Kopenhaga to stolica i największe miasto Danii położone na wschodnim wybrzeżu wyspy Zelandia i częściowo Amager.
Tak się przytrafiło, że prawie płynnie przejdę z cieplutkiej, hiszpańskiej Andaluzji do chłodnawej Danii, a właściwie do jej stolicy – Kopenhagi. Z pięknego, wiosenno-letniego ciepełka prosto w (zobaczymy jaką) zimowo-wiosenną aurę.
Stolica najszczęśliwszego kraju na świecie





Dania od lat plasuje się na szczycie najszczęśliwszych państw świata. Nie pamiętam, jakie dokładnie kryteria są brane pod uwagę w rankingach, ale rzeczywiście Duńczycy są uśmiechnięci, życzliwi i wydają się szczęśliwi. Mój serdeczny przyjaciel z Camino – Per – zarażał wręcz swoim stoickim, dojrzałym optymizmem. Może na szczęśliwość ogólną wpływa to, że można w Danii publicznie spożywać alkohol (taka swoboda jest zaprzeczeniem tego, co ogólnie wiadomo o krajach skandynawskich – jednak to kontrowersyjna teza, więc potraktuj ją raczej jako żart, prowokację czy ciekawostkę). Pamiętam z poprzedniego pobytu pary czy grupy znajomych, przybywające do parków na rowerach, często w eleganckich strojach, rozkładających koszyki z lunchem, którego częścią składową było wino i kieliszki na długich nóżkach. Na taki widok teraz nie liczę, bo temperatura ma być niesprzyjająca. Choć kto wie, Duńczycy jak wszyscy Skandynawowie mogą mieć większą tolerancję na niskie temperatury.
Co jeszcze mi się kojarzy z Danią. Jest elegancka i dystyngowana. Takie sprawia wrażenie. Wspomniałem już, że nawet podczas rowerowych przejażdżek, mężczyźni często mają eleganckie garnitury, a panie sukienki zupełnie niesportowe. Trawniki w parkach są króciutko przystrzyżone, roślinność wkoło też wypielęgnowana jak należy. Austriacy mogliby się uczyć od Duńczyków strzyżenia żywopłotów. Poza tym – wszędzie czysto i błyszcząco…
Dania jest krajem wyspiarskim. Leży na ponad 480 wyspach. W końcu to stąd pochodzą Wikingowie. Największą wyspą jest Zelandia (nie mylić z Nową Zelandią, bo to zupełnie gdzie indziej). Duże wyspy są połączone pięknymi mostami. Największy z nich (o ile mi wiadomo, również największy w całej Europie) łączy Zelandię ze stałym szwedzkim lądem, przechodząc nad cieśniną ØRESUND. Łączy też dwa wielkie miasta Kopenhagę i Malmö. Podobno każde z tych miast myśli o sobie, że jest ładniejsze. W każdym z nich uważa się to drugie za większą wieś. Widać wszędzie są lokalne animozje jak między Sosnowcem a Katowicami, czy pomiędzy Wisłą a Cracovią.
Duńczykiem był znany wszystkim Hans Christian Andersen. Baśniopisarz słynący z dość okrutnych bajek, zwykle jednak zakończonych „happy endem„. Mała Syrenka to symbol Kopenhagi. Za każdym razem, kiedy jestem w tym mieście staję w kolejce chętnych do selfie z posągiem. Chętnych gotowych pomoczyć sobie buty (pomnik stoi w rzece, a właściwe kanale), żeby tylko móc się pochwalić wspólną fotką. Teraz też pewnie stanę, bo to już niemal tradycja…
W Danii powstały klocki Lego. Trzeba być szczęśliwym, żeby coś takiego wymyślić. Do Legolandu zmierzają pielgrzymki z całego świata. Dzieci wręcz uwielbiają takie przygody. W pobliskim Billund na Półwyspie Jutlandzkim wybudowano lotnisko. Do Billund lata zresztą któraś z tańszych linii lotniczych z Polski.
Jak już mówimy o Legolandzie, warto wspomnieć o Tivoli, najstarszym wesołym miasteczku na świecie. Czyli Duńczycy najwcześniej wpadli na to, żeby się weselić.
Tolerancja i zdyscyplinowanie Duńczyków pozwoliło na eksperyment społeczny, jakim jest kopenhaska Christiania. To stara dzielnica wojskowa. Kiedyś mieszkali tu skoszarowani żołnierze. Potem zasiedlili to miejsce ludzie spod znaku Hippie i mieszkają do dzisiaj na własnych prawach, trochę odrębnych od reszty miasta…
Który to raz już w Kopenhadze? Teraz będzie trzeci. Po co tyle razy w jednym mieście? A tak po prostu, bo to ładne miejsce i jest gdzie pospacerować. No to spacerujemy, tym razem w piątkę, w zdecydowanie żeńskim towarzystwie.
Kopenhaga – Kastellet, Mała Syrenka, Amalienborg, Nyhavn i bardzo długi spacer




Kopenhaskie spacery są “the best”. Tu wszystko jest eleganckie i proste. Nawet knajpka, w której zjedliśmy nasz pierwszy lanczyk jest prosta i elegancka. Tak jak i jedzenie. Ceny na razie nie zwalają z nóg, choć oczywiście Dania stara się trzymać skandynawski poziom. Na szczęście na staraniach na razie poprzestaje… Gdyby elegancja i prostota nie były takie pociągające, firma IKEA nie miałaby na światowym rynku co robić… trywializuję, ale trochę tak właśnie jest.
Gubię się trochę w naszym żeńskim towarzystwie. Są ze mną trzy Magdy i jedna Izabela. Dobrze, że jedna to Żonka, druga Kuzynka, a trzecia przyjaciółka – Fotografka. Iza jest przygotowana do wycieczki, więc będzie Przewodniczką i tak ją będę nazywał, żeby się nie myliło, tylko Żonka zostanie Magdaleną. Potem dołączy do nas jeszcze Ania – Kopenhażanka – emigrantka od wielu, wielu lat. Anka ułatwi nam komunikację i rozwieje wiele wątpliwości, dotyczących miejscowej tradycji, kultury i odwiedzanych miejsc…
Ceglasto-czerwona, pięcioramienna twierdza Kastellet uderza kolorowymi kontrastami. Zwłaszcza że wychodzi słońce. Zestawienie skandynawskiej czerwieni z soczystą zielenią jest jedyne w swoim rodzaju. Nieważne co to za twierdza, nieważne, że już istniała w XVII w., choć koszary wyglądają jakby żywcem je wyjąć z filmów o I Wojnie Światowej. Ważne, że słońce wychodzi od czasu do czasu zza chmur — ważne, że wtedy soczystość zieleni powoduje wzrost aktywności ślinianek (intensywne kolory zawsze sprawiają, że mi ślinka leci), ważne, że na wałach jest wiatrak, że drzewa odbijają się w stojącej wodzie, nieruchomej w otaczającej twierdzę fosie. A niebo z poszarpanymi chmurami dopełnia widoków, okalając je szaro-niebieskim tłem. Fotografka w pełni się ze mną zgadza i też co chwilę naciska spust migawki…
Wyspę Zelandię wywalczyła dla Duńczyków Bogini Gefion. Zelandię, czyli zalążek przyszłej Danii, największą jej część i miejsce, gdzie leży stolica. Legenda głosi, że Gefion zwróciła się kiedyś do szwedzkiego króla, żeby podarował jej jakiś kawałek ziemi. Król odpowiedział, patrząc na wątłą kobietę, że da jej każdy obszar, który zdoła ona zaorać w jedną noc. Gefion zamieniła swoich synów w byki (synów spłodzonych przez olbrzyma, nawiasem mówiąc) i zaorała sporą połać gruntu. Rano, gdy Król, który, bacząc na to, co uczynił, chyba również musiał być bogiem, zezłościł się bardzo, że Gefion zdołała zagarnąć.tak wielki obszar. Użył swojej boskiej mocy, wyrwał ze złością zaorany grunt i cisnął w morze. Tak oto powstała duńska wyspa Zelandia, a w Szwecji jezioro VÄNERN (które jest mniej więcej, tego samego kształtu…).
– Aniu, czy rzeczywiście są animozje pomiędzy mieszkańcami Malmö i Kopenhagi?
– Oczywiście, myślę, że tak jak pomiędzy wszystkimi Szwedami a Duńczykami. Wszystko zaczęło się właśnie od Gefion – odpowiada Kompenhażanka – to ona i jej synowie są temu winni…
Oto jak z bohaterki można stać się winowajczynią… A teraz bohaterka stoi jako fontanna ze swoimi czterema synami-bykami i smaga je batem, żeby szybciej pracowali ku chwale i lepszej przyszłości…
Za małym lasem kwitnących wiśni mieszka Mała Syrenka. Nie zobaczysz w Kopenhadze sklepu z pamiątkami, czy innymi artefaktami, gdzie by nie było Syrenki. Syrenka zdobi okładki prawie wszystkich przewodników po Danii, a po jej stolicy, to.już na pewno. Kiedyś byłem tylko na chwilę w Kopenhadze i starczyło czasu, żeby odwiedzić tylko jedno miejsce. Wtedy przywędrowałem właśnie tu. Syrenka jest z Kopenhagą już prawie 120 lat. Od tej pory była kilka razy zdemolowana, potem przestawiana, dwa razy odcięto jej głowę. Przetrwała to wszystko i dalej jest obiektem, z którym każdy, będąc w Kopenhadze, musi sobie zrobić zdjęcie.
Anka Kopenhażanka dołączyła do nas w prześlicznej knajpce Sea Side, położonej na (jak się łatwo domyślić) nabrzeżu kanału wychodzącego w morze. Tu kiedyś była przystań promów płynących do Polski. Ania tu mieszka już jakieś 30 lat i pływała stąd do kraju.
Powoli robi się wieczór. Czas najwyższy na spacer eleganckim, kopenhaskim nabrzeżem. Jakie tu wszystko jest poukładane. Budynki z małymi oknami i okiennicami równiutko rozmieszczonymi po płaskich elewacjach. Za kanałem widać trójkątny budynek z kominem. To miejska spalarnia odpadów, na której zboczach zamontowano stok i wyciąg narciarski.
AMALIENBORG – rezydencja królewska. Jesteśmy tu wczesnym wieczorem. Są plusy i minusy tej pory. Minusem jest, że wszystko zamknięte (właściwie nie jestem pewien, czy to minus, bo wchodzić gdziekolwiek mi się nie chce). Otwarty jest tylko kościół z wielką okrągłą kopułą. Przypomina rzymski Panteon, tylko oculusa brak.
Dochodzimy do NYHAVN (po polsku Nowy Port, nie należy jednak sugerować się nazwą, bo port jest stary – kiedyś był nowy, ale się zestarzał – tylko nazwa z tamtych czasów przetrwała), największej atrakcji starego centrum KOPENHAGI, Kolorowe kamienice poustawiane jedna przy drugiej po obu brzegach wąskiego kanału. Ładny widoczek na koniec dnia. W kamieniczkach hotele, w hotelach restauracje, kawiarnie. Ludzie siedzą i mają pełną HYGGE (jutro, a może pojutrze opowiem co takiego, dzisiaj tylko powiem, że to baaaardzo miłe). Jest już po zachodzie. Niestety, ale wrócimy tu jeszcze w dzień, a najlepiej o zachodzie słońca, wtedy kolory mogą być jeszcze pełniejsze…
Spać, spać, spać się chce po tym intensywnym dniu…
Kopenhaga – Rye 115, Statens Museum For Kunsts, Rosenborg Slot i Hygge przede wszystkim albo na przekór wszystkiemu
Nie wspomniałem jeszcze o naszym HOTELIKU, który w każdym innym miejscu na świecie byłby nazwany hostelem. Elegancja tego miejsca nie pozwala jednak, żeby pomimo wspólnych łazienek na korytarzu, nazywać to miejsce inaczej niż HOTELEM, w dodatku przez duże „H”. Kilka przykładów. Specjalnie przygotowane dla gości kapcie z plecionkową podeszwą, przyjemne w dotyku i łatwe do prania. Szerokie, zielono-niebieskie parapety, duże okna bez firan, tylko z zasłonami. Sala wspólna, z dużymi, ciemnobrązowymi stołami i krzesłami. Wszystko wykonane w pięknym drewnie. Ciepłe, ciemne kolory, białe szafki na filiżanki, szklanki, kubeczki, dostępne dla wszystkich. Czyste i ładnie urządzone łazienki, w których znajdziesz dwa koszyczki z ręczniczkami do rąk. Jeden z czystymi, drugi na użyte. Wszędzie ładnie, wszędzie zadbano o szczegóły, wszędzie ustawiono ozdoby i dodatki w sposób elegancki, skromny i nieprzesadny. Dobrze się tu mieszka, dobrze się tu przebywa wieczorami, dobrze się tu spędza czas z innymi współmieszkańcami… no i co niebagatelne, nie jest tu przesadnie drogo, jak na Kopenhagę oczywiście… HOTEL RYE 115 – to ON! Kiedyś nazywał się po prostu Hotel Rye, od nazwy ulicy i dzielnicy, w której się znajduje, teraz dołożono jeszcze numer i nazwa hotelu stała się jednocześnie adresem. Tak jak kilkanaście lat temu, tak i teraz, zamieszkaliśmy właśnie tutaj. Po co szukać, skoro ma się sprawdzoną miejscówkę do spania.
Czy elegancja jest ważna? Jest tak samo ważna, jak uprzejmość! Ważne jest przy tym, żeby zarówno jedno, jak i drugie nie było wymuszone. Ludzie uprzejmi i eleganccy tworzą dla siebie przestrzeń, w której nic złego nie może się stać, w której jest bezpiecznie i miło. Ważne jest połączenie elegancji z uprzejmością. Bo wyniosła, nieuprzejma elegancja jest grubiańska, a uprzejmość bez swego rodzaju elegancji wygląda fałszywie. Pod słowem elegancja nie mam na myśli krawatów, garniturów, sukni i brylantów. Mam na myśli delikatne, nienachalne gesty, luz w obyciu i czystą powierzchowność, a także grzeczność i szacunek we wzajemnych kontaktach. Tak właśnie widzę elegancję. I tak na razie widzę Kopenhagę, tak widzę nasz hotel, tak to widziałem wczoraj podczas spaceru, czy w knajpce podczas obiadu.
Wychodzimy w deszcz… Widocznie taki deszcz dla Kopenhażan to nie deszcz. Nikt nie nosi parasola, a mało kto zakłada nawet kaptur. Jest lekka mżawka, ale kiedyś musi być. Inaczej ta soczysta zieleń z wczoraj, nie byłaby nigdy taka soczysta.
Dzień deszczowy spędzimy pod dachem. Na pierwszy ogień idzie Narodowe Muzeum Sztuki. Zaczynamy od malarstwa klasycznego. Nie umiem znaleźć metafory w dosłowności. Obrazy dawnych mistrzów nic do mnie nie mówią. Portrety, bitwy, sceny z codziennego życia, czy zdarzenia religijne. To wszystko jest zbyt dosłowne, bez metafor. Tu i ówdzie można się zachwycić światłem, a tam wyrazem twarzy, ale to wszystko. Dobrze, że jest Fotografka, która zwraca moją uwagę na pewne szczegóły. Nie jestem miłośnikiem malarstwa, co jest dziwne, zważywszy na moją miłość do fotografii.
Trafiam w końcu na obraz, który jest ciekawy. Wygląda tak! Za tasiemkami na ścianie poukładane są notatki, bibelotki, wstążeczki i inne szpargały. Ten w końcu można nazwać inaczej niż „Pani taka a taka”, czy „Bitwa pod tym i tamtym”. Ten można nazwać „Bałagan w duszy i tęsknota za uporządkowaniem”. Autor Cornelius Norbertus Gijsbrechts – kompletnie nikomu z nas nieznany, na tłumaczenie tytułu nie starczyło mi siły…
W końcu mamy malarstwo francuskie z początku ubiegłego wieku. Tutaj już nic nie jest dosłowne. Na szczęście! Na jednej ścianie wisi tancerka lub kurtyzana, bo dokładnie nie wiadomo, ale obraz mógłby mieć wymyślony tytuł „Radość w melancholii”, a zwykły ciemny las nazywam w myślach „Lękiem zbudowanym z niepokoju”. Jeszcze chwilę popada, a malarstwo stanie mi się bliższe. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy…
Kolejna atrakcja pod dachem – zamek, będący byłą rezydencją duńskich królów, czyli ROSENBORG SLOT nie robi już na mnie żadnego, pozytywnego wrażenia. Ciężkie, przytłaczające wnętrza, wypełnione po brzegi przekombinowanymi zdobieniami. Ponure obrazy i sale w brązach, małe okna, a wszystko zastawione po sufit barokowym (albo rokokowym) przepychem. Nie tylko ja mam takie wrażenie. Przewodniczka mówi „Wiesz co? Nie dziwię się, że się stąd wyprowadzili. AMALIENBORG (obecna królewska siedziba) wygląda znacznie bardziej pociągająco…”
Najlepiej ze wszystkich aktywności najlepiej wychodzi nam HYGGE. A cóż to takiego? HYGGE, jest miejscową filozofią życia. Filozofią radości i pozytywnego nastawienia ponad wszystko. HYGGE w połączeniu z niewymuszoną elegancją i uprzejmością tworzy klimat Kopenhagi. HYGGE pozwoli kelnerowi zapomnieć o połowie zamówienia, a potem zupełnie się tym nie przejąć. HYGGE pozwoli ci na to, żeby taki fakt zignorować i nie pozwolić sobie zakłócić wewnętrznej radości. HYGGE zorganizuje ci radosny czas wolny, HYGGE pozwoli ci być dla każdego uprzejmym i uśmiechniętym, pomimo wszystko. HYGGE nie używa klaksonów na ulicach. HYGGE da ci możliwość wypicia wina na skwerze, a potem nie pozwoli ci zostawić bałaganu po sobie. I na koniec, HYGGE da ci możliwość zapłacenia jakiejś kosmicznej ceny za kilka kanapek w TORVEHALLERNE KBH (byłym targowisku, zamienionym w ekskluzywne miejsce, gdzie można zakupić miejscowe, tradycyjne, ekologiczne, duńskie wytwory spożywcze) przy zupełnym nieprzejmowaniu się kosztami i beztroskiemu rozkoszowaniu się smakiem.
Jest jedna rzecz, przy której nasza HYGGE się chwieje. Cena za wstęp do Wesołego Miasteczka TIVOLI. Nie ma szans, przecież pada deszcz. Co my tam w środku będziemy robić? Nawet zdjęcia nie wyjdą dobre w takim świetle. Nie czarujmy się – to będą wyrzucone pieniądze. I wiesz co? Trzeba mieć dużo HYGGE, żeby bez żalu skreślić jeden z głównych punktów programu wycieczki i dalej cieszyć się dniem, życiem i szarą pogodą.
Kopenhaga i Christiania – Kiedyś wolne miasto, a dzisiaj?




Dziś od rana świeci piękne słońce i choć jest raczej chłodno, to nastrój podnosi się do góry o sto procent (czyli razem z wczorajszą setką mamy już całe dwieście procent nastroju – matematyka jest bardzo prosta i nie ma w niej miejsca na niedomówienia, czy przekłamania…)
Kopenhaska CHRISTIANIA świeci się dziś żywymi kolorami…
ECH… TA TĘSKNOTA za wolnością, za zrzuceniem krępujących pęt narzucanych przez konwenanse, normy społeczne, prawa i obyczaje. Ech… Dzieci Kwiaty, Hippisi, i wszyscy podobni. Są na całym świecie różne subkultury, obiecujące nowe, luźne życie, oparte głównie na potrzebach ducha, na rozwoju własnej głębi, na patrzeniu dalej niż na powierzchowność drugiego człowieka, na nieskrępowanej, wiecznej zabawie, na wszystkim, co cieszy, odrzucając wszystko, co martwi…
Taka właśnie BYŁA kopenhaska CHRISTIANIA. Piszę „BYŁA”, bo niestety (albo i stety) już NIE JEST. Miejsce zostało opanowane przez niewielką, hipisowską subkulturę na początku lat 70. ubiegłego wieku. Wtedy właśnie mieszkańcy samowolnie zasiedlający powojskowe koszary, postanowili stworzyć coś na kształt Wolnego Miasta. Ustanowili własny samorząd, kilka wewnętrznych praw (między innymi zakaz wjazdu jakimkolwiek samochodom, zakaz biegania i także zakaz handlu twardymi narkotykami), oznaczyli swój teren i ogłosili nawet coś w rodzaju deklaracji niepodległości. Kopenhaga temu sprzyjała, pozwoliła nawet, gdzieś na przełomie lat 80. i 90., na zalegalizowanie takiego stanu rzeczy. Utworzenie Wolnego Miasta początkowo wpisywało się w ówczesny klimat stolicy. Później miało tyleż zwolenników co przeciwników (pomimo HYGGE), a poczynania władz wobec CHRISTIANII zależały od tego, która opcja akurat zwyciężyła w wyborach. Sama CHRISTIANIA również nie radziła sobie ze swoimi problemami. System lichego samorządu, podpalany ziołem, był zbyt słaby, żeby walczyć z czyhającą, na tego typu okazje, przestępczością zorganizowaną. Mimo wielu deklaracji i wzniosłych haseł, narkotyki twarde cały czas były obecne w CHRISTIANII (w mniejszym lub większym stopniu – ale to niewiele zmienia).
Dzisiaj sława CHRISTIANII powoli przechodzi do historii. W sierpniu 2022 roku na słynnej PUSHER STREET (ulicy dilerów) odbyła się strzelanina. Zginął człowiek, trzech innych zostało rannych. W wyniku tych wydarzeń władze Zgromadzenia Mieszkańców Christianii zamknęły Pusher Street jako miejsce wolnego handlu i zwróciły się do władz Kopenhagi o pomoc w przywróceniu porządku i harmonii w Wolnym Mieście. Na początku 2024 roku Minister Sprawiedliwości Danii podjął decyzję o zakazie handlu miękkimi narkotykami i przejęciu pełnej jurysdykcji nad Christianią. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Dziś, gdy spacerujemy po kolorowych uliczkach, widzimy znacznie więcej turystów niż miejscowych. Zupełnie inaczej niż gdy odwiedzaliśmy to miejsce kilkanaście lat temu. Na PUSHER STREET od razu powstały jakieś małe kafejki, a nawet sklepy z pamiątkami. Wielkie znaki z przekreślonym aparatem fotograficznym (do niedawna obowiązywał tu całkowity zakaz fotografowania) zastępują trochę mniejsze, ale bardzo widoczne obrazki z napisami PHOTO FREE ZONE, zachęcające do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia. Turysta filmujący i jawnie robiący zdjęcia telefonem to powszechny widok. Jeszcze kilka lat temu było to nierealne i spotkałoby się z natychmiastowym sprzeciwem mieszkańców.
A jednak… – gdy idziemy sobie tak beztrosko przez sam środek Byłego Wolnego Miasta, ze stojącego na ulicy głośnika zaczyna grać muzyka. Wokół źródła dźwięku stoi kilka osób. I nagle… zaczynają tańczyć. To nie jest zwykły taniec. To Wolny Pląs Wolnych Ludzi. To grupka idealistów z poprzedniego wieku, którzy wciąż wierzą, że można żyć tu i teraz. Niemłodych już idealistów, na każdej twarzy widać ząb czasu. To tamto pokolenie. To prawdopodobnie ci ludzie, którzy tu zostali z kilku tysięcy kiedyś zamieszkujących to miejsce. No właśnie… zostali, bo uważają, że tylko tu mogą żyć naprawdę? Czy raczej dlatego, że już nie mogą się mentalnie wydostać z tego miejsca…? Tak czy owak, tańczą jak w transie. Nieliczni turyści dołączają do tańca. Większość jednak tylko robi zdjęcia i filmuje. Traktują to, jak zwykły pokaz artystyczny na starym rynku, gdzieś w centrum miasta… jak występ cyrkowy… ja chyba też to tak traktuję… cykam fotki i nie tańczę… z dzisiejszej perspektywy trochę mi szkoda, że nie dołączyłem, chociaż na chwilę.
Kopenhaga – DragØr, Cirkelbroen, Nyhavn – Uroki kwietniowych spacerów




Kończymy piwem pobyt na CHRISTIANII i Anka Kopenhażanka proponuje transport do DRAGØR, kolejnej dzielnicy Kopenhagi. To odwrotność Wolnego Miasta. Urokliwa enklawa złożona z małych domków, pomalowanych na żółto, nad samym morzem, z widokiem na most nad cieśniną ØRESUND i najdłuższy most w Europie. Tu mieszkają bogaci beneficjenci, rozwijającej się cywilizacji. Ania mówi, że ceny za nieruchomości w tej dzielnicy są abstrakcyjne. Nie wiem, co to znaczy, ale chyba nie chcę wiedzieć, bo i po co mi ta wiedza. Zresztą dla mnie abstrakcja zaczyna się zapewne, przy znacznie niższych kosztach niż u Duńczyka. Niemniej jednak miejsce jest urocze. Stary fort z widokiem na most, potem wielki trawnik do wylegiwania się dla miejscowych i przybyszów z centrum. Tak! W Kopenhadze możesz się wylegiwać na każdym trawniku i nikogo to ani nie oburza, ani nie dziwi. Ot kolejny przejaw HYGGE. Na koniec sieć wąskich ulic schodzących się w samym środku dzielnicy, wypełnionym kawiarniami, lodziarniami i restauracjami. I tyle. Miłe wrażenie, ładna pogoda, potem w samochód i jedziemy z powrotem, na obiad, bo już pora…
Wieczorny spacer przybrzeżną promenadą jest magiczny. Tak właśnie kończymy dzień. Zapomnieliśmy wcześniej o moście CIRKELBROEN. Leży niedaleko CHRISTIANII, dlatego piszę, że zapomnieliśmy. Wygląda jak kilka połączonych półokręgów. Najlepiej pewnie widać to z góry, ale my nie mamy możliwości wykonania takich zdjęć. Fotografia dronowa to nie jest nasza działka. CIRKELBROEN to jednak bardzo dobry punkt widokowy, a godzina jest złota, obiekty po jednej i drugiej stronie kanału znaczące, więc focimy ile się da…
To jeszcze nie koniec dnia przed ostatnią, zieloną nocą. W czwartek zamarzyliśmy sobie, że odwiedzimy NYHAVN, gdy będzie jasno. To ten nowy (stary) port z kolorowymi kamieniczkami po obu stronach krótkiego, bocznego kanału. Zdążamy na sam koniec, tuż przed zachodem. Jest jeszcze czas, żeby dobrze obfotografować to miejsce. Robię tych zdjęć kilkadziesiąt. Zmieniam parametry, znowu robię, widzę, że Fotografka ma tak samo, choć ona bardziej wybrednie dobiera kadry. Ja się boję, że pomarańczowe światło się skończy i cykam, co się da i jak się da. Z niepokojem patrzę, jak cienie stają się coraz dłuższe i dłuższe. Ciekawe co z tego wyjdzie, nie mogę się doczekać, kiedy zrzucę na komputer i wezmę się za edycję. Mam nadzieję na jakieś niesamowite rzeczy, obym się nie zawiódł, ale to dopiero w domu.
Jestem tak oczarowany tym spacerem i tymi widokami, że nie mogę się pogodzić, iż dzień się kończy. Idę do 7eleven kupić wino. Opijemy z Magdaleną ten wieczór. Nie da się tak po prostu iść spać. Trzeba wyciszyć emocje. Widzę, że Fotografka z Przewodniczką też tak robią. Nie mamy noclegu w jednym miejscu, więc chyba szykują się na dzisiaj dwie pożegnalne imprezy…
Kopenhaga i kopenhaskie śniadania, zmiana warty pod Amalienborg, Rundetaarn, Hygge i wszystko…




Kopenhaskie śniadania, to wartość sama w sobie. Nie mówię o cenie, bo ta też sporo powie o wartości. Mówię o klimacie, smaku, wyrafinowaniu, uśmiechu, szyku, radości, rozmowie, gwarze, dekoracjach i jeszcze mógłbym jakiś czas wymieniać…, ale myślę, że te kilka słów dało już obraz tego, co czuję, gdy jem, przebywam, rozmawiam… Kopenhażanie lubują się w spędzaniu czasu w kawiarniach śniadaniowniach, a ja wcale im się nie dziwię.
W ubiegłym roku w Turcji zwiedzaliśmy mauzoleum Ataturka w Ankarze. Obejrzeliśmy spektakl uroczystej Zmiany Warty. ŻYCIE TO JEST TEATR! Pierwsze co mi wtedy przyszło na myśl… a teraz znowu przychodzi…
Od zarania dziejów ludzie tworzą sobie rytuały. Specjalny układ ruchów, wyszukana choreografia, która ma coś znaczyć. Indiańskie tańce przy płonącym ogniu i inne rytualne zachowania ludów pierwotnych. Dawne zanurzanie ludzi podczas chrztu i różne czynności inicjacyjne. Taniec gejszy. Wyszukane ukłony dworskie, czy powitalny układ ruchów w choy-lee-fut kung-fu. Dodatkowym ozdobnikiem nierzadko jest muzyka towarzysząca choreografii (czasem instrumentalna, czasem chór, a często, po prostu rytm). Układ ruchów ma coś znaczyć, ma być rozpoznawalny, ma jednać tych, którzy znają znaczenie, być dumą dla tych, którzy umieją wykonać dziwną choreografię i na koniec, ma wzbudzać podziw i uznanie u wszystkich…
Nie inaczej wygląda to, co teraz widzimy. Uroczysty spektakl Zmiany Warty pod pałacem AMALIENBORG w Kopenhadze. Raz dziennie, w samo południe, zaczyna się teatr ubrany w żołnierski dryl, okraszony muzyką, zagrzewającą do boju, ale nie ma przecież tu żadnego boju. To demonstracja, ale czego? Siły? Nie tylko. Swobody i lekceważenia trudów, czyli tak naprawdę prawdziwej siły. Idą żołnierze, maszerują swobodnie, w rytm wesołej muzyki, którą wygrywają inni żołnierze na bębnach i fletach. Nie przejmują się niczym. Oddają swoją indywidualność, żeby osiągnąć zbiorową doskonałość. Idą równiutko, każdy krok wymierzony, jednakowy, u wszystkich taki sam. Co mają pokazać? Oddanie i wierność Królestwu. Nas jest wielu. Będziemy bronić Cię jednego – Królu. Będziemy bronić, nie przejmując się niczym, radośnie tak jak grana piosenka. Będziemy tu maszerować dostojnie i stać godzinami, aż nas nie zmienią następni. Jesteśmy paradnie ubrani. Wszystko błyszczące, czyste i wyprasowane. Będziemy bronić Króla z elegancją, w końcu bronienie Króla nie może być byle jakie, musi być na wysokim poziomie, bez grymasu na twarzy i bez żadnego zaniedbania. To właśnie znaczy widowisko, które podziwiamy. To taka deklaracja, przez demonstrację. A jak jest naprawdę? To przecież nie żołnierze. To tak naprawdę tylko aktorzy, nawet jeżeli mają stopnie oficerskie. Prawdziwi żołnierze są gdzie indziej… Wiadomo jednak z historii świata, że nie zawsze trzeba użyć siły. Czasem sama demonstracja siły jest wystarczająca.
Zbliża się czas pożegnania. Po obejrzeniu widowiska Zmiany Warty pijemy jeszcze jakąś kawę w kolejnej kawiarni z dziwnymi dekoracjami. Mam wrażenie, że im dziwniejsze dekoracje, tym ludzie uważają, że miejsce ma lepszy klimat. Niestety, w tym przypadku jest tak jak ze wszystkim – nie należy przesadzić. Mnie tutejszy natłok już się z dobrym klimatem nie klei. Na szczęście mamy przemiłe i sprawdzone towarzystwo, więc jest ok.
Żegnamy się z Anką Kopenhażanką. Wspólna fotka i lecimy dalej. Mamy jeszcze dwa punkty programu przed popołudniowym wylotem. Rzut oka na Kopenhagę z góry i jeszcze raz NYHAVN w pełnym słońcu dnia. Ten ostatni jest przeuroczy i w ogóle nie powinno dziwić, że chcemy go zobaczyć po raz trzeci. Za każdym razem inne światło przecież jest…
RUNDETAARN (Okrągła Wieża) z XVII w. zapewnia nam widok Kopenhagi z szerszej perspektywy. Ja po raz kolejny się przekonuję, że widok wieży z dołu zwykle bardziej mnie zachwyca niż widok z góry. Ciekawym doświadczeniem jest korytarz na szczyt. Nie ma tu schodów (w końcowym fragmencie, kiedy dochodzi się do platformy widokowej i samego obserwatorium astronomicznego, jest fragment schodów, ale tylko tam). Pochyły, spiralny korytarz do góry, siedem i pół raza okrążający pusty rdzeń, daje pewne możliwości. I tak: w 1716 r. Car Rosji Piotr Wielki wspiął się na wieżę na koniu, a Caryca Katarzyna, tuż za nim, wjechała powozem, 1902 r. na wieżę wjechano automobilem, no i w całym XX w. kilkakrotnie organizowano na podjeździe wyścigi rowerowe. I tak to jest! Dać ludziom okazję, a od razu wymyślą coś wymyślnego…
A NYHAVN? Znowu zachwyca! Usiadłabym jeszcze w którejś z knajp, napił się czegoś miłego z takim widokiem, ale nie ma czasu! Wszystko się kiedyś kończy. Pora wracać na lotnisko…
O czym nie napisałem?
O rowerach, które stanowią tło wszystkich naszych przygód. To po prostu element układanki, z których jest zbudowana Kopenhaga – dorównuje pod tym względem Amsterdamowi…
O wszędzie biesiadujących ludziach. Każdy na własną miarę, na własną kieszeń i wg swojego upodobania. Wiosną każdy w kurtce, szaliku i często w czapce. Temperatura nie może przecież zakłócać radosnego biesiadowania.
O w pełni autonomicznym metrze. Podziemne pociągi nie mają motorniczych, są sterowane zdalnie. Perony są zaszklone, z otwieranymi drzwiami, które podczas podjazdu pociągu synchronizują się z jego drzwiami.
Czego nie widzieliśmy:
wesołego miasteczka Tivoli – z powodów, które opisałem wcześniej. I chyba już nie będziemy próbować, bo nasze wewnętrzne dzieci żądają innych wrażeń.
Opery – a właściwie – jej ciekawego i nowoczesnego budynku.
Spalarnię połączoną z Elektrociepłownią, ze stokiem narciarskim na dachu, widzieliśmy tylko z daleka.
Ekspresjonistycznego Kościoła Grundtviga, którego charakterystyczny budynek widnieje na pocztówkach, magnesach, pamiątkowych figurkach itp.
Nie wszystko da się zobaczyć, nie o wszystkim można napisać, a o niektórych rzeczach po prostu nie warto wspominać…
Do zobaczenia niebawem!
O innych moich podróżach przeczytasz w dziale z podróżniczymi opowieściami.



