (widocznie to taki dzień na wspominki), że kiedyś rodzinnie przejeżdżaliśmy słynnym tunelem pod górą MONT BLANC, który zaczyna się w CHAMONIX-MONT-BLANC, a kończy w COURMAYEUR (lub odwrotnie – jak kto woli). To było w lutym 1999 roku, podczas naszego powrotu z narciarskich Trzech Dolin we Francji. Tunel ma jakieś 11,6 km długości i jest jednym z najbardziej użytkowanych szlaków transportowych dla towarów z północy na południe Europy (lub odwrotnie). Taki Kanał Sueski przez Alpy. Niewiele ponad miesiąc później, po naszym przelocie tym szlakiem, 24 marca 1999 o godzinie 10:53, gdzieś w połowie tunelu stanęła w płomieniach ciężarówka z mąką i margaryną. Doszło do wielkiego pożaru. W tunelu zostało uwięzionych mnóstwo ludzi. Niektórym się udało uciec, ale części z nich pogasły samochody. Do spalania benzyny potrzebna jest odpowiednia ilość tlenu w powietrzu dostającym się przez aparat zapłonowy do silnika. Tlen został szybko zużyty przez pożar, a system wentylacyjny w tunelu musiał zostać odcięty, żeby nie rozniecać ognia. 39 osób zginęło, w tym kierowca feralnego TIR-a. Wszystko zaczęło się podobno od niedopałka, który właśnie ten kierowca wyrzucił przez okno. Niedopałek nie trafił na jezdnię, tylko wpadł do filtra systemu wentylacyjnego naczepy, tam spowodował zwarcie i w efekcie pożar łatwopalnych tłuszczy przewożonych przez ciężarówkę. Ogromna tragedia – temperatura podczas pożaru przekroczyła 1000 stopni, w efekcie wiele elementów tunelu oraz samochody zostały po prostu stopione. Słyszałem też legendę o bohaterskim motocykliście, który wjeżdżał do tunelu i za każdym razem wywoził kolejną osobę. Wywiózł kilka, a wróciwszy jeszcze raz, już na zewnątrz nie wyjechał, tylko zginął razem z innymi… Nie wiem, czy legenda jest prawdziwa, bo szukałem w internecie potwierdzenia, ale nie znalazłem. Tunel zamknięto na 5 czy 6 lat – tyle trwały prace remontowe i modernizacyjne. Dzisiaj funkcjonuje dobrze, sam widziałem. Niedaleko mojego hotelu jest wjazd i kolejka samochodów, chyba do punktu poboru opłat.
Takie mnie dzisiaj nachodzą myśli i rozpamiętywania. Tymczasem ulewa nie słabnie. Spacer jest przyjemny. Droga cały czas prowadzi lekko w dół – czyli idealnie. Dolina FERRET jest zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie przełęczy GRAND COL DE FERRET – zaczyna się w Szwajcarii w LA FOULY, a kończy w COURMAYEUR we Włoszech. Teraz idę już po drodze, najpierw szutrowej, która po 2-3 kilometrach przechodzi w asfalt. Dzisiaj nawet nie mam ochoty na Bułhakowa. Jestem zmęczony, znużony i jeszcze ta pogoda. Na wysokości Campingu GRANDES JORRASES – jakieś 5 km przed celem, wsiadam w autobus i jadąc w nim, zamykam pętlę związaną z TOUR DU MONT BLANC, którą wykonałem zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
Dzisiaj hotel, spa, celebracja, kolacja i wygodne, czyste łóżko, w prywatnym pokoju, na koniec dnia… ale zanim dochodzę z przystanku do hotelu, widzę przed sobą interesującą tabliczkę z napisem SKYWAY MONTE BIANCO. Zaintrygowało mnie, ale o tym jutro, po obfitym hotelowym śniadaniu… no i po dobrej włoskiej kawie.
Tour du Mont Blanc dzień trzynasty – Courmayeur do Punta Helbronner

Było trochę tak, jak się spodziewałem. Ostatnie dwa dni górskiej wędrówki w deszczu rozbiły mój dobry nastrój. Tak jak napisałem wcześniej – gdyby deszcz padał przez pierwsze dwa dni na szlaku TMB, już dawno bym tego nastroju nie pamiętał, a wrażenia z kolejnych, przykryłyby przykre wspomnienia, pozostawiając je w pamięci jedynie jako niewielki cień. Teraz jest niestety inaczej. Nie dość, że już w LA FOULY zacząłem odczuwać żal, że ta piękna przygoda się kończy, to jeszcze ten deszcz… Wczoraj do hotelu przyszedłem jakiś taki… rozbity jakiś, niespełniony jakiś, nieugłaskany i nawet lekko rozdrażniony… Nie pomógł wypoczynek (nawet krótka popołudniowa drzemka), nie pomogło leżenie w hotelowym jacuzzi (choć marzyłem pod koniec wędrówki, jakie to będzie wspaniałe wybąblować się w ciepłej wodzie). Pomogła dopiero kolacja zrobiona z własnych produktów, zakupionych w sklepie, zakropionych dobrym winem (Valpolicella Ripasso rocznik 2022), zjedzona do czwartej części filmu o gliniarzu z Beverly Hills… i to tylko trochę pomogła… Nie poszedłem do hotelowej restauracji, jak to sobie obiecywałem, ale zaszyłem się w pokoju, bo hotelowi ludzie – to zupełnie inni ludzie niż ci w górach. Nie, że gorsi, ale inni. Ogólnie lubię hotelowych ludzi, ale wczoraj nie byłem jeszcze na nich ani gotowy, ani otwarty. Może nie chciałem też psuć sobie wspomnień. Ne chciałem smakować nowego otoczenia, bo tak dobrze pamiętałem jeszcze smak z poprzednich dni. Kulinarne porównanie przychodzi mi od razu na myśl. Niby lubię schabowego, ale gdy zjem czekoladę, chciałbym przez dłuższy czas mieć na języku niezmącony jej smak. No bo co? Będę tak sam siedział przy stoliku? Przecież w hotelu nie posadzą mnie z kimś obcym. Nawet gdyby posadzili, to byłoby tylko niezręcznie. Wolałem więc sam posiedzieć w pokoju, zjeść dobry ser, przegryźć winogronami i popić winem.
Lubię, jak wycieczka kończy się z wykopem. Miałem nadzieję, na ostatni dzień wędrówki ze wszystkimi atrakcjami – widokami, emocjami, chmurami, gotowaniem wody do ostatniego liofilizata itp. Dobrze, że zauważyłem wczoraj ten SKYWAY. Okazało się, że z COURMAYEUR jeździ kolejka linowa na „Top of Italy” – tak brzmi reklama tej niewątpliwej atrakcji. Co to jest ten „Top”? To PUNTA HELBRONNER (3462 metrów n.p.m.) – szczyt otoczony przez lodowce, w bezpośrednim sąsiedztwie MONTE BIANCO (że tak po włosku się wyrażę, w końcu jesteśmy we Włoszech) i z doskonałym widokiem na ten najwyższy szczyt Alp. Dolna stacja tej kolejki znajduje się dosłownie pięćset metrów od mojego hotelu.
Mam swój WYKOP. Pogoda jest doskonała. Naprawdę doskonała – słońce, chmury, mgła – wszystko jednocześnie powoduje cudowne światło-cienie na zboczach gór. Ciekawe czy da się ten efekt oddać na zdjęciach, ale to zobaczę dopiero w domu.
Co tu dodawać – kolejka jest wyposażona w obrotowe, okrągłe kabiny. Jadąc do góry, kabina obraca się o 360 stopni, więc nie musisz wybierać, czy stanąć przy dolnych oknach, górnych, z prawej czy lewej strony. Wszystko i tak będzie ci pokazane. Dwa odcinki, dwa pełne obroty i… jesteśmy na górze. Mówię „jesteśmy”, bo jedzie ze mną całe mnóstwo osób. Wczoraj, gdy zerkałem na możliwość kupienia biletów, było bardzo dużo wolnych miejsc, dzisiaj – tylko pojedyncze sztuki na każdą z możliwych do wybrania godzin. Taka pogoda to wyjątkowa okazja, żeby zobaczyć TE GÓRY z góry. Ja jestem jedna „ludzka sztuka”, więc się wszędzie zmieszczę.
Na szczycie są dwa tarasy widokowe. Ludzie chodzą, cykają zdjęcia, nagrywają filmy, zachwycają się, a jest czym. Naprawdę bardzo się cieszę, że się zdecydowałem. Miałem kilka alternatywnych planów na ten dzień, a ten wyjazd na górę pogrzebał i przebił je wszystkie.
Znajduję wyjście na lodowiec. Chcę dotknąć wiecznego lodu. Chcę osobiście poczuć, jak to jest. Są schody w dół. Najpierw jedna barierka z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie, potem druga. Nie ma zakazu, tylko ostrzeżenie, więc przekładam nogę zarówno nad pierwszą, jak i nad drugą. W końcu jestem na lodzie. Nie mam raków, więc nie wchodzę dalej niż metr od ostatniej platformy, bo dookoła jest stromo. Nie chcę się poślizgnąć i wylądować gdzieś na skałach poniżej. Robię zdjęcia, filmik i siadam na ostatnim stopniu. I tak nikogo nie ma. Jestem tu zupełnie sam, przynajmniej przez tych kilkanaście minut. Widocznie inni ludzie, poważniej ode mnie potraktowali te ostrzeżenia o niebezpieczeństwie. Siedzę sobie, rozglądam się, oddycham, przychodzi mgła, zasłania wszystko, potem odchodzi, siedzę dalej… To dobre zakończenie mojego TMB – taki widok i pół godziny w samotności na ostatnim, stalowym schodku z nogami na lodowcu. Wokół ciągle jest pusto, dopiero teraz schodzą kolejni odważniejsi. Ustępuję im miejsca i wracam na górę, do stacji… Jeszcze jeden rzut oka na Białą Górę i zjeżdżam w dół do stacji pośredniej.
Na pośrednim przystanku też spaceruję. Tu już jest gorąco (zapomniałem wspomnieć, że na górze był chyba jeden stopień w plusie), muszę zdjąć puchówkę i polar. Widoki podobne, choć z perspektywy niemal plażowicza. Zielona trawka wokół, spod trawki czasem wystają szare skały. Wszędzie są ludzie. Opalają się, piknikują, biesiadują. Na szczycie wolno było przebywać maksymalnie półtorej godziny. Najpierw myślałem, że co ja będę tyle czasu robił, potem wykorzystałem swój limit do ostatniej minuty. Na stacji pośredniej wolno zostać tak długo, jak tylko się zechce, więc ludzie wykorzystują ten czas na wszystkie rzeczy, o których wspomniałem powyżej. Mój spacer trwa z pół godziny, starczyło, żeby obejść wszystko dookoła. Najlepsze rzeczy i tak już były wyżej… no i nie jestem wielkim entuzjastą plażowania.
Spacer kończę w budynku stacji. Tu zaskoczenie – muzyka na żywo! Tak! W holu stacji pośredniej stoi biały fortepian. Zagrać może każdy, jeśli tylko potrafi. Słucham fragmentu Bohemian Rhapsody w wykonaniu mamy i syna. Mama śpiewa, trzymając w ręku telefon (pewnie ma tam tekst), syn – nastolatek chyba – gra na wielkim, białym fortepianie.
Dawka emocji, wzruszenia, oniemienia, zapatrzenia była tak wielka, że pojawiły się łzy. Nie wiem, czy to efekt kulminacji uczuć po TMB, czy byłoby tak samo, gdybym wjechał tylko tutaj. Na pewno miała w tym udział pogoda. Piękne alpejskie słońce, od czasu do czasu pokrywało się białymi kłębami chmur. I ta muzyka zdająca się dochodzić zewsząd.
Zjeżdżam, odbieram plecak z hotelu. Jeszcze posiłek w COURMAYEUR i za parę godzin będę w BERGAMO. Autobus odjeżdża z tego samego miejsca, tuż przed informacją turystyczną, skąd 13 dni temu zaczynałem moją alpejską przygodę. Serdecznie polecam. Jestem dzisiaj szczęśliwy… Wycieczka zakończyła się WIELKIM WYKOPEM!



