Madejowe łoże jest symbolem czekającej na nas kary w zaświatach. Jednak legenda o zbóju Madeju mówi nam, że wszystko można odpokutować.
Dawno, dawno temu…
Dawno temu, gdy jeszcze góry świętokrzyskie tonęły w zieleni lasów, po których grasowały żądne krwi i bogactw bandy zbójów, pewien zamożny, lecz nieostrożny kupiec wracał samotnie z Krakowa, prowadząc wóz ciągnięty przez dwa potężne woły.
Mężczyzna uzbrojony w solidny bat popędzał je, jak tylko mógł, starając się przed zmrokiem dojechać do domu. Niestety poczynione w mieście obfite zakupy solidnie obciążyły drewniany wóz, tak że nawet dwa silne stworzenia po jakimś czasie zaczęły odczuwać wielkie zmęczenie. Dawały temu wyraz, rycząc donośnie, tak jakby chciały powiedzieć ich właścicielowi, że już szybciej nie mogą.

Nagle stała się rzecz najgorsza – koło wozu ugrzęzło w błotnistym podłożu. Kupiec pchał ile sił, nie oszczędzał też bata, jednak koło miast wydostać się z pułapki, coraz bardziej pogrążało się w mazistej brei.
– Nic z tego nie będzie. – Pomyślał przestraszony mężczyzna. – Jak nikt mi nie pomoże, to jak amen w pacierzu nie doczekam rana w jednym kawałku.
Nieostrożna obietnica
Wtem, nie wiadomo skąd, przed handlarzem wyrosła tajemnicza postać, która skłoniwszy się nisko na powitanie zapytała
– Witaj o Panie, czyżbyś potrzebował pomocy? Mógłbym Ci pomóc w opresji w zamian za drobną obietnicę. Przyrzeknij mi, że otrzymam od Ciebie coś, co pozostawiłeś w domu, a jeszcze o tym nie wiesz.
Kupiec spojrzał na przybysza.
– Kkkimmm jesseteśśś? – Zapytał, jąkając się ze strachu.
– Czy to ważne? – Odpowiedział tajemniczy osobnik. – To jak? Mam Ci pomóc, czy raczej chcesz poczekać na jakąś bandę. – Zapytał, po czym zaśmiał się szyderczo. Czart, bo to właśnie on pojawił się przerażonemu kramarzowi, wiedział, jaka będzie odpowiedź.
Strach czyni cuda i zawsze się zgadzają, jeszcze przecież żaden mu nie odmówił i tak było tym razem. Kupiec nie dał się długo przekonywać, w końcu na szali leżało jego życie i dobytek, a przecież w domu nic takiego, o czym by nie wiedział, nie było. Podpisał więc stosowny dokument i po chwili znów ruszył w drogę.

Gdy w końcu dotarł do domu, w progu przywitała go rozpromieniona żona, która stała z małym zawiniątkiem w rękach. Wtedy to dotarło do kupca, jakiż potworny błąd uczynił, ofiarując obcemu nieznajomemu coś, czego nie miał przed wyjazdem.
Czas ruszać w drogę
Lata mijały, a dziecko handlarza rosło jak na drożdżach, ciesząc swoją pogodą ducha rodziców. Jednak czym chłopak był starszy, tym coraz większy żal malował się na twarzy jego ojca. Pewnego dnia nie wytrzymał i wyznał całą okrutną prawdę swoim bliskim
– Sprzedałem Cię synku mój kochany, nie wiedząc, co posiadam, sprzedałem duszę Twoją diabłu i za co?! Za pomoc w wyciągnięciu wozu z błota. Jakiż głupi byłem, wybacz mi dziecko. Wybacz. – Po czym schował twarz w spracowanych dłoniach i rzewnie zapłakał.
Młodzieniec, widząc rozpacz swojego rodziciela, wstał od stołu, wyprostował się i powiedział
– Pójdę do piekła i odbiorę umowę. – Następnie zgarnął troszkę jadła w tobołek i żegnany łzami matki ruszył na wyprawę.
Wędrował samotnie przez wiele dni i nocy. Przeszedł kilka rzek i wszedł na kilka szczytów, lecz końca jego podróży nie było widać. Pewnego dnia, gdy tak wędrował leśnymi ostępami, rozszalała się potężna burza. Szukając schronienia, natrafił na pieczarę, która co prawda nie wyglądała bezpiecznie, ale na pewno była sucha. Zdecydował więc, że to w niej przeczeka nawałnicę.
Zbój Madej we własnej osobie
Po wejściu do środka okazało się jednak, że jaskinia była zamieszkana. Przy palenisku krzątała się staruszka, o włosach białych jak śnieg na najwyższych szczytach górskich. Zmarszczki zaś, jakie pokrywały jej dobrotliwą twarz, wyglądały jak niezliczone koryta rzeczne żłobiące od wielu pokoleń twardą skałę.

Gdy zobaczyła młodzieńca, zlękła się troszkę, lecz nie tak, jak można by było się spodziewać po starszej kobiecie zamieszkującej samotnie jaskinię. Zresztą czego miałaby się niby bać, skoro razem z nią mieszkał jej syn Madej. Potężny i budzący grozę zbój, który lada moment miał wrócić do domu na obiad.
– Radzę Ci chłopcze, byś zmykał czym prędzej. Za chwilę zjawi się tutaj mój synek, a on nie lubi obcych. Jeszcze Ci krzywdę, jaką wyrządzi – powiedziała skrzekliwym głosem kobiecina i już chciała coś dodać, gdy za plecami podróżnika wyrósł potężny Madej we własnej osobie.
Z prędkością orła chwytającego swoją zdobycz, capnął ogromnymi niedźwiedzimi łapskami chłopaka i podniósł go wysoko. Już miał skręcić mu kark, gdy usłyszał głos swojej matki, która nakazała mu zostawić gościa w spokoju.
– Umyj ręce i siadaj do posiłku Madeju. – Rzekła stanowczym głosem, a Madej posłusznie wykonał polecenie, cały czas łypiąc wzrokiem na przybysza, który stał jak sparaliżowany, nie wierząc w to, co się właśnie wydarzyło.
Zasiedli do posiłku we trójkę. Wtedy to zachęcony przez staruszkę chłopak opowiedział swoją historię. Madej początkowo niechętny opowieści nadstawił uszy, gdy poruszony został temat piekła. Wysłuchawszy opowieści do końca, zamyślił się i rzekł tubalnym głosem, powodując drganie głazów w pieczarze.
– Puszczę Cię wolno, jednak musisz mi obiecać smyku. Gdy już dojdziesz do piekła, dowiesz się jaką karę wieczną szykują na mnie czarty i przyjdziesz zdać mi relację. To jak? Umowa stoi? – Po czym wyciągnął wielką i twardą niczym hartowane żelazo, dłoń w jego kierunku.
– Stoi. – Odpowiedział wędrowiec i uścisnął całą dłonią palec wskazujący łotra.
Wyprawa do piekielnych czeluści i madejowe łoże
Następnego dnia wyruszył zaopatrzony w świeży prowiant ku swemu przeznaczeniu. Ile wędrował, tego nawet on już sam nie był w stanie powiedzieć, jednak w końcu stanął przed bramą piekła. W jaki sposób dostał się przed oblicze samego Lucyfera, tego nie chciał nigdy wyjawić, nawet najbliższej rodzinie, jakby wstydził się tego, co zrobił i wolał ową sprawę przemilczeć.

Zachował także do końca swoich dni tajemnicę, w jaki sposób udało mu się namówić władcę piekła, by ten zwrócił mu umowę podstępem zdobytą na jego ojcu, choć zapewne była to wielce ciekawa opowieść, lecz jednego nie mógł zachować w tajemnicy.
Udało mu się w czeluści piekielnej zobaczyć łoże specjalnie przygotowane dla Madeja, które miało „umilić” mu wieczny czas spędzony na torturach. Madejowe Łoże było zrobione z żelaznej kraty, najeżone ostrymi jak brzytwa szpikulcami, nożami i hakami, które miały rozrywać codziennie ciało zbója.
By jeszcze bardziej sponiewierać duszę łotra, diabelski kowal wymyślił, że łoże będzie umieszczone nad wielkim paleniskiem, tak by skórę duszyczki lizały gorące płomienie, nie dając jej chwili wytchnienia. Oczywiście by dusza nie wierzgała zbytnio, należało ją porządnie do łoża przytwierdzić, czemu miały służyć nabite gwoździami, długimi na 6 cali, stalowe kajdany.
Jak madejowe łoże zbója na dobrą drogę sprowadziło
Gdy Madej dowiedział się od chłopaka, z czym czarty oczekują jego przybycia, strach po raz pierwszy zajrzał mu w oczy.
– Muszę odpokutować swoje grzechy. – Rzekł łamiącym się głosem Madej. – Wielu pozbawiłem majątku, a jeszcze więcej osób zginęło od ciosów mojej maczugi. Pomóż mi chłopcze. Cóż mam uczynić by było mi przebaczone? – Młodzieniec nic nie mówiąc, chwycił wielką dłoń zbója i poprowadził go na wzgórze między trzema jamami, gdzie zbój ukrył całe zrabowane bogactwo. Tam chwycił potężną maczugę rozbójnika i ze wszystkich sił, sapiąc przy tym z wysiłku niemiłosiernie, wbił ją pionowo w ziemię.
– Klęknij obok maczugi Madeju i codziennie na klęczkach schodź do strumienia, który biegnie tam daleko w dolinie. Tam nabierz wody w usta i wróć tu na kolanach, a wodą podlej maczugę. Rób tak, dopóki narzędzie zbrodni, którym wyrządziłeś tyle krzywd, nie zakwitnie i nie wyda owoców. Gdy tak się stanie, będzie Ci odpuszczone.
Pokuta zbója Madeja
Jak chłopak kazał, tak zbój uczynił. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, lata za latami wędrował na klęczkach od maczugi do strumienia i z powrotem nosząc w ustach wodę, którą podlewał narzędzie zbrodni.

Po 20 latach syn kupca, który został księdzem, wędrował przez las, o którym już zdążył zapomnieć. Wtedy to poczuł unoszący się w powietrzu aromat jabłek, jakiego jeszcze nigdy w życiu nigdy nie czuł. Słodycz unosząca się w powietrzu drażniła kubki smakowe kapłana, a że kiszki marsza mu grały od dłuższego czasu, postanowił poszukać drzewa, które tak nęciło go zapachami.
Gdy doszedł w końcu do miejsca na wzgórzu, zobaczył klęczącego starca o siwych włosach opadających na przygarbione plecy. Wtedy sobie wszystko przypomniał. Podszedł do zbója, który spojrzał na przybysza zamglonymi oczami i powiedział mu:
– Madeju, nadszedł czas Twojej spowiedzi.
Odpuszczenie win
Gdy stary zbój, który kiedyś trząsł tymi okolicami, budząc przerażenie wśród wędrujących kupców, wyznawał przewinienia, jabłka z jabłoni zaczęły spadać i zamieniać się w białe gołębie. Ostatnim grzechem, jaki wyznał, było zabójstwo własnego ojca, którego ukatrupił, jeszcze będąc młodzieniaszkiem.
Po tym nastała cisza. Madej załzawionymi oczami spojrzał na kapłana, który pogłaskał go po chropowatym policzku i rzekł.
– Madeju, zostało Ci odpuszczone. Na dźwięk tych słów, zbój, który odpokutował, uśmiechnął się delikatnie, po czym ciało jego rozpadło się w pył kończąc tę opowieść.



