Całkiem niedawno opisywaliśmy urokliwą, małopolską wioskę Lanckoronę. W czasie zeszłorocznego urlopu pozwiedzaliśmy tutaj w zasadzie wszystko, co było do zwiedzenia. Zobaczyliśmy piękny rynek, z doskonale zachowaną architekturą drewnianą.
Spacerowaliśmy zastygłymi w czasie uliczkami i wdrapaliśmy się na lanckorońską górę, na której w dawnych czasach wznosiło się majestatyczne zamczysko. Niestety w artykule zabrakło legendy, na co uwagę zwróciła w komentarzu na stronie jedna z naszych czytelniczek Marta. Niech ją zacytuję – „Brakuje mi tu jednej z Waszych słynnych legend. W okolicy ich nie brakuje„
Przyznam szczerze, że zmotywowało mnie to, by pogadać z miejscowymi i popytać o lokalne baśnie i legendy. Okazało się, że faktycznie Marta miała rację, legend w okolicach Lanckorony jest od zatrzęsienia. Dzisiaj opowiem Wam jedną z nich. Taką, która w zasadzie spodobała mi się najbardziej, bo są w niej i zbójcy i wkurzony diabeł, ale po kolei.
Legenda z Lanckorony o diable i zbójach
Dawno, dawno temu w czasach gdy zamek w Lanckoronie chylił się ku upadkowi, a swoją świetność miał już dawno za sobą, no i pieśni bardów, opiewające bohaterskie czyny starych władców Lanckorony stawały się coraz cichsze, w okolice pojawiła się banda zbójców. Spodobały im się ruiny dawnej warowni, która swego czasu miała za zadanie chronić szlaków handlowych. Nie namyślając się długo, obrali ją za swoją kwaterę.
Wieść o nowych gospodarzach lanckorońskiego zamku rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy. Ogromny wpływ na szybkość rozchodzących się plotek zapewne miał fakt, że byli to nadzwyczaj obrotni zbóje. Już pierwszego dnia napadli na przejeżdżającą traktem kupiecką karawanę, nie pozostawiając za sobą żywej duszy.
Blady strach spowił okolicę, tak jak mgła czyni to z krajobrazem jesiennego poranka. Nieliczni, którzy mieli odwagę sprzeciwić się oprawcom, kończyli w najlepszym przypadku z rozłupaną czaszką.

Ich przybycie nie pozostało także niezauważone w czeluściach piekielnych. Diabeł zamieszkujący górę w Lanckoronie początkowo przyglądał się nowym mieszkańcom upadłej warowni z nadzieją, że wyręczą go w diabelskiej robocie. Jednak z biegiem czasu zauważył, że mieszkańcy Lanckorony, jak i wędrujący przez okolicę kupcy coraz częściej modlą się gorliwie.
– Jak trwoga to do Boga. – Pomyślał diabeł, widząc kolejną duszyczkę, która zwraca się o pomoc do Stwórcy w chwili zagrożenia. Zmarszczył, czarne jak smoła czoło, z którego wyrastały potężnych rozmiarów wykrzywione rogi i zaklął siarczyście. Tego było mu za wiele. Nie takiej konkurencji się tutaj spodziewał.
Diabeł nie mógł pozwolić by zbóje, mimo że podziwiał ich pracę i gorliwość, z jaką brali się do rzeczy, psuli mu cały interes z duszyczkami. W końcu piekielni rachmistrze zauważą braki w księgach przychodów i nie omieszkają powiadomić Władcy Piekieł. To, że gniewu Lucyfera lepiej unikać, wiedział każdy szanujący się diabeł. Dlatego nie zastanawiając się długo, czart z góry lanckorońskiej przystąpił do realizacji zabójczego planu.
Pewnej nocy zauważył wędrujących zboczem góry bandytów. Zbóje nawet nie starali się ukrywać. Pewni swojej siły butnie maszerowali w stronę traktu handlowego. Dotarłszy na miejsce, rozejrzeli się po okolicy, po czym ukryli w przydrożnych krzakach, wyczekując ofiar.
Przez myśl im nawet nie przeszło, że dzisiaj to oni staną się celem ataku. Nie wiedząc, że są obserwowani z góry przez pełne nienawiści, skrzące się migoczącymi płomieniami ślepia, ostrzyli noże, opowiadając sobie rubaszne dowcipy.

Diabeł tylko na to czekał. Uśmiechnął się, ukazując ostre jak brzytwa, pożółkłe zębiska i chwycił maleńki kamyk leżący przy jego kopycie. Inkantując sobie tylko znane zaklęcie, rzucił go w dół zbocza. Turlający się kamyk, tak jak to zazwyczaj się dzieje ze zrzuconą śniegową kulą, rósł coraz bardziej i bardziej. Po chwili był na tyle duży, że drzewa stojące na jego drodze pękały pod jego naporem, jak zapałka pęka w palcach dorosłego człowieka.
Zajęci rozmową i śmiechem, a może to przez czar rzucony przez diabła, zbóje nie usłyszeli zbliżającego się niebezpieczeństwa. Zauważyli je dopiero wtedy, gdy głaz był na tyle blisko, że nie było już mowy o ucieczce. Paniczny wrzask wydobył się z przerażonych gardeł i momentalnie zamilkł przypieczętowany potężną skałą.
Olbrzymi kamień pogrzebał konkurencję diabła z Lanckorony, stając się ich grobowcem na wieki. Obserwujący zdarzenie czart tylko zaśmiał się szyderczo i wesół powrócił do swojego leża.
Kamień po dziś dzień można odnaleźć w wąwozie po lewej stronie góry, a w pochmurną, bezksiężycową noc można usłyszeć wrzask i jęki pogrzebanych pod nim ludzi. Pamiętajcie tylko, jak przyjdzie Wam ochota je usłyszeć, że diabeł wciąż mieszka na górze i czyha na nieostrożne duszyczki.



