Zaraza w postaci koronawirusa coraz bardziej rozprzestrzenia się po świecie. W dużej mierze jest to spowodowane tym, że świat jaki znamy skurczył się do rozmiarów malutkiej piłeczki. Wszędzie możemy dotrzeć bez najmniejszego problemu, korzystając z dobrodziejstw nowoczesnej technologii. W jeden dzień jesteśmy w stanie przebyć taką odległość, jaka w zamierzchłych czasach była czymś zupełnie nierealnym.
Negatywne skutki globalizacji
Gdyby w średniowieczu ktoś przedstawił wizję szybkich podróży, które dla nas są codziennością, to gwarantuję, że momentalnie wylądował by na stosie. Globalizacja z jednej strony zapewnia coraz większy dobrobyt, możemy coraz więcej zobaczyć i poznać, ale jak widać ma też swoje minusy. Kiedyś o szybkie rozprzestrzenianie się choroby było trudno. Małe skupiska ludzi oddalone dość znacznie od siebie i mało efektywny transport nie dawał chorobom większych szans na zarażenie ludzkości.

W myśl – gdzie diabeł nie może, tam babę poślę – od czasu do czasu ziemię odwiedza demon, a raczej demonica – Morowa Dziewica. W dawnych wierzeniach Słowian był to zły duch odpowiedzialny za choroby związane z gorączkowaniem i wszystkimi innymi niesprecyzowanymi objawami, prowadzącymi zazwyczaj do zgonów zakażonych. Tak więc gdy tylko większa ilość chłopów padała trupem, to było wiadomo, że Morowa Dziewica wybrała się na łowy.
Wielkie epidemie już nie raz dziesiątkowały świat
Największa zaraza, jaką pamięta Europa i świat, to epidemia dżumy, zwana czarną śmiercią. Jak na tamte czasy, trzeba przyznać, że Morowa Dziewica była wyjątkowo skuteczna. Mało brakowało by całkowicie zniszczyła europejską cywilizację, zabijając około 80% całej populacji. Chorobliwie wychudzona postać okryta białym suknem szła od wioski do wioski, od miasta do miasta i w miejscu gdzie na ziemię rzucała zakrwawioną chustę, tam momentalnie wybuchała śmiercionośna zaraza.
W końcu dotarła pod bramy małego miasta na Pomorzu, położonego pomiędzy dwoma jeziorami – Chojnic.
Legenda o Morowej Dziewicy w Chojnicach
Chojnice, tak jak większość polskich miast, niewiarygodnie ucierpiała podczas wojen ze Szwedami. Najeźdźcy zabijali cywilów chroniących swój dobytek, rabowali co popadnie i niszczyli to czego nie mogli zabrać z powrotem na statki. Zgliszcza domów wypełnione trupami obrońców zanosiły się trudnym do zniesienia odorem śmierci.
Zapach, tak trudny do zniesienia dla pozostałych przy życiu, był niczym najdroższy perfum dla Morowej Dziewicy. Swoimi mętnymi oczami wpatrywała się z lubością w gnijące ciała i uśmiechała szeroko. Wiedziała, że w końcu po tylu latach niebytu nadszedł jej czas. Czas czarnej śmierci, która pochłonie tyle istnień ludzkich ile tylko zdoła.
Tam gdzie demon postawił swoje stopy natychmiast umierało wszelkie życie. Rośliny usychały, zwierzęta uciekały w popłochu, a dotąd rozśpiewane ptaki milkły obserwując jej trupi spacer. Nie było ucieczki przed zarazą. Dobrze wiedzieli o tym włodarze miasta Chojnice i by chronić mieszkańców wydali strażnikom jasny rozkaz.
– Nikt nie ma prawa wejść w obręb miasta, ani też nikt go nie może opuścić.
Jednak mimo zwiększonych środków ostrożności, pozamykanych bram i podniesionych mostów zwodzonych Morowa Dziewica weszła w obręb miejskich murów. Przerażeni ludzie skryli się w swoich domostwach. Niestety żadne drzwi, nawet te najmocniejsze, nie były w stanie powstrzymać morowego powietrza.

Niosący się ulicami płacz oznajmiał pozostałym mieszkańcom, kogo tym razem odwiedziła czarna śmierć. Z dnia na dzień piętrzyły się stosy trupów i gdy już wydawać się mogło, że miasto czeka niechybna zguba, znikąd przyszło wybawienie.
W mieście pojawił się obcy mężczyzna. Mieszkańcy początkowo nieufnie podeszli do tajemniczego przybysza. Ten jednak nie zrażając się chłodnym przyjęciem zaoferował, że pomoże chojniczanom i wygna chorobę z miasta. Nie widząc innego ratunku, ludzie zgodzili się na magiczne obrzędy.
Na polecenie nieznajomego wydrążyli w lipie rosnącej przy kościele sporej wielkości dziuplę, a także wystrugali czop idealnie do niej pasujący. Następnie obcy (zapewne czarownik, bo któż inny mógłby dać radę potężnemu demonowi) zarządził procesję, która po przejściu ulicami miasta, zatrzymała się przy wcześniej przygotowanym „zbiorniku”, gdzie przy wygłoszeniu nieznanych inkantacji i za pomocą wcześniej wystruganego kołka, uwięził demona morowego powietrza w drzewie. Morowa Dziewica próbowała jeszcze umknąć, wyrwać się z pułapki, ale wbijany potężnym młotem czop zagrodził jej drogę ucieczki.
Od tego czasu zaraza przestała nękać okoliczne tereny i spokój trwa do dziś. Co się stało z czarownikiem i z uwięzionym demonem, tego już niestety nie wiem. Być może czarna śmierć dalej tkwi zamknięta w dziupli i tylko czeka na nieostrożnego człowieka, który ją uwolni.



