Popularna legenda węgierska spotykana w wielu odmianach.

Dawno, dawno temu… uwielbiam ten wstęp

W małej węgierskiej wsi, której nazwy już dzisiaj nikt nie pamięta, żyła sobie niezbyt bogata wdowa. Jedynym skarbem biednej starowinki była jej piękna córka, którą kochała ponad wszystko. Matka była skromna i pokorna, z kolei jej córka Marienka, świadoma swojej ponadprzeciętnej urody, wyrosła na osobę wyniosłą, na wszystkich spoglądającą z góry. Przekonywali się o tym szczególnie zalotnicy, którzy tłumnie przyjeżdżali w podupadłe obejście. Marienka wodziła ich za nosy, a gdy Ci nie mogli sprostać jej wygórowanym oczekiwaniom, odrzucała ze śmiechem ich konkury.  

Sny o bogactwie

Pewnej nocy bogobojna matka nie mogąc zasnąć, chwyciła za różaniec i zaczęła się modlić do Stwórcy o pomyślność dla swojego dziecka. Patrzyła przy tym czule na uśpioną twarz leżącej obok niej na posłaniu córki. W pewnym momencie Marienka roześmiała się we śnie.

Cóż za piękny sen musi jej się śnić – pomyślała staruszka i dokończywszy modlitwę, odwiesiła różaniec na lekko wygięty, kuty gwóźdź wbity w drewnianą  ścianę. Następnie położyła głowę na poduszce i zasnęła. Gdy tylko nastał brzask poranka i rozśpiewał się kogut w zagrodzie, matka zapytała zaspaną Marienkę

Moje kochane dziecko. O czym śniłaś ostatniej nocy, że tak się uśmiechałaś?

O czym śniłam mamo? Śniło mi się, że do naszego gospodarstwa przyjechał szlachcic w karecie wykonanej w całości z miedzi. Panicz skłonił mi się nisko i nałożył mi na palec pierścionek z kamieniem lśniącym jak gwiazdy. Gdy weszłam z nim do kościoła, ludzie patrzyli na mnie, tak jak patrzą na obraz najświętszej Panienki.

Oj, dziecko, dziecko. To był piękny, acz próżny sen – powiedziała matka, kręcąc głową. Marienka jednak już tego nie usłyszała bo wyszła czym prędzej do ogrodu, wspominając mężczyznę ze snu.

Jeszcze tego samego dnia na podwórze wjechał powóz prowadzony przez przystojnego, młodego i całkiem bogatego rolnika. Przywiózł ze sobą ogromny, pachnący bochen chleba by podzielić się nim z kobietami i prosić Marienkę o rękę. Matka była w siódmym niebie, bo widziała w kawalerze doskonałego męża dla swojej córki. Ta jednak  spojrzała z góry na zalotnika i odmówiła, mówiąc

Nawet gdybyś przyjechał miedzianą karetą i włożył mi na palec z kamieniem lśniącym jak gwiazdy, to i tak bym za Ciebie nie wyszła – po czym obróciła się napięcie i zniknęła w drzwiach domostwa.

Następnej nocy matka po raz kolejny chwyciła topornie wykonany różaniec i zaczęła się modlić jeszcze gorliwiej za pomyślność swojej córki. I tak samo jak zeszłej nocy zauważyła jak Marienka zaczyna się uśmiechać przez sen. Gdy nastał świt, zapytała jak dzień wcześniej. – Kochana córeczko, o czym tym razem śniłaś. Bo cały czas uśmiech nie schodził z Twoich pięknych ust.

O czym śniłem mamo? Śniło mi się, że szlachcic przybył tu po mnie w srebrnej karecie  i że zaoferował mi złoty diadem. A kiedy weszłam z nim do kościoła, ludzie patrzyli na mnie z większym uwielbieniem niż na obraz najświętszej Panienki.

Oj Córko! – zakrzyknęła oburzona matka – Bluźnisz! Powinnaś modlić się, byś nie ulegała pokusom – Ale Marienka szybko wybiegła na podwórko, by uciec od kazania swojej matki.

W niedługim czasie na podwórze wjechał powóz prowadzony przez młodego szlachcica. Skłonił się nisko pięknej dziewczynie, po czym rzekł.

Moja piękną Marienko, przywożę dzisiaj chleb upieczony w mojej posiadłości i proszę Ci o twoją zgrabną rączkę.

Marienka spojrzała pogardliwie na swojego adoratora i jego dar, po czym odpowiedziała.

Nawet gdybyś przyjechał tutaj srebrną karetą i zaoferował mi złoty diadem, nie wzięła bym Cię za męża. Po czym tak jak poprzednio ukryła się natychmiast w obejściu. 

 – Uważaj, moje dziecko – powiedziała zasmucona matka – Pycha jest narzędziem złego.

Marienka spojrzała na staruszkę z góry i odburknęła wzruszając ramionami – Matki nigdy nie wiedzą, co mówią.  

Trzeciej nocy powtórzyła się sytuacja z dwóch poprzednich. Smutna matka błagała Stwórcę o pomyślność dla córki, a ta uśmiechała się przez sen, jeszcze mocniej niż poprzednio.

Moje kochane dziecko – powiedziała rano staruszka patrząc w piękne oczy swojej ukochanej córeczki – O czym śniłaś ostatniej nocy?

Znowu będziesz zła, jeśli ci opowiem – odpowiedziała Marienka.

Nie, nie będę – odpowiedziała matka – Proszę. Powiedz mi.

Dziewczyna spojrzała niechętnie na wpatrującą się w nią matkę, wzięła głęboki wdech i powiedziała.

Śniło mi się, że szlachetny pan z wielką grupą służących przyszedł mnie zapytać mnie o małżeństwo. Zajechał złotą karetą i przyniósł mi sukienkę ze złotej koronki. A kiedy weszłam do kościoła, ludzie nie patrzyli na nikogo oprócz mnie.

Spełnienie marzeń

Matka splotła ręce, jednak nim zdążyła coś powiedzieć Marienka, na wpół ubrana, zerwała się z łóżka i pobiegła do sąsiedniego pokoju, aby uniknąć męczącego dla niej wykładu. Jeszcze tego samego dnia na podwórko wjechały trzy powozy: miedziany, srebrny i złoty. Pierwszą karetę ciągnęły dwa, połyskujące miedzią konie. Drugi był ciągnięty przez cztery rumaki, o umaszczeniu bialutkim niczym księżyc w pełni. Trzecią, najpiękniejszą karetę ciągnęło osiem ogierów. Konie te były w całości pokryte złotymi płatkami, a w grzywach i ogonach zaplecione miały drogocenne kamienie.

Z karety miedzianej i srebrnej wyszli ubrani w szkarłatne spodnie i zielone kurtki dworzanie, którzy skłonili się natychmiast przed szlachcicem, który wysiadł ze złotego powozu. Piękny to był młodzieniec, a jego urodę podkreślał nad wyraz bogaty strój, w całości wykonany złotymi nićmi przeplatanymi ogromnymi diamentami.  Majestatycznym krokiem zbliżył się do zszokowanej staruszki. Ukląkł na jedno kolano i poprosił o rękę jej córki. 

Moje marzenie się spełniło – powiedziała Marienka, nie czekając na odpowiedź matki – Widzisz  mamo. jak zwykle miałem rację, a ty się myliłaś – Po czym pobiegła do swojej izby, przywiązała zaręczynowy węzeł i ofiarowała go z uśmiechem jako przyrzeczenie wierności przystojnemu panu. Ten w tym samym momencie wsunął na jej palec pierścień z kamieniem lśniącym jak gwiazdy, a następnie  ofiarował jej złoty diademem i sukienką ze złotej koronki.

Chleb tradycyjny polski wypiek

Dumna dziewczyna pobiegła do swojego pokoju, aby natychmiast przymierzyć wymarzoną kreację. Matka ochłonąwszy troszeczkę spojrzała na szlachcica i zadała mu pytanie.

– Dobry panie, jaki chleb oferujesz mojej córce?

Wśród nas – powiedział uśmiechając się panicz – Chleb jest miedziany, srebrny i złoty. Marienka sama dokona wyboru.

Co to znaczy? – zamyśliła się  matka. Ale Marienka nie martwiła się .Wróciła tak piękna jak słońce, wzięła rękę kochanka i poszła do kościoła, nie prosząc matki o błogosławieństwo. Biedna kobieta została na progu, aby modlić się sama; a kiedy Marienka powróciła i weszła do powozu, nawet się nie odwróciła, by spojrzeć na matkę i się z nią pożegnać.

Osiem koni ruszyło galopem i nie zatrzymało się, dopóki nie dotarły do ​​ogromnej skały, w której znajdowała się dziura tak wielka jak brama miasta. Konie nie zwalniając tempa pogrążyły się w ciemności, ziemia zadrżała, a skała pękła i rozpadła się. Marienka złapała przerażona rękę męża. Ten pogłaskał swoją wybrankę po jasnych włosach i rzekł uspakajającym głosem.

– Nie przejmuj się, moja kochana. Już za moment będziemy w moim królestwie.

Nim skończył mówić,  ciemność rozdarło tysiące świateł. Krasnoludy z góry, każdy z pochodnią w ręku, przybyły, aby pozdrowić swego pana, Króla Kopalni. Marienka w tym momencie zrozumiała kogo pojęła za męża. Jednak nie przejmowała się. Nie obchodziło ją to czy był duchem dobra, czy zła. Liczyło się dla niej tylko jego bogactwo.   

Złota kareta, zaprzęgnięta w osiem potężnych ogierów, pędziła  przez bielone lasy i góry, które podnosiły swoje blade i ponure szczyty ku niebu. Jodły, buki, brzozy, dęby, skały – wszystkie były z ołowiu. Na końcu lasu rozciągała się rozległa łąka, której trawa była ze srebra; a na dnie łąki stał zamek ze złota, inkrustowany diamentami i rubinami. Powóz zatrzymał się przed drzwiami, a król kopalni podał rękę swojej oblubienicy, mówiąc.

– Moja piękna. Wszystko, co widzisz, jest woje.

Marienka była zachwycona widokami. Ale jeszcze bardziej zachwycił ją widok wystawnej uczty, którą przygotowały dla niej krasnoludy.  Potężny miedziany stół, na którym wszystko lśniło złotem, srebrem i drogimi kamieniami, błyszczał oświetlany ogromnymi kandelabrami. Dopiero wtedy Marienka zauważyła, czym raczą się biesiadnicy. Cudowne naczynia wypełnione były przystawkami ze szmaragdów. Na srebrnych talerzach lśniły pieczenie ze złota, a w pucharach chlupotała żywa rtęć. Wszyscy zajadali się z apetytem i tylko Pannie Młodej ściskało brzuch z coraz większego głodu.

W końcu piękna dziewczyna nie wytrzymała i szepnęła mężowi w ucho, prosząc choć o odrobinę chleba. Ten nie czekając klasnął w dłonie i przywołał krasnowodzkiego sługę.

Przynieś miedziany chleb – rzekł Król Kopalni.

Jednak Marienka nie mogła go zjeść.

Przynieś srebrny chleb – powiedział.

Jednak Marienka i tego nie mogła przełknąć.

Przynieś złoty chleb – powiedział w końcu.

Niestety Marienka i tego nie mogła skosztować.

Moja piękna – powiedział Król Kopalni widząc jej zasmuconą minę – Bardzo mi przykro, ale nic więcej nie jestem Ci w stanie zaoferować. Nie mamy innego chleba.

Panna młoda wybuchnęła płaczem, a  Jej mąż zaśmiał się głośno. Marienka w jednym momencie zrozumiała, że serce jej wybranka było z metalu, tak jak jego całe królestwo. Ten widząc skapujące po alabastrowym policzku łzy zaśmiał się jeszcze mocniej

–  Płacz, jeśli chcesz! –  zawołał – Nic ci to nie da. Masz to, czego sobie życzyłaś. Zjedz wybrany przez siebie chleb. Smacznego!

W ten oto sposób dziewczę spełniło swoje wyniosłe marzenia, które sprowadziły ją na manowce. Zamieszkała w pięknym zamku. Miała nieprzebrane bogactwa i niezliczoną służbę, a mimo to umierała codziennie z głodu i tak przez całą wieczność.