Jak pewnie zdążyliście się już zorientować na Naszych Szlakach powstał zupełnie nowy dział. Nazwaliśmy go Podróżnicze opowieści i ciekawostki. Geneza jego powstania jest nadzwyczaj prosta. Pewnego wieczoru siedząc z Piotrem przy szklanicy mocniejszego trunku stwierdziliśmy, że mamy do opowiedzenia całkiem sporo ciekawych historii.
Szklanice się opróżniały w zastraszającym tempie, a historyjek i pomysłów wciąż przybywało. W końcu podjęliśmy męską decyzję. Trzeba się podzielić tymi wszystkimi ciekawostkami z Wami, nasi drodzy czytelnicy.
Narodziny legendy 🙂
Mam nadzieję, że ten dział przypadnie Wam do gustu mimo, że będzie w zasadzie o wszystkim. Będziemy tutaj pisać o nadzwyczajnych opowieściach zasłyszanych podczas wypraw, a które ciężko by było umiejscowić w naszych pełnowymiarowych artykułach.
Opiszemy też ciekawych ludzi, których przekorny los postawił na naszej życiowej drodze. A także postaramy się przedstawić Wam najbardziej zwariowane ciekawostki historyczne, które często odkopujemy pisząc artykuły o danych miejscach. Zresztą próbkę tego, co tutaj będzie się pojawiać mieliście już okazję zobaczyć przy okazji artykułu o mumiach w Anglii.
Tak więc by nie przedłużać zapraszam Was do lektury o najlepszym sprzedawcy wędzonych pstrągów.
Mylof, czyli zapora, pstrągi i wyjątkowo niezrozumiały sprzedawca
Dawno, dawno temu. W czasach, kiedy to jeszcze byliśmy piękni i młodzi, lubiliśmy organizować sobie wspólne wyprawy w koło komina. Pakowaliśmy się więc w wysłużonego, szkarłatnego Forda Escorta i wyruszaliśmy na wycieczkę. Zasada była jedna. Prowadziły dziewczyny, a ja z Piotrem zasiadaliśmy na tylnej kanapie delektując się złocistymi napojami.

Pewnego razu, podczas wyboru miejsca do którego pojedziemy tym razem, nasz wzrok obiegł rozłożoną na masce wehikułu mapę. Pomysłów było kilka – od kamiennych kręgów w Odrach, po rezerwat Cisów Staropolskich. W końcu po wyjątkowo burzliwej naradzie stwierdziliśmy, że pojedziemy na zaporę w Mylofie. Jak się miało niedługo okazać, był to strzał w dziesiątkę.
Mylof przywitał nas piękną, słoneczną pogodą. Wczesnowiosenne słoneczko delikatnie ogrzewało nasze twarze, a my spacerowaliśmy sobie powolutku sącząc delikatnie zawartość półlitrowych, brązowych butelek. W końcu wymęczeni spacerem usiedliśmy na poboczu jezdni. Otaczającą nas ciszę zakłócał jedynie szum wody na zaporze i coraz głośniejsze pomrukiwania naszych brzuchów
– Zjadłoby się jakąś rybkę. – Powiedział Piotr smętnie wpatrując się w dal.
Wtedy to znikąd pojawił się przed nami, On – Najlepszy Sprzedawca Wędzonych Pstrągów, choć w tym momencie jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Spojrzał na nas lekko nieobecnym wzrokiem i przemówił.
Niezwykły sprzedawca ryb z Mylofu
Słowa wydobywające się z jego ust były dla nas równie niezrozumiałe jak dla pierwszych podróżników odkrywających nowe lądy. Spojrzałem na Piotra zastanawiając się czy tylko ja mam problem ze zrozumieniem tego dialektu.

Niestety. Piotr również nic nie zrozumiał. Sprzedawca widząc problemy komunikacyjne zaczął pokazywać na migi o co mu chodzi. W końcu widząc nasze zmieszane miny zaparł się w sobie i z ogromnym wysiłkiem rzekł najlepiej jak potrafił.
– Łędzdzone pstłągi?
– Ej. – Piotr szepnął w moim kierunku. – Chyba chce nam sprzedać wędzone pstrągi. – Sprzedawca dosłyszał i szeroko rozdziawił usta, co wyraźnie było oznaką zadowolenia. Wystawił palec wskazując ścianę lasu, którą przecinała piaszczysta leśna droga.
Widocznie mieliśmy podążać tamtą drogą w nieznane. Już coś takiego widziałem – pomyślałem – W horrorach klasy „B”, kiedy to nieroztropni podróżnicy dają się wciągnąć w pułapkę zastawioną przez tubylców. Jednak głód w tym wypadku okazał się silniejszy od rozsądku i pokiwaliśmy zgodnie głowami zgadzając się na propozycję.
Sprzedawca klasnął z radości w spracowane ręce i pobiegł do wysłużonego roweru leżącego na poboczu. Najwidoczniej będzie jechał rowerem i nas poprowadzi przez leśne ostępy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zrobił porządny zamach i wyrzucił swój wehikuł w krzaki.
Uśmiech nie znikał mu z twarzy gdy siedział obok Ewy, która prowadziła z duszą na ramieniu nasze autko coraz głębiej w las. Ja z Piotrem i Madzią, ściśnięci na tylnej kanapie, spoglądaliśmy z niepokojem na naszego niespodziewanego przewodnika.
– Kurczę. – Szepnąłem do Piotra. – Pamiętasz ten horror Wrong Turn. Tam jechali tak samo w las, aż w końcu martwe ciała podróżników pożarli kanibale.

Całe szczęście nikt nas nie zamordował. Po dojechaniu okazało się, że czekał na nas jeden z piękniejszych widoków na zakole rzeki Brdy.
Stojąc na wysokiej skarpie i delektując się widokiem poczuliśmy zapach wędzonych ryb. Jak się okazało nasz gospodarz przyniósł wędzone pstrągi świeżo wyjęte z wędzarni. Uwierzcie mi, była to najpyszniejsza ryba jakiej dane mi było skosztować.
Na tyle skutecznym okazał się nasz niezrozumiały sprzedawca, że do domu przywieźliśmy jeszcze kilka kilogramów pstrąga. Pychota!



