Dawno, dawno temu na najlepszym polskim blogu podróżniczym, o dźwięcznej nazwie Nasze Szlaki, pojawiały się legendy z najróżniejszych stron świata. Niektóre były okrutne, pełne bólu i cierpienia. Inne słodkie, delikatne i pełne optymizmu. Początkowo opowieści pojawiały się w każdym artykule z podróży. Potem dostały własny dział i na stałe zagościły w kalendarzu „wydawniczym”.
Jedną z legend, którą chciałbym opowiedzieć, jest ta, zasłyszana na filipińskiej wyspie Luzon. Opowiada ona historię powstania wulkanu Taal na wyrosłego na jeziorze o tej samej nazwie. Podczas naszej wyprawy przez filipińskie wyspy trafiliśmy nad brzeg jeziora Tall tuż po wybuchu wulkanu, który zasnął pyłem i kurzem niebo nad dużą częścią Filipin, uniemożliwiając loty pomiędzy tamtejszymi lotniskami. Z legendy poniżej dowiesz się, skąd wziął się wspomniany wulkan i dlaczego do dziś sprawia kłopoty.
Legenda o wulkanie Taal z filipińskiej wyspy Luzon

Dawno, dawno temu, na filipińskiej wyspie Luzon, wznosiła się góra, którą ludzie nazywali Taal. Nie była to jednak zwykła góra. Mówiono, że ma serce, które bije powoli i ciężko, jakby spało… ale nigdy naprawdę nie zasypiało. Na samym jej szczycie mieszkał starzec imieniem Nuno. Był to człowiek niewielki, przygarbiony i lekko posiwiały, lecz jego oczy błyszczały mądrością, jakiej nie sposób było znaleźć u nikogo innego. Nuno mieszkał w domu zbudowanym z czarnego, wulkanicznego kamienia. Jego chatka stała samotnie na szczycie, a z jej ganku rozciągał się widok na jeziora, lasy i wioski rozsiane u podnóża góry. Każdego dnia ludzie wspinali się stromymi ścieżkami, by prosić go o radę.
— Nuno, pomóż rozstrzygnąć spór — mówili jedni.
— Nuno, pobłogosław nasz ślub — prosili inni.
— Nuno, powiedz, jak uleczyć chorobę — szeptali z nadzieją.
A starzec nigdy nikomu nie odmawiał. Siedział na swoim skrzypiącym krześle, uśmiechał się szeroko, ukazując brakujące zęby, i odpowiadał spokojnym, ochrypłym głosem. Pewnego dnia przyszli do niego najstarsi mieszkańcy okolicznych wiosek.
— Nuno — zaczęli z powagą — życie jest ciężkie. Pola nie dają tyle, ile kiedyś. Czy istnieje sposób, byśmy mogli żyć dostatniej?
Starzec zamyślił się na chwilę. Jego oczy zwróciły się ku zboczom góry, jakby słuchał czegoś, czego inni nie mogli usłyszeć. W końcu skinął głową.
— Istnieje sposób — powiedział. — Posadźcie tę roślinę.
I wręczył im małe sadzonki.
— To tytoń. Jeśli będziecie o niego dbać, odwdzięczy się wam hojnie, ale pamiętajcie… — tu jego głos stał się poważniejszy — możecie sadzić go tylko do granicy, którą wyznaczę. Powyżej tej linii nie wolno wam niczego sadzić. – Chłopi zgodzili się bez wahania. I tak zaczęła się przemiana. Zbocza góry Taal pokryły się zielenią. Pola rosły, rośliny były bujne i zdrowe, a plony — obfite jak nigdy wcześniej. Wioski rozkwitły. Dawni biedacy zaczęli nosić piękne szaty, ich domy stały się większe, a życie — wygodniejsze. Nuno patrzył na to wszystko z uśmiechem. Cieszył się, że pomógł.
Lata mijały. Aż pewnego dnia starzec wezwał tych samych ludzi, którym kiedyś wręczył sadzonki. Przybyli do niego ubrani w bogate stroje, z dumą w oczach i pewnością w krokach. Nuno spojrzał na nich długo.
— Muszę opuścić na jakiś czas moją górę — powiedział. — Doglądajcie jej pod moją nieobecność. I pamiętajcie… nie przekraczajcie granicy. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał cicho: — Jeśli choć jedna roślina znajdzie się tam, gdzie nie powinna… stracicie wszystko. – Mężczyźni skinęli głowami, ale kiedy tylko odeszli, ich twarze się zmieniły.
— Czy słyszeliście, jak do nas mówił? — warknął jeden z nich, ubrany w purpurową szatę. — Jakbyśmy byli wciąż biednymi chłopami!
— Mamy coraz więcej ludzi, potrzebujemy więcej ziemi — dodali inni.
— A góra i tak należy do nas! — zakończył pierwszy. I tak podjęli decyzję.
Następnego dnia robotnicy zaczęli przekraczać wyznaczoną granicę. Ziemia była tam jeszcze bardziej żyzna. Rośliny rosły szybciej, wyżej, bujniej. Ludzie śmiali się, pracowali i już liczyli przyszłe zyski. Wieczorem świętowali. Muzyka rozbrzmiewała w wioskach, ogniska płonęły jasno, a ludzie tańczyli, śmiali się i wznosili toasty za swoje bogactwo. I wtedy… ziemia zadrżała, najpierw lekko potem mocniej, a potem tak, jakby sama góra obudziła się z gniewnego snu. Z wnętrza Taal dobiegł huk — głęboki, przerażający, jak ryk olbrzyma. Skały zaczęły pękać, ziemia rozstępowała się pod stopami ludzi. Powietrze zrobiło się gorące, zbyt gorące. Palmy łamały się jak zapałki, a niebo pociemniało od popiołu. Ludzie uciekali, krzycząc, potykając się, szukając schronienia, ale nie było gdzie uciec. Góra się rozpadła, a jej serce — ogniste i gniewne — wyrwało się na powierzchnię.
Kiedy nadszedł poranek, świat wyglądał inaczej. Tam, gdzie kiedyś wznosiła się dumna góra, znajdowała się ogromna, ziejąca dymem otchłań. Pola zniknęły. Domy zniknęły. Bogactwo zniknęło. Pozostała tylko cisza i zapach popiołu.
Mówi się, że Nuno nie odszedł. Że zamieszkał w samym sercu wulkanu, głęboko pod ziemią, gdzie ogień nigdy nie gaśnie i że do dziś pali tytoń zabrany tym, którzy nie posłuchali jego słów. Czasem, gdy Taal budzi się i wyrzuca dym ku niebu, starsi ludzie w wioskach mówią cicho do dzieci:
— To Nuno przypomina, że wciąż tam jest.
A dzieci słuchają uważnie… i już wiedzą, że są granice, których nie wolno przekraczać. Bo chciwość rośnie szybciej niż rośliny — ale to one pierwsza zostają spalone.



