Sandomierz to miasto w województwie świętokrzyskim położone na siedmiu wzgórzach podobnie jak Rzym.

Po raz kolejny i na pewno nie ostatni lądujemy w świętokrzyskim. Co prawda temat już troszkę przedawniony, co na pewno zauważycie po zdjęciach, ale na pewno przyda się każdemu odrobina letniego ciepła z nich bijącego, gdy za oknami większości z nas (nie piszę tu o tych, co mają szczęście być gdzieś na dalekiej słonecznej plaży) szaro, buro i ponuro.

Tak więc po krótkich słowach wstępu mam przyjemność Was zabrać do  Sandomierza, który urzeka turystów swoimi pięknie utrzymanymi zabytkami, niesamowitym ratuszem, genialnym cydrem, świetnymi zapiekankami oraz niezgorszą historią i legendami.

Sandomierz i jego historia

Sandomierz i jego zabytki

Co do miasta i jego początków to pierwsze osadnictwo na tych terenach rozpoczęło się około 7 tysięcy lat temu, jednak nie będziemy się tym zajmować, bo po tamtych czasach pozostało może kilka siekierek kamiennych ukrytych gdzieś głęboko w magazynach muzealnych.

My pędzimy wehikułem czasu wprost do wieku XI, kiedy to swoją nogę na okolicznych wzgórzach postawił najprawdopodobniej Pan o imieniu Sędomir, rozejrzał się po okolicy, podrapał po dość pokaźnej brodzie, wytrząsając z niej przy tym kilka zapomnianych przedmiotów i chyba jakieś zwierzątko, po czym rzekł do swoich towarzyszy.

Nie wydaje Wam się, że to miejsce jest rewelacyjne pod założenie siedziby? Może tak postawimy tu jakieś grodzisko, które kiedyś stanie się prężnie działającym miastem, a może nawet zostanie nakręcony tu jakiś serial o detektywie w sutannie? – Po czym spojrzał rozmarzonym wzrokiem na przepływającą w oddali Vistulę.

Niedługo trwało jak przepowiednia zaczęła się spełniać i wcześniejsze grodzisko zaczęło zamieniać się w potężne jak na owe czasy miasto. W czasach Chrobrego, tego gościa w koronie z dwudziestozłotówki, już na tyle zyskało  prestiżu, że niedługo sam Gal Anonim zaliczył Sandomierz do trzech najważniejszych miast królewskich po Krakowie i Wrocławiu. Potem już poleciało standardowo.

Sandomierz złoty wiek miasta i jego upadek

Sandomierz i jego zabytki

Czym więcej bogactwa przewaliło się w kupieckich domach, tym chętniej wrogie wojska zaglądały w granice miast, myśląc o podboju. Udało się to między innymi tatarom, którzy jak wpadli w roku 1260, to rozszabrowali dosłownie wszystko, niczym dzisiejsze oszalałe tłumy podczas bitew o karpia w lokalnych dyskontach, czyli jednym słowem pozamiatali doszczętnie.

Wiele lat minęło, nim Sandomierz znowu urósł w siłę, a jego największy rozwój nastąpił w wieku XV, kiedy to okazało się, że przepływająca niedaleko największa rzeka Polski stanowi doskonałą drogę handlową do przewozu zboża. Za zbożem przyszły pieniądze, za pieniędzmi inwestycje i jak miasto wypiękniało, to nie było wstydu pokazywać miasta królom, którzy zaczęli coraz częściej odwiedzać Sandomierz razem ze swoją świtą. Tak zleciały dwa wieki.

Sandomierz i Potop Szwedzki

Potop Szwedzki i szwedzki wojownik z północy AI

Niestety dobry czas po raz kolejny został przerwany wojenną zawieruchą i jak pewnie się domyślacie, sprawcami okazali się Szwedzi. Skubani ile Ci nam naniszczyli i nagrabili, nie da się tego zliczyć, jednak w tamtych czasach Szwedzi wciąż mieli bardzo silne geny Wikingów.

Kolejną plagą po Szwedach okazały się zabory, kiedy osłabione miasto straciło swoje znaczenie administracyjne. Potem jeszcze gorzej, bo doszło do poważnych zniszczeń podczas dwóch wojen światowych i w zasadzie na tym zakończmy to historyczne bajdurzenie, bo przecież chcemy dowiedzieć się, co jest do zobaczenia w Sandomierzu obecnie, a nie słuchać o tym, co zostało zniszczone i przepadło na przestrzeni minionych wieków.

Tak więc wracamy do naszej wycieczki. Jednak na początek od razu muszę się przyznać, że lekko daliśmy ciała. Zawiodło rozeznanie w sytuacji i wybraliśmy się do miasta w sierpniową upalną niedzielę. Jak się później okazało, był to najgorszy z możliwych terminów, w których można zwiedzać Sandomierz.

Zwiedzamy Sandomierz

Sandomierz kolorowe pełne kwiatów miasto.

Już na samym początku zgrzyt, samo zaparkowanie pojazdu okazało się nie lada wyzwaniem. Ponad godzinę przepychaliśmy się ulicami zatłoczonego miasta, szukając miejsca parkingowego. Nie byliśmy sami, setki kierowców błądziło po mieście, złorzecząc i przeklinając władze Sandomierza za brak wyobraźni i przygotowania. Przepychanie się między pojazdami wyczerpało moje dotychczasowe pozytywne nastawienie. Co tu dużo gadać, zamiast cieszyć się z wyjazdu, zacząłem mieć go serdecznie dość.

W Sandomierzu nie ma wystarczającej ilości parkingów!!

Sandomierz i jego zabytki

Jednak w końcu udało się i można śmiało powiedzieć, że wydarzył się cud, dzisiaj jestem pewien, że to był cud, bo udało mi się wypatrzeć jedno, jedyne wolne miejsce parkingowe w całym Sandomierzu i to całkiem niedaleko centrum.

Spocony, zrezygnowany i zdenerwowany w końcu opuściłem nasz samochód, który w tym dniu wydawał się raczej narzędziem tortur niż furką wiozącą ku przygodzie. Zebrałem całą wymęczoną gromadkę i razem wyruszyliśmy do starego miasta.

Dobra starczy tego marudzenia, trzeba pozwiedzać! – Pomyślałem, a przynajmniej spróbować pozwiedzać, bo chwilę później okazało się, że brak miejsc parkingowych to pikuś w porównaniu z tłumami na ulicach. Sandomierz w tym dniu wyglądał jak podczas najazdu Złotej Ordy. Wszędzie ludzie, mali, duzi, grubi, chudzi, hałaśliwi i cisi. Masakra.

Sandomierz to miasto pełne turystów

Sandomierz miasto pełne turystów.

Gigantyczna ilość turystów nie pozwoliła na spokojne przemierzanie uliczek i na zobaczenie czegoś sensownego, już nie wspominając o zrobieniu jakiegoś porządnego zdjęcia.

Na szczęście po chwili chęć przygody zwyciężyła, dziewczyny też lekko odetchnęły i dziarskim krokiem powędrowaliśmy ku rynkowi, przepychając się łokciami pomiędzy z wolna poruszającym się tłumem oglądającym leniwie pięknie odnowione kamienice starego Sandomierza, a do oglądania rzeczywiście jest sporo.

Sandomierz i jego zabytki

Zabytki Sandomierza

Ciekawych i historycznych miejsc jest tyle, że po przejściu Bramy Opatowskiej nasunęła mi się jedna myśl, która podążała ze mną do samego końca wycieczki; to jest niesprawiedliwe, że są miasta tak bogate w zabytki, jak Sandomierz i to tak dobrze zachowane, a niektóre piękne niegdyś miejscowości, nie mają nawet połowy tego, co można tutaj zobaczyć.

Są mury miejskie i zamek, są bramy wjazdowe i piękne pamiętające czasy królewskie kamienice. Jest też niesamowity ratusz, są budynki dawnych zakonów, synagogi oraz niesamowita ilość kościołów. Jakby tego jeszcze było mało, to niedaleko miasta leży malowniczy wąwóz, a obok winnice dominikańskie.

Jak pisałem na początku, zawiodło rozeznanie w sytuacji, co bardzo rzadko się w naszym przypadku zdarza. Nie dość, że nie przewidzieliśmy tych tłumów, upału i zmęczenia, to jeszcze optymistycznie podeszliśmy do tematu  i stwierdziliśmy, że zaledwie cztery godziny wystarczą na zwiedzenie wszystkiego. Gdyby nie możliwość skorzystania z meleksów, czego zazwyczaj staramy się unikać, to pewnie nie zobaczylibyśmy niczego więcej oprócz rynku. 

Tak więc zasiedliśmy do jednego takiego rydwanu i wystartowaliśmy z kopyta, mknąc ulicami Sandomierza z zawrotną prędkością (pewnie z 30 km/h) stając się przyczyną jeszcze większych zatorów drogowych. Jednak dzięki temu byliśmy w stanie zobaczyć niesamowitą panoramę miasta od strony Wisły, no i w końcu mogliśmy pospacerować w cieniu drzew okalających wąwóz Św. Królowej Jadwigi.

Elektrycznym meleksem po ulicach Sandomierza

Sandomierz i wąwóz leżący tuż za miastem.

Po krótkiej przechadzce tym cudem natury powróciliśmy do miasta, a tam dalej ten sam widok co na początku; płynący tłum rozgrzanymi do czerwoności ulicami (było wówczas ponad 30 stopni). Spacerowaliśmy jeszcze przez chwilkę i po zjedzeniu wypasionej zapiekanki, popitej zimnym cydrem, który chłodził lepiej niż jakiekolwiek lody, zaczęliśmy planować drogę powrotną.

Żałuję bardzo, że nie zdołaliśmy przyjrzeć się bliżej zabytkom i zobaczyć miasta nocą, ale jest powód, by powrócić w te tereny już w następnym roku. Wtedy poświęcimy co najmniej kilka dni Sandomierzowi, bo uwierzcie mi na słowo, zasługuje na to, jak żadne inne miasto.

Podsumowanie wycieczki do Sandomierza

Nasze Szlaki zdecydowanie polecają, tylko nie popełniajcie naszego błędu i nie jedźcie tam w weekend, bo zawiedziecie się i to srogo, tymi tłumami turystów (widać, że zadziałała potęga telewizji i jak coś ludzie zobaczą w serialu, a musicie wiedzieć, że kręcą tam non stop „Ojca Mateusza”), którzy są po prostu wszędzie, tworząc gigantyczne kolejki do każdej atrakcji, restauracji czy stoiska z cydrem.

Legenda z Sandomierza

Kobieta w kuchni dawniej AI

Jak pisałem już na początku, w dawnych czasach miasto odwiedzili Tatarzy. Lud był to dziwny, gadał niezrozumiałym językiem, doskonale opanował jazdę konną, lubił błyskotki i co najważniejsze posiadał niemały talent do gwałtów i grabieży. W roku 1260 widzami, a jednocześnie statystami pokazu ich umiejętności zostali mieszkańcy miasta Sandomierz, które praktycznie w trakcie trwania tego morderczego spektaklu zostało zrównane z ziemią. Niewielu przeżyło, a ci, którym udała się ta sztuka do końca życia zapamiętali to, co wtedy dane im było zobaczyć.

Jedną z ocalałych okazała się młodziutka dziewczyna, która tylko cudem uniknęła losu gorszego niż śmierć, czyli wzięcia w jasyr. Halina Krępianka, córka poległego w boju Kasztelana sandomierskiego Piotra Krępy herbu Ostoja straciła podczas tego pogromu wszystkich swoich bliskich, całą rodzinę, przyjaciół i sąsiadów. Rana na jej duszy goiła się jeszcze przez wiele lat od pamiętnego roku, pozostawiając po sobie grubą bolesną bliznę.

Jakie przerażenie mogła wywołać informacja o tym, że kilkadziesiąt lat po tragedii po raz kolejny pod mury miasta zmierzają Tatarzy, tego nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Jednak córka dawnego kasztelana nie poddała się strachowi i postanowiła pomagać, jak tylko potrafiła. Podczas najazdu w roku 1287 była wszędzie. Rozdawała żywność obrońcom i opatrywała ich krwawiące rany, wspomagała potrzebujących. Jednak na nic szły jej wysiłki, rannych było coraz więcej i upadek miasta był coraz bliższy.

Wtedy to kolejna tragedia dosięgła Halinę, ugodzony strzałą poległ jej mąż. Wysuszone już podczas pierwszego najazdu oczy kobiety  nie uroniły ani jednej łzy. Pałając żądzą zemsty, jak nikt inny z obrońców uknuła ryzykowny plan, który o ile by się powiódł, rozwiązałby sprawę Tatarów raz na zawsze.

Nocą, przy pomocy garstki ocalałych zdołała przedostać się do obozu wroga, gdzie schwytana opowiedziała tatarom, że uciekła z upadającego Sandomierza, gdyż po śmierci jej męża została pohańbiona przez mieszkańców i chce się  na nich zemścić – Wprowadzę Was podziemiami do miasta, o ile obiecacie, że nie pozostawicie nikogo przy życiu – powiedziała do wodza najeźdźców, który wysłuchawszy jej opowieści, uśmiechnął się złowieszczo pod nosem.  

Jeszcze tej samej nocy postawiono w gotowości bojowej praktycznie wszystkich żołnierzy, którzy prowadzeni przez poturbowaną kobietę weszli do ciemnych lochów. Halina długo prowadziła ich ciemnymi korytarzami, gdy w tym czasie wtajemniczeni w podstęp mieszkańcy Sandomierza zasypali wejście do korytarzy ciężkimi głazami. Po jakimś czasie Tatarzy zrozumieli podstęp i zabili odważną kobietę, jednak na nic im to się zdało. Po wielu dniach w ciemnościach część uwięzionych oszalała, inni zaś odbierali sobie życie własnymi mieczami.

Jeszcze inni, którzy chcieli przeżyć za wszelką cenę, zaczęli żywić się ciałami swoich towarzyszy, przedłużając swoją agonię  o wiele miesięcy. Ostatecznie podziemia ucichły i  stały się grobowcem dla całej hordy tatarskiej i jednej Haliny, która do dzisiaj błąka się pod postacią ducha po mrocznych sandomierskich lochach.