Na zewnątrz coraz cieplej. Powolutku zimowe odzienie znika w czeluściach szaf, a do  głosu dochodzą przewiewne wiosenne kurteczki. W końcu można wyjść i pospacerować delektując się budzącą do życia naturą.  Nie wiem jak u Was, ale wiosna to  mój ulubiony okres roku.

Uwielbiam wręcz chłonąć każdy ciepły promień słońca padający na skórę, która pozbawiona przez tak długi jesienno – zimowy czas dobroczynnego wpływu naszej gwiazdy, wygląda jak skóra nieumarłego Nosferatu. Dzieciaki także wyczekują pierwszego ciepłego dnia kiedy w końcu mogą wyjść z czterech ścian i dziko pohasać po  okolicznych lasach, których u nas akurat dostatek.

W końcu jest! Nadszedł ten wymarzony dzień, gdzie po raz pierwszy w wolną sobotę śpiewające za oknem kolorowe ptaki  oznajmiają radośnie nadejście Pani wiosny. Nie marudzimy zbyt długo i po śniadaniu ruszamy na wyczekiwaną wyprawę okolicznymi szlakami.

Plan jest prosty. Najpierw nad piękny staw, gdzie jako mały chłopak wsłuchiwałem się  w lekcję wędkarstwa którą dawał mi ojciec, co poskutkowało złapaniem jego wargi na haczyk (nie żartuję, ale to już temat na inną opowieść). Potem  troszeczkę na pola  i na końcu, długi marsz przez leśne ostępy w poszukiwaniu śladów budzącego się na nowo życia.

Niestety już po przyjściu nad rozlewisko pierwsze niemiłe zaskoczenie. No powiedzcie mi proszę, kto jest na tyle durny, że przywiezie nad takie piękne miejsce worki ze słoikami i je tam bezceremonialnie wypier…. wyrzuci.  No chyba tylko osoba, która ma łeb tak pusty, jak puste były szklane naczynia przez niego  pozostawione.

Las w drodze pomiędzy Chojnicami i Charzykowy

 Złudna nadzieja, że to koniec przykrych niespodzianek została rozwiana już kilka metrów dalej. Tutaj ewidentnie  swój ślad pozostawili panowie „wędkarzyny”, bo  przecież stanowiska są po  to by usiąść, uchlać się wódą, ryb nie złowić i z tej złości śmieci w najlepszym wypadku pozostawić na brzegu, lub w tym  gorszym wariancie wrzucić do wody.

No dobra,  idziemy dalej. Mówię dzieciakom spoglądającym na mnie spod byka, bo przecież obiecałem im piękne okoliczności przyrody,  a jak na razie chodzimy po śmietnisku.

– Spokojnie już za moment, już za chwilę wejdziemy do lasu oddalonego od domostw i już na pewno będzie pięknie. Uwierzcie mi kochane dzieci!

I było. Przez moment. Normalnie zadziwia mnie nieustępliwość cymbałów, którzy targają ze sobą na spacer worek ze śmieciami i  po wejściu w sam środek lasu, gdzie w promieniu kilku kilometrów nie  ma zabudowań, wyrzucają zapewne z uśmiechem na ustach puste pojemniczki po podgrzewaczach i żarówki ledowe (nomen omen – ekologiczne!). Poważnie?!

– Chce im się? Tak leźć, oddychać świeżym powietrzem, chłonąć przyrodę i wyrzucić coś takiego? Normalnie  nie rozumiem. Dorwać takich w łapy i  prać po tych głupich mordach.

No nic. Nie pozostało nic innego, jak następnym razem zabrać ze sobą worek na śmieci i chociaż część pozbierać, tak by nasze dzieci mogły bawić się w „prawie” czystym  środowisku, bo nie wierzę że uda się wysprzątać wszystko. Nie z tą mentalnością śmieciarzy, która opanowała niestety część naszego społeczeństwa.

To  co teraz przeczytacie to powstało już po spacerze, gdy zastanawiałem się z dzieciakami, co by pomogło ukrócić te haniebne zachowanie. Oby kiedyś ktoś zmajstrował takiego robopomocnika, który ukrócił by trochę te dziwne, irracjonalne zachowania.

Bajeczka o Roboleśnikach

Głuchy warkot silnika i  trzask łamanych gałęzi zaalarmował mieszańców małego lasku. Jeże skuliły się w kłębuszek wystawiając swoje ostre kolce, a stado brązowych sarenek strzygąc nerwowo uszami nasłuchiwały nadjeżdżającego wehikułu.

Nawet ruda wiewiórka Zosia, skryta wysoko w konarach drzew z niepokojem obserwowała drogę wyczuwając zbliżające się kłopoty. W końcu zza zakrętu wyłonił się zdezelowany, nadgryziony zębem czasu gruchot. Kopcąc czarnym dymem z podziurawionej rury wydechowej podskakiwał na wyboistym trakcie, którym zazwyczaj poruszały się przyjazne środowisku jednoślady o napędzie nożno-łańcuchowym, wzbudzając tumany kurzu.

Za nim wesoło podskakiwała podczepiona mała przyczepka, na której pobrzękiwały potłuczone słoiki walające się na stosie najróżniejszych odpadów. W końcu pojazd wjechał na malutką leśną polankę,  gdzie często spotykali się mieszkańcy kniei opowiadający sobie o przygodach jakie ich napotkały i zatrzymał się z charakterystycznym dźwiękiem zużytych klocków hamulcowych.

Po chwili zaskrzypiały drzwi wehikułu z których wydostał się z niemałym trudem rubaszny kierowca i powiedział do swojego kompana, który właśnie kończył spijać nienajlepszej jakości trunek z plastikowego opakowania.

– No Mirek wysiadaj, nie  ma co się ociągać! Chwytaj łopatę i  zrzucaj wszystko z przyczepki! Ino migiem, bo jeszcze kto nas tu zauważy!

Mirek pociągnął ostatni łyk z butelczyny i oblizał się ze smakiem. Smutnym wzrokiem spojrzał na puste naczynie, które jeszcze przed momentem cieszyło jego podniebienie swoją zawartością i po chwili biorąc zamach wyrzucił je w pobliskie krzaki o mały włos nie trafiając małego  padalca prosto w nos.

Łopata wbiła się z chrzęstem  w stertę śmieci,  które po  chwili zaczęły spadać z przyczepki tworząc wielobarwny dywan, zakrywający soczysto zieloną trawę. Nagle Mirek przestał. Jakiś dziwny dźwięk dobiegł jego uszu powodując, że ciarki przebiegły mu jak szalone stado mrówek po plecach. Jego przyjaciel kierowca, który stał na czatach, także z niepokojem rozejrzał  się po okolicy.

Nie spodziewali się, że w końcu po tylu latach zaśmiecania,  las zyskał nowego, bardzo skutecznego obrońcę. ROBOLEŚNIK runął na nich  takim impetem, że nie zdołali się mu przyjrzeć dokładnie. Mirek padł twarzą prosto w wylany przed momentem zużyty olej silnikowy. Kierowca Stefan chciał pomóc  swojemu przyjacielowi, lecz nie zdążył wykonać żadnego ruchu i już leżał obezwładniony obok prawego przedniego koła swojego auta.

ROBOLEŚNIK spojrzał swym elektronicznym okiem na bałaganiarzy, przeanalizował sytuację i momentalnie włączył algorytm dyscyplinowania. Chwycił Mirka, który zapiszczał jak mała dziewczynka. Następnie przechylił go na kolanie, zdjął  mu spodnie i wzorem naszych pradziadków natrzaskał mu po gołym tyłku pasem, mówiąc stanowczym robogłosem – Nie będziesz mi tu zaśmiecał lasu. Łobuzie!- Gdy już siedzenie zapłakanego Mirka mieniło się kolorem purpury, przyszła kolej na grubego kierowcę, który także nie omieszkał popłakać się jak mały bobas, gdy ROBOSTRAŻNIK wymierzał mu solidne razy.

Plotka o ROBOLEŚNIKACH rozeszła się lotem błyskawicy po całym kraju, ograniczając w znacznym stopniu bałaganiarstwo jego mieszkańców. Co prawda zdarzały się jeszcze pojedyncze incydenty, ale kończyło się na kilku klapsach i telefonie do rodziców, którzy musieli zgłaszać się po swoje niewychowane pociechy do leśnego ośrodka dyscyplinarnego, nad którego wjazdem umieszczono ogromny napis

– SZANUJ ZIELEŃ!  BO JAK NIE, TO CIĘ ROBOLEŚNIK ZLEJE!