Bangkok to wielkie i ciekawe miasto. Jednak po kilku dniach wakacji, z radością pakuje się plecaki i rusza w dalszą drogę. Tak też było w naszym wypadku. Po czterech dniach spakowani i pełni zapału ruszyliśmy o poranku szukać stacji kolejowej, z której pociąg miał zabrać nas jak najdalej, od rozwrzeszczanego Bangkoku.

Plan, jaki Magda dla nas poukładała, wydawał się prosty i bardzo ciekawy. Znalazły się w nim miejsca, które od dawna chcieliśmy zobaczyć a także takie, które były wielką niewiadomą. Nie miałem wątpliwości, że o ile zły los nie stanie nam na drodze wszystko uda się doskonale. Tak to już jest z planami Magdy.

Zobacz też:

Ayutthaya – Tajlandia
Bangkok
Świątynie w Bangkoku
Świat słoni ElephantsWorld
Art of Paradise Chiang Mai


Główne jego punkty to Kanchanaburi i most na rzece Kwai, oddalone o jakieś dwie godziny jazdy pociągiem od Bangkoku. Następnie słynna Ayutthaya z fantastycznymi ruinami dawnej stolicy Tajlandii i sławną głową Buddy, figlarnie wystającą z korzeni drzewa (Wizytę w Ayutthaya opisaliśmy tutaj).  Na koniec zostawiliśmy Chiang Mai z jego atrakcjami, ale to będzie już temat na kolejną opowieść.

Kanchanaburi, Tajlandia, Azja

Pociągi w Tajlandii nie są ani szybki, ani nowoczesne a już napewno nie są punktualne. Jednak podróżowanie nimi ma w sobie coś z przygody i daje sporo przyjemności.

Tymczasem stoimy na brzegu rzeki Menam w Bangkoku, przecinającej miasto na połowę. Pod stopami leniwie buja się na wodzie przystań promowa o nazwie Phra Arthit, z której coś na kształt barki zabiera nas do oddalonej o dwa przystanki, kolejnej przystani o nazwie Thonburi. Tak nazywa się leżąca nieopodal niej stacja kolejowa, na której musimy złapać pociąg do Kanchanaburi.

Wyjazd pociągiem z Bangkoku

Prom pomimo, że wygląda jakby na wodzie trzymały go modlitwy i wsparcie dobrotliwego Buddy, zaskakująco dobrze radzi sobie na wzburzonych wodach rzeki. Po zaledwie kilkunastu minutach wyskakujemy na brzeg w pobliżu stacji. Żegnają nas pokrzykiwania załogi wiekowej krypy, ludzie życzą nam dobrej podróży i wskazują palcami którędy mamy iść. Tu muszę dodać, że wbrew słyszanym często negatywnym opiniom o mieszkańcach Tajlandii, ci których spotkaliśmy na naszej drodze w większości okazywali się bardzo sympatyczni i pomocni. Może wiele zależy od naszego nastawienia do nich? Gdy do Polski zajedzie jakiś rozkapryszony, przekonany o własnej wyższości turysta i potraktuje nas jak zapyziałych wieśniaków mieszkających tu tylko po to by robić mu dobrze, też nie obdarzymy go ciepłymi uczuciami co nie ?

Z przystani na stację jest tylko kawałek, mamy już bilety i sporo czasu. Można więc rozejrzeć się po okolicy. Ucieszył nas przede wszystkim Rotfai Thonburi Market czyli targ ze świeżymi owocami i typowym tajlandzkim, ulicznym jedzeniem. Rano wybiegliśmy z hotelu bez śniadania i byłem głodny jak wilk, radość była więc zrozumiała. Wybraliśmy pikantną tajską zupę z kurczakiem i warzywami a na deser banany, które godzinę wcześniej wisiały jeszcze na drzewie. Jeżeli nie jedliście bananów prosto z drzewa to nie wiecie jak powinny smakować banany. Ceny na takich targach są bardzo niskie, zaopatrują się tu uliczni sprzedawcy i mieszkańcy. Faktycznie poza nami nie było innych podróżników spoza Azji.

Kanchanaburi, Tajlandia, Azja, Owoce

Owoce w Tajlandii są bardzo tanie, zwłaszcza na targach i marketach. W przeciwieństwie do np. Malezji można je znaleźć praktycznie wszędzie. Co ciekawe tylko w Tajlandii potrafią przygotować z nich naprawdę dobre lodowe shake.

Nawet gdy pojawicie się na stacji w ostatniej minucie, głodni nie będziecie. Po pociągach kręcą się sprzedawcy jedzenia i przekąsek. Warto spróbować gdyż panie, które te przekąski przygotowują dobrze znają się na swojej robocie.

Podróżowanie po Tajlandii pociągiem – Jaki mamy wybór i jakie są ceny biletów?

Ordinary i Rural train – zwykłe pociągi, które stają na każdej stacji i w zasadzie nigdy się nie rozpędzają, idealne gdy nie goni was czas i lubicie patrzeć godzinami przez okno wagonu.

Bangkok Commuter – pociąg jeżdżący po okolicach należących do miasta i niewiele dalej.

No i w końcu Expresy – Rapid to zwykły skład z wagonami zatrzymujący się tylko na większych stacjach. Najszybszy i jednocześnie najdroższy to Special Express.

Wszystkie te pociągi dzielą się oczywiście na klasy. Od pierwszej z klimatyzacją i miejscami do spania za kupę pieniędzy aż po klasę trzecią z drewnianymi ławkami i często bez okien za to kosztują dosłownie parę batów. Pamiętajcie też, że wagon bez klimatyzacji w upalne dni jest jak rozgrzany piekarnik na szynach za to te z klimatyzacją jak ustawione na maksymalne mrożenie zamrażarki, trzeba założyć coś ciepłego by się nie przeziębić. Ot taki tajlandzki dowcip.

My zdecydowaliśmy się na klasę trzecią ale z oknami, co by zintegrować się trochę z tubylcami. Wagon z oknami okazał się zwykłą rozrzutnością gdyż wszystkie i tak przez całą drogę były otwarte. Bonus to fantastyczne zdjęcia, które mogliśmy robić z okien naszego wagonu.

Kanchanaburi, Tajlandia, Azja,

Mnisi buddyjscy nie są niczym niecodziennym w Tajlandii. Często podróżują transportem publicznym. Należy pamiętać o dość rygorystycznych prawach jakie rządzą ich życiem. Lepiej jest zostawić ich samym sobie choćby tylko przez grzeczność.

Szczęśliwie wewnątrz nie było tłoku, zaledwie kilku lokalnych mieszkańców i garstka turystów. W zasadzie bez żadnych nieprzyjemnych przygód dotarliśmy do Kanchanabury i to w przepisowym czasie, co nie jest normą a wręcz ewenementem w tajlandzkich kolejach. W szczycie sezonu, często zdarza się że pociągi spóźniają się nawet o parę godzin. Do tego są tak zatłoczone, że w kasie sprzedawane są bilety na miejsca poza wagonem. Siedzi się wtedy na schodkach z nogami dyndającymi poza pociągiem. Podobno są ludzie specjalnie pytający o takie atrakcje.

Rozgadałem się o pociągach a nie jest to przecież tematem mojej opowieści. Dodam jeszcze tylko, że wszystkie informacje o połączeniach i cenach pociągów w Tajlandii znajdziecie na stronie www.railway.co.th a na tej: www.thairailticket.com/esrt/  możecie zrobić rezerwacje na większości tras.

Jesteśmy w Kanchanaburi w Tajlandii

Wracając do tematu, wyjątkowo sprawnie dojechaliśmy do stacji docelowej miasta Kanchanaburi. Na miejscu dzięki mapie Googla w dwadzieścia minut dotarliśmy do naszych kwater w VN Guesthouse.

Miejsce bardzo nam się spodobało i mogę polecić szczerze wszystkim. Pamiętajcie tylko o tym, że domy w ośrodku stoją na pływających platformach a więc w czasie gdy rzeka jest niespokojna to i one są niespokojne, zgodnie z prawami fizyki. Jeżeli Wam to nie przeszkadza śmiało pytajcie o VN Guesthouse.

Gdy już tam będziecie nie zapomnijcie zjeść na śniadanie, najlepszych w Tajlandii naleśników z bananami lub ananasem. Jedzenie podaje się w restauracji stojącej na palach wbitych w dno rzeki Kwai. Widok jest świetny a wieczorami z niedalekiej świątyni dobiega śpiew mnichów. Wyobraźcie sobie tylko: barwny zachód słońca, rybackie łodzie na rzece i dźwięk mantry dobiegający gdzieś od strony dżungli. Czasem tylko rzeką przepływa platforma, na której urządzane są imprezy i kolacje. Mamy wtedy możliwość posłuchać lokalnej muzyki rozrywkowej, coś jak Disco Polo tylko lepsze bo nie rozumiemy słów.

Kanchanaburi, rzeka Kwai, Tajlandia. Widok na most na rzece Kwai i roślinność w dżungli.

W większości brzegi rzeki Kwai porasta gęsta dżungla. Pełno w niej zwierząt i naprawdę imponujących roślin. Na zdjęciu widok z muzeum na słynny most na rzece Kwai.

Myślę że łatwo zrozumieć dlaczego z czterech dni jakie mieliśmy w planach spędzić w Kanchanaburi zrobiło się dziesięć.

Zamawiając pokój upewnijcie się, że jego balkon wychodzi na rzekę a nie na brzeg rzeki. Dużo przyjemniej spędza się wieczory gdy nikt nie zagląda wam do pokoju. Dodatkową atrakcją są wielkie warany, których sporo żeruje wieczorami w wodzie. Raczej nie są groźne i to one uciekają pierwsze. Pewnego wieczoru jednak całkiem spory gad wdrapał się na nasz balkon gdy przeglądałem zrobione tego dnia zdjęcia. Po chwili poszedł sobie a ja musiałem zmienić spodnie.

Informacje o Kanchanaburi

Miasto liczy sobie kilkanaście tysięcy mieszkańców i ciągnie się jak większość miast w tych okolicach wzdłuż głównych ulic. Znajdziecie tu restauracje z kuchnią tajską i z pozostałych części Azji. Tylko po co takich szukać skoro kuchnia tajska jest najlepsza na świecie ?

Miasto stało się naszą bazą wypadową do eksploracji okolicy oraz kilku dalszych wypadów. To podczas pobytu w Kanchanaburi odwiedziliśmy wodospady Erawan Falls i fantastyczne ElephantsWorld, o których już pisaliśmy.

W wielu miejscach w muzeum ustawione są inscenizacje przedstawiające niewolniczą pracę więźniów. Postaci więźniów podczas pracy przy kolei śmierci

W wielu miejscach w muzeum ustawione są inscenizacje przedstawiające niewolniczą pracę więźniów.

W okolicach miasta podczas II Wojny Światowej przebiegała linia kolejowa zbudowana przez Japończyków. O koszmarze jaki wojska Cesarstwa zgotowały okolicznym mieszkańcom i licznym zachodnim jeńcom wojennym dowiedzieliśmy się w Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej. W pewnych chwilach Hitler i Stalin nie wydawali się już tak obłąkani jak wcześniej sądziłem.

Japończycy rozpoczęli budowę Kolei Birmańskiej, w roku 1942 a zakończyli ją w roku 1943. Koszty były ogromne. Podczas budowy zginęły tysiące ludzi, szacunkowe liczby to ponad 100 tysięcy cywilów i 16 tysięcy jeńców wojennych. Dziś trudno sobie wyobrazić morderczy wysiłek jaki trzeba było włożyć w położenie 415 kilometrów torów przez podmokłą dżunglę przy minimalnych racjach żywnościowych i szalejących chorobach.

Kolej śmierci

Ostatecznie po zakończeniu budowy, kolej połączyła Bangkok z miastem Rangun w Birmie. Celem było usprawnienie dostaw zaopatrzenia dla wojsk okupujących Birmę. Miało też ułatwić wykonanie ofensywy na Indie Brytyjskie.

W kwietniu 1945 roku lotnictwo amerykańskie zniszczyło kluczowy most na rzece Kwai tym samym niwecząc plany Japończyków.

W roku 1956 powstał w Hollywood film opisujący tamte wydarzenia. „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana. Przed wizytą w tym miejscu a zwłaszcza w Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej radzę go obejrzeć, łatwiej będzie zrozumieć jak to wyglądało.

Drewniana łódź w muzeum wojny w Kanchanaburi. W tle dziedziniec muzeum i zwiedzający turyści. Atrakcja turystyczna dla podróżników

Japończycy pozostawili po sobie sporo sprzętu, maszyn i broni. Na zdjęciu łódź do transportu chorych żołnierzy.

Muzeum w Kanchanaburi nie jest takie jak muzea, które znamy z Europy. Panuje tu bałagan i całkowity nieład, jak zresztą w większości muzeów w Azji. Nikt nie przejmuję się takimi drobiazgami jak dokładne katalogowanie eksponatów. Dla przykładu w dziale o sławnych ludziach zobaczyliśmy rysunek przedstawiający Tadeusza Kościuszkę a podpisany Napoleon Bonaparte.

Dział II Wojny Światowej to przedział eksponatów od wczesnych pistoletów skałkowych aż do radzieckich kałasznikowów. Pomimo tego bardzo fajnie chodzi się po muzealnych salach. Nikt nie zwraca na nas uwagi i możemy zaglądać wszędzie. Ciekawy jest dział medycyny naturalnej jaką stosowało się jeszcze niedawno nim dotarła tu nowoczesna medycyna zachodnia. W gablotach stoją słoje z wężami i częściami zwierząt z opisem działania. Widzieliśmy suszone jelita tygrysa, sproszkowane oczy niedźwiedzia i genitalia bawoła. Domyślam się chyba na co pomaga to ostatnie.

Most na rzece Kwai

W muzeum stoją pozostałości oryginalnego, drewnianego mostu, który zbombardowali Amerykanie w 1945. Co ciekawe po raz pierwszy wykorzystano wtedy bomby sterowane.

Najciekawszym działem w obiekcie jest ten przedstawiający budowę Kolei Śmierci. Możemy zobaczyć jak kładziono tory ale też dowiedzieć się wszystkiego o życiu więźniów w obozie. W muzeum działa restauracja i sklep. Organizowane są przejazdy wciąż działającym odcinkiem trasy do  Nam Tok.

Podsumowując, Kanchanaburi to miejsce godne polecenia zwłaszcza po wizycie w hałaśliwym Bangkoku. To doskonałe miejsce jako baza wypadowa do okolicznych atrakcji. Transport jest dobrze zorganizowany, na każdym kroku można wykupić interesującą nas wycieczkę. Oczywiście można tak jak my organizować wyprawy samemu o ile macie na to czas i kogoś takiego w zespole, jak nasza Magda.

Jeżeli się podobało to proszę udostępniajcie, dzięki 🙂