Szukając legend związanych z Nowym Jorkiem poszperałem troszeczkę w przepastnych zasobach internetu i wiecie co? Okazało się, że jest ich tak ogromna ilość, że spokojnie wystarczyło by na kilka opasłych tomów. Poważnie!

Jest legenda o przeklętym skarbie zakopanym na wyspie Liberty Island, który miał tam ukryć słynny pirat William Kidd. Kapitan Kidd wsławił się tym, że był jednym  z najokrutniejszych i najkrwawszych piratów XVII wieku, być może opowieść o nim jeszcze się ukaże na łamach Naszych Szlaków. Wszak rozpruwający kordelasem swoich wrogów angielski korsarz zasługuje na opowiedzenie jego historii.

Znalazłem także mrożącą krew w żyłach indiańską opowieść o wampirze pustelniku, który terroryzował rdzennych mieszkańców Manhattanu. Ta historia być może zagości tuż przed Halloween, tak byt troszkę napędzić Wam stracha.

Wpadła mi w ręce także historia z małego miasteczka Sleepy Hollow na obrzeżach Nowego Jorku, gdzie mieszkańcy nawiedzani byli przez bezgłowego jeźdźca.  Podejrzewam, że tę legendę już znacie, w końcu powstał świetny film w reżyserii Tima Burtona, gdzie główną rolę zagrał Johny Deep.

Do tego jeszcze można dodać wszystkie opowieści o nawiedzonych miejscach w Nowym Jorku i legendy miejskie, o przeróżnych dziwacznych stworzeniach żyjących w miejskiej kanalizacji. Naprawdę można dostać zawrotów głowy od nadmiaru informacji.

Jednak musiałem się zdecydować na coś konkretnego, co wprowadzi nas do serii artykułów przygotowywanych już przez Piotra o Nowym Jorku. Dlatego też  dzisiaj cofniemy się w czasie i  podążymy śladem Henrego Hudsona – angielskiego żeglarza i odkrywcy.

Zaczynajmy!

***

Nasza opowieść zaczyna się 3 września 1609 roku. To właśnie wtedy nieustraszony kapitan Henry Hudson wpłynął na wody rzeki, która w późniejszych czasach miała zostać nazwana jego imieniem. Jego trzymasztowy żaglowiec nazwany „Halve Maen” (Half Moon – Półksiężyc) płynął niestrudzenie od wielu miesięcy ku nowym, nieodkrytym światom. Cel jaki przyświecał tej wyprawie, było odnalezienie legendarnego północno – zachodniego przejścia na Daleki Wschód.

Rzeka Hudson Nowy Jork
Rzeka Hudson płynąca przez Nowy Jork

Płynący okręt nie pozostał niezauważony. Setki oczu spoglądały bojaźliwie odprowadzając wzrokiem łopoczące na wietrze żagle. Od czasu, do czasu na brzeg rzeki wylegali co ciekawsi tubylcy, żywo zainteresowani cudem techniki białego człowieka i machali ku niemu przyjaźnie.  Henry Hudson widząc, że załoga składająca się z zaprawionych  wilków morskich także coraz częściej spogląda w ich kierunku, nakazał uzupełnienie zapasów poprzez wymianę barterową nic nie wartych świecidełek na świeże mięso i owoce.

Pewnego razu, gdy okręt zakotwiczył w pobliżu gór Catkills, kapitan Hudson nakazał opuszczenie szalup i zezwolił całej załodze zejść na stały ląd. Marynarze szczęśliwi, że po tylu miesiącach podróży w końcu poczują piasek pod palcami,  zawyli z zachwytu.

Rozpalono ogniska, przyrządzono mięsiwa i wytargano z ładowni  dawno zapomnianą beczułkę rumu. Już po pierwszych łykach rozgrzewającego gardła trunku, marynarze zaczęli śpiewać, snuć morskie opowieści i śmiać się do rozpuku.

Nagle stało się coś dziwnego. Około północy rozbawione towarzystwo zamilkło. Ich uszu bowiem  dobiegły dźwięki zabawy spływające delikatnie zboczami gór. Kapitan Hudson uciszył wszystkich szybkim gestem i dobył kordelas zwisający u jego boku. Załoga nie pozostała bierna i już za moment wszyscy gotowi do ataku podążyli w kierunku skąd dobiegał hałas.

Wspinali się dość długo, tracąc rachubę czasu i w końcu dotarli do krawędzi przepaści. Tam stanęli jak wryci, bo ich oczom ukazał się przedziwny widok. Wokół ogromnych ognisk, rozświetlających okolicę, tańczyły rytmicznie dziwne, niezbyt wysokiego  wzrostu stworzenia. Kapitan Hudson przetarł oczy, jak by nie wierząc, że to co widzi dzieje się naprawdę, lecz istoty nie znikły. Co więcej,  także i one zauważyły dziwacznych w ich mniemaniu przybyszy. Obydwie grupy stały bez ruchu dobre kilka minut miarkując się nawzajem, aż w końcu jeden z krasnoludów chwycił dość pokaźny sagan i ruszył ku marynarzom.  

Krasnoludy z Nowego Jorku
Obraz leśnego Trola uwieczniony w drewnie

Brodate stworzenie o lekko świńskich oczkach zbliżyło się do kapitana Hudsona i uśmiechnęło się szeroko pokazując poważne braki w uzębieniu, po czym wyciągnęło do niego sękatą rękę dzierżącą naczynie. Marynarze, ściskając kordelasy, spojrzeli nerwowo na swojego kapitana, wyczekując sygnału do ataku. Ten jednak nie nastąpił, a Henry Hudson delikatnym gestem nakazał schowanie oręża.

Już niedługo po tym, marynarze otoczeni przez zaciekawionych tubylców rozpoczęli najdziwniejszą biesiadę w swoim życiu. Hudson i jego ludzie byli zachwyceni tymi dziwnymi, małymi stworzeniami i mocnym alkoholem, który uwarzyły gnomy. Przelane hektolitry, palącego jak diabli, krasnoludzkiego trunku spowodowało, że załoga kapitana całkowicie utraciła poczucie czasu. Zresztą i z tym czasem działo się coś niesamowitego, bo lekko otępiały kapitan miał wrażenie jak by ten stanął w miejscu.

Hudson czując, że dzieje się coś niepokojącego, omiótł wzrokiem zgromadzonych wypatrując członków swojej załogi pośród gęstwiny brodatych twarzy. Ku swemu zdumieniu nie zauważył nikogo. Przerażony wstał, chwiejąc się tak jak by stał na pokładzie „Półksiężyca” podczas najsilniejszego sztormu i ruszył do wodza tubylców, który wyszedł mu na powitanie kilka godzin wcześniej.

Zapytany przez niego wódz po raz kolejny wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i wyjaśnił, że trunek, który tak zasmakował jego załodze, nie jest zwykłym samogonem.

– To magiczny wywar przyjacielu, który powoduje, że osoba która go spożywa, zmienia się w nas. Jednak nie martw się. Rano, gdy obudzicie się już na swoim okręcie,  efekt minie. Do tego czasu baw się, tańcz i śpiewaj – po czym chwycił sagan pełen wywaru i pociągnął solidny łyk.

Okręt żaglowy, olinowanie i koło sterowe
Pokład żaglowca

Opadająca wrześniowa mgła nakryła pokład „Półksiężyca” delikatną kołderką chłodu. Zziębnięty Hudson podniósł delikatnie powieki, starając się dostroić przez dłuższy czas ostrość wzroku. Leżał tak moment w bezruchu zastanawiając się, czy to prawdziwa mgła, czy to raczej niepożądany efekt krasnoludzkiego samogonu. W końcu oparł się jedną ręką o szorstki pokład i z wielkim wysiłkiem dźwignął się niepewnie na nogi. Ból jaki przeszywał jego czaszkę, mógł równać się jedynie z tym, który następuje po wwierceniu się kuli, wystrzelonej z muszkietu,  prosto w potylicę. Cierpiąc niemiłosierne katusze spojrzał wokół siebie i spostrzegł leżące na pokładzie ciała.

Chcąc sprawdzić, czy załoganci żyją, podszedł chwiejnym krokiem do jednego z leżących i zasadził mu solidnego kopa prosto w żebra. Marynarz zaklął siarczyście pod nosem, wyzywając napastnika od kurwich synów i obrócił się na bok.

– Czyli żyją – pomyślał kapitan i zawlókł się do swojej kajuty, gdzie runął na twarde łoże by odespać trudy wczorajszej nocy.

Wiele lat później Hudson ze swoją załogą po raz kolejny zakotwiczył na tym samym brzegu i po raz kolejny historia zatoczyła koło. Dzieje się tak po dziś dzień. Zawsze tego samego dnia, 3 września,  statek widmo wpływa na rzekę Hudson i płynie ku górom Catkills, by spędzić po raz kolejny noc pełną wrażeń, okraszoną niezliczoną ilością krasnoludzkiej wódy i tańców do samego rana.