Przejechaliśmy Wietnam z południa na północ. Byliśmy w Sajgonie, Mui Ne, Hoi An, Da Nang i Hanoi. Teraz przyszedł czas na najpopularniejszą atrakcję Wietnamu, czyli zatokę Ha Long oraz prowincję Ninh Binh. Stolica Wietnamu Hanoi była naszą bazą wypadową.
Zatoka Ha Long w Wietnamie
Zatoka Ha Long zwana jest Zatoką Lądującego Smoka. To bez wątpienia piękne miejsce i według jednej z legend zostało stworzone przez smoka broniącego Wietnamu przed najeźdźcami.
Wietnamska legenda o Nefrytowym Cesarzu

W legendzie Wietnamczycy poprosili o pomoc taoistyczne bóstwo Nefrytowego Cesarza. Wysłał on Matkę Smoków z jej dziećmi, by te zablokowały dostęp do Wietnamu od strony morza i zniszczyły wrogą flotę, plując nefrytami, jadeitami i szmaragdami (w każdej wersji legendy pluły innymi kamieniami).
Tak po morzu zostały rozsiane tysiące skał, a Matka Smoków wraz z dziećmi nie wróciła już do nieba, lecz została na ziemi, by pomagać Wietnamczykom, ujarzmić wodę i ziemię oraz rozwinąć rolnictwo. Między innymi stąd bierze się przekaz, że starożytni Wietnamczycy pochodzą bezpośrednio od boskich smoków.
Zwiedzamy zatokę Ha Long

Prawie wszystkie wyspy Zatoki Ha Long są niezamieszkałe. Większość to po prostu pionowe, porośnięte roślinnością skały. Z 1969 wysp zaledwie 989 zostało nazwanych. Największa z nich to Cat Ba, wyspa ma 285 kilometrów kwadratowych i prawie w całości zajmują ją góry. Większość terenu Cat Ba stanowi park narodowy, a na jej południowym krańcu wyspy znajduje się niewielkie miasto o tej samej nazwie.
Ludzie spędzają tu znaczną część życia na łodziach i mieszkają w „pływających wioskach„. Wszystko to brzmi pięknie i ciekawie, a jak było naprawdę? Niestety rozczarowująco.
Co było nie tak podczas wycieczki po zatoce Ha Long

To jasne, że chcieliśmy zobaczyć Ha Long, to w końcu wietnamskie. Wiedzieliśmy też, że chcemy spędzić w zatoce dwa dni na wycieczce łodzią. Początkowo rejs kupiliśmy na sprawdzonej już przez nas wielokrotnie stronie Get Your Guide. Niestety biuro, na które pierwotnie się zdecydowaliśmy, zaczęło kręcić.
Dostaliśmy od nich info, że muszą nam zmienić statek z powodu kontroli, ale zmieniają na lepszy, z tym że w takiej sytuacji musimy odwołać wycieczkę przez Get Your Guite (mieściliśmy się jeszcze w czasie, który umożliwiał otrzymanie zwrotu pieniędzy) i zapłacić jeszcze raz gotówką u nich w biurze w Hanoi. Inną opcją było umówić się z nimi na mieście na przekazanie pieniędzy lub zapłacić kartą, ale z dodatkową prowizją 3%. Uznaliśmy, że to jakiś oszust, który chce wyłudzić od nas pieniądze lub pominąć prowizję dla Get Your Guite podczas sprzedaży i odwołaliśmy tę wycieczkę, decydując się kupić identyczną w jakimś stacjonarnym biurze podróży, co jak wiemy, okazało się błędem.
W internecie znajdziecie mnóstwo opinii, że najlepiej kupić wycieczkę w Hanoi w lokalnym biurze podróży. My mamy zupełnie inne doświadczenia. Rejs po zatoce Ha Long kupiony na miejscu wcale nie był wiele tańszy od tych oferowanych na Get Your Guite, a okazał się totalną klapą. Organizacja wołała o pomstę do nieba, nic nie było jasno powiedziane i ustalone, jedzenie było średnie, statek, którym pływaliśmy nawet ok, ale strasznie śmierdział spalinami, przewodnik beznadziejny, część zaplanowanych atrakcji w ogóle się nie odbyła. Korzystaliśmy z biura Lotus Travel, które omijajcie szerokim łukiem.
Początkowo nic nie zapowiadało klapy. Odebrano nas z apartamentu autokarem o wysokim standardzie, który jednak po drodze się zepsuł, drzwi przestały się zamykać. Wymusiło to nieplanowany około godzinny postój w strasznym upale. Na szczęście kierowca, aby naprawić drzwi, zatrzymał się na parkingu sklepu i knajpki, więc była opcja toalety i kupienia czegoś do picia.
Gdy dotarliśmy do portu, kazano nam kolejne 2 godziny czekać na nasz statek. Wprawdzie w porcie była kawiarnia, ale kawa kokosowa, którą tam zamówiliśmy, nieco nam zaszkodziła. Po wejściu na łódź od razu posadzono nas w jadalni i podano raczej średniej jakości obiad. Wtedy przewodnik opowiedział o naszym planie wycieczki i tyle. Nie dostaliśmy żadnej rozpiski, nawet takiej wydrukowanej na zwykłej kartce. Nigdzie też taki plan nie był dostępny. Skutkowało to tym, że nie mieliśmy pojęcia co i o której godzinie będziemy robić, ile czasu mamy, aby się przygotować, co ze sobą zabrać na poszczególne wyjścia.
No właśnie czas na przygotowanie. Przewodnik pukał do naszych kajut i mówił, że gdzieś wychodzimy i to teraz, dokładnie w tym momencie, nie dając nikomu czasu na ogarnięcie czegokolwiek. Finał był takie, że część grupy nie wzięła butów odpowiednich do zwiedzania jaskini, a część akcesoriów na plaże.
Jaskinia Niespodzianek na wyspie Bo Hon

Co do jaskini, którą odwiedziliśmy to znajduje się ona na wyspie Bo Hon, jest ogromna i robi piorunujące wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto tak jak ja uwielbia jaskinie. Wnętrze wypełniają przepiękne stalaktyty, stalagmity i stalagnaty, a światło ślicznie odbija się od kamiennych ścian. Nacieki uformowały w kamieniu różne kształty, w których przewodnicy doszukują się podobizn zwierząt, mitycznych stworzeń oraz samego Ho Chi Minha.
Jaskinia została odkryta przez dwóch Francuzów przez przypadek stąd jej nazwa: Jaskinia Niespodzianek. Trasa jest łatwa do przejścia, ale polecam buty z zakrytymi palcami, bo jest sporo schodów i wystających kamieni. Wyjście z jaskini prowadzi na taras widokowy z piękną panoramą części zatoki Ha Long. Niestety nasz spacer trwał dość krótko, przewodnik często nas popędzał, a osoby o słabszej kondycji mogły się poczuć niekomfortowo.
Po jaskini mieliśmy dosłownie 20 minut, by cieszyć się ładną plażą na wyspie Ti Top. Nie dość, że to żenująco mało czasu jak na plażowanie w tak rajskim miejscu to jeszcze trzeba było dokonać wyboru: albo plażujemy, albo dosłownie wybiegamy na punkt widokowy znajdujący się na wyspie (tu znowu konieczne sportowe obuwie), aby złapać tam zachód słońca.
Po tych 20 minutach nasz nieudolny przewodnik miał spore problemy z ponownym zebraniem grupy. Głównie dlatego, że nikt nie wiedział ile czasu mamy ani gdzie się spotykamy. Po powrocie na statek czekała na nas kolacja i nieco drętwy wieczór z drinkami. Ponoć gdzieś było jakieś darmowe wino, ale tu znowu totalny brak informacji.
Zajęcia z Tai-Chi, kajaki i warsztaty kulinarne

Następnego dnia dla chętnych o 6 rano o wschodzie słońca były przewidziane zajęcia Tai-Chi. No i byłoby super, gdyby instruktor się pojawił. Ktoś w końcu poszedł go obudzić i dla odmiany zejścia się odbyły tyle, że z 45-minutowym opóźnieniem. Oczywiście zaraz po zajęciach Tai-Chi pognano nas na śniadanie, a po śniadaniu na kajaki. I tu znowu zero czasu na przygotowanie, wzięcie niezbędnych rzeczy, a o odpoczynku po jedzeniu można było pomarzyć. Dawno nie widziałam tak fatalnie zorganizowanego przedsięwzięcia.
Wielką fanką kajaków nie jestem (to był mój drugi raz w tej chybotliwej łupince), ale warto było się przełamać, bo pływanie po zatoce w sąsiedztwie porośniętych zielenią skał wystających z wody było fajnym przeżyciem.
Po powrocie na łódź miały nastąpić warsztaty kulinarne, które się nie odbyły. Nie zostaliśmy nawet poinformowani dlaczego. Chciałabym powiedzieć, że to tyle, ale po powrocie do portu ponad godzinę czekaliśmy na busa (już nie tak luksusowego, ale przynajmniej sprawnego), który zawiezie nas do Hanoi. Klęska organizacyjna za klęską, fuckup za fuckupem. Tak zapamiętałam rejs po zatoce Ha Long. Sama zatoka piękna, ale w takim tempie nie było szans dostrzec jej uroków, poznać ich ani się w nich rozsmakować.
Prowincja Ninh Binh w Wietnamie
Drugą wycieczką, na jaką wybraliśmy się z Hanoi, był jednodniowy wypad do prowincji Ninh Binh. Wycieczka kupiliśmy na Get Your Guite i wypadła o niebo lepiej. Przewodnik był bardzo profesjonalny, świetnie mówił po angielsku, opowiadał nam o odwiedzanych miejscach, a kiedy po lunchu zrobiło mi się niedobrze, troszczył się, abym miała dostęp do wody i toalety i pytał, jak się czuje. Całość wycieczki była świetnie przemyślana i zorganizowana.
Ninh Binh położone jest około 100 kilometrów od Hanoi, a przejazd wycieczkowym autobusem zajmuje mniej więcej 3 godziny. W Nin Binh znajduje się kompleks krajobrazowy Trang An. Składa się na niego starożytna stolica Hoa Lu oraz naturalny obszar turystyczny Tam Coc, gdzie znajdziemy świątynie, pagody, pola ryżowe oraz unikalne krajobrazy ze skałami wystającymi spomiędzy bujnej zielonej dżungli. Wyjątkowość miejsca potwierdziło UNESCO, wpisując kompleks Trang An na listę światowego dziedzictwa.
Hoa Lu dawna stolica Wietnamu
Wycieczkę po prowincji Nin Binh zaczęliśmy od zwiedzania dawnej stolicy Wietnamu, czyli Hoa Lu, które pełniło tę funkcję w latach 968-1009. Miasto zostało wybrane ze względu na swoje walory obronne. Stolica miała powierzchnię 300 ha i znajdowała się w płaskiej dolinie między stromymi wapiennymi górami. W 1010 roku założyciel dynastii Ly przeniósł stolicę do Hanoi, a Hoa Lu jest dziś znane jako „starożytna stolica”, do której przyjeżdża się, aby zwiedzić stare świątynie oraz grobowce.
Już w tym miejscu nasz przewodnik okazał się o niebo lepszy niż ten z Ha Long. Przede wszystkim świetnie mówił po angielsku. Ciekawie nam o dawnej stolicy, wplatał mnóstwo ciekawostek, chętnie z nami rozmawiał i chciał nas poznać. Byliśmy doskonale poinformowani o czasie i miejscu zwiedzania oraz punkcie zbiórki. Dbał o to, aby zawsze mieć całą grupę w zasięgu wzroku.
Następnym punktem wycieczki była przejażdżka rowerowa po parku krajobrazowym Tam Coc. I to było najpiękniejsze, co widziałam podczas całej podróży po Wietnamie. Droga między polami ryżowymi, nad którymi górują ogromne skały porośnięte zieloną roślinnością, a to wszystko otoczone azjatycką dżunglą. Brzmi jak niesamowity plan filmowy. I rzeczywiście było planem filmowym, bo to właśnie w Tam Coc kręcono superprodukcje “Kong: Wyspa Czaszki”. Piękno tego miejsca było zapierające dech w piersiach.
W cenę wycieczki wliczony był lunch w restauracji. Niby spoko, ale niestety w moim przypadku pogrzebała szanse na to, na co najbardziej czekałam, czyli rejs łódkami po świątyniach, pagodach i jaskiniach rezerwatu Trang An. Dlaczego? Ponieważ niemal zaraz po zjedzeniu obiadu dopadły mnie problemy żołądkowe. Byłam w takim stanie, że o rejsie łódką bez dostępu do toalety nie mogło być mowy. Żałuję, ponieważ bardzo chciałam uczestniczyć w tej atrakcji. Mój partner zdecydował się zostać ze mną, więc i jego ominęła ta część wycieczki. Bardzo chciałabym wrócić w to miejsce i je zwiedzić.
Punkt widokowy na Hang Mua i jezioro lotosowe

Ostatnim przystankiem był punkt widokowy na Hang Mua i jezioro lotosowe. Niestety po rewolucji żołądkowej nie miałam siły na długą i męczącą wspinaczkę po 500 kamiennych schodach na punkt widokowy. Na szczęście u stóp góry Hang Mua znajduje się przepiękne jezioro z setkami lotosów. Chętnie wybrałam się na spacer wśród tych kwiatów, który umożliwiły mi liczne drewniane kładki postawione na jeziorze. Widok na jezioro, góry i dżunglę był niesamowity. Może podczas następnej podróży do Wietnamu będę miała na tyle siły i dobrej kondycji, aby wejść na Hang Mua.
Na zakończenie wyprawy do zatoki Ha Long i prowincji Ninh Binh
Porównując te dwie wycieczki, to Nin Binh bije na głowę Ha Long. Nie tylko pod względem organizacji, ale również walorów estetycznych oraz tego, co miejsca te mają do zaoferowania turystom. To nie jest tak, że odradzam rejs po Ha Long, bo w końcu zatoka jest absolutnym must see Wietnamu, ale uważam, że jest nieco przereklamowana, a piękno i atrakcje prowincji Nin Binh bardzo niedocenione. Głownie dla zachwycających krajobrazów w parku Trang An chciałabym wrócić do Wietnamu, no i dla jedzenia, ale to tym już w następnym wpisie.
Moją dobrą radą jest dobrze zastanowić się nad wyborem wycieczek organizowanych przez lokalnych przewoźników. Ich jakość potrafi dzielić prawdziwa przepaść, a więc poczytaj, nim dokonasz zakupu.
Zatoka Ha Long i prowincja Ninh Binh fakty, informacje i ciekawostki
- Podobno w Zatoce znajduje się 1969 wysp i wysepek. Czy na pewno? 1969 to rok śmierci wielkiego przywódcy Ho Chi Minha więc to dziwny zbieg okoliczności.
- Zatoka to obszar ponad 1500 kilometrów kwadratowych.
- Większość wysp w zatoce Ninh Binh wznosi się na wysokość od 100 do 200 metrów.
- W ciepłych tropikalnych wodach zatoki znajduje się rafa koralowa oraz lasy mangrowe.
- Wody wokół wysp bogate są przeróżne formy życia zwierzęcego i roślinnego.
- W zatoce mieszka na stałe niewiele ponad 2 tysiące ludzi, w większości przebywają oni na pływających łodziach łączonych w osiedla i wsie.
- Podczas naszej podróży niezwykle często spotykaliśmy różnokolorową flagę, powiewająca obok czerwonej flagi Wietnamu. Okazało się, że jest to flaga dawnego Cesarstwa Wietnamu.
- Nazwa Tam Coc oznacza trzy jaskinie, a nawiązuje do trzech jaskiń utworzonych przez rzekę Ngo Dong przepływającą przez łańcuchy górskie w Nin Binh.
- Rejs łodzią w Tam Coc odbywa się sampanem, czyli starą łodzią rybacką, a kierują nimi głównie kobiety. Ciekawy jest sposób, w jaki to robią. Zamiast wiosłować rękami, które może prowadzić do bólu pleców, robią to przy pomocy stóp. Takie wiosłowanie nie dość, że jest szybsze, to także wymaga mniej wysiłku. Zaletą jest również to, że podczas wiosłowania stopami, można używać rąk do innych czynności, na przykład do sprzedaży pamiątek pasażerom łódki.
- Tam Coc było planem filmowym podczas kręcenia zdjęć do filmu Kong: Wyspa Czaszki.



