Przesądy i zabobony w dzisiejszym świecie.
Czarny kot przebiegający drogę, rozsypana sól, przechodzenie pod drabiną czy pechowa trzynastka. Większość z nas zna te przesądy, nawet jeśli zdecydowanie twierdzimy, że w nie nie wierzymy. Co ciekawe, zdarza się, że osoba deklarująca całkowity brak wiary w zabobony po rozsypaniu soli odruchowo rzuci jej szczyptę przez lewe ramię albo niechętnie usiądzie przy stole jako trzynasty gość.
Przesądy są jednym z najtrwalszych elementów kultury. Religie się zmieniały, granice państw przesuwały, społeczeństwa stawały się coraz bardziej wykształcone, a nauka wyjaśniała zjawiska, które wcześniej wydawały się magiczne. Mimo to wiele dawnych wierzeń przetrwało. Zmieniło się przede wszystkim nasze podejście do nich. Jeszcze sto lat temu zabobon mógł decydować o tym, kiedy rozpocząć budowę domu, kiedy brać ślub, czy wypuścić bydło na pastwisko, a nawet jak leczyć chore dziecko. Dzisiaj najczęściej traktujemy przesądy jako ciekawą tradycję albo niewinną zabawę. Nie oznacza to jednak, że przestaliśmy być przesądni, o czym opowiem w dalszej części artykułu.
Skąd właściwie wzięły się przesądy i zabobony?

Przesądy są znacznie starsze niż większość współczesnych państw europejskich. Niektóre mają korzenie w wierzeniach przedchrześcijańskich, inne powstały w średniowieczu, a jeszcze inne są stosunkowo młode. Ich źródłem była przede wszystkim potrzeba wyjaśnienia świata.
Jeżeli człowiek nie wiedział, dlaczego przyszła burza, dlaczego zachorowało dziecko, krowa przestała dawać mleko albo plony zostały zniszczone, szukał przyczyny w działaniach sił nadprzyrodzonych. Odpowiedzialne mogły być duchy, demony, czarownice, złe spojrzenie albo złamanie któregoś z niepisanych zakazów. Jednocześnie powstawały sposoby ochrony przed nieszczęściem.
Nad drzwiami zawieszano podkowę, dzieciom wiązano czerwone wstążki, używano czosnku, święconych ziół, soli, wody czy określonych gestów. Muzeum Etnograficzne w Rzeszowie opisuje między innymi rozpowszechnioną dawniej w Polsce wiarę w możliwość uroczenia człowieka spojrzeniem oraz stosowanie czerwonej wstążki, czosnku czy rytualnego spluwania jako ochrony przed urokiem. Dzisiaj brzmi to, jak folklor. Dla naszych pradziadków mogło być jednak częścią codziennego życia.
Przesądy i zabobony w Polsce 100 lat temu

Polska lat 20. i 30. XX wieku wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiejsza. Ogromna część społeczeństwa mieszkała na wsi, życie było silnie związane z rytmem natury, a dostęp do lekarzy i nowoczesnej wiedzy był znacznie bardziej ograniczony. Nie należy oczywiście zakładać, że wszyscy ludzie wierzyli we wszystkie zabobony. Zwyczaje różniły się między regionami, a często nawet pomiędzy sąsiednimi wsiami. Magiczne myślenie było jednak znacznie częściej obecne w codzienności.
- Urok, czyli złe spojrzenie – Jednym z najmocniej zakorzenionych wierzeń był strach przed tak zwanym urokiem. Uważano, że człowiek posiadający szczególną moc może samym spojrzeniem sprowadzić chorobę, osłabienie albo nieszczęście. Szczególnie narażone miały być małe dzieci i zwierzęta. Właśnie stąd pochodzi zwyczaj wiązania niemowlętom czerwonej wstążeczki. Dzisiaj można ją zobaczyć przy dziecięcym wózku raczej jako sympatyczny zwyczaj. Dawniej przypisywano jej prawdziwe właściwości ochronne.
- Niebezpieczny próg domu – Dla współczesnego człowieka próg jest po prostu fragmentem drzwi. W kulturze ludowej miał jednak znaczenie wyjątkowe. Oddzielał bezpieczną przestrzeń domu od świata zewnętrznego. Próg był więc granicą, a granice w dawnych wierzeniach często uznawano za miejsca szczególnie podatne na działanie sił nadprzyrodzonych. Badania Polskiego Atlasu Etnograficznego prowadzone jeszcze w drugiej połowie XX wieku dokumentowały przekonania o przedmiotach umieszczanych pod progami w celu sprowadzenia choroby, utraty mleka przez krowy czy innych nieszczęść. Z progiem związanych było mnóstwo zakazów. Nie należało się przez niego witać, podawać przedmiotów ani prowadzić ważnych rozmów. Echo tego przesądu żyje do dzisiaj, w wielu polskich domach nadal można usłyszeć: Nie witaj się przez próg.
- Podkowa na szczęście – Podkowa była jednym z najpopularniejszych amuletów w całej Europie. Żelazu od bardzo dawna przypisywano właściwości ochronne. W ludowych opowieściach miało odstraszać złe duchy, demony i istoty nadprzyrodzone. Podkowę zawieszano przy wejściu do domu albo stajni. Do dzisiaj trwa nawet spór o to, jak należy ją zawiesić. Według jednej wersji końce powinny być skierowane ku górze, aby szczęście się nie wylało. Według innej właśnie skierowane w dół mają sprawić, że szczęście spłynie na mieszkańców domu.
- Rozsypana sól oznacza kłótnię – Sól przez wiele stuleci była produktem bardzo cennym. Nic więc dziwnego, że jej przypadkowe rozsypanie zaczęto kojarzyć z czymś niepożądanym. Z czasem powstało przekonanie, że rozsypana sól zapowiada kłótnię albo nieszczęście. Ratunkiem miało być rzucenie szczypty soli przez lewe ramię. Dlaczego lewe? W europejskiej symbolice lewa strona przez długi czas była kojarzona z czymś gorszym, nieczystym lub niebezpiecznym. Gest miał więc symbolicznie oślepić albo przepędzić czyhające z tyłu zło.
- Nie wracaj do domu po wyjściu – Ten przesąd nadal jest w Polsce doskonale znany. Jeżeli wyjdziemy z domu i nagle przypomnimy sobie o pozostawionym telefonie czy portfelu, powrót ma przynieść pecha. Istnieje jednak sposób na jego zneutralizowanie. Po powrocie należy podobno spojrzeć w lustro albo na chwilę usiąść. W dawnych wierzeniach przekraczanie granicy domu było symbolicznym rozpoczęciem drogi. Jej przerwanie mogło zostać odczytane jako zły znak.
- Ślub był prawdziwą kopalnią przesądów – Niewiele wydarzeń zgromadziło wokół siebie tyle zabobonów co wesele. Ślub oznaczał przejście z jednego etapu życia do drugiego, dlatego w tradycyjnej kulturze próbowano zabezpieczyć młodą parę przed wszystkim, co mogło zakłócić ich przyszłość. Panna młoda nie powinna zobaczyć pana młodego w sukni przed ceremonią. Deszcz podczas ślubu mógł oznaczać szczęście i bogactwo. Potknięcie się w drodze do kościoła stanowiło natomiast niepokojący znak. Nowożeńców obsypywano ziarnem, ponieważ symbolizowało dostatek i płodność. W niektórych tradycjach weselnych stosowano także miód, cukier czy specjalne pieczywo. Państwowe Muzeum Etnograficzne opisuje na przykład huculski zwyczaj obsypywania młodych cukrem i pszenicą, który miał zapewnić im powodzenie. Współczesne rzucanie ryżu czy płatków kwiatów jest dalekim krewnym, takich właśnie praktyk.
- Śmierć również otaczały zabobony – Sto lat temu zmarły znacznie częściej niż dzisiaj pozostawał przez pewien czas w rodzinnym domu. Towarzyszyło temu wiele zasad. Zasłaniano lustra, zatrzymywano zegary, otwierano okna, pilnowano sposobu wynoszenia trumny. Według jednych wierzeń lustro mogło zatrzymać duszę zmarłego. Według innych odbicie zmarłego mogło przynieść nieszczęście żyjącym. Otwieranie okna miało natomiast pozwolić duszy opuścić dom. W wielu regionach Europy podobne tradycje występowały jeszcze w XX wieku.
- Czarny kot – pech czy szczęście? – Czarny kot jest świetnym przykładem pokazującym, że ten sam symbol może znaczyć coś zupełnie innego w różnych krajach. W Polsce przebiegający drogę czarny kot najczęściej oznacza pecha. Podobne przekonanie występuje w części Europy Środkowej. W Wielkiej Brytanii czarny kot może jednak symbolizować szczęście. W różnych częściach Europy liczy się nawet kierunek, z którego zwierzę nadchodzi. Negatywne skojarzenia czarnych kotów rozwinęły się szczególnie w średniowiecznej Europie, gdy zaczęto łączyć je z czarownicami, nocą i działalnością diabła. Kot był niewinny. Po prostu miał wyjątkowo pechowy PR.
- Pechowa trzynastka – Jednym z najbardziej międzynarodowych europejskich przesądów jest liczba 13. W wielu hotelach przez lata pomijano pokój numer 13, a w budynkach piętro oznaczone tym numerem bywało zastępowane innym oznaczeniem. Szczególnie złą sławę zdobył piątek trzynastego. Co ciekawe, nie cała Europa obawia się tej samej liczby. We Włoszech tradycyjnie za pechową uchodziła przede wszystkim 17. Jedno z popularnych wyjaśnień wiąże ten przesąd z rzymskim zapisem XVII, którego litery można przestawić na VIXI – łacińskie „żyłem”, interpretowane jako odniesienie do śmierci. W Hiszpanii oraz części świata hiszpańskojęzycznego szczególnie pechowy może być natomiast wtorek trzynastego, a nie piątek. Pokazuje to, że przesądy nie są uniwersalne. Każda kultura tworzy własny zestaw znaków ostrzegawczych.
- Nie przechodź pod drabiną – Ten przesąd występuje w dużej części Europy. Najprostsze wyjaśnienie jest wyjątkowo rozsądne: przechodzenie pod drabiną rzeczywiście może być niebezpieczne. Powstało jednak również znaczenie symboliczne. Drabina oparta o ścianę tworzy trójkąt. W kulturze chrześcijańskiej można go było interpretować jako symbol Trójcy Świętej, dlatego przejście przez jego wnętrze miało stanowić naruszenie świętej przestrzeni. Niezależnie od pochodzenia przesądu pozostaje on jednym z niewielu, których przestrzeganie może mieć praktyczny sens.
- Stłuczone lustro i siedem lat nieszczęścia – Lustra od starożytności wzbudzały fascynację. Dawniej nie rozumiano w pełni natury odbicia, dlatego łatwo było przypisywać mu właściwości magiczne. Wierzono między innymi, że odbicie jest w pewien sposób związane z duszą człowieka. Rozbicie lustra mogło więc symbolizować jej uszkodzenie. Dlaczego akurat siedem lat pecha? Jedna z popularnych teorii odwołuje się do rzymskiego przekonania, że życie człowieka odnawia się w siedmioletnich cyklach. Dzisiaj po stłuczeniu lustra bardziej martwimy się kosztami nowego niż stanem własnej duszy.
- Odpukać w niemalowane drewno – Odpukaj, to jedno z najczęściej wypowiadanych w Polsce zaklęć przez ludzi, którzy jednocześnie zapewniają, że absolutnie nie wierzą w przesądy. Po powiedzeniu czegoś dobrego dotykamy drewna, aby nie zapeszyć. Podobne zwyczaje istnieją w Wielkiej Brytanii, Niemczech i wielu innych krajach europejskich. Jedna z teorii wywodzi zwyczaj z dawnych wierzeń związanych ze świętymi drzewami i duchami zamieszkującymi naturę. Inna łączy go później z symboliką chrześcijańską. Niezależnie od prawdziwego początku zwyczaj przetrwał w znakomitej kondycji.
- Nie chwal dziecka, bo je zauroczysz – Ten przesąd był w Polsce wyjątkowo popularny. Zbyt głośne chwalenie urody albo zdrowia dziecka mogło sprowadzić na nie urok. Dlatego po komplemencie można było usłyszeć formułę ochronną albo zobaczyć symboliczne splunięcie. Podobne przekonania występowały na Bałkanach, w Grecji, Turcji, we Włoszech i w innych częściach basenu Morza Śródziemnego. Co ciekawe, wiara w „złe oko” wcale nie zniknęła. Badania Pew Research Center pokazują, że w części Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje ona zaskakująco rozpowszechniona. W badaniach prowadzonych w regionie mediana osób deklarujących wiarę w „evil eye” wynosiła 48%, podczas gdy w Europie Zachodniej było to znacznie mniej.
Europa nadal jest pełna przesądów
Można byłoby sądzić, że wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia oraz rozwojem nauki zabobony całkowicie znikną. Tak się nie stało. Zmieniła się natomiast ich forma i znaczenie. W Portugalii czy Hiszpanii nadal można spotkać wiarę w złe oko, podczas gdy w krajach skandynawskich podobne przekonania są znacznie rzadsze. Badania dotyczące Europy Zachodniej wykazały wyraźne różnice między państwami – przykładowo wiarę w złe oko deklarowało 48% badanych w Portugalii i 33% w Hiszpanii, ale tylko po 9% w Danii i Szwecji.
Jeszcze nowsze międzynarodowe badania Pew z 2025 roku pokazują, że również dzisiaj część mieszkańców Europy wierzy, iż klątwy, zaklęcia albo magia mogą wpływać na ludzkie życie, choć w większości badanych państw europejskich jest to mniejszość społeczeństwa.
Co zmieniło się przez ostatnie 100 lat?
Największą zmianą nie jest zniknięcie przesądów, zmieniła się ich rola. Sto lat temu przesąd pomagał podejmować ważne decyzje, rolnik mógł obserwować znaki związane z pogodą przed rozpoczęciem siewu, a rodzina mogła stosować magiczne zabiegi mające chronić chore dziecko. Data ślubu mogła zostać uzależniona od tradycyjnych przekonań. Budując dom, zwracano uwagę na miejsce, próg, fundamenty i przedmioty mające zapewnić mieszkańcom powodzenie. Przesąd był częścią systemu wyjaśniającego rzeczywistość.
Współczesny człowiek może powiedzieć: Nie wierzę w to, ale wolę nie ryzykować. To chyba najlepsza definicja dzisiejszego podejścia do zabobonów. Nie rezygnujemy z lotu samolotem dlatego, że drogę przebiegł nam czarny kot, ale przez chwilę możemy o tym pomyśleć. Nie wierzymy, że rozbite lustro naprawdę sprowadzi siedem lat nieszczęść, lecz niemal każdy zna ten przesąd. Nie zakładamy podkowy nad drzwiami jako prawdziwej ochrony przed demonami, ale możemy powiesić ją jako symbol szczęścia.
Medycyna praktycznie wyparła magię leczniczą

Jedną z największych zmian, jakie zaszły w ciągu ostatnich stu lat, jest sposób, w jaki podchodzimy do chorób. Dzisiaj, kiedy ktoś ma wysoką gorączkę, silny ból albo niepokojące objawy, naturalnym rozwiązaniem jest kontakt z lekarzem, wykonanie badań i zastosowanie odpowiedniego leczenia. Jeszcze na początku XX wieku, szczególnie na terenach wiejskich i w biedniejszych regionach Europy, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
Dostęp do lekarza był znacznie trudniejszy, a nowoczesna medycyna dopiero zaczynała docierać do szerokich warstw społeczeństwa. W wielu miejscach obok oficjalnego leczenia funkcjonowały więc dawne praktyki ludowe, które łączyły znajomość ziół, doświadczenie przekazywane z pokolenia na pokolenie oraz elementy magii i religii. Choroba nie zawsze była postrzegana jako efekt działania bakterii, wirusów czy zaburzeń funkcjonowania organizmu. Mogła być interpretowana jako skutek uroku, klątwy, działania złego ducha albo naruszenia określonego zakazu.
Znachorzy, szeptuchy i zamawianie chorób

W wielu regionach Polski i Europy dużym zaufaniem cieszyły się osoby posiadające opinię uzdrowicieli. Byli to znachorzy, zielarze, babki wiejskie, szeptuchy i osoby umiejące według lokalnej tradycji zamawiać choroby. Ich praktyki mogły wyglądać bardzo różnie. Czasami opierały się na rzeczywistej znajomości właściwości roślin leczniczych. Napary z mięty, rumianku, lipy czy kory wierzby rzeczywiście mogły łagodzić niektóre dolegliwości. Problem zaczynał się tam, gdzie obserwacje medyczne mieszały się z przekonaniami o działaniu sił nadprzyrodzonych.
Chorobę można było wypędzać modlitwą, szeptem, określonymi formułami, przelewaniem wosku, spalaniem ziół albo wykonywaniem rytuałów nad chorym. W niektórych przypadkach stosowano także przedmioty uznawane za posiadające właściwości ochronne: czerwone nici, medaliki, święconą wodę, czosnek czy fragmenty roślin zebranych w określonym dniu.
Jednym z najbardziej rozpowszechnionych przekonań była wiara w możliwość zauroczenia człowieka. Szczególnie podatne miały być małe dzieci. Jeśli dziecko nagle zaczynało płakać, miało gorączkę, traciło apetyt albo nie mogło spać, przyczyną nie zawsze doszukiwano się w infekcji. Czasami uznawano, że ktoś spojrzał na nie złym okiem. Wtedy stosowano rytuały mające urok zdjąć.
Popularne były czerwone wstążki przy ubraniu lub wózku, symboliczne spluwanie, modlitwy albo pocieranie ciała określonymi przedmiotami. Z dzisiejszego punktu widzenia brzmi to jak folklor, lecz trzeba pamiętać, że dla wielu ludzi był to wówczas realny sposób radzenia sobie z sytuacją, której nie potrafili inaczej wyjaśnić. W ludowej magii leczniczej często pojawiała się również idea przeniesienia choroby z człowieka na coś innego.
Mogło to być drzewo, zwierzę, kawałek materiału albo przedmiot pozostawiony w określonym miejscu. Wierzono, że chorobę można w pewnym sensie oddać światu zewnętrznemu. Niektóre rytuały wymagały zakopania przedmiotu należącego do chorego, inne jego spalenia lub wrzucenia do płynącej wody. Takie praktyki pokazują, jak bardzo inaczej rozumiano kiedyś przyczynę choroby. Nie była ona wyłącznie procesem zachodzącym wewnątrz organizmu, lecz czymś, co mogło przyjść z na zewnątrz, zostać przeniesione, zdjęte albo przepędzone.
Dlaczego ludzie wierzyli w stare przesądy i zabobonne lęki?

Łatwo z dzisiejszej perspektywy wyśmiewać podobne praktyki, wszystkie te przesądy i lęki. Znacznie ciekawsze jest jednak pytanie, dlaczego były one tak trwałe. Odpowiedź jest dość prosta. W wielu miejscach lekarz był daleko, leczenie kosztowne, a skuteczne leki po prostu jeszcze nie istniały. Antybiotyki zaczęto stosować powszechnie dopiero w XX wieku. Wcześniej nawet stosunkowo niewielka infekcja mogła zakończyć się śmiercią.
Szczepienia również nie były tak dostępne, jak obecnie, podobnie jak diagnostyka laboratoryjna, prześwietlenia czy nowoczesna chirurgia. W tej sytuacji człowiek chwytał się wszystkiego, co dawało nadzieję. Jeżeli znachorka twierdziła, że potrafi zdjąć urok albo uleczyć dziecko za pomocą ziół i modlitwy, rodzina mogła zdecydować się na taki zabieg nie dlatego, że była „zacofana”, lecz dlatego, że często nie miała żadnej realnej alternatywy.
Przełom nastąpił wraz z rozwojem nauki. W XIX i XX wieku coraz lepiej rozumiano rolę bakterii i wirusów, znaczenie higieny, zasad aseptyki i sposobów przenoszenia chorób. Później pojawiły się szczepienia, antybiotyki, rozwój chirurgii, diagnostyki obrazowej i laboratoriów. To stopniowo zmieniało sposób myślenia ludzi. Choroba przestawała być tajemniczą siłą, którą trzeba „odczarować”, a stawała się problemem biologicznym, który można zbadać i leczyć. Wraz z upowszechnieniem opieki zdrowotnej znaczenie ludowej magii leczniczej zaczęło maleć.
Czy takie praktyki całkowicie zniknęły? I to jest chyba najciekawsza część całej historii. Znachorzy, uzdrowiciele i osoby stosujące różnego rodzaju rytuały nadal działają. W niektórych regionach Polski wciąż można spotkać ludzi korzystających z usług szeptuch czy osób zajmujących się odczynianiem uroku. Różnica polega jednak na tym, że dziś są to zwykle praktyki dodatkowe, a nie podstawowa forma leczenia.
Większość osób najpierw korzysta z medycyny konwencjonalnej, a dopiero później – z powodów kulturowych, religijnych albo osobistych – sięga po tradycyjne rytuały. Sto lat temu kolejność mogła być dokładnie odwrotna. Można też zauważyć ciekawy paradoks. Dawne rytuały w dużej mierze ustąpiły miejsca nowoczesnej medycynie, ale potrzeba wiary w alternatywne sposoby leczenia wcale nie zniknęła.
Dzisiaj, zamiast zamawiania chorób możemy spotkać terapie energetyczne, cudowne detoksy, leczenie kryształami, bioenergoterapię czy internetowe kuracje obiecujące efekty bez naukowych podstaw. Zmienił się język, dawniej mówiono o urokach, duchach i klątwach. Dzisiaj częściej mówi się o energii, wibracjach czy oczyszczaniu organizmu. Mechanizm bywa jednak bardzo podobny. Kiedy człowiek boi się choroby albo nie znajduje skutecznego rozwiązania swojego problemu, łatwo zwraca się ku metodom obiecującym prostą odpowiedź.
Największa zmiana nie polega więc na tym, że ludzie całkowicie przestali wierzyć w nadprzyrodzone sposoby leczenia. Zmieniła się przede wszystkim proporcja. Sto lat temu magia, religia, ziołolecznictwo i medycyna często funkcjonowały obok siebie, a granice między nimi były nieostre. Dzisiaj podstawą leczenia jest medycyna oparta na badaniach naukowych, a dawne rytuały przetrwały głównie jako element folkloru, tradycji rodzinnej albo medycyny alternatywnej.
To jeden z najlepszych przykładów pokazujących, jak bardzo przez ostatnie stulecie zmieniło się nasze podejście do świata. Dawniej pytano: Kto rzucił na mnie urok? Dzisiaj znacznie częściej pytamy: Co wykazały badania?
Internet stworzył nowe przesądy

Można byłoby przypuszczać, że rozwój internetu, powszechny dostęp do wiedzy i możliwość sprawdzenia niemal każdej informacji w kilka sekund doprowadzą do zaniku przesądów. Stało się jednak coś odwrotnego. Dawne zabobony nie zniknęły. Część z nich przeniosła się do sieci, a obok nich powstały zupełnie nowe formy wierzeń, które często wykorzystują współczesny język psychologii, energii, rozwoju osobistego i duchowości.
Dawniej ktoś mógł obawiać się uroku rzuconego przez sąsiadkę. Dzisiaj może wierzyć, że określona liczba pojawiająca się na ekranie telefonu jest wiadomością od wszechświata. Zmieniły się narzędzia, ale mechanizm pozostał zaskakująco podobny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu horoskopy kojarzyły się przede wszystkim z ostatnimi stronami gazet i kolorowych czasopism. Dzisiaj astrologia działa w internecie na znacznie większą skalę.
Aplikacje astrologiczne przygotowują codzienne prognozy, media społecznościowe podpowiadają użytkownikom treści dotyczące znaków zodiaku, a na TikToku, Instagramie czy YouTubie można znaleźć tysiące materiałów wyjaśniających, dlaczego ktoś zachowuje się w określony sposób ze względu na znak, ascendent czy położenie planet. W ten sposób astrologia stała się bardziej osobista.
Nie chodzi już wyłącznie o przeczytanie jednego zdania w gazecie. Użytkownik może wpisać dokładną datę, godzinę i miejsce urodzenia, a następnie otrzymać rozbudowaną interpretację własnej osobowości, relacji czy przyszłości. Dla części osób jest to wyłącznie forma zabawy. Dla innych zaczyna być narzędziem podejmowania rzeczywistych decyzji.
Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów współczesnych internetowych przesądów są tak zwane anielskie liczby. Chodzi o powtarzające się sekwencje, takie jak: 111, 222, 333, 777 czy 11:11. Według internetowych interpretacji mają one oznaczać między innymi zmianę, duchowe przebudzenie, nadchodzące szczęście, nową relację albo potwierdzenie, że człowiek znajduje się na właściwej drodze. Podobną popularność zdobyły tak zwane godziny lustrzane, na przykład 12:12, 21:21 czy 22:22.
Sam fakt zauważenia określonej godziny zaczyna być traktowany jako znak. Z psychologicznego punktu widzenia można to łatwo wyjaśnić selektywną uwagą. Kiedy człowiek raz przeczyta, że 11:11 jest szczególną godziną, zaczyna zwracać na nią większą uwagę. Pamięta momenty, kiedy ją zobaczył, ale nie zapamiętuje dziesiątek innych godzin, na które patrzył w ciągu dnia. Internet dodatkowo wzmacnia ten efekt, ponieważ po obejrzeniu jednego materiału algorytm może podsuwać kolejne. W rezultacie użytkownik zaczyna mieć wrażenie, że podobne znaki pojawiają się wszędzie.
Ogromną popularność zdobyła również idea manifestowania. W najprostszej wersji polega ona na skupieniu myśli na określonym celu i wizualizowaniu jego osiągnięcia. Samo pozytywne nastawienie czy precyzyjne określanie celów nie jest oczywiście niczym niezwykłym. Problem pojawia się wtedy, gdy manifestowaniu przypisuje się dosłowną moc zmieniania rzeczywistości.
W internecie można znaleźć porady sugerujące, że wystarczy odpowiednio myśleć, zapisać marzenie określoną liczbę razy albo wykonywać specjalny rytuał przez kilka dni, aby „przyciągnąć” pieniądze, miłość, mieszkanie czy wymarzoną pracę. Popularne są na przykład metody polegające na wielokrotnym zapisywaniu tej samej afirmacji. Przypomina to dawną magię bardziej, niż mogłoby się wydawać. Kiedyś człowiek wypowiadał określoną formułę, aby zapewnić sobie powodzenie. Dzisiaj zapisuje afirmację w notesie. Zmieniły się słowa. Wiara w możliwość wpłynięcia na przyszłość za pomocą symbolicznego działania pozostała.
Tarot istnieje w Europie od stuleci, ale internet całkowicie zmienił sposób jego używania. Dawniej trzeba było znaleźć osobę zajmującą się wróżeniem albo samemu posiadać talię kart. Dzisiaj wystarczy otworzyć media społecznościowe. Popularne stały się filmy rozpoczynające się od komunikatów w rodzaju: „Jeżeli ten film do ciebie trafił, ta wiadomość jest właśnie dla ciebie”. Następnie autor losuje karty i przedstawia bardzo ogólną przepowiednię dotyczącą miłości, pieniędzy albo przyszłości. Tego rodzaju treści mogą robić ogromne wrażenie, ponieważ opisy są często na tyle szerokie, że łatwo dopasować je do własnego życia.
Jeżeli ktoś słyszy: „W ostatnim czasie przeżyłeś rozczarowanie, ale nadchodzi zmiana”, istnieje duża szansa, że znajdzie wydarzenie, które pasuje do tej historii. To zjawisko jest dobrze znane w psychologii i określane między innymi jako efekt Barnuma lub Forera. Ludzie mają tendencję do uznawania ogólnych opisów osobowości i sytuacji za wyjątkowo trafne, jeśli są przekonani, że przygotowano je specjalnie dla nich.
Algorytmy mediów społecznościowych obserwują, co oglądamy, co zatrzymuje naszą uwagę, jakie filmy przewijamy wolniej i czego szukamy. Na tej podstawie pokazują nam podobne materiały. Użytkownik może jednak nie zdawać sobie sprawy, jak skutecznie działa ten mechanizm. Jeżeli osoba przechodząca przez trudne rozstanie zacznie oglądać filmy o astrologii i relacjach, bardzo szybko jej ekran może zostać wypełniony treściami typu: „On nadal o tobie myśli”. „Ta osoba wróci do twojego życia”. „Wszechświat chce, żebyś zobaczył tę wiadomość”. Z punktu widzenia technologii nie jest to znak od losu. To rezultat systemu rekomendacji.
Dla użytkownika może jednak wyglądać zupełnie inaczej. Im więcej podobnych materiałów widzi, tym bardziej może mieć wrażenie, że „coś próbuje mu powiedzieć”. Sto lat temu znaki odczytywano z zachowania zwierząt, pogody czy snów. Dzisiaj czasami odczytuje się je z ekranu telefonu.
Internet przyczynił się również do ogromnego wzrostu popularności kryształów. Poszczególnym minerałom przypisuje się różne właściwości. Jeden ma sprzyjać miłości, inny chronić przed negatywną energią, kolejny przyciągać pieniądze albo poprawiać samopoczucie. Same kamienie są oczywiście realnymi minerałami o konkretnych właściwościach fizycznych i chemicznych.
Nie ma natomiast naukowych podstaw do twierdzenia, że kryształ noszony w kieszeni potrafi przyciągnąć powodzenie albo ochronić człowieka przed „negatywną energią”. Pod względem kulturowym jest to jednak fascynujące. Dawni mieszkańcy Europy nosili amulety z kości, kamieni, metalu czy roślin. Współczesny człowiek może kupić przez internet bransoletkę z ametystu chroniącą przed złą energią. Forma zmieniła się niewiele. Zmieniła się przede wszystkim oprawa.
W języku dawnych przesądów występowały demony, klątwy, uroki i złe duchy. Współczesny język częściej mówi o energii. Można więc usłyszeć, że jakieś miejsce posiada „złą energię”, określona osoba „wysysa energię”, a dom trzeba energetycznie oczyścić. Do takich praktyk wykorzystuje się czasami świece, dym z roślin, kryształy albo określone rytuały. W wielu przypadkach jest to połączenie dawnych tradycji z nowoczesnym językiem duchowości.
Ciekawe jest to, że człowiek nadal odczuwa potrzebę symbolicznego oczyszczenia swojej przestrzeni. Sto lat temu można było pokropić dom święconą wodą albo okadzić go ziołami. Dzisiaj ktoś może zapalić specjalną świecę i mówić o usuwaniu negatywnej energii.
Dawniej przesądy były mocno związane z konkretnym regionem. Polska wieś mogła mieć zupełnie inne wierzenia niż południowe Włochy, Grecja czy Irlandia. Internet wymieszał te tradycje. Dzisiaj mieszkaniec Polski może korzystać jednocześnie z europejskiej astrologii, kart tarota, azjatyckich koncepcji duchowych, kryształów popularyzowanych przez amerykańskie media społecznościowe oraz symboliki pochodzącej z kultur, z którymi wcześniej nie miałby praktycznie żadnego kontaktu. Powstał w ten sposób swoisty globalny zestaw wierzeń. Często jest on bardzo luźny. Ta sama osoba może interesować się astrologią, numerologią, tarotem i manifestowaniem, nie widząc między nimi żadnej sprzeczności.
Dlaczego nowe przesądy tak dobrze działają w internecie? Internet jest dla nich idealnym środowiskiem. Po pierwsze, pozwala błyskawicznie rozpowszechniać informacje. Po drugie, algorytmy promują treści wywołujące emocje, ciekawość i zaangażowanie. Po trzecie, człowiek naturalnie poszukuje wzorców. Jeżeli pomyślimy o znajomym, a minutę później od niego otrzymamy wiadomość, zapamiętamy ten niezwykły zbieg okoliczności. Nie zapamiętamy natomiast setek sytuacji, kiedy pomyśleliśmy o kimś i nic się nie wydarzyło. Właśnie na takich mechanizmach przez tysiące lat rozwijały się przesądy.
Wieś i miasto przestały być dwoma różnymi światami

Sto lat temu przesądy mogły mieć charakter niezwykle lokalny. Kilka wsi dalej ten sam obrzęd wykonywano zupełnie inaczej. Radio, telewizja, edukacja, migracje ludności, a później internet stopniowo ujednoliciły kulturę. W efekcie część lokalnych zabobonów zniknęła, natomiast kilka najbardziej popularnych – czarny kot, trzynastka, rozbite lustro czy odpukiwanie w drewno – stało się właściwie międzynarodowych.
Najciekawsze jest jednak to, że człowiek wcale nie przestał tworzyć magicznych interpretacji rzeczywistości. Zmieniły się tylko narzędzia. Horoskopy przeniosły się do internetu. Tarot można oglądać na TikToku i YouTubie. Popularność zdobywają szczęśliwe liczby, manifestowanie, astrologia, kryształy czy różnego rodzaju rytuały mające przyciągać pieniądze, miłość albo powodzenie.
Część z nich jest oczywiście traktowana wyłącznie jako rozrywka. Mechanizm pozostaje jednak zadziwiająco podobny do tego sprzed setek lat: próbujemy znaleźć ukryty porządek w świecie, którego nie jesteśmy w stanie całkowicie kontrolować.
Dawniej strach, dzisiaj tradycja
Sto lat temu przesądy mogły wpływać na realne decyzje całej rodziny. Dziś częściej jest rodzinną anegdotą. Babcia mówi, żeby nie kłaść torebki na podłodze, bo pieniądze uciekną. Ktoś odpukuje w drewno. Panna młoda zakłada „coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego”. Kierowca wracający po zapomniane klucze spogląda w lustro.
Większość osób wykonujących te gesty prawdopodobnie nie potrafiłaby nawet powiedzieć, dlaczego je robi. I być może właśnie dlatego przesądy są tak interesujące. Stanowią niewielkie skamieniałości dawnych wierzeń ukryte w naszej codzienności. Religie, obyczaje i technologia zmieniały się przez setki lat, ale pewne gesty przetrwały niemal niezauważone. Możemy nie wierzyć w czarne koty, uroki ani pechową trzynastkę, ale kiedy ktoś powie: „Od kilku lat nic mi się nie zepsuło”, bardzo często i tak odpowiemy: „Odpukaj”.









