Fallas to hiszpańskie święto o charakterze festiwalu odbywające się co roku w marcu w Walencji.
Minęło już ze dwa tygodnie od czasu kiedy opuściłem Hiszpanię i ciągle jeszcze nie wiem, co napisać o ostatnim etapie tej wyprawy. FALLAS – Święto Ognia – z powodu którego to wydarzenia znalazłem się w Hiszpanii, nie daje mi spokoju do dziś. Sam nie wiem, jak to opisać. A przecież, gdyby nie Fallas i silna rekomendacja koleżanki Ani, poparta propozycją, że mnie przenocuje w swoim mieszkaniu (co prawda nie w Walencji, ale w pobliskiej Gandii, która jest dobrym miejscem wypadowym do stolicy regionu, ale za to spokojniejszym niż ona sama), mogłoby się okazać, że destynacja tej podróży byłaby zupełnie inna.
Droga z Toledo do Gandii dłużyła mi się strasznie, a pierwsze wrażenie, jakim przywitało mnie miasteczko, była cena parkingu miejskiego. Na szczęście okazało się, że 60 EUR, jakie widniało na bramce wjazdowej, to nie była opłata za jedną noc. Słuchajcie, to znowu kwestia perspektywy. Kiedy następnego dnia dowiedziałem się, że zapłacę tylko 15, to odetchnąłem z ulgą, szczęśliwy, że tak tanio. Ciekawe, czy równie tanio wydawałoby mi się, gdybym nie był przygotowany na całe 60…?



A poza tym? A poza tym w Gandi trwała fiesta jak to w FALLAS w Hiszpanii. Fiesta to święta rzecz dla Hiszpanów, bawią się oni bez ustanku. A jest to, ponadto, dla nich powód do wzruszeń, do wznoszenia patriotycznych okrzyków “Eviva España”, mimo że to tylko potańcówka w miejskim namiocie zabawowym. Hiszpania daje Hiszpanom ciągłe powody do zabaw, a Hiszpanie za to Hiszpanię kochają. I to naprawdę nieważne, czy jesteśmy w Walencji, Nawarze, Katalonii, Andaluzji, Kastylii, La Manchy, Galicii czy innym regionie. Nieważne też, że animozje pomiędzy tymi regionami daleko wykraczają poza coś, co za animozję rozumiemy w Polsce. Są daleko większe, bardziej zaciekłe i ogniste. Co tam animozje! Kiedy jest fiesta, to Hiszpanie się bawią i na różne melodie „Eviva España” śpiewają…
No ale wróćmy do FALLAS, co to w ogóle za święto. Początek miało chyba w średniowieczu, a potem się trochę skomplikowało. Rozbudowywanie i komplikowanie eventów wszelkiego rodzaju, to też hiszpańska domena. Zwykłą małą fiestę należy tak ubarwić i rozbudować, żeby zrobił się z niej wielodniowy powód do świętowania, do zabawy, do łez, wzruszeń i do wykrzykiwania “Eviva España”… I tak chyba było właśnie z FALLAS.
FALLAS to potoczne słowo, które oznaczać może, w zależności od kontekstu – usterki, problemy, ale również jakieś resztki i pozostałości. I od tego się właśnie zaczęło! Od czyszczenia ciesielskich i stolarskich warsztatów z niedopracowanych resztek, z pozostałości, odpadów itp. A że patronem cieśli i w ogóle ludzi pracujących z drewnem jest święty Józef, to wybrano sobie dzień świętego Józefa na tę uroczystość. A że 19 marca jest przypadkiem ostatnim dniem astronomicznej zimy, to przy okazji FALLAS stało się symbolem i rytuałem przejścia. A że przejście z zimy do wiosny, ze starego w nowe, ze śmierci do życia, z mrozu w ciepło i zieleń, to chyba najbardziej znacząca przemiana w całym bożym roku, to przecież warto to wszystko połączyć, rozbudować i skomplikować. A że ociera się to potem o kicz i groteskę… a kogo to obchodzi…
Zaczęło się więc od spalania resztek i śmieci w dniu 19 marca. W imieniny Józefa i Bogdana. I choć Bogdan to przypadkowy bohater tej opowieści – to również przez niego, dla mnie to święto stało się symboliczne dodatkowo. Józef miał na imię mój nieżyjący już teść, a Bogdan to imię wciąż żyjącego ojca. Dziwne nie… Czy ich figury również powinienem spalić jako fallas przeszłości? Przynajmniej w wyobraźni… albo pamięci… Trudne pytanie, na które muszę sobie odpowiedzieć później i w większym spokoju, kiedy emocje po fieście już opadną i znikną…



Ale po raz kolejny wracając do Święta Ognia, jak już wspomniałem, zaczęło się od palenia resztek, a kończy się na paleniu gotowych projektów, z trudem tworzonych specjalnie na tę dziwną uroczystość. Ludzie ze sobą rywalizują. To odwieczna nasza przypadłość (zresztą chyba wszystkich organizmów żywych). W Walencji, w poszczególnych dzielnicach powstawały coraz większe stosy resztek stolarsko-ciesielskich. Dzielnice zaczęły ze sobą rywalizować. Której stos będzie większy i który przyciągnie więcej gapiów, przy którym głośniej i gromadniej będą wznoszone okrzyki “Eviva España”. Nie wiadomo kiedy, żeby przyciągnąć kolejne tłumy wiwatujących gapiów, zaczęto stosy upiększać i ulepszać. No i skończyło się na budowaniu coraz większych figur, z kartonu, wosku, drewna i innych łatwopalnych materiałów. I te również palono razem ze stosami resztek i odpadów, a dzisiaj pali się już tylko gotowe, wytworzone tylko w tym celu, figury. Już nie ma żadnych pozostałości ciesielskich ani stolarskich. W dzisiejszych czasach figury są absurdalnie wielkie, postawione w absurdalnych miejscach (pomiędzy budynkami, czasem nawet absurdalnie blisko nich) i przedstawiają sobą absurdalne rzeczy, sceny i postaci…
Co przedstawiają? Może łatwiej by było zapytać, czego nie przedstawiają? Na głównym placu w Walencji (Plaza de Ayuntamiento) stoi wielki Charlie Chaplin w mundurze z Pierwszej Wojny Światowej, z motylem na dłoni i kwiatami w kapeluszu. Nazwa rzeźby to HOPE (nadzieja), chyba w nadziei, że wojna nigdy nie będzie najlepszą drogą do celu (no i co z tego, kiedy w innym rejonie świata, w tym samym czasie, inni ludzie uważają zupełnie inaczej, a też używają ognia dla swoich celów). Rzeźba Charliego ma niecałe 30 metrów wysokości (czyli jakieś 10 pięter w wieżowcu) i była tworzona przez bardzo długi czas, tylko po to, żeby mogła być spalona 19 marca 2026 roku. To plac główny, a co jest na pozostałych? Postacie z bajek, legend, Czerwone Kapturki rozstrzeliwują jakiegoś polityka, Trump wymownie stoi na dystrybutorze paliwa. Komentarzy polityczno-społecznych w tych figurach, instalacjach i rzeźbach nie brakuje. Obejrzeliśmy ich kilkanaście w całej Walencji i kilka jeszcze w Gandii. Trudno odmówić artystom, że nie szukali inspiracji w sprawach bieżących, przeszłych i fikcyjnych, w popkulturze filmowej, teatralnej i bajkowej – często mieszając w tematach i środkach wyrazu. I wiecie, co jeszcze można w tym wszystkim dostrzec? Intencjonalny brak piękna, formy, równowagi i harmonii. To wszystko jest zbudowane tak jakby przypadkowo, gromadnie zestawione w całość bez ładu i składu. To jeden wielki kicz i groteska. Wydaje się, że to taka konwencja, bo wszystko w ten sam deseń i w podobnych kolorach, a jeszcze przy każdej dużej instalacji stworzonej przez „poważnych” dorosłych artystów, stoi taka mniejsza (nie znaczy, że mała) stworzona przez dzieci z danej dzielnicy… małych artystów, którzy się bawili formą i kształtem już zupełnie bez jakiejkolwiek o porządek dbałości…



I jeszcze o jednym muszę wspomnieć. O kosztach! Bo to wszystko kosztowało przecież miliony euro. Właściciel Mercadony – największej sieci dyskontów spożywczych w Hiszpanii – ufundował jedną z rzeźb w okolicach Dworca Głównego w Walencji. Co przedstawiała – nie wiem – taki tam był rozgardiasz i bałagan, ale doszły mnie słuchy o cenie. Otóż ta jedna instalacja kosztowała 260 tysięcy euro (ponad milion złotych). Jedna rzeźba, a jest ich kilkadziesiąt w Walencji i pewnie z kilkaset w miastach ościennych… Miliony euro wpakowane w setki, może tysiące figur, budowanych tylko po to, by 19 marca ulec WIELKIEMU SPALENIU… Bo przecież rano, 20 marca nie będzie ani jednej z nich. Mało tego, będzie posprzątane i śladu nie znajdzie nikt, choćby nie wiem, jak szukał. Służby porządkowe w Hiszpanii są bardzo sprawne i potrafią posprzątać po każdej fieście, w końcu w ciągu całego roku mają ich tyle, że nikt poważny nie będzie nawet liczył…
Żeby nie było, że to się nie opłaca… Na Fallas, do Walencji i okolicznych miast i miasteczek, ściągają setki tysięcy turystów. Hotele drożeją w tym okresie dwu- trzykrotnie, knajpy przeżywają najazd głodnych przyjezdnych i miejscowych, sprzedaż wina kwitnie, a promocja miasta, prowincji i regionu ma też swoją bezcenną wartość…
I wiecie co? To nie wszystko! Bo Fallas, to nie tylko budowanie rzeźb, figur i instalacji, żeby potem je spalić w WIELKIM OGNIU, to jeszcze kilka innych spraw i rzeczy, które są tu na rzeczy…
Całe to święto – LA FIESTA – jak mawiają Hiszpanie, zaczyna się prawie trzy tygodnie wcześniej. Zaczyna się 1 marca, o godzinie 14.00, pierwszą rytualną MASCLETĄ. Jeżeli myślisz, że poziom absurdu w budowaniu gigantycznych, abstrakcyjnych instalacji z kartonu, wosku i drewna, tylko po to, żeby je rytualnie spalić, osiągnął jakikolwiek zenit, to się mylisz! MASCLETA to pokaz tak absurdalny, że bardziej absurdalnego nie widziałem nigdy, ale to nigdy w życiu. Właściwie, to słowo „widziałem” jest zupełnie nieadekwatne, bo MASCLETY się nie ogląda, jej się słucha! Właściwie, to słowo „słucha”, nie jest najbardziej adekwatne, bo gdy się jest w pobliżu, trzeba zatkać uszy i otworzyć usta…, żeby nie uszkodzić bębenków i całego aparatu słuchowego… Już z samego powyższego opisu musisz wywnioskować, że to absurd nad absurdy. No dobra, ale czym ta MASCLETA, w rzeczywistości jest? To „pokaz” huku – i to słowo jest również zupełnie nieadekwatne, bo jak niby można huk pokazać. Można! Hiszpanie potrafią! Oni taki pokaz organizują w czasie Fallas codziennie! Odbywa się nie tylko na Plaza de Ayuntamiento w Walencji. Odbywa się w wielu dzielnicach Walencji! Odbywa się we wszystkich okolicznych miastach i miasteczkach! Odbywa się w we wszystkich dzielnicach tych wszystkich miejscowości! A one wszystkie rywalizują ze sobą, żeby ich „pokaz” był najdonośniejszy, najgłośniejszy, ogłuszył jak największą ilość ludzi, narobił jak najwięcej dymu i zrobił jak największe wrażenie…
A jak to naprawdę „wygląda”? Ogradza się niewielką (lub całkiem sporą) powierzchnię jakiegoś placu. Ustawia się, wiesza na sznurkach, układa w stosy, stosiki, a także pojedynczo, ogromne ilości petard hukowych. Tak właśnie! HUKOWYCH i tylko takich! Nie ma przy tym żadnego pokazu fajerwerków, w końcu to środek dnia – i tak nie byłoby za wiele widać. Jest tylko HUK! RAMTAMTAM, BUM, ŚWIST-GWIZD i znowu BUM-BUM, a potem RAMTAMTAM-BUM, by na końcu zrobić BUM BUM BUM… BUUUUUUM!!!!…!!!! To wszystko trwa za każdym razem dobre 10-15 minut! I tak codziennie! W kilkudziesięciu miejscach całego miasta! Wielu miast! Całego regionu! Przez 19 dni! Poczynając od 1 marca, kończąc na 19. Codziennie około 14.00, niemal w środku dnia! Każdego dnia tej dziwnej fiesty! Wszędzie! Oczywiście główna i największa MASCLETA odbywa się na PLAZA DE AYUNTAMIENTO w Walencji. Tam codziennie na drugą po południu walą największe tłumy. Pokaz huku jest zarówno imponujący, jak i przerażający. Usta koniecznie musisz mieć otwarte, inaczej aparat słuchu może nie wytrzymać, a bębenki odmówić dalszego działania. To niewiarygodne, co się wtedy dzieje. Nie da się tego łatwo opowiedzieć, trzeba w tym uczestniczyć, żeby mieć o tym jakiekolwiek pojęcie… I wiecie co Hiszpanie na to? Wiecie, co oni robią zaraz po najgłośniejszym, finałowym BUM-TRATATA-BUM!? To akurat łatwo przewidzieć! Wzruszają się, wiwatują, ściskają się wzajemnie, płaczą, krzyczą i śpiewają “Eviva España” – Ole!



Czy MASCLETA, to cały i jedyny hałas, jaki usłyszysz w tych dniach w Walencji lub okolicach? No nie! Małe MASCLETY trwają cały czas. Wszędzie słychać wybuchy. Sprzedawane są małe „zestawy piromana” dla dzieci. Chłopcy i dziewczęta noszą wszędzie wkoło swoje drewniane pudełka wypełnione petardami. Żeby ciągle nie odpalać zapałek i zapalniczki, w zestawie są udostępnione takie długotrwałe lonty – kawałki czegoś, co się bardzo wolno pali. Czegoś długiego i wyglądającego jak gruby, sztywny sznurek. Ten sznurek żarzy się cały czas – może nawet godzinę i dłużej aż chłopak czy dziewczyna wystrzeli wszystkie petardy z pudełka. Cały czas, wszędzie, od rana do późnej nocy słychać strzały. Ktoś z traumą po wizycie na wojennym froncie albo wrażliwy pies, nie miałby szans tu w tym czasie przebywać. Najmniejszych szans! Inaczej zawał gotowy! Strzelają nawet małe dzieci w wózkach. Skąd biorą petardy? Rodzice im dają do rączek, a one rzucają. Tylko czekam, jak jedno czy drugie dziecko włoży sobie taką petardę do buzi… Jak to dziecko przecież… Na szczęście nic takiego nigdzie się nie dzieje…
I jak myślicie, że to już wszystko – JESTEŚCIE W BŁĘDZIE!
I nie chodzi mi o przygotowania! Że tak naprawdę, rzeźby, które mają być spalone, buduje się przez całe 19 dni. A tak naprawdę budowanie, to przecież tylko ostatnia faza, poprzedzona rysowaniem, wymyślaniem, ale także projektowaniem konstrukcji, szukaniem łatwopalnych materiałów (no i sponsorów, bo jak wspomniałem wcześniej – nie mało to wszystko kosztuje). Nie chodzi mi również o wybory najpiękniejsze Fallery (pięknej kobiety w tradycyjnym stroju reprezentującej daną dzielnicę, czy całe miasto – zależy, w których wyborach „miss fallas” akurat brała udział i wygrała), która potem będzie miała zaszczyt podpalić przypisaną stopniowi swojej urody i pięknemu ubraniu, instalację artystyczną. Nie chodzi mi również o to, że stroje, w których Fallery i Fallerzy przechadzają się po mieście (okolicznych miastach też), to koszt, który niektórych mógłby przyprawić o lekki zawrót głowy, czy drżenie kolan (średnia półka to tysiąc lub dwa euro, ale ta najwyższa może przekraczać nawet sześć tysięcy). O co mi więc chodzi? Co takiego jeszcze się wydarza podczas FALLAS, że uważam, iż to nie koniec atrakcji związanych z tym świętem…?
OFRENDA DE FLORES (Ofiarowanie Kwiatów), to coś zarówno wspaniałego, jak i totalnie odmiennego w całym tym zamieszaniu. Tak odmiennego, że aż trudno uwierzyć, że jest integralną częścią całego bałaganu, zwanego FALLAS.
18 marca, w przeddzień wielkiego całopalenia fallasowych figur, następuje niebanalne wydarzenie, które rzeczywiście może wzruszać. Nie chodzi mi o Hiszpanów, bo tych wzrusza absolutnie wszystko, co związane jest z jakimkolwiek przejawem hiszpańskiej fiesty. Chodzi mi o przeciętnego obserwatora takiego jak ja.

Cóż to jest OFRENDA DE FLORES. W dniu 18 marca każdego roku, tysiące Walencjan (choć nie tylko, bo w ościennych miejscowościach mają swoje własne OFERNDAS) przechodzi paradnie przez całe miasto z kwiatami w rękach. Paradują nie gromadnie i przypadkowo. To parada ściśle zorganizowana, według konkretnych reguł. Paradują w grupach reprezentujących dzielnice, kluby miejskie, organizacje itp. itd. Każda z grup formułuje zgrabną kolumnę w rzędach i szeregach. Każda ma swojego prowadzącego, a na początku lub na końcu takiej zawsze idzie orkiestra instrumentów dętych, bębnów i werbli. Każda grupa jest na tyle rozległa, żeby jedna orkiestra nie przeszkadzała drugiej, żeby nie było kakofonii dźwięków, tylko żeby płynęły czyste melodie. Mało tego, każda grupa jest trochę inaczej ubrana. Mimo że “traje de fallera” (tradycyjny strój faller i fallerów podczas Fallas) ma podobny styl, to jednak różnią się kolorami, kolorystycznymi dodatkami, w taki sposób, żeby była wiadomo, do której grupy dana osoba przynależy. Ten uroczysty przemarsz ludzi z kwiatami zaczyna się wczesnym popołudniem, a kończy się w późnych godzinach nocnych. Tyle to trwa! Tylu ludzi przemierza ulice walencjańskich miast i miasteczek. Tysiące, dziesiątki, może nawet setki tysięcy ludzi. Na czas przemarszu zamykane są wybrane ulice i główne trakty każdego z miast. Jak znajdziesz się po niewłaściwej stronie, gdy cała impreza się zaczyna, to będziesz miał bardzo trudno się przedostać na właściwą. Trasy przemarszu są wygrodzone, pilnowane przez służby miejskie, a miejsca, gdzie można przekroczyć trasę pochodu ściśle wyznaczone i otwierane bardzo rzadko. Kolejki do tych przejść robią się naprawdę długie…
A gdzie ci wszyscy wystrojeni ludzie, z kwiatami w rękach, uroczyście maszerują? W Walencji pochód kończy się na PLAZA DE LA VIRGEN, gdzie stoi wielki drewniany posąg Maryi Dziewicy z Dzieciątkiem na ręku. I ten posąg idą ci ludzie ubierać w kwiaty. Idą ofiarować kwiaty miejscowej Maryjce. Posąg, w miejscu, gdzie za chwilę będzie kwietna suknia, ma drewniany szkielet, a w jego szczeliny wsuwa się łodygi zakończone kolorowymi pąkami. Wokół szkieletu, na rusztowaniach (bo jest naprawdę imponująco wielki) stoją ludzie, którzy odbierają od paradujących kwiaty i układają je kolorami w specjalnych miejscach, tak żeby kwietna suknia Marii Panny miała ładny, kolorowy wzór, a nie była byle jak złożona. Tam, na tym placu kończy się pochód. Tam też ci ludzie się rozpraszają, każdy we własnym kierunku. Tam znowu się ściskają i płaczą ze wzruszenia, ale już nie wiwatują na cześć Hiszpanii, bo ten fragment Święta Ognia ma charakter głęboko religijny i nie wypada po prostu. Jest tam telewizja, są kamery. Dziennikarze łowią co poniektórych uczestników parady, przeprowadzają wywiady, robią zdjęcia, jakby nie wiadomo co się właśnie wydarzyło, jakby nie wiadomo, czego ci ludzie właśnie dokonali… To naprawdę piękny moment w całym tym FALLAS. Nawet mnie się łezka w oku zakręciła. I nawet się jej nie zawstydziłem…



Następnego dnia, przed wielkim CAŁOPALENIEM odbywa się jeszcze jeden przemarsz. Ten jest spokojniejszy i skromniejszy. Grane melodie już nie są takie wesołe. No i maszerujący nie mają już kwiatów w rękach. Maryjki we wszystkich walencjańskich miastach są już ubrane, nie ma sensu ciąć kolejnych kwiatostanów. Przemarsz jest spokojniejszy i krótszy. My oglądamy go w Gandii. My, czyli, szóstka ludzi, znajomych z czasów studenckich. Można powiedzieć, że się dobrze znamy. Dobrze spędzamy czas. Lubię spędzać czas z moimi, dobrze sobie znanymi ludźmi. Z tymi nieznanymi sobie – też lubię. W ogóle lubię ludzi i na ogół dobrze się wśród ludzi czuję…
Zostało jeszcze wielkie CAŁOPALENIE. Nie obejrzeliśmy go w Walencji. Nie zobaczyliśmy jak płonie 27-metrowy Charlie Chaplin. To by było logistycznie bardzo trudne. Zresztą i tak prawdopodobnie nie dostalibyśmy się na PLAZA DE AYUNTAMIENTO, tak jak nie dostaliśmy się tam na czas głównej MASCLETY. Obejrzeliśmy główny rytuał Święta Ognia na PLAZA MAYOR w Gandii. Wyszliśmy z domu na tyle wcześnie, że zdążyliśmy zająć miejsce w pierwszych szeregach gapiących się ludzi. Musieliśmy za to stać i nudzić się w oczekiwaniu prawie dobrą godzinę, zanim zaczął się ten spektakl i najpiękniejsza gandijska Fallera wraz z tradycyjnie wystrojonym prezydentem miasta, podpalili lont. I wszyscy nagrywali swoimi komórkami to wielkie wydarzenie. I byli strażacy, bo bez nich wraz z artystyczną instalacją spłonęłyby sąsiednie budynki. A tak – lali po nich wodą i nie spłonęły. I było wiwatowanie, i było ściskanie się Hiszpanów, a czasem nawet gromkie „Eviva España” też było słychać. A potem wszystko spłonęło, a ja zrobiłem kilka zdjęć. I tyle… i już po krzyku… I tylko jeszcze pysznej walencjańskiej “horchaty” można było się napić, żeby poza wrażeniami wzrokowo-słuchowymi mieć też smakowe. A co to jest ta „horchata”, to już każdy niech sobie sprawdzi sam, jeśli tylko ma ochotę…
Zapraszam do czytania innych moich artykułów na Naszych Szlakach.









