Jedwabne nici — Pożegnanie z Europą

Rozdział 1 – Podróż w nieznane

Odcinek 1 – Ostatnie spojrzenie

Co w tym odcinku:
Madeleine stoi przy relingu, próbując zrozumieć decyzję ciotki, która zostawia ją samą na statku. Wśród mgły i chłodu Marsylii, wspomnienia o Warszawie i utraconej miłości splatają się z lękiem przed nieznanym. Czy to pożegnanie z Europą będzie także pożegnaniem z przeszłością?

Madeleine oparła się o reling i nerwowo spoglądała na nabrzeże. Ciotka Jeanine coś wykrzykiwała, machając rękoma. Nic do niej nie dochodziło, bo ładowanie towarów na statek i nawoływania ludzi uniemożliwiały jakiekolwiek porozumienie. Cokolwiek ciotka chciała jeszcze przekazać, nie miało znaczenia. Karty zostały rozdane. Wuj postanowił, że Madeleine musi opuścić Francję i kropka. Rozdygotana próbowała zebrać myśli, ale nic z tego nie wychodziło. Kolana za bardzo się trzęsły, a ściśnięty żołądek zbyt mocno dawał się we znaki. Z trudem powstrzymywała łzy. Zrozumiała, że ciotka przyszła do portu tylko po to, żeby dodać jej odwagi. Wcale nie zamierzała wejść na pokład. Dlaczego? Coś mówiła o wuju François, o trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, o tym, że teraz szczególnie jej potrzebuje.

Wuj François, ten gbur, jej potrzebuje? Chyba po to, żeby ją dalej dręczyć. A co ze mną? Przecież ja też jej potrzebuję! Czy można mnie tak wysłać samą na drugi koniec świata?” − myślała, ocierając niemiłosiernie wyciskające się łzy.

Na statku rozległ się sygnał zapowiadający odbijanie od nabrzeża. Dostrzegła, że ciotka płacze. Z trudem powstrzymywane łzy dziewczyny popłynęły strumieniem po policzkach. Nie chciała ciotki źle osądzać. Oderwała od relingu zdrętwiałą rękę i pomachała na pożegnanie. Chciała wykonać jakiś gest, pokazać, że godzi się na tę sytuację. Wyszło jej tylko niezdarne machanie. Ciotka odpowiedziała równie nieokreślonym gestem.

Statek zaczął odbijać. Dla Madeleine była to premiera – jej pierwsza podróż morska. Nie był to jednak luksusowy okręt pasażerski, była cywilną pasażerką na statku handlowym, wiozącym zaopatrzenie dla brytyjskich żołnierzy w Azji.

Dziewczyna zaczęła intensywnie wpatrywać się w oddalającą się sylwetkę. Czy kiedykolwiek jeszcze w życiu spotka ciotkę Jeanine? Napięła się, żeby wytężyć zmysły, chciała ją zapamiętać – jej oczy, twarz – jednak była już za daleko. Postać ostatniego członka jej rodziny oddalała się, a kolejny przypływ łez rozmazał obraz do końca.

Madeleine spojrzała na oddalające się miasto. W tle rozpościerała się Marsylia, inna od jej rodzinnego miasta, Warszawy. „Warszawa. Jak długo już jej nie widziałam? Cztery, może pięć lat?” − zamyśliła się. − „Tak. To już ponad pięć lat”. – Czuła, że opuszczając Marsylię, zostawiała za sobą Warszawę i Europę, najprawdopodobniej na zawsze.

W ten mglisty grudniowy dzień tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku ciężkie chmury wisiały nad miastem i powietrze wypełniał gryzący chłód. Na szczęście nie padało, ale mistral ciął bezlitośnie, a wilgoć przenikała wełniane ubranie. Madeleine czuła, że płaszcz jest przemoknięty. Bluzka, sweter i spódnica obrzydliwie lepiły się do ciała. Wełniane pończochy zdawały się ważyć ze dwa kilogramy.

Obserwowała jasne domy przy zatoce. Miasto wydawało się opuszczone. Gdzieniegdzie wciąż leżały gruzy, ślad niedawno stoczonych walk. Nad krajobrazem w oddali dominowała katedra Matki Boskiej Chroniącej – Notre-Dame de la Garde. Na wieży statua Bożej Rodzicielki oblepiona mgłą zdawała się szara i prawie niewidoczna. Nagle w pamięci Madeleine odżyła wyprawa do Marsylii z Dominikiem i wejście na wzgórze. Przypomniała sobie onieśmielenie wywołane wielkością budowli; stała bez ruchu, nie mogąc oderwać wzroku od figury. Wcześniej niczego podobnego nie widziała. Czy może jednak to paraliżujące uczucie dotyczyło Dominika, a nie posągu Matki Boskiej? Być może katedra była wtedy tylko pięknym tłem dla ich romantycznej wyprawy. Poszukała wzrokiem nabrzeża. Z przerażeniem stwierdziła, że mgła całkiem zasłoniła ląd i postać ciotki definitywnie zniknęła. Jak mogła w takiej chwili myśleć o Dominiku?

Statek powoli wypływał z portu. Wiedziała, że przed wyjściem na otwarte morze będą musieli przepłynąć jeszcze obok twierdzy d‘If. Na widok wyspy z zamkiem znowu stanął jej przed oczami Dominik i wczesna wiosna, gdy popłynęli tam wynajętą łódką. Rybacy w porcie ostrzegali ich przed mewami, które właśnie wysiadują młode i atakują ludzi zbliżających się do gniazd. Miała w pamięci, jak podeszli do jednego z nich i sprowokowali tym atak chmary rozjuszonych ptaków. Uratowali się, chowając w pobliskim domu. Tak, teraz widziała i wyspę, i twierdzę. Obydwie wyglądały tego dnia bezbarwnie. Alexandre Dumas na pewno opisywał to miejsce i przygody hrabiego Monte Christo wiosną – wpadło jej do głowy. Wtedy wyspa wygląda najładniej.

Muszę skończyć z tym myśleniem o Dominiku” – nakazała sobie.

Statek dotarł na otwarte morze. Wzmógł się świszczący mistral, dający o sobie znać już w porcie. Woda nabrała ołowianego koloru, fale zakończone pieniącymi jęzorami z hukiem uderzały o burtę statku. Zaczął padać deszcz. Madeleine nieporuszona hałasem morza i bujaniem statku obserwowała, jak krople deszczu odbijają się od burty i rozpryskują na rękawie płaszcza. Tutaj kołysały się chwilę, zanim ostatecznie zostały wchłonięte w szorstkie włókna materiału. Pociągnęła ręką po płaszczu, żeby strząsnąć perlistą smugę. Nie odczuła żadnej wilgoci. Dziwne. Przecież było jej zimno, miała wrażenie, że jest przemoknięta. Przesunęła ręką po zimowych pończochach. Znowu żadnej wilgoci. Skąd to uczucie? Spróbowała jeszcze raz, przeciągając dłonią po łydce. Pierścionek zahaczył o jakieś zgrubienie w pończosze.

Do diabła! − syknęła krótko.

Wyciągnięta nitka nie stała się jeszcze dziurą, ale pończocha musiała być zreperowana. Pomyślała z wdzięcznością o ciotce, która zapakowała jej przecież jedwabne nici. Są najsilniejsze i najlepsze. Tak zawsze mawiała ciotka Jeanine.

Odcinek 2 – Kolacja pod żaglami

Jedwabne Nici Katarzyna Poznakow.

Co w tym odcinku:
Na kolacji kapitańskiej Madeleine spotyka ludzi, którzy mogą stać się jej towarzyszami podróży — albo przeciwnikami. Kolacja staje się sceną subtelnych ocen, różnic społecznych i pierwszych prób odnalezienia się w nowej roli. Czy Madeleine zdoła zachować godność w świecie pełnym pozorów?

Kolacja kapitańska odbywała się w najbardziej reprezentacyjnym pomieszczeniu na statku. Nie było w nim nic luksusowego, kajuta była po prostu dość obszerna. Niewielkie okna ozdobione prostymi zasłonami nadawały pomieszczeniu przytulniejszej prezencji. Pośrodku stał okrągły stół z jasnym obrusem. Przygotowano nakrycia dla pięciu osób: komplet białej porcelany, srebrne sztućce i kieliszki do wina. Staranność, z jaką przygotowano ów skromny serwis, zaskakiwała w tych ascetycznych czasach i w miejscu tak mało eleganckim, jak statek handlowy. Masywne krzesła wydawały się, co prawda, za ciężkie i nie pasowały do stołu, jednak fakt, że wszystkie pasowały do siebie i były z jednego kompletu, robił na gościach spore wrażenie. Opodal stołu ustawiono niski, masywny stolik klubowy i fotele. W pomieszczeniu nie było górnego światła, żadnych elektrycznych girland zwisających z sufitu. Na ścianach zamontowano boczne lampy, których klosze z mlecznego szkła rozlewały ciepłe światło i odcinały kajutę od grudniowej zawieruchy. W miodowej poświacie najbardziej rzucały się jednak w oczy obrazy. Naprzeciwko siebie wisiały dwa dzieła. Przykuwały uwagę rozmiarami i kontrastową odmiennością. Jeden przedstawiał statek żaglowy na wzburzonym oceanie. Morze i niebo kolorystycznie prawie nie różniły się od siebie, zdawały się tym samym żywiołem, a jedynie białe kołnierze fal i szarość żagli pozwalały rozpoznać granice między głębią i firmamentem. Drugi obraz również przedstawiał statek z postawionymi żaglami, ale były one w brunatnym kolorze i w kształcie wachlarza. Statek płynął po spokojnym, lazurowym akwenie. W tle widniały pojedyncze góry pokryte soczyście zieloną roślinnością.

Kapitan i pierwszy oficer siedzieli w fotelach, paląc cygara i popijając w kłębach dymu whisky. Swobodnie opowiadali sobie o wydarzeniach dnia i wymieniali meldunki służb meteorologicznych. Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi, a w nich stanęli państwo Amiguet. Obaj mężczyźni natychmiast poderwali się z foteli i uprzejmie przywitali z gośćmi. Howard podał drinki. Pani Amiguet ciągnęła rozmowę, podziwiając z udawanym zainteresowaniem złocone ornamenty białej zastawy, pan Amiguet z miną znawcy odgadywał metaforyczne znaczenie obrazów. Umiejętnie prowadzona rozmowa o niczym utwierdzała Smithsona w przekonaniu, że ma do czynienia z ludźmi o pewnym statusie społecznym, bo przecież tylko ci, którym nie brakuje pieniędzy i nie muszą cały czas myśleć o zarabianiu na życie, mogli sobie pozwolić na luksus jałowej pogawędki. Zamierzał właśnie zaproponować, żeby usiedli, kiedy w drzwiach pojawiła się Madeleine.

„Ładna kobieta” – pierwsze, co pomyślał kapitan.

Pozostali również przyjrzeli się jej z zaciekawieniem. Z niepozornej osoby, którą kapitan obserwował na pokładzie, gdy odpływali z Marsylii, w ciągu godziny przeistoczyła się w interesującą kobietę. Była wysoka i szczupła. Ciemne włosy, upięte w kok, podkreślały jej klasyczną urodę. Niby nie było nic nadzwyczajnego w jej stroju i fryzurze, ale… Madeleine zorientowała się, że jest lustrowana od stóp do głów. Zaczerwieniona strząsnęła z policzka niewidzialny pyłek. Obecni właśnie konstatowali, że lazurowy akwen na obrazie ukazującym egzotyczny ocen był w tym samym kolorze co jej oczy. Jej spojrzenie przyciągało czymś magnetycznym, trudnym do określenia. Przyglądając się elegancko ubranym gościom, sądziła, że uwagę przykuł jej strój – pensjonarki wysłanej właśnie na przepustkę do rodziców.

−     Dobry wieczór − nareszcie wymamrotała po francusku.

−     Dobry wieczór! − usłyszała chóralną odpowiedź także w tym języku.

Kapitan przejął inicjatywę i rozpoczął oficjalne przedstawianie.

−     Nazywam się David Smithson i jestem kapitanem tego statku. Joseph Howard jest pierwszym oficerem i moją prawą ręką.

Howard skinął głową na potwierdzenie.

−     Państwo Amiguet. Madame Anne-Marie Amiguet i monsieur Jean-Jacques Amiguet, nasi goście ze Szwajcarii. I mademoiselle Madeleine Gaudet, nasza miła francuska pasażerka.

Obecni uścisnęli sobie wzajemnie ręce.

−     Czego się pani napije przed kolacją? − kontynuował po francusku kapitan.

Spojrzała na butelki stojące na barku opodal stołu klubowego. Nie rozpoznała żadnego znajomego trunku. Nie wiedziała, co wybrać i czy w ogóle wypada jej jako kobiecie niezamężnej pić alkohol z obcymi mężczyznami. Nie chciała sprawiać wrażenia pensjonarki, ale zarazem obawiała się, że współtowarzysze podróży mogą ją uznać za nieprzyzwoitą.

−     Dziękuję, nie piję alkoholu − powiedziała.

−     To może napój miętowy? Nie mamy nic innego.

−     Chętnie, ale proszę sobie nie robić kłopotu moją osobą. Mogę się obejść bez niczego.

Kapitan popatrzył na nią z lekkim zdziwieniem.

−     Mademoiselle − zagadnął pan Amiguet − kapitan będzie starał się zrobić dla nas wszystko, w czasie tej podroży. Proszę mu nie odmawiać – dokończył z uśmiechem.

„Palnęłam jakąś gafę?” − przestraszyła się w myślach.

−     Dobrze, to napiję się whisky − odpowiedziała głośno.

Kapitan popatrzył na nią z jeszcze większym zdziwieniem. Bez słowa podszedł do baru i napełnił szklaneczkę.

−     Z lodem?

−     Tak, poproszę.

Smithson podał jej whisky i wskazał na fotel. Madeleine usiadła i upiła łyk. Przejął ją wstręt. Czegoś tak ohydnego nie piła jeszcze nigdy w życiu. Słyszała o whisky, wuj François handlował różnymi towarami, w tym również alkoholem, i wiedziała nawet, że są różne rodzaje tego trunku. Do tej pory jednak znała tylko wino i absynt. Z trudem zapanowała nad wyrazem twarzy. Nie chciała pokazać kapitanowi, że whisky jej nie smakuje. Kapitan, bystry obserwator, mimo to zauważył lekkie skrzywienie twarzy dziewczyny.

−     Och, mademoiselle, nie smakuje pani nasza whisky?

−     Ależ skąd, jest wyborna. Po prostu dawno nie piłam alkoholu − kłamała jak z nut.

W sali pojawił się marynarz, ten sam, który przyniósł Madeleine zaproszenie. Podszedł do kapitana i powiedział coś po cichu.

−     Mili państwo, proszę do stołu − zakomunikował kapitan.

Goście podnieśli się z foteli, by zająć miejsca wskazane przez kapitana. Madeleine przypadło to między panem Amiguet i pierwszym oficerem. Na początek została podana zupa cebulowa.

−     Monsieur le capitaine − rozpoczął rozmowę pan Amiguet − zupa smakuje znakomicie! Jeżeli pozostałe dania będą tak samo wykwintne, to pomyślę, że jestem w Paryżu w hotelu Ritz!

−     Na pewno się pan dzisiaj nie rozczaruje. Nasz kucharz gotował przed wojną w jakimś dobrym paryskim hotelu. Poza tym jesteśmy na początku podroży. Nasze spiżarnie są pełne świeżej żywności. Nie mogę gwarantować, że za miesiąc będziemy jedli tak samo wykwintnie, jak dzisiaj. − Kapitan dobrze wiedział, że dobre jedzenie podtrzymuje miłą atmosferę wśród gości i podnosi morale załogi. Nie miał jednak złudzeń, że pustoszejące spiżarnie z czasem wpłyną na nastroje na statku.

−     Mnie wystarczy, że obrus jest czysty i wszystkie elementy zastawy pasują do siebie − stwierdziła pani Amiguet niewzruszona perspektywą skromniejszych posiłków.

−     A jak pani smakuje zupa, mademoiselle? − zwrócił się Joseph Howard do Madeleine.

−     Och, mogę tylko potwierdzić słowa pana Amigueta.

Marynarz, nazywany przez kapitana Jeromem, podał następne danie i wino.

−     Co państwa zmusza do wyprawy do George Town w tych niepewnych czasach? − zagadnął kapitan państwa Amiguet.

−     Nasza plantacja kauczuku − padła odpowiedź ze strony Jeana-Jacques’a Amigueta. − Od ponad roku nie otrzymuję żadnych wiadomości z plantacji. Nie wiem, co się tam dzieje. Słyszałem, że Japończycy zajęli Półwysep Malajski. Brytyjczycy twierdzą, że George Town i okolice są pod ich kontrolą, a moja plantacja jest położona niedaleko. Muszę sprawdzić, jak naprawdę wygląda sytuacja. Czy pan, kapitanie, może mi powiedzieć coś więcej o tym, czego mogę oczekiwać na półwyspie?

−     Mogę niestety tylko potwierdzić to, co sam pan już wie − kapitan z westchnieniem odłożył na bok sztućce i uważnie popatrzył na monsieur Amigueta. − Nasza armia zamierza odbić tereny na półwyspie zajęte przez Japończyków. Jak daleko posunięty jest front, tego też nie wiem dokładnie. Spodziewam się, że otrzymam nowe informacje, kiedy zawiniemy do Dżafny na Cejlonie.

−     A co panią ciągnie do George Town, mademoiselle? – chciał wiedzieć kapitan.

−     Ja właściwie muszę dotrzeć do Bangkoku. Jak zawiniemy do George Town, chcę, tak samo jak państwo Amiguet, dostać się na ląd i odnaleźć dworzec kolejowy. Wuj mówił mi o ekspresie z Kuala Lumpur, który zawiezie mnie do celu – wyrecytowała beznamiętnie, mając nadzieję, że w ten sposób zakończy dalsze wypytywanie.

−     Swego czasu ten ekspres jeździł nawet z Singapuru do Bangkoku − wtrącił pan Amiguet, jakby nie zauważając tonu jej odpowiedzi.

Madeleine spojrzała bezsilnie, rozważając, co odpowiedzieć, żeby definitywnie położyć kres zainteresowaniu swoją osobą.

−     Tego to nie wiem – wyrzuciła z siebie najbardziej sucho, jak potrafiła. − Nie znam tej okolicy. Będę w Azji pierwszy raz.

−     Ale co panią ciągnie do Azji? − Smithson zdawał się ciągle niezadowolony odpowiedzią. − To nie jest przecież francuska riwiera. Warunki życia dla Europejczyka są tam bardzo ciężkie. Klimat, jedzenie, język. Samotnej młodej kobiecie jest jeszcze trudniej. Dlaczego rodzice zdecydowali się panią samą wysłać w tę podróż? − wypytywał.

Poruszyła się na krześle, jakby chciała wstać od stołu. Wbiła wzrok w talerz i skurczyła się w sobie. Niebieskie oczy napełniły się łzami. A więc jest naprawdę tak, jak przypuszczała. Została wysłana do obcego, dzikiego kraju, bo nikogo jej osoba nie obchodzi. Teraz wszystko wydawało się jasne. Wujostwo chciało się jej pozbyć. Zrozumiała, że jej życie nie ma wartości dla nikogo poza nią samą. Niespodziewanie dziarsko podniosła głowę i spojrzała kapitanowi prosto w oczy.

−     Nie wiem, po co jadę do Azji. Poza tym moi rodzice nie żyją − stwierdziła pełnym głosem i upiła duży łyk czerwonego wina, chcąc dodać sobie odwagi.

Kapitan poczuł się zakłopotany jej odpowiedzią.

–   Ach, przepraszam, nie chciałem być niedyskretny.

Odcinek 3 – Lekcja nadziei

Co w tym odcinku:
Madeleine przerywa milczenie. Wśród obcych ludzi, w obcym języku, wypowiada słowa, które dotąd tłumiła. Jej historia porusza rozmówców, ale też odsłania bolesną prawdę o samotności i porzuceniu.  Madeleine niespodziewanie otrzymuje propozycję, która może odmienić jej podróż. Czy wśród obcych znajdzie przyjaciół?

Madeleine doznała niewytłumaczalnego przypływu energii. Zapragnęła wyrzucić z siebie wątpliwości, niepewność, to, co ją dręczyło. Postawić pytania, których nie ważyła się dotąd zadawać. Ujawnić sprawy, o których musiała milczeć. W tej krótkiej chwili pojęła, że skoro jest zdana tylko na siebie, to może się zachowywać tak, jak uważa za stosowne. Nie musi ukrywać swojej prawdziwej tożsamości. Nie musi ciągle myśleć o tym, że jej niewłaściwe zachowanie może kogoś skompromitować. Skompromitować może tylko samą siebie. Było to bolesne, ale wyzwalające. Poczuła się w tym momencie, wśród tych obcych ludzi, niespodziewanie wolna, wolna od niewidzialnych więzów, które do tej ją pory krępowały.

−     Nic nie szkodzi. Jest przecież wojna. Żołnierze i cywile umierają ­– usłyszała samą siebie.

−     Nie chcę wymuszać na pani opowieści o bolesnych sprawach.

−     Czasami boleśniejsze jest to, co się przemilcza, niż to, o czym się otwarcie rozmawia – odpowiedziała hardo i rozejrzała się po sali, jakby sprawdzając reakcję na własne słowa.

Obecni popatrzyli po sobie zaskoczeni stwierdzeniem, które bardziej pasowało do dojrzałej, doświadczonej kobiety niż do młodej dziewczyny, ta zaś siedziała wyprostowana z podniesioną głową, wpatrując się gdzieś przed siebie i wyczekując dalszych pytań. Była gotowa na nie odpowiedzieć.

−     Moi rodzice zginęli w październiku w powstaniu w Warszawie – powiedziała nagle cicho Madeleine.

−     Jest pani Żydówką? − zapytała równie cicho pani Amiguet.

−     Nie, jestem Polką, katoliczką.

−     Ach, teraz rozumiem, skąd ten akcent w pani francuskim − zawyrokował głośno pan Amiguet.

−     Nie przesadzaj, mój drogi, słyszy się, że pani nie jest urodzoną Francuzką, ale mówi znakomicie po francusku. Poza tym trudno stwierdzić na podstawie akcentu, skąd pani pochodzi, mademoiselle − wtrąciła się pani Amiguet.

−     Jak się pani dostała na statek? − zagadnął Joseph Howard.

−     Przez ostatnie pięć lat mieszkałam we Francji u wujostwa. Najpierw w Paryżu, potem w Aix w Prowansji. Bilet na statek załatwił wuj. Dla ciotki i dla mnie.

−     To ta dama, która panią odprowadzała do portu? − zapytał kapitan.

−     Tak. – Ogarnął ją wstyd, że musi otwarcie przyznać się do bycia porzuconą w ostatniej chwili. Przyłapała się na tym i postanowiła, że głośno wypowie ten bolesny fakt.

−     Moja ciotka zdecydowała się pozostać bez wyraźnego powodu.

−     Wie pani, w życiu nie opuszcza się nikogo bez powodu. Być może nie mogła go pani podać. Jestem pewna, że to się z czasem wyjaśni − powiedziała pani Amiguet ze zrozumieniem w głosie.

−     To musi być dla pani przygnębiające uczucie − kontynuowała Szwajcarka. − Wyobrażam sobie, jak się pani czuje w tej sytuacji, opuszczona, niepotrzebna. Niech się pani nie poddaje tym uczuciom. Jest pani na to za młoda.

Madeleine popatrzyła wielkimi oczami na panią Amiguet. Ta obca kobieta doskonale rozumiała jej stan ducha. Jak to było możliwe?

−     Muszę żyć pogodzona z tym stanem rzeczy − stwierdziła stanowczo i próbowała tym zakończyć swoje opowiadanie.

Rozmówcy rozpoznali tym razem jej intencje i zmienili temat. Jednak Joseph Howard nadal był zainteresowany, celem podroży Madeleine.

−     Bangkok to miasto z ograniczonymi możliwościami dla samotnej kobiety. Gdzie zamierza się pani zatrzymać?

Pytanie Howarda z lekka ją poirytowało. Miała wrażenie, że opowiedziała obcym ludziom swoje życie, a ten nastawał na jeszcze więcej.

−     Zatrzymam się we francuskiej ambasadzie, u przyjaciela mojego wuja − odpowiedziała chłodno.

−     Joseph, zostawmy naszą młodą damę w spokoju − uciął kapitan.

Marynarz Jerome zajrzał do kajuty i zapytał, czy może podać kawę. Goście przenieśli się ponownie do foteli.

−     Chciałbym poinformować państwa o rozkładzie dnia na naszym statku – znów zagadnął kapitan.

–     Śniadanie i lunch możecie sobie zamówić do kajuty. Kolację, proponuję, żebyśmy jedli wspólnie. Poza tym codziennie staram się, o ile mi obowiązki pozwalają, o piątej po południu pić herbatę. Państwa towarzystwo będzie bardzo mile widziane. Niestety, nie mogę nic więcej zaproponować. No, być może moja biblioteczka byłaby interesująca, ale wszystkie książki są po angielsku. No i Jerome, który nas obsługiwał, jest także do państwa dyspozycji.

–     Pańska propozycja wspólnych kolacji jest bardzo uprzejma. Myślę, że będziemy z niej skwapliwie korzystać. Niewykluczone, że chociaż jesteśmy Szwajcarami, oboje z małżonką zostaniemy też amatorami angielskiej herbaty – z kurtuazją odpowiedział pan Amiguet. – Jak często jest pan informowany, kapitanie, o stanie działań wojennych?

–     Mniej więcej co dwa, trzy dni dostaję informacje – kapitan Smithson odpowiedział zwięźle. Nie chciał dalej rozwijać tego niewygodnego dla siebie tematu, ale pan Amiguet nie ustępował.

–     Czy może pan, kapitanie, potwierdzić, że niemieckie łodzie podwodne czyhają na statki wojenne i handlowe przy wejściu do Kanału Sueskiego?

Kapitan próbował zapanować nad wyrazem twarzy: „Skąd, do diabła, ten Szwajcar wiedział o czymś takim?” – pomyślał.

–     Nie, nie mogę tego potwierdzić. To jest dla mnie nowa i mało prawdopodobna informacja – odpowiedział głośno, starając się zachować zimną krew. – Myślę, że mój armator nie wysłałby mnie w aż tak niebezpieczną trasę z ładunkiem, który jest pilnie oczekiwany przez armię brytyjską. To byłoby przecież niesłychane ryzyko.

–     Ależ, kapitanie, jest wojna. Ileż to żołnierzy wysyła się na śmierć z myślą: jak wygracie i się ocalicie, to dobrze dla was, jeżeli nie, to przyjdą inni, nowi, i oni załatwią tę sprawę. A, jak i ci nie dopną swego, to na pewno dokona tego trzecia albo czwarta tura. Liczy się tylko cel, a reszta to tylko kwestia liczby ofiar – ciągnął z brutalną szczerością pan Amiguet.

–     Monsieur Amiguet, pan jest brutalnym cynikiem – powiedział twardo kapitan. Miał nadzieję, że przez to stwierdzenie zmusi Szwajcara do wycofania się z dyskusji. Ten nie dawał jednak za wygraną.

–     Kapitanie Smithson, niech pan nie próbuje być moralistą. Wojny nie można postrzegać w kategoriach moralnych. Pan wie tak samo dokładnie jak ja, że to nie jest cynizm, tylko realizm.

Joseph Howard, który przysłuchiwał się rozmowie, westchnął głęboko. Jean-Jacques Amiguet spojrzał na niego i się roześmiał.

–     Widzi pan, kapitanie, sumienie gryzie pana pierwszego oficera. Pan nie powiedział nam wszystkiego – kontynuował Amiguet. – Więc? Jak wygląda prawda?

Smithson nadal próbował zachować informacje o ryzyku dla siebie.

–     Pan wyciąga fałszywe wnioski. Myślę, że powinniśmy zakończyć tę dyskusję. Nie chcę być nieuprzejmy, monsieur Amiguet, ale skąd pan może wiedzieć cokolwiek o wojnie? Pan, który mieszka w neutralnej Szwajcarii.

–     A skąd pan bierze swoją wiedzę o wydarzeniach wojennych, będąc cały czas na statku? – kontynuował nieustępliwie pan Amiguet.

–     Otrzymuję regularnie informacje!

–     Ja też! Czy chce pan porównać wiarygodność naszych źródeł? – Szwajcar należał do gatunku racjonalistów obdarzonych ostrym zmysłem obserwacji i solidną porcją sceptycyzmu. Był zdania, że prawdę usłyszy od rozmówcy, tylko prowokując go werbalnie. Chciał też pokazać kapitanowi, że nie jest pierwszym lepszym cywilnym pasażerem, tylko dobrze poinformowaną osobą, z którą należy się liczyć i której nie da się zbyć zdawkowym stwierdzeniem. Właściwie nie chodziło mu o grożące niebezpieczeństwo, bo przecież wiedział o łodziach podwodnych i sam zdecydował się na tę podróż. Chciał jedynie zaznaczyć swoją pozycję w stosunku do kapitana.

Smithson wyczuł, z kim ma do czynienia, i w lot pojął, że musi wykonać teraz jakiś gest porozumienia, żeby definitywnie zakończyć rozmowę.

–     Monsieur Amiguet, obiecuję, że skoro tylko otrzymam ostrzeżenie, poinformuję państwa. Być może będziemy zmuszeni przeczekać w jakimś porcie. Proszę jednak nie rozpowszechniać naszej rozmowy wśród załogi.

–     Dobrze. Może pan liczyć na moją dyskrecję – zakończył nagle polubownie Amiguet.

Madeleine odetchnęła głęboko, ciesząc się w duchu z zakończenia tej tyrady. W milczeniu zastanawiała się, czemu miał służyć napastliwy ton pana Amigueta.

–     Dlaczego właściwie nie rozmawiamy po angielsku? – zapytała ze sztuczną wesołością w głosie pani Amiguet, próbując zmienić kierunek rozmowy. – To byłoby przecież znakomite ćwiczenie przed naszym pobytem w Azji!

–     Doskonały pomysł, madame Amiguet – zawtórował równie sztucznie Joseph Howard.

Madeleine struchlała.

„No tak, jak zaczną rozmawiać po angielsku, to koniec − przemknęło jej przez myśl. – Będę musiała poszukać towarzystwa Jeromego albo kucharza”.

–     Och, mademoiselle Gaudet nie mówi po angielsku – zauważył Howard.

„Jeszcze jedno upokorzenie” – pomyślała.

Madame Amiguet znowu przyszła jej z pomocą.

–     Mister Howard, czy nie byłoby sensownym zadaniem uczenie mademoiselle Gaudet angielskiego w czasie naszej podróży? – zapytała Szwajcarka. – Przecież w Bangkoku szybciej się człowiek porozumie po angielsku niż po francusku. My, Europejczycy, nigdy nie opanujemy syjamskiego.

–     Madame Amiguet, jestem pani zdania. To byłoby zadanie, które na pewno przyniosłoby korzyść mademoiselle Gaudet, a my mielibyśmy doskonałe zajęcie na te nudne dni na morzu – podchwycił pierwszy oficer i spojrzał na Madeleine.

–     Madame Amiguet, monsieur Howard, nie wiem, czy wypada mi przyjąć tę propozycję – odpowiedziała Madeleine bardziej z uprzejmości niż z przekonania. Nie miała odwagi pokazać, jak bardzo ucieszył ją ten pomysł. Nie dlatego, żeby specjalnie ceniła angielski albo była w stanie określić jego przydatność w swoim obecnym położeniu. Uważała, że nie zasługuje na uwagę tych ludzi.

–     Podejrzewam, że nawet znajdę w swojej biblioteczce podręcznik. Przed laty próbowałem nauczyć angielskiego Chińczyka z Singapuru. Był wtedy naszym kucharzem – ponownie włączył się do rozmowy kapitan, jakby całkowicie zapomniał o konfrontacji ze Szwajcarem.

–     No to postanowione – przypieczętowała dyskusję pani Amiguet.

–     Kiedy zaczynamy? Jutro po śniadaniu? Co pani na to, mademoiselle? – Howard popatrzył jej w oczy i w napięciu oczekiwał odpowiedzi.

–     Zgoda, monsieur Howard! – odpowiedziała ucieszona.

–     Madame Amiguet i ja czekamy jutro na panią – oświadczył zadowolony i dotknął mimo woli jej ręki.

–     Ale proszę nie oczekiwać ode mnie zbyt wiele. Naprawdę nie znam ani słowa.

–     Jeżeli cokolwiek okaże się bardzo niezrozumiałe, będę panią wspierać po francusku – zapewniła madame Amiguet.

Madeleine poczuła się jak uskrzydlona.

–     Madame Amiguet, monsieur Howard, nie wiem, jak mam państwu dziękować!

–     Na dziękowanie jeszcze za wcześnie – stwierdziła rezolutnie madame Amiguet.

–     My z madame Amiguet również obiecujemy sobie, że spędzimy interesująco czas, ucząc panią angielskiego, mademoiselle. Nieprawdaż, madame?

 – Ależ naturalnie, monsieur Howard – przytaknęła Szwajcarka.

Rozdział 2 – Jedwabne nici

Zofia

Odcinek 4 – Droga ku przyszłości

Co w tym odcinku:
W dniu ślubu Zofia budzi się z uczuciem niepokoju. Wyrusza nad Wisłę, by pożegnać się z dawnym życiem, ale nawet cisza rzeki nie koi jej nerwów. W domu wrze — pogoda, parasole, kawa, buty… wszystko może zaważyć na idealnym dniu.

Zofia nie mogła spać, przewracała się z boku na bok. Wreszcie wstała z łóżka, podeszła do okna i otworzyła na oścież. Zamiast czerwcowego, orzeźwiającego powietrza, buchnęła gorąca fala. Ranek był duszny i parny. Spojrzała na budzik, było krótko po piątej – w domu wszyscy jeszcze spali. Postanowiła wyjść i udać się nad Wisłę.

Pospiesznie ubrała się i zaczesała włosy w kok.

„O, Boże, żeby mnie tylko nikt nie zobaczył. To przynosi w takim dniu pecha” − pomyślała, zbiegając na palcach po schodach.

Wyszła na ulicę i ruszyła w stronę placu Zamkowego. Szła szybko, prawie biegła, oglądając się co chwila za siebie. Wyglądała porannych dostawców pieczywa, którzy o tej porze zwykle rozwozili swój towar. Warszawa była wyludniona. Nigdzie żywej duszy. Słyszała tylko samą siebie – odgłos sandałów uderzających o bruk. Zziajana zatrzymała się pod kolumną Zygmunta i usiłowała zebrać myśli.

Poranna cisza miasta nie była w stanie jej uspokoić. Pomyślała, że lepiej będzie, jeśli ruszy z powrotem. Odwróciła się, żeby skierować się w stronę Podwala, ale nagle dostrzegła w dali gazeciarza. Jednym susem ruszyła z miejsca prosto w stronę Wisły. Biegnąc, patrzyła, jak niebie intensywnieją kolory – od pomarańczowego do czerwieni.

Zastanawiała się, czy gazeciarz ją widział i czy poranne niebo zabarwione na czerwono to jakiś znak przeznaczony dla niej.

W końcu znalazła się na nadbrzeżu. Bez trudu odnalazła starą, znajomą wierzbę. Oparła się całym ciałem o pień drzewa i zaciągając się głęboko ciepłym powietrzem, patrzyła na rzekę. Wisła monotonnie prowadziła swoje srebrzyste wody. Nawet najlżejszy podmuch nie mącił nurtu rzeki, żaden szelest nie zakłócał ciszy. Na drugim brzegu między gałęziami drzew prześwitywało już wschodzące słońce. Skołatane serce Zofii powoli odnalazło swój zwykły rytm.

„Ostatni raz widzę to miejsce jako panna. Następnym razem przyjdę tu z mężem, a potem z dziećmi. I na pewno będę to miejsce widzieć inaczej”. − Wpatrywała się w wodę, drzewa i krzewy, żeby zapamiętać każdy szczegół i nastrój tego miejsca. W głowie kołatały się słowa matki, że po ślubie stanie się kobietą i zacznie patrzeć na świat innymi oczami. Chciała uchwycić ten moment, żeby później go porównać ze swoim nowym spojrzeniem. Powoli ruszyła z powrotem do domu. Spojrzała na zegarek. Było prawie wpół do siódmej.

„Jeszcze tyle czasu − rozważała. − Och, chciałabym mieć już to wszystko za sobą!”.

Dzisiaj miała przeżyć swój najszczęśliwszy dzień życia, ślub ze Stasiem. Chciała, żeby wszystko się udało, żeby goście zjawili się punktualnie, żeby pogoda dopisała, żeby jej suknia ślubna się podobała, żeby, żeby, żeby…

Kiedy weszła do domu, w drzwiach powitała ją służąca.

−     Panienko, gdzie panienka była? Cały dom jest już na nogach. W takim dniu nie można się przed pójściem do kościoła nikomu obcemu pokazać.

−     Tak, tak, wiem. Byłam nad Wisłą. Nikt mnie nie widział – odpowiedziała usprawiedliwiająco i już chciała ruszyć do siebie, gdy z sypialni rodziców wyszła matka.

−     Zosieńko droga, ta pogoda mi się nie podoba. Będzie padać.

−     Mamuśku, ale co mamusiek mówi? − łzy napłynęły przyszłej małżonce do oczu.

−     Musimy wziąć parasole − ciągnęła matka.

−     Nie chcę żadnych parasoli. Jak to będzie wyglądać przed kościołem?

Dalsze rozmowy toczyły się wokół tego, czy jeść śniadanie, czy mocna kawa nie przyprawi panny młodej o dodatkowe drżenie rąk, kiedy przyjdzie fryzjer, czy nowe buty nie obetrą stóp. W końcu Zosia stała przed lustrem ubrana w suknię ślubną, z welonem na głowie i czekała na pana młodego, który miał pojawić się z bukietem ślubnym i zabrać ją do kościoła. Te kilka minut przed lustrem zdawało się wiecznością.

Stanisław Reck, pan młody, pojawił się punktualnie z bukietem bladoróżowych róż. Oczy Zofii znowu napełniły się łzami.

−     Stasieńku drogi, ja… − wymamrotała.

Pan młody pocałował swoją przyszłą małżonkę w rękę.

−     Zosieńko, Stasiu, rodzice czekają! − zawołała jedna z ciotek.

Młoda para przeszła do gabinetu. Na biurku ojca został ustawiony ołtarzyk: obraz Matki Boskiej i świeca. Przed obrazem stali rodzice. Zofia i Stanisław uklękli przed nimi.

−     W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego − zaczął ojciec i nakreślił znak krzyża nad młodymi. – Stanisławie, oddaję ci moją córkę i udzielam wam ojcowskiego błogosławieństwa na zawarcie ślubu i założenie rodziny.

Matka Zofii również nakreśliła znak krzyża. Obecni przypieczętowali to głębokim „Amen” i młoda para wyruszyła dorożką do kościoła.

Jechali w milczeniu, nieustannie poprawiając na sobie weselne ubranie. Stanisław nakazywał sobie w myślach, że musi być spokojny, nie może okazywać zdenerwowania. Nie pasowałoby to do jego wizerunku – chciał na przyszłej żonie i teściach robić wrażenie kogoś solidnego, na kim można polegać. Tłumaczył sobie, że przecież wszystko zostało omówione i zaplanowane, nie ma więc powodu do niepokoju. Złościł się na siebie, bo czuł, że jest przejęty sytuacją i nie potrafi tego opanować.

Usłyszał blisko siebie głośny śmiech i się rozejrzał. Właśnie wyprzedzała ich dorożka wypełniona młodymi rozbawionymi kobietami. Druhny musiały dotrzeć do kościoła przed młodą parą. Janeczka, siostra Zofii i jedna z druhen, pomachała do nich wesoło. Staś, ubawiony tym beztroskim gestem, odwzajemnił go. W tym momencie zobaczył twarz przyszłej żony wykrzywioną w płaczliwym grymasie. Od razu przerwał machanie i położył rękę na poręczy. Dyskretnie spojrzał w stronę oddalającej się dorożki.

Janeczka podobała mu się bardziej niż Zofia. Była elegancka, pewna siebie, miała większe poczucie humoru i można z nią było swobodnie rozmawiać, bez ciągłego zwracania uwagi na konwenanse. W jego oczach nie nadawała się jednak na żonę. Stasia plan zrobienia kariery ministerialnej przewidywał małżeństwo i rodzinę, które miały cementować solidny wizerunek, a Janeczka nie pasowała do tego, była za bardzo obyta i swobodna, ze zbyt wyraizstymi poglądami i trudna do poskromienia. Najbardziej przeszkadzało mu to, że w dyskusjach z mężczyznami potrafiła przemawiać tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie mógłby wytrzymać, żeby żona mu rozkazywała. Zosia była inna; miała w sobie dużo z niewinnego dziecka, była niepewna siebie, a na otaczający ją świat reagowała emocjonalnie. Staś czuł się z nią dobrze, dlatego że wyzwalała u niego pozytywne uczucia − instynktownie chciał się nią opiekować i chronić. Wiedział, że w małżeństwie nie będzie musiał z nią walczyć, to on będzie nadawał kierunek.

−     Stasieńku, kochaneczku, o czym myślisz? – zapytała Zosia cienkim dziecięcym głosikiem.

−     O tobie, moja droga, tylko o tobie – odpowiedział i czule pogłaskał jej rękę.

Odcinek 5 – Za zamkniętymi drzwiami

Jedwabne nici, dziewczyna w łóżku z chłopakiem AI.

Co w tym odcinku:

Ceremonia ślubna przebiega wzorowo — do momentu, gdy obrączka wypada z ręki Zofii. A potem… gradobicie. Zosia wkracza w nowe życie jako żona. Za zamkniętymi drzwiami czeka coś więcej niż świeżo pościelone łóżko — czeka lęk, niepewność i rytuał, który zdefiniuje ich małżeństwo.

Dorożka młodej pary zatrzymała się przed kościołem i Staś z galanterią pomógł wysiąść pannie młodej. Weszli do kościoła i uwagę Zofii przykuły wiszące wstęgi i szarfy, wszędzie było pełno kwiatów. „Jak tu pięknie” – pomyślała zachwycona. Przyszły małżonek poprowadził ją do ołtarza, w tle rozbrzmiewał marsz weselny Mendelssohna. Goście stali w ławkach i zachwyceni przyglądali się głównym bohaterom wydarzenia. Zofia była przepełniona szczęściem. Tak bardzo czekała na ten moment. W białej sukni z trenem ciągnącym się po ziemi, prowadzona przez mężczyznę, który był gotowy się o nią troszczyć, dbać o jej potrzeby, chciał być ojcem jej dzieci. I to wszystko w obecności tylu ludzi. Każdy mógł zobaczyć, że Staś jest gotowy wziąć na siebie tę odpowiedzialność. Z trudem śledziła mszę, za to z euforią wypowiedziała przysięgę małżeńską. Kiedy Staś założył jej obrączkę, świat zawirował jej przed oczami. Obrączka, którą miała wsunąć mężowi na palec, wypadła jej z ręki i potoczyła się w stronę gości. Otrząsnęła się, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Szczęście prysnęło jak bańka mydlana.

„O Boże, to zły omen. Zmarnowałam swój najpiękniejszy dzień życia i być może je całe” – pomyślała zrozpaczona.

Chciała ruszyć na poszukiwanie obrączki, lecz Staś lekko przytrzymał ją za ramię. Jeden z gości przyniósł zgubę i podał pannie młodej, a ta pospiesznie wsunęła ją mężowi na palec. Ponownie zabrzmiała muzyka i goście podnieśli się z ławek.

−     Musimy zaczekać aż ludzie wyjdą z kościoła – szepnął Staś.

Weselnicy powoli wychodzili i gromadzili się przy wejściu. Przez otwarte drzwi widziała niebo w pomarańczowym kolorze. Zaniepokoił ją ten nastrój.

Wreszcie mąż dał jej znak i ruszyli do wyjścia. Zauważyła niespokojne ruchy ludzi stojących na zewnątrz.

−     Stasieńku drogi, co się stało? Dlaczego goście są niespokojni?

−     Nic, nic, to ty jesteś podenerwowana.

−     Stasieńku drogi, to jest zły znak!

−     O jakim złym znaku ty mówisz, moja droga? − zapytał pobłażliwie Stanisław przekonany, że nad Zofią znów brały górę emocje.

Doszli do wyjścia, stanęli w drzwiach, a zebrani gremialnie zaczęli wiwatować.

−     Niech żyje młoda para! Sto lat! Sto lat!

Zofia triumfalnie rozejrzała się po obecnych. Znowu chwila szczęścia. To ona była dzisiaj bohaterką dnia; wszyscy to widzieli i wszyscy byli nią zachwyceni. Potrzebowała tego odczucia, a teraz doznawała go w pełni. Z rozmarzonym uśmiechem na twarzy i z lekko przymkniętymi oczami posuwała się w dół schodów.

Nagle przeszył ją ból, jakby jej całe ciało – głowę, tułów, ręce i nogi – nacinały drobne ostrza. Momentalnie otworzyła szeroko oczy. Z nieba leciały lodowe kuleczki, ostre na obrzeżach jak nóż.

−     Gradobicie! – zakrzyknęli ludzie i szukali w popłochu schronienia pod dachem.

Zosi nogi jakby wrosły w ziemię. Zmrożone kuleczki w zetknięciu z jej rozgrzanym ciałem szybko stawały się kroplami wody. W okamgnieniu z sukni ślubnej zrobiła się źle wyżęta ścierka, welon przywarł do twarzy, a tren moczył się w kałuży. Matka i nowo poślubiony mąż próbowali pociągnąć ją w stronę wystającego dachu. Nic z tego. Widziała, jak ludzie wokół niej biegali, usiłując się gdziekolwiek schronić. Zmagania matki i męża docierały do niej jak przez mgłę.

−     Do cholery, Zośka, rusz się w końcu z miejsca!

Silny klaps w siedzenie wyrwał ją z paraliżu, w mig oprzytomniała. Wyrwała się matce i Stasiowi i pobiegła się schronić przed niemiłosiernie bijącym gradem. Goście weselni wybuchli śmiechem.

−     Janeczko, jak ty możesz się tak zachowywać? Twoja siostra jest panną młodą i należy jej okazać szacunek − zganiła dziewczynę matka.

Zofia spojrzała z urazą na starszą siostrę.

−     Janeczka jest zazdrosna, że to ja pierwsza przed nią wychodzę za mąż i dlatego chce mnie skompromitować − rzuciła ze złością świeżo upieczona panna młoda.

−     Zazdrosna? O tego poznaniaka? – Janeczka wydęła teatralnie usta. – Chyba żartujesz? On jest nudny i poza tym za mały dla mnie. Przy nim nie mogłabym nosić butów na obcasach.

−     Mamo… – zaczęła płaczliwie Zofia.

−     Moje panny, zapomniałyście, gdzie jesteście? Proszę natychmiast zakończyć tę okropną rozmowę – zarządziła stłumionym głosem Maria Podraza, rozglądając się, czy nikt ich nie usłyszał.

−     Mamo, to niech Janeczka mnie przeprosi – Zosia nie dawała za wygraną.

−     No dobrze – Janina polubownie pogłaskała siostrę po plecach, ale Zofii to nie wystarczyło i demonstracyjnie się odsunęła.

Staś, nieświadomy kłótni między siostrami, wyrósł niczym spod ziemi i opiekuńczo obejmując przemokniętą Zofię, poprowadził ją do czekającej dorożki. Całą drogę powrotną Zosia roztrzęsiona rozmyślała nad tym, co oznacza ten grad, jej kompromitacja i scysja z Janeczką. Czy wpłynie to na jej małżeństwo?

−     Stasieńku drogi, czy ty mnie jeszcze kochasz? – zapytała pełna zwątpienia.

−     Ależ naturalnie, co ci przychodzi do głowy?

−     Bo ja nie wiem, czy z tym gradem to dla nas dobra wróżba. – Z rozmysłem przemilczała spięcie z siostrą.

−     Moja droga, jesteś za bardzo przesądna. Normalne zjawisko atmosferyczne nie może mieć żadnego wpływu na nasze uczucia – rozumował racjonalnie Stanisław.

−     Och, mój kochany, jak się cieszę, że mam ciebie. Cóż ja bym sama w życiu robiła?

Po północy państwo młodzi opuścili dom weselny. Kiedy Staś zabrał młodą żonę do ich wspólnego mieszkania, Zosia ponownie poczuła triumf nad Janiną i koleżankami panienkami. To ona została wybrana, to dla niej Staś przygotował nowe mieszkanie na Miodowej. Czuła się jak księżniczka. Rozpierała ją duma, że Staś, bogaty ziemianin na solidnej posadzie ministerialnej, ją poślubił. W myślach widziała już siebie jako panią ministrową, przyjmującą znamienitych gości.

Te piękne myśli o przyszłości miały jednak małą skazę – pożycie małżeńskie. Matka mówiła jej, że jest to obowiązek żony i należy się temu poddać bez oporu, ale z drugiej strony nie pozwalać mężowi na grzeszne praktyki. Zosia przestraszona stwierdziła wtedy, że nie wie, o jakie praktyki chodzi, lecz matka uspokoiła ją i zapewniła, że instynktownie je wyczuje. Przypomniała sobie też, że któregoś razu koleżanka Janeczki opowiadała, że jak istnieje namiętność między mężczyzną i kobietą, to seks jest wtedy przyjemny. Trudno było jej to zrozumieć, bo przecież kochała Stasia, ale myśl o nocy poślubnej nie budziła w niej miłych uczuć, lecz obawę. Tłumaczyła sobie, że z tą namiętnością to pewnie chodziło o taki zakazany związek, kiedy para żyje ze sobą bez ślubu, a to nie pasuje do jej sytuacji. Zosia była coraz bardziej spięta. Wciąż miała w głowie słowa matki, że pierwszy raz może boleć, i jej słabe pocieszenie, że potem to można się przyzwyczaić. Najważniejsze było – i to zapamiętała Zofia najlepiej − żeby możliwie szybko zajść w ciążę. Jak kobieta jest w ciąży, to nie musi mieć kontaktu cielesnego z mężem.

Staś, leżąc na łóżku, czekał cierpliwie na świeżo poślubioną małżonkę. Zosia w końcu wyszła z łazienki. Miała na sobie ogromną koszulę nocną, skrzętnie zasłaniającej powaby jej młodego ciała. Robiła wrażenie klasztornej nowicjuszki krótko przed ślubami czystości. Ubawiło go to. Uśmiechnął się do niej. Natychmiast speszona spuściła wzrok. Stała przed nim z dłońmi złożonymi jak do modlitwy, nie wiedząc, co zrobić. Szukała gorączkowo w myślach wytłumaczenia dla jego zachowania. Była rozczarowana, że mąż w tak poważnej sytuacji po prostu się zaśmiał. Zaczęła szlochać i po chwili zalewała się łzami.

Młody mąż zerwał się z łóżka, żeby ją uspokoić. Robił sobie wyrzuty, że swoim ubawieniem pogłębił jej niepewność. Widział jej napięcie i chciał je rozładować. Chciał jej pomóc, nie zawstydzić. Przytulił ją do siebie i powtarzał: „Dobrze już, dobrze”, jak ojciec wystraszonemu dziecku obudzonemu przez zły sen. Tak długo ją głaskał aż umilkła i zasnęła.

Ocknęła się nad ranem. Obudził ją chłód i stwierdziła, że jest naga. Obok niej leżał Staś, nie spał. W odruchu naciągnęła kołdrę na siebie.

−     Zosieńko, nie zakrywaj swojego pięknego ciała. Chcę na nie patrzeć. − Zaczął całować jej piersi. Zofia leżała napięta jak struna. Odczuwała wprawdzie coś przyjemnego, lecz do tej pory nieznanego, nie wiedziała, jak ma reagować. Czy wypada pokazać, że się jej to podoba? Staś położył się na nią i wsunął rękę między jej uda. Próbował ją otworzyć. Zdrętwiała. Teraz miał nastąpić ten moment.

−     Zosiu, nie napinaj tak ciała. Rozluźnij się, to będzie przyjemniej. Oddychaj głęboko i pomyśl o czymś, co lubisz. − Przez chwilę Staś walczył z oporem jej ciała. W końcu udało mu się w nią wejść. Wydała z siebie zduszony okrzyk, jakby się ukłuła. Dalsze jego ruchy wprawiły ją w stan jakiegoś dziwnego transu. Po chwili młody mąż też wydał z siebie okrzyk, odsunął się od niej, opadł na plecy i bez słowa zasnął. Ona zaś pełna nieznanej euforii nieśmiało pogłaskała męża. Chwilę jeszcze czekała, aż rozedrgane zmysły się uspokoją i wreszcie zasnęła.

Noc poślubna określiła charakter pożycia małżeńskiego Recków, przebiegającego każdorazowo według tego samego rytuału. Stanisław najpierw starał się rozluźnić napięcie małżonki. Zofia celowo błędnie interpretowała zamiary męża i reagowała płaczem, by potem przyzwolić mu na spełnienie aktu. Wyczuwała, że jej płacz odbierał Stasiowi ochotę na seks. Była dumna z siebie, że udało się jej do tego doprowadzić, że ich niezbyt częste pożycie odbywało się bez „grzesznych praktyk” i bez namiętności, bo namiętność – jak Zofia zapamiętała − była zachowana tylko dla zakazanych związków.

Janina

Odcinek 6 – Choinka z ciastek i grzybów

Boże Narodzenie, choinka i ozdoby choinkowe AI.

Co w tym odcinku:

Magdalena, córka Zofii, dorasta w domu pełnym zasad, gdzie matka rządzi twardą ręką, a ojciec pozostaje w cieniu. Magdalena odkryje, że nie każda dorosła jest taka sama — a ciotka Janina może być kimś więcej niż tylko krewną.

Magdalena przyszła na świat jako pierwsze dziecko Zofii i Stanisława w czerwcu tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku. Niecałe dwa lata później urodził się jej brat, Romuald. Od kiedy pamiętała, zawsze mieszkali na Miodowej, ojciec był ważnym urzędnikiem w Ministerstwie Rolnictwa, a domem niepodzielnie rządziła matka. Magdalena od początku znała swoje miejsce i możliwości w rodzinnej konstelacji. Wiedziała, że matka nie pozwoli jej przymierzać butów na obcasach, że welonu ślubnego nie można używać jako nakrycia głowy dla księżniczki. Przekonała się też, że ojca nie było sensu o cokolwiek pytać, bo i tak od razu odsyłał ją do matki. Było pewne, że w wypucowanym na glans mieszkaniu nie wolno się bawić z Romkiem w chowanego, żeby nie strącić jakiegoś wazonu albo nie pobrudzić butami perskiego dywanu. Ogólnie rzecz biorąc, zabawy z bratem nie były ulubionym zajęciem Magdaleny. Romek zajmował się tylko autami i klockami. Rzadko dawał się namówić na zabawy w króla i królową, choć czasami udawało się jej zrobić z niego króla. Jego rola nie była trudna, musiał prowadzić Magdalenę po pokoju jak po sali balowej. Denerwowało go, że siostra zmusza go do ubierania krępującej ruchy dziadkowej bonżurki sięgającej mu do kostek, i do tego malowała mu węglem wąsy. Magdalena twierdziła uparcie, że bez bonżurki i wąsów nie wygląda na króla i zabawa się nie liczy. Sama w papierowej koronie i w maminej żorżetowej sukience, prowadzona przez króla, pozdrawiała wyniosłym skinięciem głowy wyimaginowanych poddanych. Za tę torturę w bonżurce Romek wymagał od siostry wspólnego budowania wieży z klocków. Najczęściej kończyło się to awanturą, bo Magdalena niezainteresowana zabawą nieopatrznie przewracała budowlę.

Magdalenę łączyła z Romkiem solidarność wynikająca z konieczności stosowania się do tej samej zasady domowej, którą znali na pamięć. Trzeba się słuchać, w przeciwnym razie groziło postawienie do ciemnego kąta w przedpokoju.

Inaczej było z ciotką Janiną. Ona pozwalała bez problemu na bieganie po mieszkaniu w za dużych butach na obcasach i to właśnie sukienki ciotki były najlepszymi królewskimi kreacjami. Magda mogła jej też opowiedzieć o swoich złych snach. Ciotka zawsze przytuliła i pocieszyła, nie strofując, że złe sny to kara boska za to, że była niegrzeczna albo zjadła za dużo słodyczy. Ciotka po prostu pozwalała na każde szaleństwo.

Magdalena jako dziecko uwielbiała spotkania rodzinne, zwłaszcza kiedy pojawiała się na nich też ciotka Janina. Nie było wtedy nudnych rozmów dorosłych, wszyscy się śmiali, a dzieci mogły robić, co chciały. Zapamiętała pełne temperamentu rozmowy ciotki Janiny i wujka Zenona, brata ojca. Najczęściej nie rozumiała, o czym mówili, ale zawsze była lekko przestraszona, bo myślała, że się kłócą. Kiedyś babcia Marysia zauważyła jej bojaźń i uspokoiła, mówiąc, że ciotka Janina i wujek Zenon potrzebują tego, bo kto się lubi, ten się czubi.

Największym wydarzeniem roku były dla Magdaleny święta Bożego Narodzenia, gdy cała rodzina zbierała się u dziadków Podrazów w Miłosnej. Dwa, trzy dni przed Wigilią rozpoczynało się wielkie gotowanie. Mama, babcia i ciotki razem z kucharką gotowały i piekły bez ustanku. Najbardziej lubiła towarzyszyć przy wyrabianiu ciast i mas do tortów, bo przecież zawsze można było wylizać z misy resztki jakiegoś słodkiego specjału, naturalnie w tajemnicy przed mamą.

Zimą u dziadków na wsi wielką atrakcją był śnieg i dzieci z innych domów. Na zabawy na śniegu Magdalena i Romek zawsze mieli ochotę. Wtedy trzymali się razem: on nie musiał być królem, ona nie musiała budować wieży. Bez ograniczeń mogli biegać po okolicy, bez narażania odświętnych ubrań na zniszczenie, nie musieli nikogo pytać o pozwolenie na to czy tamto, tutaj bez kontroli dorosłych kłócili się i bili z innymi dziećmi.

Co roku przy okazji świąt wybuchał ten sam konflikt – kto ma ubierać choinkę. Dzieci miały swojego faworyta i była nim ciotka Janina. Ubieranie choinki z mamą albo z dziadkiem było zmarnowaną uciechą – oboje traktowali dekorowanie drzewka jak kolejne rutynowe zadanie w przygotowaniach świątecznych. Z ciotką Janiną było inaczej. Przy wieszaniu bombek snuła różne opowieści, a Magdalena i Romek z wypiekami na twarzach słuchali tego, że to wieszanie ozdób i płodów ziemi nie jest czynnością bez znaczenia: jabłka, orzechy, suszone owoce i ciastka są tym, co urodziła ziemia w tym roku. Babcia ususzyła owoce. Ciastka mamy zostały upieczone z mąki, a mąkę otrzymuje się z zebranych zbóż. Taka choinka stała przed żłóbkiem dzieciątka Jezus. Pasterze powiesili na choince dary ziemi, żeby Maria i Józef mieli co jeść.

−     To znaczy, że ciastka na choince są do jedzenia? – zapytała chytrze Magdalena.

Ciotka Janina przejrzała zamiar siostrzenicy: − Tak. Ale nie od razu. Najwcześniej w pierwszy dzień świąt.

Magdalena słyszała, jak mama strofowała ciotkę.

−     Janeczko, nie opowiadaj dzieciom takich rzeczy. Napychają się tymi ciastkami i nie chcą nic innego jeść. Poza tym z dzieciątkiem Jezus i choinką to też nie jest prawda.

Kiedy następnego roku ciotka Janina zapowiedziała, że na choince zostaną powieszone suszone grzyby zamiast ciastek, Magdalena i Romek stanowczo zaprotestowali.

−     Ależ, ciociu! – oburzała się dziewczynka. – Suszone grzyby są nie do jedzenia.

−     Jak to nie do jedzenia!? Są przecież w zupie grzybowej, pierogach – z uśmiechem argumentowała ciotka.

−     No tak, ale ugotowane. Jak Maria i Józef mogliby gotować w stajence? Suszone grzyby się nie liczą. Potrzebne są ciastka − dowodziła zapalczywie Madzia.

Ciotka Janina przyznała jej rację i upiekła ciastka. Już w pierwszy dzień świąt nie zostało po nich nawet śladu.

We wspomnieniach kolacja wigilijna pozostała dla Magdaleny wydarzeniem, na które warto było czekać cały rok. Zaczynało się od nakrywania do stołu. Zawsze nakrywano o jedno nakrycie więcej niż wynosiła liczba biesiadników, żeby być gotowym na przyjęcie niezapowiedzianego gościa. W Wigilię nie można było zostawić człowieka w potrzebie bez pomocy. Dwanaście postnych potraw. Tu ścierały się różne opinie: babcia Antonina, matka ojca, mówiła, że dwanaście potraw symbolizuje dwanaście miesięcy roku i za każdy przeżyty miesiąc trzeba zjeść jedną potrawę. Babcia Maria, ze strony mamy, twierdziła natomiast, że dwanaście potraw symbolizuje dwunastu apostołów, a każdą z dwunastu potraw trzeba zjeść za powodzenie kolejnego apostoła. Przy podawaniu także obowiązywał ustalony porządek. Dziadek, najstarszy męski członek rodziny, był obsługiwany pierwszy. Obydwie babcie się zgadzały, że po kolacji należy szukać prezentów pod choinką, i że prezenty są od dzieciątka Jezus. Wtedy też wszyscy zasiadali przy choince i śpiewali kolędy. Potem dzieci szły spać, a dorośli udawali się do kościoła na pasterkę. Dalsze dni świąteczne upływały na odwiedzinach, przyjęciach i objadaniu się różnymi smakołykami.

Magdalena szczególnie lubiła te święta. Wtedy najbardziej czuła bliskość rodziny i instynktownie rozumiała, że jest jej członkiem, że ona gwarantuje jej bezpieczeństwo, że tutaj może się schować przed każdą zawieruchą. Wyczuwała, że należy przestrzegać reguł panujących w rodzinie, żeby nie stracić jej poparcia.

Ciotka Janina, matka chrzestna, zajmowała specjalne miejsce w jej życiu. Magdalena chętnie spędzała z nią czas. Ciotka nie była tak rygorystyczna jak rodzice. Mała nie musiała ciągle słuchać bajek o ptaszkach i dobrych dziewczynkach. Ciotka pozwalała jej oglądać kolorowe magazyny z modą dla dorosłych, pokazywała jej książki o dalekich krajach, piękne rysunki oraz zdjęcia nieznanych i egzotycznych krajobrazów. Magda mogła ją o wszystko pytać i powierzać swoje dziecięce problemy bez obawy, że zostanie źle zrozumiana albo skarcona. Największym wydarzeniem było, kiedy ciotka zabierała ją do kawiarni. Tutaj Magda musiała być tak grzeczna jak w domu, gdy chciała coś wziąć ze stołu, musiała o to poprosić. Ciotka Janina mówiła, że to konieczne, gdy się jest dzieckiem w kawiarni. Chrześnica była gotowa przestrzegać każdej sztywnej reguły, byle tylko razem z nią być w świecie dorosłych. Najbardziej interesujące były spotkania ciotki z koleżankami. Ich rozmowy były czasami głośne i żywiołowe, a czasami ciche, przekazywane prawie szeptem. Nie rozumiała wszystkiego, zauważyła jednak, że szeptane rozmowy są o jakimś mężczyźnie.

−     Ciociu, czasami to ja nie rozumiem, o czym wy rozmawiacie – zagadnęła kiedyś ciotkę.

−     Ach, Magduniu, to są sprawy dorosłych, których ty nie zrozumiesz.

−     Ale ty mówiłaś, że każdą rzecz można wytłumaczyć.

−     Ale nie uczucia. Uczucia ludzi dorosłych są niemożliwe do wytłumaczenia.

−     To chodzi o tego pana, o którym rozmawiacie? Prawda?

−     Tak, Magduniu – ciotka była wyraźnie przestraszona. − Przyrzeknij mi, że nikomu o tym nie powiesz. W domu ani nigdzie. To będzie nasza tajemnica. Dobrze?

−     Tak, przysięgam. Nikomu nic nie powiem – przytaknęła bardziej przestraszona niż ciotka.

Nagle spotkania z ciotką Janiną, która wymawiała się brakiem czasu, stały się rzadsze.

Pewnego dnia przy obiedzie Romek grymasił. Służąca próbowała namówić chłopca na nietknięte warzywa, a rodzice, nie zwracając na to uwagi, rozmawiali ze sobą. Magdalena, niemrawo grzebiąc widelcem w talerzu, wychwyciła, że wymówili imię ciotki i jakiegoś mężczyzny. Struchlała. Przecież nic nie powiedziała. Skąd oni to wiedzą? Ciotka pomyśli, że to ona zdradziła tajemnicę.

−     Mamusiu, kiedy przyjdzie do nas ciocia Janeczka? – zapytała.

−     Nie wiem, Magdusiu, kochaneczko. Nie przerywaj, jak dorośli rozmawiają.

−     Czy ciocia Janeczka jest chora? – dziewczynka drążyła badawczo dalej.

−     Dziecko drogie, skąd ci to przyszło do głowy? − zainteresowała się matka.

−     Bo mamusia tak dziwnie rozmawia o cioci.

Matka spojrzała z zaciekawieniem na córkę. Przez chwilę milczała i w końcu odparła:

−     Tak, kochaneczko, ciocia jest w dziwnym stanie. To jest jak choroba.

Odcinek 7 – Madame Menieure i fioletowe pola

Jedwabne Nici. Dziewczynka w szkole z nauczycielką, a w tle pole lawendy AI.

Co w tym odcinku:

Do domu Recków wkracza Madame Menieure — francuska guwernantka, która ma ukształtować dzieci na obywateli świata. Czy Francja naprawdę jest lepsza od Polski? Emocje dorosłych są głośne i dramatyczne. A decyzja matki, żeby zorganizować przyjęcie, brzmi jak początek planu, który ma zmienić losy rodziny.

Jak dzieci tylko trochę podrosły, w domu pojawiła się madame, francuska guwernantka. Zofia Reck mawiała, że póki rodzina ma pieniądze, to ona będzie pilnowała, żeby jej dzieci odebrały solidne wychowanie. Uważała, że do dobrego tonu należy, żeby dzieci wychowywać w duchu kulturalnym, cokolwiek to znaczyło, i umożliwić im kontakt z wysoką kulturą światową. W jej oczach Francja jej język i kultura były największym osiągnięciem cywilizacji europejskiej. Kontakt z tą kulturą miał uczynić z jej dzieci ludzi obytych, bez problemu poruszających się na parkiecie świata, miał je wyzwolić z polskiego prowincjonalizmu, którym Zofia szczerze pogardzała, choć zapytana, czym właściwie jest, również nie potrafiłaby odpowiedzieć.

Madame Menieure przypadło chwalebne zadanie uformowania dwojga polskich dzikusów na światowców. Madame była kobietą niezamężną, lekko po czterdziestce. Wysoka, chuda, o pociągłej twarzy, zawsze z tym samym małym kokiem, sprawiała wrażenie osoby surowej. Jej dystyngowana garderoba podkreślała to wrażenie. Jeżeli komuś jednak udało się nawiązać rozmowę z Madame, co było niełatwe i rzadkie, musiał stwierdzić, że była to osoba z wyrafinowanym poczuciem humoru­ i niepozbawiona wdzięku. Te cechy podobały się szczególnie Zofii Reck, która uważała madame za wcielenie francuskiej elegancji: powściągliwość, za którą ukryty był spory ładunek uczuć, humoru, galanterii i kokieterii. Nawet nudne popielate kostiumiki i sweterki Madame były dla Zofii przejawem dobrego stylu.

Tak jak Madame wzbudzała pozytywne odczucia u większości kobiet, tak była z niechęcią odbierana przez mężczyzn. Stanisław Reck nie przepadał za nią. W dyskusji z żoną na pytanie o powody jego niechęci do guwernantki padała ciągle ta sama, dość mglista, ale bulwersująca Zofię odpowiedź, że Madame to typ kobiety-wampira żywiącego się krwią mężczyzn. Na pytanie, dlaczego pozwala jej w takim razie zajmować się dziećmi, odpowiadał, że jej wampiryzm nie dotyczy dzieci. Zofia nic z tego nie rozumiała, ale wolała dalej nie drążyć, żeby nie wejść na teren dyskusji o namiętnościach i zakazanych związkach.

Magdalena lubiła Madame Menieure. Lekcje francuskiego były co prawda nudne, lecz kiedy Madame zaczynała opowiadać o literaturze, o jej bohaterach, o pięknych krajobrazach i sztuce, rekompensowała tym nudę gramatyki francuskiej. Te opowieści przenosiły ją w krainę marzeń.

Pewnego razu Madame pokazywała w książce obrazy Moneta i van Gogha. Były to skromne kolorowe reprodukcje. Bujne ogrody Moneta, stawy z liliami wodnymi. Fioletowe i żółte pola Prowansji namalowane przez van Gogha. Magdalena była jak w transie.

−     Madame, czy te obrazy ukazują prawdziwe miejsca?

−     Tak, tak. Dlaczego pytasz, ma chère?

−     No bo te kolory… Nie widziałam u nas takich kolorów w ogrodzie u babci. I w ogóle nigdzie.

−     Tak widzieli te krajobrazy Monet i van Gogh.

−     Ale czy one są prawdziwe?

−     Ależ oczywiście, ma chère!

Magdalena zamyśliła się.

−     U nas nie ma takich kolorów. Jest zielono w lecie, a potem w zimie jest szaro.

−     Ależ, Madeleine – zaoponowała Francuzka – takiej świeżej zieleni jak tutaj w lasach nie zobaczysz u nas. U nas jest wszystko prawie spalone słońcem. Takie piękne złote łany zboża uginające się pod podmuchem wiatru, to też tylko w Polsce.

−     Ale fioletowych pól się u nas nie znajdzie – upierała się Magdalena.

−     Tak, to prawda. Te fioletowe pola to lawenda.

−     Lawenda? Czy to jest to samo, co mama i babcia wkładają do szaf przeciwko molom?

−     Tak, to jest to samo.

−     Ale przecież to śmierdzi, a nie pachnie.

−     W Prowansji pola lawendy pachną. Ten zapach ma w sobie coś odświeżającego, coś rozjaśniającego. Nie potrafię sobie wyobrazić Prowansji bez lawendy.

−     Madame, Prowansja musi być naprawdę piękna – westchnęła dziewczynka.

−     Tak, ma chère, znakomicie to czujesz. Pochodzę z Paryża, ale uważam, że Prowansja jest najpiękniejszą częścią Francji, nawet najpiękniejszą częścią świata.

−     Jest ładniejsza od Warszawy?

−     Ach, nie da się ich porównać. Prowansja to łagodne pagórki pokryte lasami, intensywne zapachy, lawendy i innych ziół, winnice na każdym kroku. No i klimat. Jest znacznie cieplej niż w Paryżu i cieplej niż w Warszawie. W Prowansji nie ma takiej zimy jak w Polsce.

−     Jak to? To tam nie ma śniegu?

−     Bardzo rzadko i tylko w górach. W grudniu, na Boże Narodzenie, zamiast śniegu pada najczęściej deszcz.

−     Mimo wszystko podoba mi się Prowansja – stwierdziła na zakończenie Magdalena.

−     Jak będziesz duża, to musisz koniecznie się tam wybrać. Nie tylko do Prowansji. Musisz pojechać do Francji, do Paryża. Paryż jest stolicą świata. Tam jest wieża Eiffla, Pola Elizejskie, katedra Notre-Dame, Sekwana. Tam są największe domy mody, najwspanialsze muzea, najlepsze restauracje, najbardziej eleganccy ludzie. Kobiety noszą takie piękne suknie i kapelusze – wyliczała rozmarzona Madame.

−     To Paryż jest też ładniejszy od Warszawy – padło rozczarowane stwierdzenie.

−     Madeleine, ma chère, Paryż jest nie tylko ładniejszy od Warszawy. Paryż jest najpiękniejszym miastem na świecie.

−     Madame, dlaczego to tak jest, że Paryż i Prowansja są o wiele piękniejsze od Polski? Przecież sama Madame powiedziała, że u nas też może być pięknie.

−     W Polsce bywa pięknie. We Francji pięknie jest zawsze.

−     Nie rozumiem.

−     Polska nie ma tak wielkiej przeszłości i kultury jak Francja. Tylko niewielka część polskiej kultury jest interesująca dla świata. We Francji wszystko ma od razu wymiar światowy.

−     To Francja jest lepsza od Polski?

−     Tak, ma chère. To jest niepodważalny fakt.

Magdalena, odrabiając lekcje z francuskiego, zastanawiała się nad tym, co to znaczy, że „Francja jest lepsza od Polski”. Sama to powiedziała, ale tak naprawdę to nie rozumiała tego. Chętnie oglądała albumy pokazujące inne kraje, ale czy były one lepsze niż jej ojczyzna? I niby w czym? Czy da się to w ogóle jakoś zmierzyć? „Chyba tak – rozważała. – Ale trzeba by było tam pojechać i zobaczyć te kraje. Może zapytać o to Madame Menieure? Nie, lepiej nie, bo ona na pewno opowie o tym mamie”. Magda głęboko westchnęła, żałując, że ciocia Janeczka się nie pokazuje, bo ona z pewnością znałaby odpowiedź.

Na codziennym spacerze po Ogrodzie Saskim dzieci jak zwykle biegały po trawnikach i robiły, co chciały. Madame Meunieure zajęta lekturą powieści Stendhala zwracała na nie tylko powierzchowną uwagę. Naraz odłożyła książkę i utkwiła spojrzenie gdzieś w przestrzeni. Nie wiadomo skąd pojawił się mężczyzna, podszedł do niej, pocałował ją na powitanie w rękę i od razu rozpoczął rozmowę. Sprawiali wrażenie, że dobrze się znają. Magdalena podeszła bliżej, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają, niestety, mówili po francusku. Mimo intensywnych lekcji gramatyki nie mogła ich zrozumieć. Tylko pojedyncze słowa: „dziękuję”, „nie chcę”, „list”. Mężczyzna wyjął z kieszeni kopertę, a Madame skwapliwie schowała ją do torebki. Zamienili jeszcze tylko kilka słów i nieznajomy się oddalił. Madame wróciła do powieści, a dzieci dalej biegały po parku. Nagle zaczął padać deszcz. Magdalena i Romuald natychmiast przybiegli do guwernantki. Byli nauczeni, że kiedy pada deszcz, należy od razu udać się gdzieś pod dach, żeby nie przemoczyć ubrania i się nie przeziębić. Posłusznie przycupnęli na ławce w oczekiwaniu, że lada chwila dostaną swoje parasolki i ruszą do domu. Madame wręczyła im je, lecz nie wydała polecenia powrotu.

−     Nie idziemy do domu? – zapytał zdziwiony chłopczyk.

−     Nie pada przecież zbyt mocno – bagatelizowała guwernantka. – Myślę, że zaraz przejdzie. Poczekamy chwilę. Możecie jeszcze się pobawić.

Rodzeństwo spojrzało po sobie. To było coś nowego. Ruszyli z parasolkami do szaleńczej gonitwy po trawnikach. Biegali po alejkach, wskakiwali w tworzące się kałuże, rozpryskując wodę na wszystkie strony. Taka okazja do szaleństwa zdarzała się rzadko. Trzeba było ją wykorzystać. Madame niewzruszenie siedziała na ławce, trzymała parasolkę i zdawała się pogrążona w lekturze.

Przy wejściu do parku od strony Krakowskiego Przedmieścia pojawiła się ciotka Janeczka. Dzieci podbiegły do niej w radosnych podskokach.

−     Ach, ciociu. Co ciocia tutaj robi? Dlaczego ciocia do nas nie przychodzi? – wykrzykiwali jedno przez drugie.

−     Gdzie jest Madame? – zapytała chłodno ciotka, machinalnie odwzajemniając uściski.

Zaprowadzili ją do guwernantki, kobiety przywitały się zdawkowo. Dzieci stały w oczekiwaniu, że usłyszą dalszą rozmowę.

−     No, cóż to? Nie macie więcej ochoty na zabawy?

−     Ale przecież pada deszcz… – rozpoczęła Magdalena.

−     Jaki deszcz? Przecież trochę tylko kropi. Idźcie się jeszcze pobawić – nakazała Madame.

−     Ciociu… – dziewczynka próbowała znaleźć wsparcie u ciotki Janeczki, łapiąc ją za rękę.

Ciotka uśmiechnęła się blado i uwolniła się z uchwytu.

−     Madeleine, ma chère, proszę iść się pobawić z bratem – rozkazała Francuzka.

Magdalena rozczarowana zachowaniem ciotki posłusznie oddaliła się z Romkiem, ale z daleka przyglądała się kobietom. Rozmawiały dość głośno, znowu po francusku, intensywnie gestykulując. Madame w końcu wyjęła kopertę z torebki i wręczyła ją ciotce Janeczce. Ta nerwowo ją otworzyła. Szybko przebiegła wzrokiem po linijkach tekstu. Po chwili, jakby wyrwana z transu, zerwała się z ławki i pożegnawszy Madame, oddaliła w stronę Krakowskiego Przedmieścia.

Wieczorem po kolacji rodzice z Madame przeszli do gabinetu. Kiedy Magdalena przekradała się z kuchni do swojego pokoju z zabronionym kawałkiem ciasta wyłudzonym od Stefanii, przez uchylone drzwi dobiegły ją fragmenty rozmowy. Matka ostrym, piskliwym głosem wypytywała o coś Francuzkę. Dziewczynka znała ten ton, znaczył on, że matka była zdenerwowana, a to nie wróżyło nic dobrego. Zaciekawiona nachyliła się w stronę drzwi, żeby lepiej śledzić rozmowę. Przysłuchiwała się chwilę i stwierdziła, że matka pytała o dzisiejsze spotkanie w parku.

Przestraszyła się. Czuła, że należało to do tajemnicy, która łączyła ją z ciotką Janeczką. Magdalena usłyszała Madame zapewniającą matkę, że spotkanie w parku było przypadkowe. Guwernantka nic nie wspomniała o obcym mężczyźnie i o liście.

Magdalena pojęła w lot, że Madame kłamie. Ale dlaczego? Czyżby też znała tajemnicę ciotki? Czy jest po jej stronie i nie mówi prawdy? W tej sytuacji jedno było pewne. Całą historię wygadał Romek, ten maluch, nic nierozumiejący ze spraw dorosłych – wnioskowała Magdalena. Uspokoiło ją trochę, że właściwie nic nie wyszło na jaw. Podsłuchując dalej, rozumiała, że matka nie jest zadowolona z tych niewiele mówiących informacji. Dziewczynka zlizywała beznamiętnie lukier z ciasta i chciała już pójść do swojego pokoju, kiedy dobiegł ją krzyk matki.

−     Stasieńku drogi, musimy ratować Janeczkę! To się źle skończy! – głos Zofii nabrał histerycznego tonu.

−     Ale z czego ty chcesz Janeczkę ratować? Przecież my nic konkretnego nie wiemy – odezwał się po raz pierwszy ojciec, jakby dotąd nieobecny przy rozmowie.

−     Czy ty uważasz, że mamy czekać aż ona przyjdzie do domu z nieślubną ciążą!? – matka nie dawała za wygraną. – Musimy coś zrobić, zanim będzie za późno. To jest nasz obowiązek!

W gabinecie zapadła cisza, jakby obecnym nagle przeszła ochota do rozmowy.

Magdalena przykleiła się plecami do ściany i nerwowo obgryzała ciasto. „Ciąża”, „nieślubna ciąża” – dudniło jej w uszach. Te słowa należały do zakazanych, matka nie pozwalała ich używać i zadawać na ich temat żadnych pytań. To znaczyło, że z ciocią Janeczką jest naprawdę źle. A może nie? Przecież ojciec powiedział, że nic nie wiadomo. Poczuła się bezsilna, po policzkach potoczyły się łzy.

−     Stasieńku drogi, czy ty nie masz jakichś nieżonatych kolegów w ministerstwie? Na przykład ten pan Juliusz Raszyński, którego poznaliśmy u Kossowskich… – usłyszała matkę po dłuższej chwili milczenia w gabinecie.

−     Zosieńko… − zaczął niepewnie Stanisław.

−     Wiem, co zrobimy – przerwała mu stanowczo żona. − Urządzimy przyjęcie na moje imieniny.

Odcinek 8 – Suknia, która zdradziła tajemnicę

Jedwabne nici - Suknia wisi w salonie AI.

Co w tym odcinku:

W samym sercu eleganckiej Warszawy, w salonie pełnym luster, aksamitów i zapachu kawy, rozgrywa się scena, która zmieni spojrzenie Zofii Reck na własną siostrę. Magdalena chłonie świat jak z bajki, Romek psoci, a tajemniczy pakunek ujawnia talent, o którym nikt nie miał pojęcia.

Radcowa Zofia Reck i Danielle Menieure weszły z dziećmi do pracowni krawieckiej przy Nowym Świecie. Magdalena z zachwytem przekroczyła próg krainy nie z tego świata. Wszędzie wisiały duże lustra w barokowych oprawach, ciężkie aksamitne firany w oknach przypominały kurtynę w teatrze. Nie było tu żyrandola. W narożnikach i przy lustrach stały lampy, których klosze z mlecznego szkła rozjaśniały otoczenie ciepłym światłem. W kilku miejscach stały stoliki, przy nich siedziały w fotelach kobiety i popijały kawę z malutkich filiżanek. Magdalena nigdy nie widziała tylu ładnych pań naraz. Tutaj były tylko królewny z bajki ubrane w piękne suknie i kapelusze.

Recepcjonistka powitała Zofię i Madame Menieure i zaproponowała kawę dla dorosłych, a czekoladę dla dzieci. Magda i Romek, przestępując z nogi na nogę, przyjęli propozycję kobiety.

Kiedy recepcjonistka oddaliła się, Zofia fuknęła na dzieci: − Kategorycznie proszę o spokój. Macie się ładnie zachowywać.

Magdalena była gotowa, podobnie jak w kawiarni z ciotką, znieść każdą niewygodę grzecznego zachowania, żeby tylko móc przebywać w tym salonie i patrzeć na to, co się dzieje. Siedziała jak zaczarowana na krześle i obserwowała kobiety wchodzące do salonu z jakiegoś pomieszczenia obok. Wszystkie zdawały się wykonywać te same ruchy. Podchodziły do luster i nagle się zatrzymywały. Oglądały swoje odbicie i zaczynały dyskusje z krawcowymi. Te coś podpinały, zszywały. Kobiety oglądały się znowu w lustrze, po czym znikały, żeby za kilka minut ponownie się pojawić w nowej sukni, którą krawcowa znowu podpinała i zszywała.

Przy stoliku pojawiła się madame Sobniewska, właścicielka salonu, która od razu przykuła uwagę Magdaleny. Była to kobieta raczej niskiego wzrostu, tak jak mama dziewczynki, o ładnej zadbanej twarzy. Nie, to nie sama twarz, lecz farbowane na blond włosy i wyrazisty makijaż zwracały uwagę. Do tego ubrana była w fiołkowy kostium ze śnieżnobiałymi mankietami i kołnierzem. Wyglądała jak kobiety w magazynach mody, które pokazywała jej ciotka Janeczka. Dziewczynka tak uporczywie wpatrywała się w Sobniewską, że matka lekko ją szturchnęła, dając znać, że zachowuje się niestosownie. Magda spuściła wzrok na niedopitą filiżankę czekolady.

−     Czym mogę paniom służyć?

−     Urządzam przyjęcie i chciałabym sprawić sobie i córce stosowną garderobę. Chętnie skorzystam z pani porady, madame Sobniewska. Cała elegancka Warszawa przecież to robi, nieprawdaż?

Na początek Sobniewska wniosła ciężkie żurnale ze zdjęciami sukien. Kobiety wertowały stronę po stronie, rozpatrując każdy szczegół. Dziewczynka najpierw siedziała na swoim miejscu i wyciągała szyję, próbując dojrzeć każde zdjęcie, chłonęła jak gąbka każdy szczegół. W końcu uznała, że nic nie widzi, zsunęła się z fotela i wepchnęła głowę między matkę i madame Menieure. Zajęte rozmową nie zauważyły jej zachowania. Brat, znudzony niekończącymi się dyskusjami, zainteresował się konstrukcją lampy stojącej. Kiedy matka wreszcie zdecydowała się na dwa fasony, Romek ożywił się, mając nadzieję, że to koniec pobytu w salonie, ale w tym momencie dwie pomocnice zaczęły wnosić bele z materiałami. Ciąg dalszy wizyty rozwinął się w stronę konwersacji o kolorach. Sobniewska zestawiała materiały o różnej barwie i fakturze, a Zofia i madame Menieure próbowały sobie wyobrazić, jak te pasowałyby do wybranych modeli. Cała operacja została niespodziewanie przerwana, gdyż nagle zgasło światło. To Romek dawał znać, że nie może więcej wytrzymać.

−     Romeczku kochany, proszę, odejdź od tej lampy. Nie widzisz, że przeszkadzasz nam swoim postępowaniem?

−     Mamusiu, ale ja się nudzę – tłumaczył się błagalnym głosem.

−     Popatrz na siostrzyczkę, jaka jest grzeczna – obracając się w stronę Magdaleny, zdumiona Zofia dostrzegła, że córka nie siedzi na fotelu, tylko stoi obok niej. Nie miała jednak w tej chwili czasu na dokładną analizę zachowania Magdaleny. Dodatkowa filiżanka czekolady zajęła chłopca na jakiś czas, a kobiety ponownie oddały się wyborowi stosownej tkaniny.

−     O, ciocia Janeczka! Ciociu, chodź do nas! – zaczął nagle wykrzykiwać chłopiec.

Zofia zaskoczona spojrzała na siostrę, która pojawiła się w salonie jak spod ziemi.

–     Janeczka, co ty tu robisz? – zapytała, uświadamiając sobie, że wybiera suknie na przyjęcie, na którym zamierza wyswatać siostrę, i że siostra jeszcze nic o tym przyjęciu nie wie.

Janina, z dużym pakunkiem pod pachą, także poczuła się jakby została przyłapana na gorącym uczynku.

–     Ja właśnie… – wybąkała.

–     Dobrze, że cię widzę, moja droga. – Zofia nadrabiała udawaną pewnością siebie. – Musisz koniecznie do nas przyjść. Będziesz tak łaskawa pojawić się jutro?

–     Jutro… Dobrze, przyjdę po południu – odpowiedziała krótko, ucieszona, że nie musi dłużej z nią rozmawiać.

Położyła pakunek na jednym ze stolików i spojrzała w stronę madame Sobniewskiej.

–     Zgłoszę się jeszcze w tej sprawie – znacząco wskazała wzrokiem na pakiet.

Sobniewska skinęła potakująco, a Janina pospiesznie opuściła pracownię.

–     Pani zna Janinę? – była ciekawa Sobniewska.

–     Tak, ona jest moją starszą siostrzyczką. Wie pani, trochę mi wstyd, że byłam nieuprzejma. Urządzam niewielkie przyjątko, prawdę mówiąc, dla Janeczki. To ma być niespodzianka. A jeszcze jej nie zaprosiłam. To jest dopiero gafa! Nieprawdaż?

–     Ależ, madame Reck, znam Janinę jako niezwykle miłą i wyrozumiałą osobę. I przy tym jest taka utalentowana. Właściwie, dziwi mnie, że mając taką siostrę, przychodzi pani do mnie.

Zofia zastrzygła uszami.

–     Serdecznie przepraszam, o czym pani mówi? – za wszelką cenę musiała się dowiedzieć, co Sobniewska ma na myśli.

Madame sięgnęła po pakunek i zręcznym ruchem zdjęła sznurek, ostrożnie wyciągając zawartość. W salonie rozległo się tęskne westchnienie klientek. Zofia zaniemówiła. Magdalena otworzyła buzię ze zdziwienia. Nawet Romek patrzył zainteresowany. Jedynie madame Menieure zdawała się nieporuszona. Sobniewska trzymała przed sobą suknię wieczorową, suknię-marzenie z połyskującego atłasu w kolorze kremowym z szafirowym paskiem. Klientki komentowały jedna przez drugą i z uznaniem kiwały głowami. Zofia Reck oddychała głęboko, łapiąc z trudem powietrze. Odciągnęła Sobniewską na stronę, uciskając ręką pierś, jakby miało jej to pomóc w oddychaniu.

–     Co Janeczka ma wspólnego z tą suknią? – dyszała. Nie sądzę, żeby ją było na nią stać. Czyżby ona zadłużyła się u pani?

–     Madame Reck, pani pozwoli, że wytłumaczę. To ja jestem dłużniczką panny Janiny.

–     Jak to? – Na twarzy Zofii zagościł wyraz najwyższego osłupienia.

–     Ona nie tylko jest moją najlepszą krawcową. Ta suknia to jej własny projekt. Janinie wystarczy, że popatrzy na klientkę, po czym tworzy takie kobiece marzenia jak ta suknia.

–     Ale Janeczka pracuje w banku! – wykrzyknęła, jakby ten fakt wyjaśniał wszystko.

–     Tak, wiem. Już wiele razy jej mówiłam, że może u mnie pracować jako projektantka i krawcowa. Z jakichś powodów nie chce zrezygnować z pracy w banku.

Zofia musiała jak najszybciej opuścić salon, żeby w spokoju przemyśleć to, co usłyszała, i podzielić się wrażeniami z guwernantką.

W drodze do domu dzieci zasypywały matkę i Francuzkę pytaniami.

–     Mamo, co to za sukienka? Czy ona należy do cioci Janeczki? Co to znaczy, że suknia to projekt cioci Janeczki?

–     Madame Menieure, co mam o tym myśleć? – wciąż zdyszanym głosem Zofia domagała się odpowiedzi.

–     Nie wiem, madame Zofia, jak należy to interpretować. Na pani miejscu nie robiłabym zamieszania. To w końcu nic złego, że mademoiselle Janina szyje piękne suknie.

–     Ale Janeczka nie jest krawcową! Jest panną z dobrego domu, o nowoczesnych poglądach, pracuje przecież w banku. – Zofia za nic nie mogła pogodzić tych dwóch zajęć. Próbowała wyobrazić sobie Janeczkę w obu rolach na raz, ale jej wyobraźnia sromotnie ją zawiodła. Poczuła, że jeszcze chwila, a zakręci jej się w głowie.

–     Widzi pani, madame, sama pani mówi, że siostra jest osobą o nowoczesnych poglądach. To pasuje jedno do drugiego – przekonywała madame Menieure.

–     No, ale co rodzice na to powiedzą? Na pewno nie mają o niczym pojęcia.

–     Nie muszą o tym nic wiedzieć.

–     Ależ, madame, nie mogę okłamywać rodziców.

–     Nie musi pani. Wystarczy nic nie mówić.

–     Dzieci na pewno wszystko wygadają – załamywała ręce Zofia.

Madame Menieure wydawała się ani trochę nie poruszona tym nowym kłopotem. Kto się przejmuje paplaniną dzieci?

–     A co mam powiedzieć mojemu kochanemu Stasieńkowi?

–     Prawdę.

–     Jak to? Nic nie rozumiem.

–     Niech madame potraktuje tę historię jako ciekawostkę. A tak w ogóle, to niech pani zaproponuje mężowi, żeby zaprosić madame Sobniewską z mężem na przyjęcie.

–     Stasieniek tego nie zaaprobuje!

–     Jeżeli będzie pani wystarczająco mocno argumentować, to monsieur Stanisław z pewnością się zgodzi.

–     Ale co to da?

–     Osiągnie pani, madame, to, czego pani oczekuje. Z niewygodnego faktu uczyni się normalną rzeczywistość.

–     Stasieniek się nie da na to złapać.

–     Zobaczymy. – Guwernantka jakby z lekkim uśmiechem popatrzyła na Zofię. – Będę panią wspierać. Musi pani tylko spokojnie rozmawiać.

Odcinek 9 – Przymiarka do skandalu

Kobieta w płaszczu wychodzi z pokoju AI.

Co w tym odcinku:

W świecie, gdzie suknie są symbolem statusu, a zaproszenia wyznacznikiem prestiżu, jedna kobieta odważa się szyć własne życie na nowo. Gdy rodzinne plany zderzają się z ambicją i niezależnością, nici pozorów zaczynają się pruć. Czy Janeczka zdoła utrzymać fason, gdy wszystko wokół niej zaczyna się rozchodzić?

Tego dnia rozmowa przy kolacji toczyła się na temat przygotowań do przyjęcia. Menu zostało ustalone, kelnerzy do obsługi zamówieni. Nawet zaproszenia były już rozesłane i właśnie nadchodziły pierwsze odpowiedzi. Juliusz Raszyński, przyjaciel męża, którego Zofia Reck zamierzała wyswatać z siostrą, potwierdził swoją obecność jako jeden z pierwszych.

–     Stasieńku drogi, czy ty coś wspomniałeś panu Juliuszowi Raszyńskiemu o naszym planie?

–     Zosieńko, głuptasku, jakże ty możesz coś takiego pomyśleć? Honor mężczyzny nie pozwoliłby mu przyjąć tego zaproszenia. I tak mam wyrzuty sumienia, ale wierzę w twoją dyskrecję – Staś demonstracyjnie wsadził głowę w gazetę, chcąc w ten sposób zakończyć nudną dyskusję o przygotowaniach do przyjęcia.

–     Ale on pierwszy odpowiedział na zaproszenie. To jest widoczny znak – kontynuowała Zofia niezrażona nieuprzejmym gestem męża.

Stanisław Reck wzniósł oczy do nieba zza gazety.

–     Byłyśmy dzisiaj z naszymi milusińskimi w salonie krawieckim madame Sobniewskiej. Sprawiam sobie stosowne suknie. Nie chcę, żebyś, Stasieńku, musiał się za mnie wstydzić – ciągnęła.

–     Tak… Sobniewska mówisz? – Reck na chwilę odłożył gazetę. – Czy jej mąż to Władysław Sobniewski?

–     Eee… Nie wiem. Dlaczego pytasz? – Zofia wyczuła zaciekawienie męża i wiedziała, że teraz się rozstrzygnie, czy uda się jej zaprosić Sobniewską.

–     Kolega z Ministerstwa Handlu opowiadał mi o niejakim Władysławie Sobniewskim… To jest interesująca postać. Dostał pozwolenie na import bardzo szerokiego asortymentu towarów. Podobno robi znakomite interesy. Jest znany w dobrym towarzystwie – stwierdził z uznaniem. Złożył powoli gazetę i położył na komodzie. Nagle spodobała mu się myśl, że mógłby prywatnie poznać Sobniewskiego i zaimponować kolegom w ministerstwie. – Myślisz, że to mąż twojej krawcowej? – niedowierzająco zwrócił się do żony.

–     Stasieńku drogi, madame Sobniewska to nie jest pierwsza lepsza krawcowa – tłumaczyła z przejęciem Zofia. – Ona prowadzi najmodniejszy salonik krawiecki w mieście. U niej spotykają się panie z najlepszych kręgów Warszawy.

–     Zosieńko, nie znam się na sukniach, ale żona z takim salonem, hm… to by pasowało do Sobniewskiego. Chociaż przy jego pozycji żona nie powinna pracować.

–     Ależ monsieur Reck! – wtrąciła się madame Menieure. – To są nowocześni ludzie.

–     Czy to znaczy, że my jesteśmy nienowocześni? – naskoczył na nią Reck gotowy do werbalnej potyczki.

–     Nie, nie, monsieur, nie to chciałam powiedzieć. Myślę tylko, że…

Zofia przerwała zaostrzającą się wymianę poglądów, czując, że rozmowa nie idzie w dobrym kierunku.

–     Stasieńku drogi – wróciła do tematu Sobniewskich – czy w takim razie nie uważasz, że moglibyśmy ich zaprosić? Dodaliby splendoru towarzystwu. Już słyszę, co ludzie by gadali na mieście…

–     Dobrze, zaproś madame Sobniewską z mężem – wpadł jej w słowo. – Zobaczymy, kto z nią przyjdzie. Jeżeli ci się uda i przyjdzie Sobniewski, to obiecuję, że możesz zamówić następne suknie u tej krawcowej.

–     Dziękuję ci, Stasieńku. Jesteś kochany. A wiesz, kogo spotkałam dzisiaj u madame Sobniewskiej? Naszą Janeczkę!

–     Janeczkę? Co ona tam robiła? Przecież z jej pensją urzędniczki nie może sobie pozwolić na taką krawcową.

–     No właśnie, też tak pomyślałam. Bałam się nawet, że może popadła w długi u madame Sobniewskiej, ale ta z zachwytem wyrażała się o Janeczce.

–     O Janeczce? – Staś robił wrażenie, jakby się przesłyszał.

–     Janeczka ma podobno talent do szycia.

–     Nie wiem, czy teściowie byliby zadowoleni z tego, że ich córka jest dobrą krawcową. To pomniejsza jej szansę na znalezienie dobrej partii. A Juliusz Raszyński? Chyba nie sądzisz, że urzędnik ministerialny z arystokratycznym pochodzeniem szuka żony krawcowej? – stwierdził chłodnym tonem nieznoszącym sprzeciwu. Irytowało go, że Janeczka swoim niestosownym zachowaniem znowu powoduje zamieszanie w rodzinie.

–     Janeczka podobno potrafi wszystko sama wymyślić, znaczy zaprojektować, a potem jeszcze uszyć – Zofia próbowała tłumaczyć siostrę.

–     Czy to jest coś szczególnego? – jego chłodny ton przeszedł w zniecierpliwienie. Spojrzał w stronę gazety, rozważając w myślach, jak uwolnić się od tej rozmowy.

–     Madame Sobniewska pokazała mi suknię, którą Janeczka zaprojektowała i uszyła. Była taka sama jak te z francuskich magazynów mody.

–     Moja droga, nie znam się na szyciu. Potraktujmy tę historię jako nieszkodliwą fanaberię. Pomów na ten temat z Janeczką i proszę cię, żebyśmy więcej na ten temat nie rozmawiali – zakończył Stanisław, nie rozumiejąc, w jakim celu żona opowiedziała mu to zdarzenie.

–     Czy to znaczy, że mam zrezygnować z zaproszenia madame Sobniewskiej? – chciała się upewnić.

–     Ależ skąd – skarcił ją wzrokiem. – Tu chodzi o coś innego. Myślałem, że to zrozumiałaś.

–     Tak, tak. Rozumiem wszystko, tylko się źle wyraziłam – potwierdziła głosem posłusznego dziecka.

Stanisław z twarzą niewyrażającą żadnej emocji wziął gazetę z komody i wyszedł do gabinetu, żeby poczytać.

–     No to się udało – odetchnęła głęboko Zofia.

–     Niech madame nic nie mówi Janeczce o zaproszeniu madame Sobniewskiej. To będzie dla niej miła niespodzianka – poradziła cicho Francuzka.

Ciotka Janeczka przyszła w porze obiadowej. Zofia, madame Menieure i dzieci siedziały przy stole. Stanisław Reck wyjątkowo spędzał przerwę obiadową poza domem.

–     A, Janeczka, miałaś przyjść po południu – rzuciła sucho Zofia.

–     Coś mi wypadło, nie mam czasu po pracy – zdawkowo odpowiedziała siostra.

–     Nie masz czasu dla rodzinki, tylko pewnie dla kogoś innego.

Ciotka Janeczka zajęta przekomarzaniem się z siostrzeńcami zdawała się nie zwracać uwagi na komentarze siostry. Dzieci ucieszone, że ciotka ma czas dla nich, jak zwykle zadawały mnóstwo pytań. Magdalena przyglądała się ciotce, szukając jakichś znaków potwierdzających słowa matki, że źle się z nią dzieje. Nic z tego. Ciotka wyglądała nawet ładniej niż zwykle, śmiała się wesoło, jej twarz promieniała. Magdalena chciała jej opowiedzieć wszystko, co usłyszała. Cichutko, starając się nie zwrócić niczyjej uwagi, złapała ciotkę Janinę za rękę i prawie szepcząc, zapytała, czy mogłaby do niej przyjść. Matka czujnie wyłapała pytanie i stanowczo tego zabroniła. Dziewczynka prosząco spojrzała na ciotkę, licząc na to, że ona – jak zwykle – wstawi się za nią. A tu nic, ciotka bez słowa przyjęła decyzję matki. Magdalena westchnęła z żalem.

–     Czy masz coś do mnie? – Janeczka z wyczuwalnie sztuczną wesołością zmieniła temat.

–     Nie, dlaczego?

–     Myślałam, że chcesz ze mną porozmawiać.

–     A, tak. Wysłałam ci zaproszenie na moje przyjątko imieninowe i ciągle nie dostałam od ciebie potwierdzenia.

–     Nie dostałam żadnej poczty od ciebie. Naturalnie, chętnie przyjdę. Czy to wszystko?

–     Janeczka, kochanie, ty jesteś jakaś dziwna – Zofia zaczęła ciężkim, poważnym głosem.

–     To ty jesteś dziwna. Zachowujesz się jak detektyw. Obserwujesz mnie, robisz uwagi. Interesuje cię ta sprawa z Sobniewską? – zapytała ciotka dziwnym metalicznym tonem.

Magdalena, wychwytując ton głosów obydwu kobiet, pomyślała z przestrachem, że zapowiada się na kłótnię. Nie lubiła, kiedy dorośli się kłócili, bo nie rozumiejąc powodów, czuła się wtedy bezsilna i ogarniało ją dziecięce poczucie winy, że nie potrafi pomóc. Niespokojnie poruszyła się na krześle, chciała jak najszybciej pójść do swojego pokoju. Zobaczyła, że brat też się nerwowo wierci, jakby chciał się zerwać i uciec. Niestety musieli czekać, aż ktoś z dorosłych pozwoli im odejść od stołu.

–     Nie, nie rozmawiajmy na ten temat. Ty wiesz, że nikt w rodzinie by tego nie pochwalił – kontynuowała Zofia.

–     Dlaczego? Przecież na pensji uczono nas wszystkie szycia. Wpajano nam, że solidna pani domu potrafi się zatroszczyć o rodzinę pod każdym względem. Także uszyć jej ubranie.

–     Janeczka, jeżeli panią domu stać, to pranie, gotowanie i szycie pozostawia innym. Co prawda los nie uszczęśliwił cię jeszcze kochającym mężem i dziatkami, więc ciebie to tak dokładnie nie dotyczy, ale nie musisz zarobkować szyciem u madame Sobniewskiej.

–     Zosiu, zrozum, mi się to podoba…

–     Janeczka, pozycja krawcowej ci się podoba? Nigdy nie znajdziesz męża z naszej sfery! – stwierdziła pogardliwie siostra.

–     Sądzisz, że bycie panią domu to taka wielka kariera? Co ty właściwie robisz? Dziećmi zajmuje się guwernantka, wszystko inne robi służba. Ty tylko potrafisz nadskakiwać mężowi, do tego infantylnie, jak dziecko! – wykrzyczała Janeczka.

Zofia – widocznie dotknięta tym, co usłyszała – poprosiła gestem madame Menieure, żeby razem z dziećmi opuściła jadalnię. Magdalena i Romek, nie czekając na polecenie guwernantki, pobiegli do swoich pokoi.

–     Jak śmiesz ze mną tak rozmawiać? – syknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy zostały same. – Jestem młodsza od ciebie, a mam męża i dzieci. A ty co? Stara panna i na dodatek romansujesz z jakimś facetem, pewnie żonatym.

Janeczka wstała raptownie od stołu, przewracając krzesło. Rozległ się huk, jakby wielki regał z książkami runął na podłogę.

–     Dziękuję ci za szczere słowa. To wystarczy.

Służąca zajrzała do pokoju.

–     Dziękuję, Stefanio – zwróciła się do niej Zofia, udając opanowanie. – Wszystko w porządku. To tylko krzesło. Sama się tym zajmę.

Ciotka Janeczka postawiła z powrotem krzesło na miejsce. Podeszła w milczeniu do komody, wzięła torebkę i rękawiczki i zaczęła zbierać się do wyjścia. Zofia złapała ją za ramiona. Przez chwilę mocowała się z siostrą, jakby chciała zastawić jej drogę.

–     Janeczka, przepraszam, wcale tak nie myślę. Zostań jeszcze trochę. Zaraz przyjdzie krawcowa od madame Sobniewskiej z rzeczami do przymiarki. Potrzebuję twojej rady – poprosiła błagalnie.

Janeczka otrząsnęła się z jej uścisku i usiadła ponownie przy stole.

–     Do tego to jestem dobra.

Odcinek 10 – Maskarada uczuć

Dziewczynka siedzi przy stole z nićmi AI.

Co w tym odcinku:

Tam, gdzie jedwabne nici łączą nie tylko tkaniny, ale i ludzkie losy, jedno przyjęcie może zmienić wszystko. Janeczka błyszczy jak nigdy dotąd, a Zofia snuje plany. Gdy pojawia się Sobniewski, nici pozorów zaczynają się rozpruwać.

Służąca podała kawę i deser. Siostry rozmawiały z dziećmi i madame Menieure, jakby awantura sprzed kilku minut w ogóle się nie wydarzyła. Wkrótce zadzwonił dzwonek do drzwi. Krawcowa od Sobniewskiej pojawiła się punktualnie i po chwili Zofia z radością przymierzyła suknię. Krawcowa znała Janeczkę i bez problemu pozwalała na podpinanie i podszywanie sukni.

–     Podoba mi się ten trenik – Zofia oglądała się w lustrze. – Ale obawiam się, że mogę tę cienką listwę u dołu oberwać obcasem.

–     Nic się nie martw. Listwę przyszyjemy jedwabnymi nićmi – przekonywała Janeczka.

–     To w czymś pomoże?

–     Tak, madame – wtrąciła się krawcowa – jedwabne nici są najsilniejsze.

–     I najdroższe. Jak się zszyje dwa kawałki materiału jedwabnymi nićmi, to nie ma szansy na ich rozerwanie obcasem. Potrzebujesz ostrych nożyczek – ciągnęła Janeczka.

Magdalena postanowiła sprawdzić siłę tych nici. Niezauważona przez kobiety zajęte przymierzaniem wzięła ze stołu małą rolkę. Owinęła kawałek nici wokół dłoni i próbowała go oderwać. Na próżno. Tak długo siłowała się z nićmi, aż cienka skóra na dziecięcej ręce ustąpiła i z rany popłynęła krew. Dziewczynka z płaczem podbiegła do matki przymierzającej następną suknię. Zofia gwałtownie odsunęła dziecko.

–     Magdusiu, kochaneczko, uważaj, poplamisz mi suknię.

Janeczka wzięła dziecko za skrwawioną rękę i przytuliła do siebie.

–     A nie mówiłam – zaczęła ze śmiechem, głaszcząc małą pocieszająco. – Bez nożyczek nie da rady. Te nici są tak silne, że mogłabyś przyszyć do siebie osobę i zawsze miałabyś ją przy sobie. Jakbyś chciała się od tej osoby oddalić, to musiałabyś wyrwać dziurę w ubraniu.

–     To ja wolę ubranie bez tych nici – stwierdziła zapłakana Magdalena.

–     Wiesz, te nici mogą być też niewidzialne. Z osobami, które bardzo lubisz, jak mama czy Romek, też jesteś związana takimi silnymi nićmi. I też jest trudno je rozerwać.

–     Najlepiej to tych nici nie rozrywać, bo to boli – rezolutnie stwierdziła dziewczynka.

–     Tak, kochanie. Tych nici nie należy rozrywać.

W dniu przyjęcia nerwowe podniecenie pani domu jak zwykle obróciło się w przesądność. Każde wydarzenie było złym znakiem dla powodzenia imprezy. To, że kucharz się spóźnił, miało znaczyć, że jedzenie dla gości będzie złe. Pyłek sypiący się z zamówionych lilii miał oznaczać, że gościom nie będzie się podobać wystrój mieszkania. Przyjemny majowy wiatr miał być zwiastunem ciężkiego gradobicia, które powybija szyby w oknach. Stanisław jak zwykle z anielską cierpliwością uspokajał żonę.

Późnym popołudniem zaczęli pojawiać się pierwsi goście. Gospodarze domu wylewnie witali przybyłych. W gabinecie pana domu podawano zakąski i aperitif, w salonie dyskretnie przygrywał pianista, a w jadalni królował długi stół, przy którym miało biesiadować trzydzieści zaproszonych osób. Zamówieni kelnerzy krążyli pomiędzy gośćmi z tacami pełnymi kieliszków i zakąsek.

Janeczka przyszła ubrana w błękitną suknię z tafty. Góra była skrojona bez dekoltu i dyskretnie osłaniała ramiona. Długi dół korzystnie podkreślał jej zgrabną figurę, a każdy jej krok powodował, że tafta szeleściła. Poza tym światło załamywało się w fałdach, wywołując efekt, jakby suknia miejscami błyszczała. Wyglądała zjawiskowo. Zofia prowadziła siostrę do gabinetu i oglądała ją z dezaprobatą.

–     To pewnie model od Sobniewskiej. Czy ty musiałaś się dzisiaj tak ubrać? Z tym dekoltem na plecach? Wszyscy będą na ciebie patrzeć.

–     Nie przesadzaj. Może w tej sukni znajdę męża? – zaśmiała się Janeczka.

Kiedy przechodziły przez salon do gabinetu, obecni obracali się za nimi, żeby ku swojemu zaskoczeniu podziwiać jeszcze głęboki dekolt na plecach Janeczki. Kelner podał Zofii i Janeczce kieliszki z aperitifem. Zofia podeszła do grupy mężczyzn i zaczęła przestawiać siostrę. Wśród nich stał Juliusz Raszyński, do którego Zofia zwróciła się na końcu.

–     Panie Juliuszu, proszę, niech się pan zajmie moją siostrzyczką i pilnuje, żeby pańscy koledzy za bardzo jej nie adorowali.

–     Juliusz, ty to dopiero jesteś szczęściarz. Takie zadanie! Musisz dobrze pilnować panny Janiny – odezwał się jeden z towarzyszy Raszyńskiego, Bodniewski. – Gdybym nie był żonaty, z pewnością bym zaczął czarować pannę Janinkę.

Raszyński wyraźnie uradowany zadaniem ujął Janinę pod rękę i poprowadził do pozostałych gości.

–     Pan zna tutaj wszystkich.

–     Tak, ale jak to się stało, że pani do tej pory nie poznałem?

–     Moja siostra zaprasza zasadniczo pary małżeńskie. Jestem panną i to nigdy nie pasowało do schematu.

Raszyński był zaskoczony jej odpowiedzią.

–     Och, to się cieszę, że pani Zofia zrobiła dzisiaj wyjątek. Też nie za bardzo pasuję do schematu, bo jestem kawalerem. Za zdrowie dwojga niepasujących do schematu! – wzniósł kieliszek.

Janinie spodobał się ten mężczyzna, który bez cienia zażenowania i nawet błyskotliwie odpowiedział na jej prowokację. Juliusz z kolei poczuł, że spotkał bratnią duszę. Rozmowa potoczyła się, jakby byli znajomymi od lat. Gestykulowali, śmiali się głośno, nie zwracając uwagi na otoczenie, zajęci sobą. Po jakimś czasie przeszli do salonu, żeby potańczyć.

Zofia obserwowała siostrę.

–     Mam wrażenie, że amorek ustrzelił oboje na raz – szepnęła do męża.

–     Nie pochwalam twoich metod, Zosieńko, ale tym razem miałaś naprawdę rację.

Dzwonek do drzwi zwiastował przybycie ostatnich gości. Oboje udali się do przedpokoju.

–     Madame Sobniewska, cieszę się, że państwo przyszliście.

–     Proszę nam wybaczyć spóźnienie, ale mój mąż był do późna zajęty interesami. Państwo pozwolą, Władysław Sobniewski, mój mąż.

Sobniewski ujął dłoń Zofii i patrząc jej głęboko w oczy, prawie wyszeptał niskim głosem:

–     Dobry wieczór, cieszę się, że mogę panią poznać. Żona dużo mi o pani opowiadała – przeniósł wzrok na Stanisława. – A to, rozumiem, szlachetny małżonek?

Mężczyźni podali sobie ręce. Reck był zachwycony. To był ten Sobniewski, o którym szemrało całe Ministerstwo Handlu.

Zofia i Stanisław dumnie kroczyli z Sobniewskimi, przedstawiając ich jak trofeum. Wszystkim była znana ta niezwykła para. Sobniewscy byli świadomi swojej towarzyskiej rangi i poddawali się tej procedurze z uprzejmością dobrze wychowanych ludzi.

Magdalena, pod opieką madame Menieure, z zachwytem obserwowała przyjęcie – wszędzie piękne kwiaty, muzyka i elegancko ubrani goście, a wśród nich najpiękniejsza była ciotka Janeczka, jak księżniczka. Skrycie liczyła na to, że uda się jej dzisiaj z nią porozmawiać, a wtedy na pewno będzie mogła opowiedzieć wszystko, co wiedziała. Rozczarowanie z powodu niedoszłego spotkania z ciotką dawno już poszło w niepamięć. Magdalena nagle zdrętwiała, widząc rodziców z Sobniewskimi, w mężu krawcowej rozpoznała bowiem nieznajomego z parku Saskiego. Złapała guwernantkę za rękę, a ta spojrzała oburzona zuchwałością dziewczynki.

–     Madame, pani zna tego pana – stwierdziła, połykając głośno ślinę.

–     Madeleine, ma chère, co ci przychodzi do głowy. Skąd mogę go znać? – zaprzeczyła Francuzka.

–     Wtedy na spacerze w parku Saskim on podszedł do pani i rozmawiał – Magdalena nie dała się zwieść. – Dał pani nawet jakiś list.

–     Ma chère, ty majaczysz. Gdzie jest Romek? – Madame usiłowała odwrócić jej uwagę. – Pójdziemy do kuchni po napój miętowy.

Magdalena poczuła się niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego madame Menieure znowu – tak jak przy rozmowie z matką – nie mówiła prawdy. Pojęła jednak, że nic nie wskóra teraz swoimi pytaniami i posłusznie ruszyła za guwernantką do kuchni.

Reckowie podeszli z gośćmi do pochłoniętych rozmową Janiny i Juliusza.

Sobniewska wylewnie przywitała się z Janiną, zachwycając się jej wyglądem. Gdy szwagier Janiny chciał dokończyć prezentacji, w pół słowa przerwał mu Sobniewski.

–     My się też znamy − odparł. Zofia i Stanisław pytająco spojrzeli na Janeczkę, która sztucznie wyciągnęła rękę przed siebie, żeby podać ją Sobniewskiemu. Mężczyzna powolnym ruchem przybliżył dłoń do ust, podczas gdy Janeczka dziwnie patrzyła gdzieś przed siebie. Gospodarze, madame Sobniewska i Juliusz Raszyński poczuli się nieswojo, zaskoczeni tym demonstracyjnie sztucznym zachowaniem

−     A ten dżentelmen to narzeczony? – Sobniewski jakby z niesmakiem wskazał wzrokiem na Raszyńskiego.

−     Władku, jak możesz stawiać takie pytania! Przecież nie wypada pytać panny publicznie o takie sprawy. − Żona Sobniewskiego trochę się zawstydziła niestosownego zachowania męża.

−     Ależ, madame Sobniewska, jesteśmy otwartymi, nowoczesnymi ludźmi. Możemy o wszystkim rozmawiać – stwierdziła prowokacyjnie Janina.

Reckowie spojrzeli po sobie.

−     Panie Juliuszu, czy my jesteśmy narzeczeństwem, czy nie?

Raszyński nie rozumiał sytuacji, lecz chciał za wszelką cenę poprzeć Janinę w słownej potyczce przeciwko Sobniewskiemu:

−     Myślę, panno Janino, że jesteśmy narzeczeństwem.

−     Panie Juliuszu, co pan opowiada, poznaliście się dopiero przed kilkoma godzinami – zaczęła zdezorientowana Zofia.

−     Na tym właśnie polega nowoczesność – odparł Sobniewski i zwrócił się do żony: – Chodź, moja droga, zostawmy nowoczesnych narzeczonych i wznieśmy toast z gospodarzami za ich zdrowie.

Kelner ogłosił, że podano do stołu i wszyscy udali się do jadalni. Goście zasiedli według ustalonego porządku. Naprzeciwko gospodarzy, na honorowym miejscu, siedzieli Sobniewscy. Janina siedziała obok Raszyńskiego, madame Menieure naprzeciwko Janiny. Wbrew obawom Zofii spóźnienie kucharza nie wpłynęło na jakość jego sztuki kulinarnej – podawane dania spotykały się wyłącznie z pochwałami. Stanisław w oficjalnym toaście dziękował gościom za przybycie, a Bodniewski, przyjaciel domu, złożył solenizantce życzenia z okazji imienin. W powszechnej aurze szczęśliwości i zadowolenia Zofia rozmyślała o tym, że pewnie wkrótce zadzwonią dzwony weselne dla Janeczki i że to przyjęcie z pewnością przejdzie do annałów historii rodzinnych.

Juliusz Raszyński, siedząc obok Janiny, niby przypadkowo muskał jej dłoń. Był zachwycony jej prowokacją. Znał Sobniewskiego z opowiadań i podobało mu się, że ten pewny siebie mężczyzna, rozpieszczony powodzeniem u kobiet, musiał się wycofać po odpowiedzi Janiny. Nie uszło jego uwadze, że Sobniewski obserwował ich przy stole. To jednak mu nie przeszkadzało, przeciwnie, Janina nabrała jeszcze więcej uroku w jego oczach. Kończono deser i Zofia zapowiedziała, że kawa i koniak zostaną podane w salonie. Goście wstawali od stołu i przechodzili do salonu. Janina przeprosiła na moment Raszyńskiego, żeby poprawić w łazience makijaż. Po chwili, gdy wracała do niego, w uchylonych drzwiach sypialni ukazał się Sobniewski. Zręcznym ruchem wciągnął ją do pokoju

−     Janeczka, wytłumacz mi, co oznacza ta maskarada! − wyrzucił z siebie zduszonym głosem i złapał ją mocno za ramiona, patrząc głęboko w oczy.

−     Władku, nie wiem. Jestem tak samo zaskoczona jak ty – odpowiedziała cicho.

−     Ten Raszyński, co to za jeden?

−     To jest kolega mojego szwagra z ministerstwa. Poznałam go dzisiaj na przyjęciu – uspakajała go, próbując uwolnić się z jego objęcia.

−     Nie musiałaś okazywać tak dużego zainteresowania jego osobą – powiedział z wyrzutem.

−     Proszę, nie bądź zazdrosny – pogłaskała go czule po policzku. − Co miałam robić?

−     Dlaczego Ada i ja zostaliśmy zaproszeni? – Jej gest go uspokoił. Pojął, że Janeczka nie zainscenizowała zajścia z Raszyńskim. Przelotnie pocałował jej rękę. − Przecież twoja siostra zna Adę przelotnie – kontynuował, nadal usiłując wytropić sprawcę intrygi. − I ty też nic nie wiedziałaś! Czy ktoś nie chciał celowo, żebyśmy się tutaj spotkali?

−     Moja siostra nic o nas nie wie. Muszę już iść, bo zaczną mnie szukać. – Ruszyła do drzwi, lecz Sobniewski przytrzymał jej rękę, nie pozwalając odejść.

−     Janeczka, a Danielle Menieure? Ona wie o nas! – wpadło mu nagle do głowy.

−     Danielle? − zastanowiła się krótko. − Masz rację, ale jaki miałaby powód do takiej perfidnej gry? – rozważała z niedowierzaniem.

−     Nie wiem, ale tylko ona wchodzi w grę.

−     Dobrze, porozmawiam z nią. Naprawdę muszę już iść – odpowiedziała pospiesznie, tym razem uwalniając się z jego uchwytu.

−     Chwileczkę… − Sobniewski przyciągnął ją do siebie, ujął w talii, przechylił lekko do tyłu i pocałował.

Madame Menieure była obok Sobniewskiego drugą osobą intensywnie obserwującą Janeczkę i Raszyńskiego. Jak tylko zauważyła, że w pewnym odstępie czasu oboje oddalili się od stołu, zbliżyła się do Raszyńskiego. Uznała, że teraz właśnie nadszedł odpowiedni moment na wdrożenie jej planu.

−     Monsieur Juliusz, szuka pan mademoiselle Jeanine? – zapytała niewinnie.

−     Nie, czekam tylko na nią, poszła do łazienki.

−     Jest pan pewien? − chciała wzbudzić jego podejrzliwość.

−     Madame Menieure…

−     Proszę, niech pan pójdzie ze mną. Coś panu pokażę.

Raszyński nie wiedział, jak zareagować. Właściwie to był ubawiony przebiegiem przyjęcia i pomyślał, że pewnie chodzi o jakiś drobiazg dotyczący Janeczki, dlatego się zgodził. Danielle Meniuere poprowadziła go w stronę sypialni.

−     Dokąd mnie pani prowadzi? – zapytał owładnięty nagle niedobrym uczuciem.

−     Do sypialni.

−     Madame Menieure, nie wiem… – spojrzał niepewnie na jej długie paznokcie.

−     Monsieur Juliusz, niech pan będzie spokojny. Chcę panu tylko coś pokazać.

Francuzka pchnęła drzwi sypialni. Struga światła oświetliła Janinę i Sobniewskiego. Oboje raptownie odskoczyli od siebie.

−     Ach, to tak! – wykrzyknął Raszyński jak rażony gromem.

Janina odwróciła się w stronę drzwi.

−     Panie Juliuszu! – wyrzuciła z siebie przepraszająco, wykonując ruch, jakby chciała go zatrzymać.

−     Zostaw go. Co mu chcesz tłumaczyć? Teraz i tak już wszystko wyszło na jaw – zatrzymał ją Sobniewski.

Raszyński niezwłocznie ruszył do wyjścia. Na drodze stanęły mu Zofia Reck i Ada Sobniewska.

−     Panie Juliuszu, dokąd panu tak spieszno? – zapytała zdziwiona Zofia.

Raszyński odsunął ją gwałtownie.

−     Nie jestem w nastroju do żartów, madame Reck – stwierdził chłodno. − Nie nadaję się do brudnych gierek. Niech mnie pani skreśli z listy gości. Nigdy więcej się u państwa nie pojawię.

Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, a obydwie kobiety popatrzyły po sobie, wzruszając ramionami.

−     Ach, to pewnie zawód miłosny! − Zofia próbowała zbyć ten incydent żartem.

W przedpokoju pojawiła się Danielle Menieure.

−     Madame Menieure, dobrze, że panią widzę. Co się rozegrało między Janeczką i Juliuszem Raszyńskim? Wypadł jak oparzony! – usiłowała dociec Zofia.

−     Nie mam pojęcia, madame Zofia. Nic nie widziałam – odparła Francuzka, zachowując zimną krew, po czym pospiesznie się oddaliła.

Następny wypadł Sobniewski.

−     Ada, natychmiast idziemy do domu – ujął żonę pod ramię.

−     Władku, o co tu chodzi? – Sobniewska niechętnie poddała się gestowi męża.

−     Nie czas teraz na pytania. Musimy iść. Tak jest lepiej – rzucił stanowczo Sobniewski.

Stanisław Reck, poruszony zamieszaniem w przedpokoju, zamierzał opanować sytuację.

−     Władku, dokąd wam się tak spieszy?

−     Szanowni państwo Reck… – zaczął Sobniewski.

−     Władku, skąd ten oficjalny ton… – Reck próbował ratować sytuację.

−     Szanowni państwo… – powtórzył Sobniewski – zaproszenie nas na to przyjęcie było dla mnie i dla mojej małżonki nieporozumieniem. Ale gratuluję, intryga się udała. Żegnam państwa.

−     Intryga? Zosiu, co to wszystko znaczy? – zapytał Stanisław, obserwując bezradnie, jak jego znamienity, a teraz oburzony gość opuszcza przyjęcie.

−     Stasieńku, kochaneczku, wiem tyle samo co ty. Gdzie jest Janeczka? Ona na pewno ma z tym coś wspólnego!

Jak na zawołanie Janeczka pojawiła się w przedpokoju gotowa do wyjścia z lekką peleryną narzuconą na ramiona.

−     Janeczka, nie wyjdziesz stąd, dopóki nie otrzymam wyjaśnienia, co zaszło. – Siostra złapała ją mocna za ramię.

−     Zostaw mnie w spokoju. – Wyrwała się z uścisku. − Najpierw zrób porządek w swoim domu, wtedy możesz oczekiwać wyjaśnień ode mnie. Nie pozwolę sobą manipulować ani tobie, ani nikomu innemu.

Janeczka trzasnęła za sobą drzwiami.

Odcinek 11 – Urwana nić

Kobieta z listem w dłoni stoi przy oknie AI.

Co w tym odcinku:

Dom Recków pogrąża się w ciszy, która mówi więcej niż słowa. Gdy madame Menieure zostaje wyrzucona, a Janeczka znika w cieniu Paryża, Zofia musi zmierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji. Nadchodzą święta, ale czy rodzinna kolacja w Miłosnej będzie jeszcze możliwa?

Nastały dni milczenia. Nikt nie rozumiał, co się stało. Zofia snuła się bez celu po mieszkaniu, bolejąc nad tym, że przyjęcie imieninowe okazało się towarzyską katastrofą. Nieustannie analizowała przegapione oznaki nadchodzącego nieszczęścia. Próbowała wciągnąć męża w swoje rozważania, lecz Staś bronił się z powodzeniem przed szukaniem przyczyn zajścia w gwiazdach czy też w sypiącym się pyłku z lilii. Stanowczo był w takich sytuacjach zwolennikiem racjonalnego myślenia. Wiedział, że tym razem musi jak najszybciej przyłożyć się do wyjaśnienia sprawy, bo atmosfera w domu stała się nie do zniesienia. Zofia wstydziła pokazać się na mieście i w swojej frustracji terroryzowała domowników. Dzieci i służba schodzili jej z drogi, żeby przez przypadek nie okazać się współwinnymi. Po kilku tygodniach domowego stanu wyjątkowego udało się Stanisławowi wreszcie rozwiązać zagadkę.

Tego dnia Staś wpadł do domu w porze obiadowej, rzucił pokojówce niedbale płaszcz i pociągnął Zofię w stronę gabinetu, zapowiadając jej, że musi porozmawiać z nią na osobności.

−     Musimy się pozbyć madame Menieure – wyrzucił z siebie Stanisław.

−     Stasieńku, kochaneczku, myślałam, że się dowiedziałeś od Raszyńskiego, co zaszło. – Popatrzyła na niego pytająco.

−     A jakże! Raszyński powiedział mi, że do sypialni zaprowadziła go madame Menieure.

−     Do sypialni? – Oczy Zofii zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

−     Tak. On czekał na Janeczkę i madame Menieure zaproponowała mu, że coś mu pokaże.

−     I on, człowiek bez honoru, poszedł za nią? – palnęła.

−     Zosieńko, nie pleć głupstw. Raszyński zachował się normalnie. W sypialni zobaczył Janeczkę i Sobniewskiego w niedwuznacznej sytuacji.

−     Co takiego? − Zofia opadła ciężko na fotel.

−     To nie wszystko – kontynuował.

−     Zadzwoniłem do Sobniewskiego, żeby z nim po męsku porozmawiać. On potwierdził, że ma romans z Janeczką i że poznał ją w salonie żony. Ukrywali ten związek, korzystając z usług kurierskich madame Menieure.

−     Madame Menieure, ta żmija, okłamywała mnie cały czas, mówiąc, że nie wie, z kim Janeczka się spotyka. Jak ona mogła? – zaczęła nagle lamentować Zofia.

−     Zosieńko, tylko spokojnie. Ada Sobniewska nic nie wie o romansie. Sobniewski prosił, żeby jej na razie nic nie mówić. On chce z Janeczką założyć rodzinę. Podobno Sobniewska nie może mieć dzieci.

−     O, Boże drogi, jestem kompletnie skołowana. Nie wiem, kogo mam potępić. Janeczkę, Sobniewską, Sobniewskiego, nie wiem…

−     To oczywiste, że madame Menieure! Musisz jej dać jak najszybciej wypowiedzenie, najlepiej jeszcze dzisiaj.

−     Jaki mam podać powód? – nawet jeśli Zofia zgadzała się z małżonkiem w kwestii tego, kto powinien ponieść winę za ten niemożebny skandal, było jej żal pozbywać się francuskiej guwernantki, którą przecież skrycie podziwiała. Stanisław w duchu tryumfował na myśl, że jednak instynkt go nie zwiódł. Od początku czuł, że obecność tej demonicznej kobiety w jego domu oznacza kłopoty.

−     Powiedz otwarcie, że cię okłamywała, że to dla ciebie utrata zaufania i tak dalej, coś wymyślisz.

−     A co z Janeczką?

−     Dopóki ta sprawa jakoś się nie ułoży, ochłodzimy kontakty. Radziłbym ci też poszukać nowej krawcowej. Nie wiesz, jak Sobniewska zareaguje, kiedy się o wszystkim dowie. Może się wtedy stać nieprzyjemna. − Stanisław zakończył rozmowę, a między małżonkami zapadła cisza.

Zofia jadła milcząco kolację, wpatrując się intensywnie we własny talerz, jakby czegoś tam szukała. Dzieci i madame Menieure przyglądali się jej podejrzliwie. Brakowało im typowego dyrygowania i pouczających uwag matki. Nikt nie miał jednak odwagi zapytać jej o cokolwiek. Za to Stanisław, co prawda też milczący, cieszył się dobrym apetytem i zdawał się być w dobrym humorze. Po kolacji Zofia ciężkim głosem poprosiła madame Menieure do gabinetu. Po chwili dobiegł ich stamtąd głośny płacz madame.

−     Co się stało madame Menieure? – zapytała przestraszona Magdalena. – Dlaczego madame płacze?

Ojciec bez odpowiedzi wzruszył ramionami.

Po chwili Zofia wyszła zrezygnowana z pokoju.

−     Stasieńku, kochaneczku, nie potrafię tego zrobić. Ona nie ma nikogo poza nami. Nie mogę być taka bez serca!

−     Bez serca? – wybuchnął wzburzony. − A gdzie ona miała serce, jak kłamała i manipulowała? Ja to załatwię – zarządził. Wkroczył zdecydowanie do gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi. Przez jakiś czas panowała tam cisza. Zofia, siedząc z dziećmi, sączyła każdy dochodzący odgłos.

−     Mamusiu, nic nie słyszę – wyszeptała córka.

−     Psst! – zganiła ją matka, kładąc palec na ustach.

Po chwili usłyszeli, że madame już nie płakała, za to rozmawiała podniesionym głosem. Zza ściany dochodziły odgłosy kłótni. Stanisław Reck wyraźnie krzyczał na madame Menieure. Dzieci patrzyły na matkę ogromnymi oczami pełnymi strachu. Jeszcze nigdy nie słyszały, żeby ojciec mówił podniesionym głosem i na dodatek używał brzydkich słów. Romek podbiegł do matki, przytulił się do niej mocno i zaczął płakać.

−     Czy tatuś bije madame Menieure?

−     Nie, syneczku. Tatuś z nią rozmawia… – niepewnie pocieszała syna, wpatrując się uporczywie w drzwi.

Stanisław z impetem wypadł z gabinetu, zostawiając płaczącą madame Menieure samą w pokoju.

−     Załatwione – orzekł.

−     Tatusiu, dlaczego ty… − zaczęła równie płaczliwie Magdalena.

−     Magdusiu, stop! – ojciec podniósł rękę, wskazując, że nie dopuszcza żadnej dyskusji.

−     Moi drodzy – kontynuował − proszę was, aby dziś nie wymieniano w moim domu imienia madame Menieure. O mojej rozmowie z tą osobą też nie chcę słyszeć ani słowa. A ciebie, Zofio… – zwrócił się oficjalnie do żony – upraszam, żebyś zaniechała zwracania się do mnie: „Stasieńku, kochaneczku”. Na chrzcie dano mi Stanisław.

−     Stasi… − zająknęła się Reckowa.

−     To wszystko − przerwał jej. – Życzę wam dobrej nocy!

Zofia i dzieci posłusznie opuściły jadalnię i milcząco udały się do łóżek. Następnego dnia Danielle Menieure bez pożegnania opuściła dom Recków.

Nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Jak zwykle cała rodzina zamierzała się spotkać u dziadków Podrazów. Dom w Miłosnej rządził się swoimi prawami, czas biegł tu wolniej, a echo skandalu wywołanego przez Janeczkę jeszcze tutaj nie dotarło. Podrazowie wprawdzie ciągle narzekali, że starsza córka ich nie odwiedza, wymawiając się pracą, lecz Zofia snuła uspokajające opowieści o regularnych spotkaniach z siostrą i pocieszała ich, że do Bożego Narodzenia sytuacja się na pewno polepszy. Święta były tuż-tuż i Zofia, chcąc nie chcąc, musiała nawiązać kontakt z siostrą. Nie było nic bardziej świętego w tej rodzinie niż wspólna kolacja wigilijna. Janeczka koniecznie musiała się pojawić w Miłosnej. Zofia była zła na samą siebie, że miesiącami kłamała, ukrywając fakty. W duchu wiedziała jednak, że nie potrafiłaby powiedzieć prawdy, że nie zniosłaby wyrzutów rodziców. Co prawda to Janeczka miała romans z Sobniewskim, ale to ona, Zofia, chciała wyswatać siostrę z Juliuszem Raszyńskim. Czuła, że wina za to całe zamieszanie leży częściowo także po jej stronie. Dla niczego nieświadomych rodziców była zmuszona wymyślić taką wersję zdarzeń, która by ich nie zszokowała. Na Stanisława mogła liczyć. No tak, jeśli już, to raczej na jego milczenie niż na aktywne wsparcie. Właściwie to Janeczka powinna jej pomóc, w końcu to ona miała problem i musiała go dyskretnie zatuszować.

Zofia siedziała przy biurku męża i pisała list do siostry. Palce jej zdrętwiały od trzymania pióra, które zdawało się jakby z ołowiu. Odłożyła je i spojrzała na piętrzące się przed nią pogniecione kartki papieru, wszystkie ozdobione kleksami, jakby list pisał pierwszoklasista. Nie wiedziała, jak się zwrócić do siostry. Udawać, że nic się nie stało, czy też przenieść na nią ciężar wszystkich kłamstw, którymi karmiła rodziców? Szukała natchnienia za oknem, obserwując cicho padające płatki śniegu. Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Weszła pokojówka i podała pocztę. Zofia niedbale przerzucała koperty. Na jednej rozpoznała pismo Janeczki. Gorączkowo rozejrzała się za nożykiem, ale nie było go w pobliżu, więc drżącymi placami rozerwała kopertę.

Moja droga!

Zbliżają się święta i jak Cię znam, będziesz chciała się ze mną skontaktować. Dlatego uprzedzam Twoje kroki. W chwili, kiedy będziesz czytać mój list, będę w drodze do Paryża. Sytuacja stała się tak skomplikowana, że nie mam innego wyjścia. Jestem w ciąży. Ada Sobniewska nic nie wie o moim związku z Władkiem i dziecku. Władek ma obawy, że ona coś sobie zrobi, jak jej o tym powie. We Francji zatrzymam się u jego znajomych. On dojedzie do mnie, jak tylko rozmówi się z Adą. Tak się cieszę na tę ciążę! To jest niewymowne uczucie szczęścia, świadomość, że nowe życie rozwija się w tobie. Trochę martwi mnie, że Władek nie może być przy mnie. Jestem jednak pewna, że do czasu rozwiązania wszystko się ułoży.

Nie mów nic rodzicom o mojej sytuacji. Nie chcę ich martwić. Powiedz im, że wyjechałam na rok do koleżanki z pracy, że będę pracować w banku. Odezwę się z Francji. Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia… kiedyś w przyszłości.

Twoja siostra Janina

Zofia miała oczy pełne łez.

Magdalena

Odcinek 12 – Zapięty guzik, rozpięta dusza

Dziewczyny siedzą na kanapie AI.

Co w tym odcinku:

Magdalena próbuje wyjść z domu — dosłownie i symbolicznie. Między matczynym „Magdusiu, kochaneczko” a spojrzeniem Janusza pod płotem „stodoły”, między skokami po kocich łbach a rozmową o Stendhalu, rodzi się potrzeba wolności. W mieszkaniu u Zuzy, wśród obrazów, figurek Buddy i jedwabnych sukien, przyjaciółki snują marzenia o podróżach i życiu poza scenariuszem.

Magdalena stała w przedpokoju, krytycznie kontrolując swoje odbicie w lustrze. Lekkim ruchem ręki wygładziła jakąś niewidoczną fałdę na bluzce. Zdawała się zadowolona ze swojego wyglądu. Zawiązała jeszcze na koniec buty i zbierała się do wyjścia, kiedy matka zatrzymała ją przy drzwiach.

−     Magdusiu, kochaneczko, twoje usta się błyszczą. Tak nie możesz iść do szkoły.

−     Mamo, to tylko wazelina. Usta mi wysychają.

−     Zetrzyj to – podała jej chusteczkę. – Ten guzik przy bluzce też proszę zapiąć. Ty zapominasz, że idziesz do szkoły, a nie do kabaretu. I w ogóle jak ty się do mnie zwracasz: „mamo”?

−     Mamo – powtórzyła z naciskiem – nie jestem dzieckiem.

−     Magdusiu, kochaneczko, mówiłam ci to już sto razy. Panienka w twoim wieku musi być przede wszystkim skromna.

−     Wiem, wiem, ale do panienki nie mówi się: „Magdusiu, kochaneczko”, jak do dziecka. Jestem Magda albo Magdalena.

−     Jaka Magda? Dobrze, idź już, bo się spóźnisz.

Magdalena szła Miodową w stronę Podwala. Był pogodny poranek, miała trochę czasu, więc postanowiła pójść w stronę placu Zamkowego, żeby przez Rynek Starego Miasta dojść do Barbakanu. Podążając uliczką od placu Zamkowego, oddawała się ulubionemu zajęciu − wskakiwaniu na palcach na co drugi uliczny koci łeb. Udany skok liczył się tylko wtedy, gdy po skoku zachowała równowagę i nie musiała się zatrzymywać. Utrudnieniem w utrzymaniu równowagi była teczka wypchana książkami i zeszytami. Przyciskała ją mocno do siebie, bo majtająca torba już nieraz wylądowała na bruku. Nie przepadała za kpiącymi uwagami przechodniów, kiedy zbierała rzeczy z ulicy, poza tym mógł ją zobaczyć ktoś znajomy i donieść rodzicom, a wtedy musiałaby się nasłuchać morałów. Zauważyła, że ulica była pusta, zaprzestała skoków i sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła malutkie pudełeczko z egzotycznym wzorkiem wypełnione wazeliną i posmarowała usta oraz rozpięła guzik bluzki. Ruszyła dalej normalnym krokiem.

Koło Barbakanu czekała na nią Zuza, najlepsza przyjaciółka. Chodziły do tej samej szkoły, były w jednej klasie, dzieliły tę samą ławkę. Z Zuzą, a właściwie z Zuzanną, bo tak zwracali się do niej rodzice, mogła o wszystkim porozmawiać. O nudnej szkole, o konserwatywnych rodzicach, o planach na przyszłość i o miłości.

−     Cześć, panno Zuzanno!

−     Cześć, panno Magdaleno!

−     To pudełeczko od ciebie się przydało. Popatrz, mam w nim wazelinę.

−     Niech panna Magdalena się koncentruje – zaczęła manierycznie Zuza. – Zaraz będzie „stodoła”.

„Stodołą” nazywały męską szkołę, obok której codziennie przechodziły, specjalnie nadrabiając drogi. Na placu szkolnym panował gwar, młodsze roczniki urządzały gonitwy, nic sobie nie robiąc ze wzbijającego się w powietrze kurzu. Starsi uczniowie ćwiczyli się w zachowywaniu dystansu do małolatów. Po pierwsze przestrzennego − stali oddaleni w grupkach koło płotu, żeby pył nie osiadł na ich śnieżnobiałych koszulach albo jakiś rozbiegany dzieciak nie wpadł na jednego z nich. Wyrostek zostałby za to na pewno ukarany, ale dodatkowo istniało ryzyko ubrudzenia się przez kontakt z zakurzonym i przepoconym indywiduum. Po drugie nastoletni kawalerowie byli też zdystansowani werbalnie – z zasady nie zaszczycali rozmową niedorostków.

Magdalena i Zuzanna, przechodząc wzdłuż płotu, chciały sprawiać wrażenie niezainteresowanych tym, co się działo na podwórzu szkolnym. W rzeczywistości szukały wzrokiem obiektów swoich zainteresowań. Wiedziały, że trzeba ich wypatrywać gdzieś koło płotu. Magdalena próbowała odnaleźć Janusza. Zuza wypatrywała Romka.

−     Widzę go – burknęła Zuza, jak brzuchomówca, nie otwierając ust.

−     Ja mojego nie widzę. Zaczekaj – Magdalena zatrzymała Zuzę. – Muszę zawiązać sznurówkę, bo się rozwiązała.

−     Magda, nie wygłupiaj się – burczała dalej Zuza. − To wygląda na celowe zatrzymanie. – Pociągnęła przyjaciółkę za ramię, nie pozwalając jej zawiązać buta.

−     Widzisz Janusza? – Magdalena pełna nadziei nie dawała za wygraną.

−     Tak, właśnie wyszedł ze szkoły. Idzie do Romka.

Wreszcie go dostrzegła. Zatrzymała się jednak na chwilę. Chciała na niego popatrzeć i chciała, żeby on ją też zobaczył. Przyciągała jego spojrzenie wzrokiem. W końcu uporczywe wpatrywanie się Magdy zadziałało i ich spojrzenia się spotkały. To wystarczyło na całodzienną porcję marzeń o Januszu.

−     Zuza, masz rację – ocknęła się jak z transu. − Idziemy, bo jeszcze pomyślą, że specjalnie z ich powodu przechodzimy obok „stodoły”.

Szkoła była dla Magdaleny i Zuzy nudnym obowiązkiem. Rozumiały, że jest to faza w życiu, przez którą każdy musi przejść. Po szkole będą dorosłe i będą mogły robić, co zechcą. Przepadały za lekcjami polskiego, kiedy omawiano literaturę. Magda dodatkowo lubiła lekcje rysunku, kiedy klasa wychodziła w plener. Najbardziej pociągały je dyskusje o literaturze romantycznej. Czuły się spokrewnione z bohaterami lorda Byrona. Z samotnym, zbuntowanym Giaurem, idącym pod prąd z niezłomną wiarą w swoje ideały. Byron, tak jak i jego bohaterowie, był uwikłany w nieszczęśliwą miłość i skazany na tragiczny koniec. Zmarł przecież młodo. Mickiewicz stanowczo im się nie podobał. Dziady kojarzyły się ze świętem zmarłych i polityką. Żaden z tych tematów nie zachęcał. Magda znalazła kiedyś w gabinecie ojca Pustelnię parmeńską Stendhala, pewnie pozostałość po madame Menieure, w wydaniu polskim i francuskim. Z pasją i dociekliwością badaczek literatury przyjaciółki studiowały najpierw polski fragment powieści i porównywały go z francuskim. Były zdania, że każda wersja wywołuje inne uczucia.

−     Zapytamy panią profesor Snopkowską, czy nasze odczucie jest słuszne?

−     Panno Magdaleno – Zuza parodiowała piskliwym głosem nauczycielkę − czy Stendhal jest lekturą szkolną?

−     Zuza, no jasne, że nie.

−     No to zakończmy tę dyskusję – piszczała dalej Zuza.

−     Przestań, mówię poważnie.

−     Co cię tak gryzie?

−     Mnie się wydaje, że miłość Fabrycego i Klelii w wydaniu francuskim jest opisana bardziej realistycznie. W polskim wszystko jest nieostre, jak za woalką. Poza tym spotkania Fabrycego jako biskupa z dawną ukochaną w oryginale są tragicznym przypadkiem losu, w polskim tłumaczeniu odbiera się to jako grzech bez zrozumienia dla sytuacji.

−     Absolutnie się z tobą zgadzam. Tylko co ty chcesz przez to powiedzieć? Że polski tłumacz jest zaściankowym prowincjuszem, który nie potrafi rozdzielić religii i tragizmu losu ludzkiego?

−     Tak, właśnie tak.

−     Panno Magdaleno, nie podejrzewałam u panny takiej naiwności…

−     Zuza…

−     Przecież nikt ci tego nie potwierdzi. W najlepszym wypadku usłyszysz, że jesteś jeszcze za młoda, żeby tę powieść zrozumieć.

Koniec Co-Pilot cześć 1

Po szkole Magdalena chętnie spędzała popołudnia z Zuzą w mieszkaniu jej rodziców. Był to obszerny, nowocześnie urządzony apartament o specjalnej atmosferze. Czuła się jak w innym świecie. Wszędzie wisiały obrazy, ale nie były to realistyczne sceny polowań czy pejzaże z lasem brzozowym jak u Recków. Tutaj dominowały ekspresjonistyczne i kubistyczne dzieła o niezwykłej intensywności form i kolorów. Poza tym wszędzie stały pamiątki po wielu podróżach. Uwagę przykuwały egzotyczne maski z Bali – dla kosmologicznej równowagi powieszono wizerunek dobrego ducha Baronga oraz Randy, czarownicy odpowiedzialnej za wszelkie zło. Obydwie maski posiadały wypukłe oczy, które wyglądały jakby miały za chwilę wypaść z orbit, do tego szczerzyły krótkie zęby, szerokie jak łopaty. Mimo wnikliwych obserwacji nigdy nie udawało się Magdzie rozróżnić w ich twarzach dobra i zła.

Figurki Buddy były łatwiejsze do rozszyfrowania. Zuza wyjaśniła jej, że Budda uformowany jako gruby jegomość siedzący po turecku pochodził na pewno z Chin, bo dla Chińczyków obfitość ciała oznacza dobrobyt. Za to szczupły Budda z długimi kończynami był z pewnością indyjskiego pochodzenia, bo takie jego przedstawienie bardziej pasowało do tamtejszych ideałów piękna. Największe wrażenie robiły na Magdzie zdjęcia z Rzymu, Brukseli czy Nowego Jorku – każde przedstawiało jakąś wspaniałą budowlę i eleganckich ludzi. Ojciec Zuzy był pianistą i dużo podróżował. U siostry Zuzy, Karoliny, też stwierdzono talent muzyczny i jej życie przebiegało na przygotowywaniu się do wielkiej kariery pianistycznej. Matka Zuzy była zajęta podtrzymywaniem kontaktów, których pielęgnowanie było przy tej pozycji towarzyskiej bezwzględnym obowiązkiem. U Zuzy nie stwierdzono żadnych specjalnych talentów, dlatego też posłano ją do solidnej szkoły żeńskiej. Przeznaczone jej było dobre zamążpójście i urodzenie dzieci. Taką samą przyszłość planowano dla Magdaleny. To podobieństwo zbliżało je do siebie. Ich przyjaźń bardziej spajał jednak fakt, że obydwie nie miały ochoty na ułożone z góry życie i zupełnie inaczej wyobrażały sobie przyszłość.

−     Zuza, wiesz, jak skończę szkołę, to chciałabym pojechać w podróż dookoła świata.

−     Magda, skąd weźmiesz na to pieniądze? Przecież nie możesz rodzicielom zakomunikować: „Skończyłam szkołę, dajcie mi pieniądze na rozbijanie się”.

−     Ale ja się tutaj duszę. Chciałabym stąd wyfrunąć, coś zobaczyć, przeżyć coś nowego.

−     Tak, tak, ale najpierw musisz się nauczyć gotować, szyć, zachowywać przy stole. Sama nie wiem po co. Czy twoja matka zajmuje się kuchnią?

−     Nigdy w życiu. Ma przecież kucharkę.

−     Moja tak samo. Jak wyjdę za mąż, to też będę miała kucharkę w domu.

−     Zuza, chcesz wyjść za mąż?

−     Sama nie wiem. Jak widzę, jak moja matka tańczy koło ojca, to mi przechodzi ochota. Ale jak nie wyjdziesz za mąż, to skąd weźmiesz pieniądze na wszystko?

−     Musisz pracować.

−     Pracować? Jako kto?

−     Chcesz przecież zostać pisarką.

−     No, to nie jest takie łatwe.

−     Zuza, ty masz talent. Twój dziennik jest znakomity, a z powiedzonek wszyscy tarzają się ze śmiechu. „Gęsta kupa w wadze szali powoduje mrok na sali” – wygłosiła poważnym głosem, z trudem powstrzymując śmiech.

−     Myślisz, że to wystarczy? Sama mówiłaś, że to absurdalne.

−     Panno Zuzanno, nie podejrzewałam u panny takiej naiwności – próbowała naśladować przyjaciółkę. – Na absurdzie można zarobić. Sama widziałam w księgarni książkę z takimi aforyzmami.

−     No dobrze, tobie też mogę powiedzieć: Magda, twoje rysunki są dobre. Ale co z tego?

−     Nie wiem, ale nigdy nie zrezygnuję ze swoich marzeń. Chcę być wolna, chcę zobaczyć cały świat i robić to, co chcę. Dlatego myślę, że muszę jakoś wykorzystać swoje zdolności, ale jak, to pokaże czas.

Rozmowę egzystencjalną przerwał dzwonek do drzwi. Przyjaciółki zerwały się z kanapy i szybko usiadły przy stole, pozorując odrabianie lekcji. Po chwili do pokoju weszła matka Zuzy. Była to atrakcyjna kobieta w średnim wieku, która swoją urodą na pewno zwracała uwagę. Z drugiej strony jej wyszukana, nieco sztywna elegancja onieśmielała. Matka Zuzy była świadoma tego efektu i zadowolona, że nie każdy miał odwagę z nią rozmawiać. Sam ton jej głos w kontaktach z ludźmi sygnalizował, czy jest zainteresowana konwersacją – w ten sposób przyzwalała na ewentualne zbliżenie się do siebie.

−     A, panna Magdalena, witam, witam. − Dzisiaj ton głosu matki Zuzy był raczej chłodny.

Dziewczyna, nie zwracając na to uwagi, wstała od stołu i grzecznie dygnęła na powitanie. Matka Zuzy rozejrzała się po pokoju i dostrzegła kolorowe gazety rozrzucone na kanapie.

−     Hm, panienki, pewnie pogaduszki. A co z nauką?

−     Mamo, powtarzamy lekcje – Zuza wskazała na rozłożone na stole książki.

−     Czy widziałaś suknie Karoliny na koncert? – matka Zuzy zmieniła nagle temat.

−     Nie, nie widziałam – odpowiedziała sucho Zuza, pojmując, że zapytanie matki o odrabianie lekcji było tylko zwrotem grzecznościowym.

−     Ach, tak, przynieśli je dzisiaj rano. Byłaś już w szkole – uświadomiła sobie. − Chodźcie moje panny ze mną. Coś wam pokażę – zapowiedziała takim głosem, jakby miała wyjawić jakąś wielką tajemnicę. Przeszły do pokoju siostry, gdzie na drzwiach szafy wisiały dwie suknie. Matka Zuzy wzięła wieszak z jedną z nich.

−     W tej sukni Karolina wyjdzie na scenę. A w tej pójdzie na przyjęcie po występie. Czy nie są piękne? – zapytała głosem nieznoszącym sprzeciwu. − Tylko satyna i jedwab. Wszystko szyte jedwabnymi nićmi. – Głaskała je delikatnie. − Obydwie z salonu Ady Sobniewskiej.

Magdalena szturchnęła dyskretnie Zuzę, a ta popatrzyła na nią pytająco.

−     Karolina z tym talentem i urodą. I do tego w tych sukniach. To będzie niezapomniany wieczór – ciągnęła dalej rozmarzona matka Zuzy. – Wy, moje panny – zmieniła nagle ton głosu, jakby wyrwana z innego świata − musicie jeszcze poczekać na taki moment. Najpierw musicie znaleźć odpowiedniego kandydata na męża − zakończyła z wyższością zamężnej kobiety.

Zasady dobrego wychowania, które im wpajano, nie pozwalały na podjęcie dyskusji, milcząco zatem odbierały peany dotyczące Karoliny. Jasne było, że stoją w drugim szeregu, a przywileje i przyjemności należą się tym na przodzie. Grzecznie wróciły do pokoju Zuzy.

−     O co ci chodziło? – nawiązała do szturchnięcia Zuza.

−     O Sobniewską. Historia z okresu, kiedy byłam dzieckiem. Mam ciotkę we Francji, która miała romans z mężem Sobniewskiej.

−     Co ty powiesz? Moi rodzice znają oboje bardzo dobrze. I jak się to skończyło? − z zaciekawieniem wypytywała Magdę. Zuza uwielbiała wszelkie miłosne historie, a nawet w tajemnicy przed rodziną napisała kilka romantycznych opowiadań. W każdym z nich kochanków spotykał tragiczny los, nad którym podczas czytania obie z Magdą wylewały wiadra łez.

−     Ciotka wyjechała z tego powodu do Francji, żeby uniknąć skandalu.

−     Ale mąż Sobniewskiej nadal z nią jest. − Zuza próbowała zrozumieć skandalu.

−     Nie wiem dokładnie, jak się to potoczyło – Magda zamilkła na chwilę. − To jest tajemnica rodzinna. Ciotka Janina projektowała i szyła dla Sobniewskiej. To był wielki wstyd, bo przecież nie wypada, żeby panna z naszej sfery pracowała jako krawcowa. No i te jedwabne nici. Ciotka Janina zawsze twierdziła, że są najlepsze. Pamiętam, jak mówiła, że silne związki między ludźmi to są jak niewidzialne jedwabne nici. Jak już raz powstaną, to nie należy ich rozrywać.

−     Nici czy związków? – zapytała Zuza dla jasności.

−     Ani jednego, ani drugiego, bo w obu przypadkach boli.

−     Co porabia ta ciotka we Francji?

−     Nie wiem dokładnie. Mieszka w Paryżu. Wyszła za mąż za jakiegoś Francuza. Zawsze ją lubiłam, bo traktowała mnie inaczej niż rodzice. Pamiętam ją jako niekonwencjonalną, odważną osobę…

−     Dlaczego jej nie odwiedzisz? – przerwała Zuza.

−     O Boże, jesteś genialna!

Odcinek 13 – Zimowe światło, zimne cienie

Co w tym odcinku:

Święta w Wirach miały być powrotem do rodzinnych rytuałów i ciepła wspomnień. Magdalena, z blokiem rysunkowym w dłoni, próbuje uchwycić zimowy pejzaż i odnaleźć w nim coś znajomego, ale za drzwiami dworku kryją się rozmowy, które nie powinny dotrzeć do jej uszu — rozmowy o niej samej, o jej przyszłości. Czy talent i wrażliwość wystarczą, by przebić się przez mur rodzinnych oczekiwań?

Znowu nastała zima. Spadł śnieg, ale nie utrzymał się długo i po kilku dniach przeobraził się w brudną miazgę. Wszystko wokół było szare: domy, ulice, drzewa. Nad Wisłą pnie bezlistnych wierzb wyglądały jak maczugi, na które ktoś nasadził wiotkie pręty chyboczące się we wszystkie strony. Za to w domu było ciepło i kolorowo – zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Od kilku lat Reckowie nie spędzali ich w Miłosnej u dziadków Podrazów. Historia ciotki Janiny, fakt, że nie utrzymywała kontaktów z rodziną, wpływał na atmosferę. Zniknął beztroski śmiech i żarty. Wszyscy nosili w sobie poczucie winy, że nie pomogli Janinie w trudnej sytuacji, a zarzuty były jedynym, co mieli wtedy do zaoferowania. Rodzina uważała, że Janina zachowała się odpowiednio, wyjeżdżając z kraju – w ten sposób uniknięto publicznego skandalu – popełniła jednak grzech nieprzestrzegania reguł, dlatego nie mogła liczyć na poparcie. Mimo to bolało rodzinę, że pozostawiła ją bez wsparcia. Odpłaciła im się za to milczeniem.

Wyjazd na święta do dziadków Recków był jak wyprawa za morze. Mieszkali w Wielkopolsce, najpierw trzeba więc było dostać się pociągiem do Poznania, a stamtąd dojechać jeszcze do Wirów położonych kilkanaście kilometrów za miastem.

Na dworcu w Poznaniu powitał ich wuj Zenon, wysoki szpakowaty mężczyzna o zamaszystych ruchach. Magdalena oceniła, że postarzał się od czasu, kiedy widzieli się ostatni raz.

−     Witajcie, ojciec nie mógł przyjechać, bo dopatruje jakiegoś krowiego porodu – powitał gości bez zdawkowych ceregieli.

−     Zenonie, jak możesz się tak wyrażać? – żachnęła się Zofia.

−     To przecież nic nowego. Wiesz, że ojciec musi być przy wszystkim. – Zenon jakby nie zrozumiał uwagi bratowej.

−     Dobrze już, dobrze. Jak jedziemy? – dowiadywał się Stanisław, próbując nie dopuścić do dalszej rozmowy między bratem a żoną. Dobrze wiedział, że Zofia źle znosiła bezpośredni sposób wyrażania się szwagra.

−     Zofia z dziećmi do samochodu. Ty ze mną do powozu. Bagaż też weźmiemy.

−     Też chciałbym pojechać powozem… – odezwał się Romuald.

−     Syneczku, przeziębisz się – oponowała matka.

−     Mamo, nie jestem dzieckiem.

−     Dobrze, ty pojedziesz z nami – zadecydował wuj Zenon. – Paniom włożymy za to do samochodu ze dwie walizki.

Podróż do Wirów, gdzie mieszkali dziadkowie, była drogą wśród rozległych pól z lasami brzozowymi ciągnącymi się na horyzoncie. Wokół leżało trochę śniegu i blade grudniowe słońce prześwitywało zza chmur. Magdalena przyglądała się okolicy, rozpoznając, że pejzaże w domu przedstawiały tę właśnie scenerię. Ojciec pewnie chciał, żeby przypominały mu rodzinne strony.

−     Podoba mi się tutejszy zimowy nastrój – przyznała Magdalena.

−     Ależ, co ty, Magdusiu, kochaneczko!? Tutaj wszystko jest dokładnie poukładane jak w pudełku. Nawet drzewa rosną równiej niż w Miłosnej.

Magdalena uśmiechnęła się, przyznając, że to trafne spostrzeżenie i dalej wpatrywała się w krajobraz.

Szofer podjechał przed dom, gdzie na ganku przed dworkiem czekali już dziadek, babcia, ciotka Paulina, żona wuja Zenona, kuzynka Maria i kuzynowie Bogusław i Zbigniew. Powitaniom nie było końca, lecz kiedy ustały objęcia i pocałunki, babcia Antonina od razu zagoniła wszystkich do roboty.

Przygotowania do Wigilii wyglądały podobnie jak u dziadków w Miłosnej. Babcia z synowymi i kucharką przygotowywały świąteczne potrawy. Wuj Zenon z synami ustawiał choinkę, a Magdalena z kuzynką Marią dostały zadanie udekorowania jej.

−     Tato, choinka stoi krzywo! Jak dziewczyny powieszą bombki, to ona się przewróci – krzyczał Bogusław.

−     Boguś, co ty mówisz!? – I już wuj poprawiał ustawienie drzewka.

Kuzynki przebierały wśród ozdób, dyskutując, która bombka jest ładniejsza i gdzie należy ją powiesić. Magdalena, patrząc na dużo młodszą Marysię, przypomniała sobie siebie, ciotkę Janinę, z którą jako dziecko ubierała choinkę u dziadków w Miłosnej, i tamtą ciepłą, nieskrępowaną atmosferę świąteczną. Tutaj z wujem Zenonem i kuzynami czuła się podobnie. Widziała teraz wyraźnie, że wuj Zenon był inny niż ojciec − bardziej przystępny, rozmowny i z większym poczuciem humoru. „Dlatego pewnie tak dobrze rozumiał się z ciotką Janeczką” − pomyślała.

W Wigilię pod wieczór młodociana część rodziny wypatrywała w oknach pierwszej gwiazdy na niebie, niechybnego sygnału do rozpoczęcia obrzędu. Boguś dojrzał Gwiazdę Polarną i Reckowie zgodnie przystąpili do stołu. Kolacja zaczęła się modlitwą, dzieleniem opłatka i składaniem życzeń. Kiedy usiedli do stołu, rozpoczęło się spożywanie dwunastu potraw, które według babci Antoniny odpowiadały dwunastu miesiącom roku.

−     Co słychać u Janeczki? – wypalił nagle wuj Zenon, przerywając nabożne wigilijne milczenie.

Zofia prawie zakrztusiła się rybą.

−     Nie wiem. Janeczka nie utrzymuje kontaktu z rodziną – wydusiła z siebie, niezdarnie ukrywając zakłopotanie.

−     Nie uważacie, że rodzina jest winna temu, że ona się nie odzywa? – drążył dalej, nic sobie nie robiąc ze zmieszania bratowej.

−     Zenku, to nie jest twoja sprawa. Nie masz prawa się wtrącać – babcia Antonina próbowała zakończyć dyskusję.

−     Mamo…

−     Nie, Zenku, nie przy Wigilii – ucięła seniorka rodu.

Reckowie jakby całkowicie stracili ochotę na rozmowę – jedli w milczeniu kolejne potrawy, wpatrując się tępo w talerze. Kiedy ciotka Paulina nagle zaproponowała, żeby pójść do salonu i zobaczyć prezenty pod choinką, wszyscy odetchnęli z ulgą.

W pierwszy dzień świąt obudziły Magdalenę promienie zimowego wschodu słońca. Wygramoliła się spod ciężkiej puchowej kołdry i podeszła do okna. Przed nią rozpościerał się widok na pola pokryte śniegiem i daleko na horyzoncie las, ten sam pejzaż, który uchwyciła w drodze do Wirów. Postanowiła wyjść z domu i ubrała się po cichu, żeby nikogo nie obudzić. Wzięła ze sobą blok i ołówek.

Na dworze mroźne powietrze buchnęło do nosa i ust, zakaszlała, a z oczu popłynęły łzy. Otarła je rękawem i spojrzała na dom. Po raz pierwszy zauważyła, że był to dworek, z tryptykiem i kolumnami przy wejściu, który pozornie zdawał się parterowym budynkiem, bo pokój na piętrze, który zajmowała, był prawie niewidoczny z zewnątrz. Ruszyła przez pola w stronę lasu, żeby uchwycić na papierze widok wschodu słońca. Chwilę szukała odpowiedniego miejsca, aż w końcu znalazła pieniek na skraju lasu, usiadła i zaczęła rysować. Zajęta nie zauważyła mężczyzny, który się do niej zbliżył.

−     Frohe Weihnachten, Fräulein Reck! (Wesołych Świąt, panienko Reck!) − Magdalena zaskoczona drgnęła całym ciałem.

−     Dzień dobry – odpowiedziała.

Nieznajomy mężczyzna popatrzył na szkic.

−     Schön, schön. Sie können gut zeichnen. (Potrafi panienka ładnie rysować).

Dopiero kiedy wróciła do domu, zauważyła, że długo zabawiła pod lasem, bo cała rodzina siedziała już przy świątecznym śniadaniu.

−     Magdusiu, kochaneczko, gdzie ty się podziewałaś? – karcąco zapytała Zofia.

−     Chciałam narysować wschód słońca nad lasem – tłumaczyła się przepraszająco. Rzuciła płaszcz na jakieś krzesło i szybko usiadła przy stole.

−     Wuju Zenonie − zaczęła, nabierając sobie świątecznej szynki − jak rysowałam, to podszedł do mnie, sądząc po ubraniu, jakiś chłop i zagadnął mnie po niemiecku. Miałam wrażenie, że znał moje nazwisko. Czy wuj wie, kto to był?

−     To pewnie jeden z naszych parobków.

−     Niemiec?

−     Tak, to są Niemcy, którzy tutaj zostali po tysiąc dziewięćset osiemnastym roku, od kiedy Wielkopolska znowu należy do Polski. Przedtem w czasie zaborów byli tu Niemcy.

−     I nikomu to nie przeszkadza? – zapytała z zaciekawieniem.

−     A co ma przeszkadzać? Jak solidnie pracują, to wystarczy.

−     To wuj rozmawia z nimi po polsku czy po niemiecku? – Temat wyraźnie ją interesował.

−     Po niemiecku. W Wielkopolsce wielu Polaków zna niemiecki.

−     Tato, ty też? – zwróciła się do ojca.

−     Trochę już zapomniałem. W Warszawie nie potrzebuję niemieckiego – wyjaśnił trochę przepraszającym tonem.

−     Nasza wieś Wiry ma swój niemiecki odpowiednik: „Wierau”, a i nazwisko Reck przecież też jest niemieckie – ciągnął wuj Zenon. – Nasi przodkowie byli Niemcami, którzy się spolonizowali. Prawdziwe polskie nazwisko to Podraza. Rodzina twojej mamy to rdzenni Polacy.

−     Też nazywam się Reck, ale czuję się Polką.

Wuj uśmiechnął się, bo wydało mu się, że Magdalena przypomina Janeczkę.

−     No widzisz – zakończył, głaszcząc ją po ojcowsku. − Nieważne jak się nazywasz, ważne, kim się czujesz.

Po śniadaniu Magda siedziała jeszcze w salonie i wykańczała rysunek. Usiłowała odtworzyć w myślach wschód słońca i zastanawiała się, który z odcieni żółci najbardziej oddawałby nastrój bladego grudniowego poranka. Z koncentracji wyrwał ją głuchy stukot okiennic. Za oknem rozszalała się zimowa zawieja. Wiatr zdawał się wdzierać we wszystkie szpary w oknach, a bombki na choince kołysały się rytmicznie. Poczuła chłód i przeniosła się przed kominek, żeby rozgrzać stopy. Babcia Antonina zauważyła ją skuloną i przyniosła jej znakomitą gorącą herbatę z anyżem i wanilią. Wnuczka uśmiechnęła się i z wdzięcznością ucałowała ją w policzek. Po jakimś czasie rozgrzana herbatą postanowiła wyruszyć do dziadkowego gabinetu na poszukiwanie interesującej lektury.

Przez uchylone drzwi usłyszała głosy ojca i dziadka. Chciała odejść, żeby im nie przeszkadzać, kiedy zorientowała się, że rozmawiają o niej.

−     Nie wiem, co mam zrobić z Magdaleną. Ona jest utalentowana w rysunku, ma umiejętność przestrzennego myślenia. – Ojciec mówił cicho, głosem pełnym troski.

−     Co zamierzasz? Ona chodzi do szkoły żeńskiej. Uczy się wszystkiego, czego jej w życiu potrzeba: gotowania, szycia.

−     Myślę, że to dla niej za mało. Tato, czy ty naprawdę widziałeś, jak ona rysuje? – Nagle ojciec jakby się ożywił.

−     Tak, ale czy to znaczy, że chcesz z niej zrobić artystkę-malarkę? Oszalałeś?

−     Nie, ale mogłaby pójść na uniwersytet, na przykład na architekturę.

−     Kobieta architekt? – prychnął dziadek – Staszku, gdzie ty żyjesz? Czy chcesz, żeby doszło do takiego skandalu, jak przed laty z Janeczką?

−     Żyjemy przecież w dwudziestym wieku, świat się rozwija. Poza tym nie rozumiem, co ma jedno z drugim wspólnego.

−     Janeczka miała za dużo wolności. Ty też chcesz, żeby twoja córka sama decydowała o swoim życiu. A my nie rodzimy się po to, żeby zachłystywać się wolnością, tylko po to, żeby wypełniać swoje zadania, tak jak na przykład ty czy ja, w roli męża czy ojca, i to jest bardzo ważne. To daje ciągłość rodzinie, społeczeństwu. 

−     Ale ja nie chcę unieszczęśliwiać swojej córki! – ojciec rozpaczliwie próbował przebić się z jakimś argumentem i znaleźć poparcie u dziadka.

−     Synu, daj sobie spokój z tymi romantycznymi fanaberiami. Zwróć też uwagę, że dalsze kształcenie będzie dużo kosztować. Sądzisz, że ma to sens? Wydałeś już sporo pieniędzy na francuską guwernantkę, ale dajmy na to, że poślesz Magdę na uniwersytet i wykształcisz na architekta. Jak ona wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, myślisz, że mąż pozwoli jej pracować? Czy Magda będzie wtedy szczęśliwa?

Stanisław zamilkł, nie znał odpowiedzi.

−     Nie wiem, ale raczej nie… – powiedział zrezygnowany.

−     Widzisz, ta inwestycja w dalsze wykształcenie Magdy się nie opłaca − westchnął ciężko dziadek. − Ty musisz inwestować w Romka. On musi kiedyś zapewnić byt swojej rodzinie. Będzie miał na sobie większą odpowiedzialność niż Magda.

W gabinecie zapadła cisza. Magdalena usłyszała, jak dziadek stukał fajką, żeby napełnić ją tytoniem. Oparła się ciężko plecami o ścianę, nie wiedząc, co myśleć. Była zaskoczona tym, że ojciec dostrzegał jej zdolności i tak dzielnie się za nią wstawiał. Myślała do tej pory, że go w ogóle nie interesuje. Może go źle oceniała? Oddychała, nerwowo chwytając powietrze. Położyła rękę na twarzy, żeby nie zdradzić swojej obecności. „Więc tak wygląda prawda” – skonstatowała rozczarowana. Dziadek wystarczająco klarownie wyjaśnił, że żadna inwestycja w jej kształcenie się nie opłaca, bo jest dziewczyną. Poczuła się jakby zdradzona, a po policzkach popłynęły łzy. Stała chwilę z kompletną pustką w głowie. „Muszę stąd uciec!” – pomyślała nagle. Czuła, że to niemożliwe, żeby cały świat myślał tak samo, na pewno gdzie indziej jest inaczej. Otarła łzy i zapukała do drzwi.

−     Czy mogę wejść i poszukać jakiejś książki do czytania? – zapytała, próbując nadać głosowi normalne brzmienie.

– Ależ naturalnie, moja droga – dziadek pogłaskał ją czule po ramieniu.

Odcinek 14 – Kordian czy Pan Tadeusz?

Jedwabne nici. Dziewczyna z kartką pocztową i listami przy biurku AI.

Co w tym odcinku:

Styczeń przynosi nie tylko mróz i szkolne bale, ale też decyzje, które mogą zmienić bieg młodzieńczych serc. Magda i Zuza knują plan, który wymaga odwagi, konspiracji i… odrobiny koniaku, ale w cieniu dziewczęcych intryg kryje się sekret, który od lat nie powinien ujrzeć światła dziennego. Czy list w sekretarzyku matki obudzi duchy przeszłości?

Koniec ferii świątecznych miał swoje dobre strony. Nareszcie nadszedł kres nadmiernego pałaszowania świątecznych specjałów, rodzinne więzi zostały zacieśnione i można było z noworocznym spojrzeniem na świat zająć się czymś innym. Magda była uradowana, że mogła spotkać Zuzę i w końcu omówić ważne sprawy. Jak co roku styczeń był okresem, kiedy szkoły organizowały bale karnawałowe i szykowała się szansa na bezpośredni kontakt z kawalerami ze szkoły męskiej. Przyjaciółki musiały ustalić strategię postępowania. Kiedy Zuza próbowała się czegoś dowiedzieć o pobycie u dziadków, Magda zwięźle podsumowała spotkanie jako nic specjalnego, przemilczając rozmowę ojca i dziadka. Nie czuła się jeszcze gotowa, żeby o tym porozmawiać.

−     Ach, Zuza, cieszę się na ten bal! – to był temat, którym Magda chciała się teraz zająć.

−     Na co tu się cieszyć? Dookoła będą belfrowie, nawet luźno nie pogadasz. – Wzruszyła ramionami Zuza.

−     Ale lepsze to niż nic.

−     W białych bluzkach i granatowych spódniczkach!? Wcale mnie to nie zachwyca − skrzywiła się Zuza, ale zaraz zaświeciły się jej oczy. − Mam lepszy pomysł. Wygląda na to, że ojciec będzie miał w tym czasie koncert w Brukseli. Rodzice chcą zabrać ze sobą Karolinę, żeby poznała kogoś ważnego. Mogę też odprawić w tym dniu kucharkę. Nikogo nie będzie w domu. Możemy wyjść wcześniej z balu z Romkiem i Januszem i pójść do mnie.

−     Zuza, oszalałaś! Jako panienki nie możemy zapraszać kawalerów do domu, w którym nie ma dorosłych! – Magda była zdumiona zuchwałością pomysłu.

−     Panno Magdaleno, panna ma obiekcje jak nowicjuszka ścisłego klasztoru żeńskiego – przemówiła Zuza, naśladując nabożny ton głosu.

−     Zuza, dla ciebie wszystko jest łatwe. O czym ty chcesz z Romkiem rozmawiać?

−     Jak to o czym? O miłości! − Puściła oko przyjaciółce.

−     Nie miałabym odwagi rozmawiać z Januszem o czymś takim – stwierdziła Magda z zawstydzeniem.

−     Magda, nie martw się. Podwędzę ojcu butelkę koniaku. Wypijemy po kieliszku i będziemy luźniejsi.

Magda miała wątpliwości, czy wypada im pannom jako pierwszym okazywać zainteresowanie płcią męską. Jej zdaniem inicjatywa powinna wyjść ze strony kawalerów. Zuza zdawała się wcale nie zwracać na to uwagi. Magda widziała wszędzie trudności w realizacji pomysłu, Zuza miała za to na wszystko gotową odpowiedź. Na przykład zaproponowała, żeby młodsza siostra Janusza odegrała rolę posłańca. Magdzie coś takiego w ogóle nie przyszłoby do głowy. Potem ustaliły, że Magda napisze list do Janusza i przekaże dziewczynce w drodze do szkoły. Janusz miał przekazać odpowiedź, kiedy będą przechodzić obok „stodoły”. Magda obawiała się konsekwencji w razie wykrycia ich planu, jednak zarażona entuzjazmem Zuzy zgodziła się na wszystko.

Następnego dnia Magdalena przeszukiwała szuflady w sekretarzyku mamy w poszukiwaniu papieru listowego. Pomiędzy starymi zaproszeniami na czyjś ślub, uroczystą kolację, kartkami z wakacji, znalazła listy ojca do matki z okresu, kiedy byli narzeczeństwem. Uśmiechnęła się w myślach, bo nie potrafiła sobie wyobrazić rodziców jako panny i kawalera. Z zaciekawieniem otworzyła jeden z nich, żeby go przeczytać, a z listu wypadła kartka świąteczna. Podniosła ją z podłogi i spojrzała na podpis. Pocztówka z życzeniami bożonarodzeniowymi od ciotki Janiny zaadresowana na nazwisko Zofia Reck! Z datą dwudziestego piątego grudnia tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku! Przebiegła wzrokiem pierwsze linijki listu, który był w kopercie. Był ze stycznia tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku.

Nagle poczuła gorąco, starła krople potu z czoła. Matka przemilczała fakt, że otrzymała korespondencję od ciotki Janeczki i dlatego schowała kartkę do starego listu. Zaintrygowana przeczytała kartkę od ciotki.

−     Czego ty szukasz w moim sekretarzyku? – Usłyszała nagle za sobą podniesiony głos matki. Przestraszona, podskoczyła na krześle.

−     Hm, szukam papieru listowego… – tłumaczyła się niepewnie, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku.

−     Papieru listowego? Po co? Do kogo zamierzasz napisać? – ostro wypytywała matka.

Magdalena zamarła, bo chodziło o list do Janusza. Nie mogła przecież powiedzieć prawdy i gorączkowo szukała w myślach wiarygodnego wykrętu.

−     Do Zuzy – wyrzuciła z siebie.

−     Do Zuzy? Czy ona gdzieś wyjeżdża? – dociekała nieustępliwie matka.

−     Nie… Na lekcji polskiego będziemy pisać list… – plątała się Magda.

−     Na papierze listowym, nie w zeszycie? Co ty masz w ręce?

−     List taty do ciebie – stwierdziła nagle wprost, nie wiedząc, jak dalej kłamać. Zauważyła, jak matka pobladła.

−     Kto ci pozwolił przeglądać moją korespondencję? – Zofia zaczęła nagle krzyczeć. – To jest kompletny brak wychowania, czytać cudze listy! − Z impetem wyrwała córce kartkę z ręki.

−     Mamo, a jak ty nazwiesz ukrywanie kartki świątecznej od cioci Janeczki? – zapytała ją córka głosem pełnym wyrzutu. − Okłamujesz wszystkich. Dlaczego to robisz? Przecież to twoja siostra. Co ona takiego zrobiła, że nie chcesz utrzymywać z nią kontaktu? Babcia Marysia zamartwia się do tej pory, a ty nic nie mówisz, że ona się odezwała. Ciocia Janeczka chce się z nami skontaktować, jest przecież adres na kartce.

−     Wystarczy, bezczelna dziewczyno! – krzyczała dalej Zofia. – Jak śmiesz się wtrącać w nie swoje sprawy? Nie wiesz, co się wydarzyło.

−     Mamo, ta historia z Sobniewskim to wczorajszy śnieg, nikogo to już nie interesuje – Magda próbowała ją przekonać.

−     Wystarczy, powiedziałam. Wyjdź natychmiast z pokoju.

Zofia została sama. Posunęła się ciężkim krokiem do okna i oparła o parapet, wyglądając na ulicę, jakby spodziewała się czyjegoś nadejścia. Przycisnęła kartkę do piersi, głośno szlochając.

Magda i Zuza przesuwały się wolno wzdłuż płotu szkoły męskiej. Poruszanie się było nie lada wysiłkiem, bo chodnik był niemiłosiernie oblodzony, stąpały więc subtelnie jak baletnice. Wiedziały, że każdy nieostrożny krok groził spektakularnym wywaleniem się na oczach publiczności ze „stodoły”. Napięte jak struny rozglądały się wkoło, żeby nie przegapić Janusza, który miał przekazać odpowiedź. Było umówione, że musiały dostrzec, jaką książkę trzyma w ręce. Jeżeli byłby to Kordian Słowackiego, to odpowiedź byłaby: „tak”. Jeżeli jednak byłby to Pan Tadeusz Mickiewicza, to oznaczałoby: „nie”.

Był mroźny styczniowy poranek i Janusz spacerował zawadiacko po szkolnym podwórzu w samym tylko szkolnym mundurku. Za to dłonie zapakował w grube wełniane rękawiczki. Dziewczyny wymieniły ze sobą zdziwione spojrzenia, próbując z trudem dojrzeć tytuł książki.

−     Ten to ma nerwy jak postronki – przerwała milczącą obserwację Zuza. − Co on tak paraduje? Czy ty widzisz tytuł?

−     Nie, ale sądząc po kolorze, musi to być Pan Tadeusz – wycedziła przez zęby zmarznięta Magda. − Ciemnozielona okładka ze złotymi literami. Mam to samo wydanie.

−     Czyli odpowiedź brzmi: „nie”. Nie wierzę w to. Magda, pokaż Januszowi, że my nie widzimy tytułu.

−     Jak mam pokazać?

−     Nie wiem, wzrusz ramionami.

Magda teatralnym gestem wzruszyła ramionami. Janusz odpowiedział tak samo. Stały przez chwilę zrezygnowane, nie wiedząc, jak to interpretować. Wyglądało na to, że konspiracja jest trudniejsza, niż myślały. Nagle Zuza jakby doznała olśnienia – sięgnęła do teczki i wyszarpała gorączkowo zeszyt. Nie zważając na sekretny charakter przedsięwzięcia, zdecydowanym ruchem podniosła go do góry i wskazała na okładkę. Janusz pojął jej zamiar i uczynił to samo z książką. Na okładce widniało Kordian.

Odcinek 15 – Jedwabne nici

Jedwabne nici. Dziewczyna w pociągu AI.

Co w tym odcinku:

Bal karnawałowy, który miał być początkiem czegoś pięknego, kończy się ciszą i wstydem. Magdalena próbuje odnaleźć siebie po rozczarowaniu miłosnym. Gdy rodzice niespodziewanie proponują jej wakacyjny wyjazd do Francji do ciotki Janeczki, pojawia się światełko nadziei — szansa na nowy początek. W dniu wyjazdu na dworcu Magdalena zaciska dłoń na szpulce jedwabnych nici — symbolu więzi z domem.

Sala balowa była bogato udekorowana, chociaż wyglądało na to, że ozdoby były pozostałością po poprzednim kliencie wynajmującym salę. Wszędzie wisiały grube girlandy przypominające kiście dojrzałych winogron, przez nie zaś przewieszono na kształt sklepienia serpentyny, nad którym górował brokatowy napis „Witaj, Nowy Roku 1939!”. Dekoracja minionego balu sylwestrowego była znacznie bardziej błyszcząca i wykwintna niż stroje balujących młodych ludzi. Jedyną karnawałową fanaberią, na jaką pozwoliło grono pedagogiczne, były niewielkie papierowe kapelusiki z gumką pod brodę i maseczki. Uczennice szkoły żeńskiej siedziały smętnie nad lemoniadą i ciastkami po jednej stronie sali, a po drugiej kawalerowie ze szkoły męskiej. Szacowne grono profesorskie zajmowało miejsce pod ścianą pośrodku sali, rozdzielając panny i kawalerów. Orkiestra emerytowanych wojskowych przygrywała jakieś staromodne melodie. Po parkiecie przesuwało się kilka par, powoli i z zachowaniem stosownej odległości między tancerzami.

Magdalena i Zuza siedziały przy stole z koleżankami z klasy. Rozmawiały głośno i żywo gestykulując, żeby pokryć zdenerwowanie. Trzeba było jeszcze omówić z chłopakami ostatnie szczegóły – kto i kiedy wychodzi – żeby nie wzbudzić podejrzeń nauczycieli. Jedyną szansę stwarzał taniec, a obaj kawalerowie, zajęci rozmową z kolegami, trwali przy stole jak ociosane pieńki. W końcu Romek, jakby przypomniał sobie, że ma coś jeszcze do załatwienia, podszedł do Zuzy i poprosił ją do tańca. Magdalena czekała na próżno na Janusza. Wyczekująco spoglądała w jego stronę. Kilka razy skrzyżowały się ich spojrzenia. Orkiestra przestała na moment grać i Romek odprowadził Zuzę na miejsce.

−     Magda, za kwadrans ruszamy do mnie. Panowie wyruszą w pół godziny po nas – szepnęła podekscytowana.

−     Mam dosyć. Idę do domu – stwierdziła Magda ciągle niepewna czy całe przedsięwzięcie wypali.

−     Co ty? Co się stało?

−     Dlaczego Janusz nie poprosił mnie do tańca? – płaczliwym głosem dochodziła Magda.

−     Daj spokój. Czy to ważne, żeby zatańczyć tutaj na tej stypie? U mnie zatańczymy coś nowoczesnego, charlestona, cza-czę – Zuza dzielnie podtrzymywała przyjaciółkę na duchu.

Wyszły z balu, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Padał gęsty śnieg i z trudem brnęły przez zasypane ulice. Umęczone zmaganiem się z zaspami dotarły wreszcie do domu Zuzy i padły bez słowa w ośnieżonych ubraniach na foteliki w przedpokoju. Pierwsza ocknęła się Magda, zerwała się na równe nogi i strzepywała pozostałości śniegu z wykwintnej tapicerki.

−     Magda, daj spokój, zachowujesz się jak nudna pani domu – zauważyła rzeczowo Zuza. − Idź do salonu, przyniosę coś na rozgrzanie.

Wróciła za chwilę, niosąc na tacy koniak i kieliszki.

−     No, Magda, za udany wieczór! – podała jej napełniony kieliszek. Wypiły po łyku.

−     Brr, wstrętne – otrząsnęła się Magda.

−     Panno Magdaleno, proszę przyjąć do wiadomości, że to jest alkohol, a nie bita śmietana.

−     A tobie smakuje? – zapytała niedowierzająco Magda.

−     Nie, ale jak wszyscy piją i się zachwycają, to coś musi w tym być – stwierdziła rezolutnie Zuza.

Włączyła gramofon i z wprawą zaczęły tańczyć charlestona. Opróżnienie następnych kieliszków nie sprawiało już więcej kłopotów. Tańce przerwał dzwonek do drzwi.

−     To oni! – zawołała podniecona Zuza.

Odruchowo poprawiły fryzury i obciągnęły bluzki, a Zuza po chwili wprowadziła ich do salonu.

−     Czy panna Zuzanna jest pewna, że rodzice się nie pojawią? – zaczął Janusz.

−     Nie musimy być oficjalni. Jestem Zuza, a to Magda. Co do moich rodziców, to są w Brukseli. Wrócą dopiero pojutrze. Czego się panowie napiją? Koniaku? − napełniła kieliszki i wzniosła toast za nowy rok.

−     Zuza, jest koniec stycznia, a ty wznosisz toast za nowy rok?

−     Magda, to bez znaczenia. Trzeba szybko żyć, bo życie jest jak kurza grzęda: krótkie, pochyłe i zasrane.

Zamiast oczekiwanego aplauzu i salw śmiechu ujrzała tylko blade, wykrzywione uśmiechy i do tego słabe:

− Na zdrowie.

Zuza nie dawała za wygraną i nastawiła charlestona. Zaczęli tańczyć, ale bez entuzjazmu. Kiedy muzyka ucichła, Zuza ponownie napełniła kieliszki.

−     Czy wy jesteście na stypie? Czemu nic nie mówicie? – Zuza znowu starała się rozruszać towarzystwo.

−     O czym mamy rozmawiać? – zapytał nieśmiało Romek.

−     O miłości! – zawołała podchmielona Zuza.

−     Zuza… − zaczęła Magdalena niepewnie.

−     Co „Zuza”? Przecież ty też chcesz rozmawiać o miłości.

−     Co ty chcesz wiedzieć o miłości? – nurtowało ośmielonego Romka.

−     Wszystko! – krzyknęła Zuza, teatralnie wyrzucając ramiona w powietrze.

−     Ładnie tutaj – odezwał się nagle Janusz. − Magda, pokażesz mi mieszkanie?

Spojrzała na niego pytająco.

−     No, chodź – pociągnął ją za sobą.

Kiedy zostali sami, Janusz od razu dotknął jej piersi.

−     Janusz, co ty?

Nie odpowiedział, tylko otworzył drzwi jakiegoś pomieszczenia i wciągnął ją do środka. Była to sypialnia rodziców Zuzy. W pokoju było ciemno, jedynie światło latarni wpadało przez okna. Przytrzymał ją chwilę, po czym pchnął ją lekko na łóżko.

−     Janusz, nie chcę żebyś pomyślał… – bąkała porażona własną niepewnością.

−     Magda, nic nie myślę – całował ją gorączkowo.

Leżała wyprostowana, wpatrując się uporczywie w sufit, jakby szukała tam wskazówki, co robić. Janusz nie przestawał jej całować. Rozum nakazywał jej bronić się, odepchnąć intruza, lecz sparaliżowane ciało nie było w stanie wypełnić żadnego rozkazu mózgu. Zaczął rozpinać bluzkę i nie mogąc sobie poradzić, szarpnął. W ciemności usłyszała, jak guziki potoczyły się po podłodze. Nerwowo wyciągnął halkę ze spódnicy. Obsunął ramiączka, obciągnął biustonosz i uwolnił jej piersi. Teraz poczuła jego ciało na sobie. Jego ręka zawędrowała między uda. Ucisnął jej dziewicze miejsce i to podziałało na nią orzeźwiająco. Nareszcie wróciły siły. Gwałtownym ruchem odrzuciła go i Janusz opadł na plecy. W poświacie latarni zobaczyła obnażony tors, zsunięte spodnie i jego męskość.

−     Jak mogłeś… − Magdalena z niesmakiem odwróciła się od niego.

Jego krótki okrzyk uniemożliwił dokończenie zdania.

−     Magda, masz jakąś chusteczkę? – wyrzucił zdyszany.

−     Chusteczkę? – zapytała zdumiona. − Do czego ci potrzebna chusteczka? Chciałam ci powiedzieć, że jesteś niewychowany. To było czyste chamstwo.

−     Magda, proszę cię, daj mi chusteczkę, inaczej zrobię plamy na narzucie. – Zdawał się mieć w tej chwili inny problem.

−     Muszę pójść po chusteczkę do salonu. Mam ją w torebce.

−     Proszę cię, pospiesz się – ponaglił ją.

Niewzruszona jego prośbą doprowadzała garderobę do porządku, oglądając z zatroskaniem bluzkę.

−     Jak ty możesz jeszcze czegoś ode mnie wymagać? Brakuje mi dwóch guzików przy bluzce. Co ja powiem w domu? Zachowałeś się jak dzikus.

−     Magda… czekam – wydusił z siebie prosząco Janusz.

Jego nalegania w końcu podziałały i z obrażoną miną ruszyła do salonu. Kiedy otworzyła drzwi, stanęła oniemiała na progu. Zuza leżała z gołym biustem na kanapie, a Romek próbował zdjąć z niej spódnicę.

−     Hm… chciałam tylko moją torebkę – wyjąkała zakłopotana.

−     Weź torebkę i wyjdź stąd – zakomenderowała trzeźwo Zuza.

−     Zuza, idę do domu – zakomunikowała rozczarowana Zuzą, Januszem i wszystkim, co się wydarzyło.

−     Idź. Serwus! Do jutra! – rzuciła Zuza. Magda wróciła do Janusza i podała mu chusteczkę, nie patrząc, do czego jej używa. Zabierała się do wyjścia, kiedy Janusz zaproponował, że ją odprowadzi.

Szli powoli przez ośnieżoną Warszawę, nie odzywając się do siebie. Nie wiedzieli, o czym rozmawiać. Magda robiła w myślach Januszowi wyrzuty, że potraktował ją jak panienkę lekkich obyczajów. Nie miała jednak odwagi z nim o tym rozmawiać, bo przecież to ona napisała do niego list z zaproszeniem. Zastanawiała się, czy może tym sprowokowała go do takiego traktowania.

−     Janusz, czy ty mnie kochasz? – przerwała nagle milczenie.

−     Dlaczego o to pytasz? – popatrzył na nią zdziwiony.

−     Tam w sypialni… Myślałam, że robisz to z miłości.

−     Chciałaś tego. To zaproszenie do Zuzy. Myślałem… – tłumaczył.

−     Nie, nie chciałam tego – przerwała.

−     To o co tobie chodzi? − złapał ją za ramię i zatrzymał na chwilę.

−     O nic. Nie rozumiesz tego! – wyrwała mu się i szła dalej.

Znowu zapadło milczenie. Kiedy doszli do rogu Miodowej, Magdalena się zatrzymała.

−     Dobranoc. Dalej pójdę sama – stwierdziła chłodno i ruszyła szybkim krokiem do domu, nie odwracając się za siebie. Ocierała lecące łzy. Musiała pogodzić się z tym, że miłość, o której marzyła, nie istniała.

Magda poszła popołudniu nad Wisłę, zabierając ze sobą blok i saszetkę pełną ołówków i węgli. W ostatnim czasie robiła to prawie codziennie. Znalazła na nadbrzeżu miejsce, skąd mogła obserwować wierzby i rzekę. Nie było lepszego zajęcia niż przyglądanie się okolicy. Dookoła panowała cisza i spokój, ale nie było to nudne czy smutne, bo ten sam krajobraz wyglądał każdego dnia inaczej, o innych kolorach, innym nastroju. Nad Wisłą czuła się dobrze, bo mogła rysować i marzyć. Marzyć o tym, żeby spotkać kogoś, kto ją oczaruje, o tym, żeby wyjechać i zobaczyć wielki świat, o tym, żeby w jej życiu wreszcie coś się wydarzyło. I zapomnieć. Zapomnieć o nieudanej próbie romantycznej miłości. Ciągle widziała siebie leżącą sztywno jak patyk w łóżku rodziców Zuzy i Janusza manipulującego przy genitaliach. To było takie siermiężne, biologiczne, pozbawione wszelkiej delikatności. Męczyła samą siebie, rozważając na wszelkie możliwe sposoby, dlaczego nie zauważyła, że zainteresowanie Janusza nie było żadnym wielkim uczuciem. Czyżby to właśnie było myślenie życzeniowe? Chciała, żeby darzył ją uczuciem, więc była przekonana, że tak jest. Konfrontacja z rzeczywistością okazała się niestety zimnym prysznicem. Brakowało jej Zuzy, z którą mogłaby o tym porozmawiać, ta jednak nie miała teraz czasu, bo spotykała się z Romkiem. Magdalena wpatrywała się w szary nurt rzeki i odbite w nim promienie słabego marcowego słońca, zwiastujące nadchodzącą wiosnę. Nasunęło się jej wspomnienie niedawnej rozmowy rodziców, którzy rozważali, czy może posłać ją po szkole na dalsze kształcenie. Odebrała to jako iskrę nadziei. Wiedziała, że wszystko rozstrzygnie się w tym roku, bo w następnym kończy szkołę. Przez chwilę zastanowiła się, czy możliwa wojna z Niemcami, o której trąbiły gazety, mogłaby przekreślić jej plany. Ale chyba nie, bo ojciec uspokajał, że to, co mówią gazety, pokazuje tylko nastroje ulicy. Polska ma układy z silnymi sojusznikami, na których można liczyć w przypadku wojny. Niemcy zastanowią się na pewno dwa razy, zanim zdecydują się na taki krok.

Zmarznięta wróciła do domu, gdzie służąca od razu zatrzymała ją w drzwiach, zapowiadając, że rodzice oczekują jej w gabinecie. Magdalena zastała oboje z poważnymi minami. Na ołowianych nogach zbliżyła się do fotela, myśląc ze strachem, czy aby historia u Zuzy nie wyszła na jaw.

−     Ciocia Janeczka nawiązała ze mną kontakt. Chciałaby, żeby ktoś z rodziny ją odwiedził – zaczęła matka.

−     I kto pojedzie? – zapytała, oddychając z ulgą, że chodzi o coś innego.

−     Ty!

−     Ja? Dlaczego ja, a nie Romek? − złapała się kurczowo komody.

−     Magdusiu, kochaneczko, nie cieszysz się!? Ciocia Janeczka jest twoją matką chrzestną. Nie miała szansy być przy twojej pierwszej komunii ani przy bierzmowaniu. Teraz chce ci to wynagrodzić.

−     Podszkolisz język. Zobaczysz Francję – argumentował ojciec.

−     Kiedy miałabym pojechać? − decyzja rodziców zaczęła docierać do Magdy.

−     W czerwcu. Po zakończeniu roku szkolnego. Na całe wakacje – dodał ojciec.

−     Tato, a co zrobimy, jak wybuchnie wojna, o której wszyscy mówią? – zapytała z obawą Magda.

−     Moja droga, mówiłem ci już kilka razy, że nie ma się czego bać. To jest tylko takie polityczne wywijanie szabelką. My mamy umowy i układy z Niemcami i z sojusznikami. Nie tak szybko któraś strona odważy się złamać prawo międzynarodowe. W najgorszym przypadku byłabyś we Francji, u naszego dobrego sojusznika. Zapewniam cię, że pierwszego września pójdziesz jak zwykle na rozpoczęcie roku szkolnego − utwierdzał wszystkich w przekonaniu ojciec.

Magdalena uspokojona usiadła nareszcie w fotelu. Tak oto wyglądała chwila szczęścia. Od dziecka cały czas skrycie marzyła o tym, żeby zobaczyć fioletowe pola lawendy w Prowansji, nie wierząc, że istnieje realna szansa na spełnienie tych marzeń. Po chwili zerwała się, podbiegła do matki i ucałowała ją w policzek. Potem wycisnęła całusa na policzku ojca, a na koniec wykonała piruet szczęścia.

W pokoju Magdy panował rozgardiasz. Wszędzie leżały rozłożone walizki i torby podróżne, a na łóżku piętrzyła się sterta ubrań. Zofia sprawdzała z córką ich stan, przeglądając sukienki i spódnice. Nagle wzięła do ręki białą bluzkę.

−     Magdusiu, brakuje dwóch guzików. O, tutaj jest nawet dziura. Co ty robiłaś z tą bluzką? Podaj mi jedwabne nici. Spróbuję to zreperować.

Magdalena spojrzała na bluzkę i uśmiechnęła się do siebie. Czym było tamto rozczarowanie wobec obecnego szczęścia? − pomyślała.

−     Mamo, pierwszy raz wyjeżdżam na dłużej bez ciebie, taty, Romka. Tak dziwnie się czuję. – Magda próbowała wysłowić nieznane uczucie, które ją ogarniało.

−     To normalne, córuniu. Stajesz się dorosła. Kiedyś opuścisz dom. To jest pierwsza próba − matka pogłaskała ją czule po głowie.

−     Nie musimy się żegnać, prawda?

−     Nie, nie musimy się żegnać. Przecież ty wrócisz. Zapakuję ci jedwabne nici i tutaj nasze zdjęcie z Bożego Narodzenia u dziadków. Pamiętasz, co ciocia Janeczka zawsze mówiła?

−…że łączą nas silne niewidzialne nici, tak silne jak te jedwabne – zacytowała z pamięci słowa ciotki.

−     Jak popatrzysz na moje jedwabne nici, to sobie nas przypomnisz i będzie ci lżej – pocieszała ją matka.

−     Tak, zapakuj je koniecznie – stwierdziła z przekonaniem Magda.

Nadszedł dzień odjazdu i Reckowie z synem odprowadzili Magdę na dworzec. Pociąg stał już na peronie, a lokomotywa syczała i wyrzucała z siebie parę. Drzwi wagonów były otwarte, pasażerowie zajmowali miejsca, bagażowi wnosili walizki podróżnych. Wszędzie było pełno ludzi. Odprowadzający wykrzykiwali ostatnie ostrzeżenia, rady i pozdrowienia. Magdalena obserwowała całe to zamieszanie z okien pociągu. Jak przez mgłę docierało do niej to, co mówili rodzice i Romek. Czuła się nieobecna. Denerwowało ją to i próbowała się skupić, głęboko nabierając powietrza. Zamiast skupienia poczuła woń spalonego węgla i pary wodnej pomieszany z intensywnym zapachem jakichś kwiatów. Rozejrzała się dookoła. W sąsiednim przedziale posłaniec podawał przez okno jakiejś damie kosz pełen lilii. Nagle zorientowała się, że pociąg ruszył. Nerwowo odszukała wzrokiem rodziców. Widziała ich i Romka machających na pożegnanie. Włożyła rękę do kieszeni i zacisnęła ją mocno na szpulce jedwabnych nici.

Odcinek 16 – Paryska lekcja odwagi

Rysunek kobiety w kapeluszu, Paryż AI.

Co w tym odcinku:

W cieniu Wieży Eiffla Magdalena czuje się mała i zagubiona. Kilka godzin później — silna i pełna wiary. Wśród monumentalnych budowli, eleganckich ulic i gwaru kawiarni odkrywa coś, czego nikt nie nauczył jej w domu: że talent może być przepustką do innego życia.

Magdalena stała przed wieżą Eiffla i z zaciekawieniem przyglądała się budowli. Zadzierała głowę do góry, żeby dojrzeć wierzchołek. Kilkoma kreskami naszkicowała w bloku jej kształt. Pamiętała z dzieciństwa ilustracje wieży i swoje zafascynowanie, teraz ogarniały ją mieszane uczucia. Ogrom i majestatyczność budowli imponowały, była to najwyższa wieża, jaką do tej pory widziała, jednak konstrukcja sprawiała na niej ponure wrażenie. Była zbudowana z grubych metalowych prętów i pomalowana na bury kolor, po prostu przytłaczający kolos. Wstydziła się przyznać do swojego zdania, żeby nie wyjść na prowincjuszkę. Dyskretnie wypytywała ciotkę, żeby poznać jej opinię. Ciotka bez ogródek stwierdziła, że budowla może się jej nie podobać, bo nie zna z Polski tego rodzaju konstrukcji, ale jest to nowoczesna architektura i nie ma o czym dyskutować. Magdalena nadal wierciła pytaniami ciotce dziurę w brzuchu. Janina w końcu ucięła dyskusję i zaproponowała, żeby poszły w stronę Łuku Triumfalnego, zapewniając, że ten na pewno się jej spodoba.

Szły ulicami, mijając wysokie domy. Magdalena przypatrywała im się z zachwytem. Co było w nich niezwykłego? Te wysokie i smukłe okna? Tynk w kolorze ochry? Czy może te starannie przycięte drzewa wzdłuż ulicy? Każdy szczegół chłonęła jak gąbka. Myślała o warszawskich domach, które nie były takie strzeliste, za to bardziej rozległe, okna też były szersze i nie tak wysokie. Paryskie domy wyglądały tak, jakby rwały się gdzieś do góry, te warszawskie pozostawiały wspomnienie przysadzistych gmachów.

Jak tylko dotarły do celu, Magdalena zajrzała do przewodnika: „Łuk Triumfalny wybudowany ku czci Napoleona na wzór łuków budowanych dla cesarzy rzymskich”. Z badawczą uwagą przyglądała się płaskorzeźbom zdobiącym obiekt i skrupulatnie odnajdywała opisy w przewodniku. Stanęła plecami do łuku, spojrzała w stronę Pól Elizejskich i instynktownie wyrwał się jej krótki okrzyk zachwytu. W lot pojęła, dlaczego postawiono go właśnie w tym miejscu. Przed nią rozciągała się szeroka aleja ze starannie przyciętymi drzewami. W dali ulica kończyła się placem. Za strefą drzew stały eleganckie, strzeliste domy z podłużnymi oknami. Zastanawiała się, co czuł Napoleon, kiedy tutaj stał. Na pewno triumf, że to miejsce należy do niego. Fakt, że ona, Magdalena Reck, syci się tym samym widokiem, co Napoleon, wypełniał ją bezbrzeżną radością. Uśmiechała się do własnych myśli i rysowała pospiesznie, żeby oddać atmosferę tego miejsca. Obiecała rodzicom, że będzie prowadzić dziennik podróży, jednak zamiast tekstu, będą rysunki. Chciała, żeby Pola Elizejskie też im się spodobały. Następnym celem turystycznym były Ogrody Luksemburskie. Jak w transie podążyła za ciotką. Łapczywa na wszelkie wrażenia wpatrywała się w każdą szybę wystawową, każdą dekorację budynku. Obie kobiety, trochę zmęczone długim marszem, zdecydowały się gdzieś odpocząć.

Usiadły pod parasolami przed wejściem do kawiarni i Magdalena zdziwiła się, że nie weszły do środka. Ciotka, obyta w paryskich zwyczajach, stwierdziła, że paryżanie chętnie siedzą na zewnątrz i plotkują. Siostrzenica grzecznie zauważyła, że dobre wychowanie nie pozwala przypatrywać się innym, a co dopiero jeszcze plotkować! Ciotka zaśmiała się serdecznie, ubawiona jej uwagą, odpowiadając, że tutaj przychodzi się po to, żeby łamać zasady dobrego wychowania. Magdalena przyglądała się jej przez chwilę i pomyślała, że do tej pory nikt z nią nie rozmawiał w taki sposób. Poczuła się dorosła. Nasunęło się jej wspomnienie warszawskich wypadów z ciotką do kawiarni. Wtedy też − mimo swego dziecięcego wieku − czuła się jak dorosła. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ciotka traktuje ją poważniej niż inni. To pewnie dlatego zawsze tak chętnie szukała jej towarzystwa.

Ciotka zamówiła kawę ze śmietanką i bułeczki drożdżowe, a Magdalena rysowała dalej jakieś detale drzew i ulicy. Janina, przypatrując się chwilę jej pracy, zwróciła uwagę, że na jej rysunkach dominują drzewa, pomniki i budynki, ale brakuje ludzi. Magdalena tłumaczyła się, że rysowanie ludzi wymaga dłuższej obserwacji i na ulicy nigdy by się nie odważyła tak długo w kogoś wpatrywać. Ciotka ponownie się zaśmiała, stwierdzając, że nikomu by to nie przeszkadzało. Na dowód tego zwróciła jej uwagę na atrakcyjną kobietę siedzącą nieopodal, namawiając siostrzenicę, żeby narysowała jej portret.

−     Popatrz na tę kobietę w kapeluszu z woalką. Jest ładna jak aktorka. Zobacz, jak podnosi kieliszek do ust, tyle w tym gracji – zachęcała ją ciotka.

−     Ciociu, boję się, że na mnie nakrzyczy, jak zauważy, że ją rysuję – przyznała z zawstydzeniem Magdalena.

 −    Tu możesz spróbować. Nikt nie będzie się obruszał.

−     Naprawdę? – dziewczyna jeszcze raz nieśmiało spojrzała w stronę nieznajomej. Przez chwilę przyglądała się kobiecie, popijając kawę.

Nagle ośmielona zapewnieniami ciotki wzięła ołówek i zaczęła szkicować. Intensywnie wpatrywała się w ładną twarz kobiety, trochę przysłoniętą dużym kapeluszem z woalką. Uważnie obserwowała jej pełne elegancji ruchy, kiedy podnosiła kieliszek, i bez wytchnienia pędziła po papierze, jakby miał to być ostatni rysunek w jej życiu. Ciotka Janeczka w milczeniu przypatrywała się siostrzenicy. Zamówiła jeszcze po lemoniadzie. Magdalena wypiła duszkiem i rysowała dalej. W końcu dziewczyna podsunęła dzieło do oceny, w napięciu czekając na reakcję Janiny. Ciotka lustrowała dokładnie portret, nie odzywając się przez dłuższą chwilę. Magdalenę opadły wątpliwości. Może jednak nie jest tak dobra w rysunku, jak do tej pory myślała. W końcu Janina, kręcąc głową jakby z niedowierzaniem, potwierdziła, że dziewczyna ma talent. Magda widocznie zadowolona z opinii zapakowała blok i zamierzały już odjeść od stolika, kiedy nagle stanął przy nich mężczyzna towarzyszący kobiecie w kapeluszu. Magdalena, obawiając się awantury, złapała ciotkę kurczowo za rękę.

−     Pani córka rysowała moją żonę. Czy mógłbym zobaczyć rezultat? – zapytał tubalnym głosem.

−     To moja siostrzenica. − Ciotka swobodnie potraktowała pojawienie się mężczyzny i zwróciła do siostrzenicy: − Madeleine, pokaż panu rysunek.

Magdalena zlękniona tonem jego głosu stała bez ruchu jak skamieniała. Spostrzegłszy jej emocjonalną blokadę, ciotka Janeczka zwróciła się do niej po polsku.

−     Pokaż rysunek – poprosiła łagodnie.

Dziewczyna trzęsącymi się rękoma wyciągnęła pracę. Mężczyzna przez chwilę przyglądał się rysunkowi, po czym spojrzał na nią.

−     Nikt do tej pory nie zrobił tak dobrego portretu mojej żony. Czy mogę go kupić? – zwrócił się do niej z uśmiechem na twarzy.

−     Nie wiem… – zaczęła Magdalena niepewnie, ale przerwała jej ciotka Janeczka, głośno oznajmiając nieznajomemu, że oczywiście, może rysunek odkupić.

−     Ile płacę? – zapytał od razu, chcąc niezwłocznie dobić targu.

−     Monsieur, trudno mi powiedzieć… – negocjowała ciotka.

−     Dobrze. Rozumiem. To powinno wystarczyć na wsparcie młodego talentu – stwierdził mężczyzna i podał ciotce plik banknotów.

Zabrał rysunek i oddalił się z powrotem do stolika żony. Kobieta podobnie jak jej mąż najpierw uważnie oglądała portret, po czym spojrzała w stronę Magdaleny. Na jej ustach wykwitł promienny uśmiech.

−     Widzisz, też jej się podoba – powiedziała ciotka, klepiąc z uznaniem Magdę po ramieniu.

Opuściły wreszcie kawiarnię i ruszyły dalej do Ogrodów Luksemburskich. Magdalena zasypała ciotkę pytaniami. Nie mogła pojąć, że niepohamowana obserwacja ludzi na ulicy, którą znała z domu jako niestosowne zachowanie, przyniosło tutaj w rezultacie pochwałę i pieniądze.

−     Kim byli ci ludzie? – dociekała.

−     Pewnie bogaci Amerykanie, znawcy sztuki, którzy szukają nowych talentów w Paryżu – odpowiedziała beznamiętnie ciotka, jakby zupełnie nieporuszona zajściem.

Ciotka zaproponowała, żeby wybrały się następnego dnia na Montparnasse, gdzie Magda mogłaby zobaczyć środowisko malarzy i sama przekonać się, że takie historie jak ta w kawiarni należą w Paryżu do normalności. Weszły do Ogrodu Luksemburskiego, lecz Magda nie była jeszcze gotowa go oglądać. Szukała u ciotki potwierdzenia dla swojego talentu.

−     Ciociu, czy na prawdę myślisz, że mam talent?

−     Tak, moja droga, masz talent. Ten obcy mężczyzna też to potwierdził.

−     Może to była zwykła uprzejmość z jego strony? Może…

−     Zapłacił znacznie więcej niż wymaga tego zwykła uprzejmość – przerwała Janina i dodała: − Wiesz, co ci kupimy za te pieniądze? Solidne wyposażenie malarskie: sztalugę, dobre farby, bloki.

−     Czy on zapłacił aż tak dużo? – Magdalena ciągle jeszcze niedowierzała.

−     Tak. Moja droga, uwierz w końcu w siebie. Masz talent!

Słowa ciotki naładowały ją niewidzialną siłą. Ogarnęła ją pewność, że mogłaby teraz podjąć każde wyzwanie. Szła w milczeniu i upajała się tym odczuciem. Mijane domy, sklepy i ludzie wydawali się jeszcze piękniejsi. Cały świat stał otworem i był pełen możliwości, które trzeba było tylko brać garściami. Skąd to uczucie siły? Dlaczego tego nie doznałam do tej pory? Wśród mijanych przechodniów usłyszała strzępy języka polskiego i myślami wróciła do rodzinnych stron. Dlaczego ani w domu, ani w szkole, nikt nic mi nie powiedział o moim talencie? Przypomniała sobie rozmowę ojca z dziadkiem w Wirach: „Magda ma talent, ale szkoda w nią inwestować, bo i tak wyjdzie za mąż, urodzi dzieci i nie będzie mogła pracować”. Jakby szukając ratunku, potwierdzała na siłę w myślach, że ojciec jest świadom jej talentu. „Ale czy to coś pomoże?” − wątpiła. W domu nie ma raczej szansy, żeby zostać malarką. Rodzice i tak się nie zgodzą. A tutaj wszyscy zdają się taki talent doceniać i popierać. Który z tych światów jest realny, a który jest tylko iluzją?

−     Ciociu, w domu nikt mi nie powiedział, że mam talent, a tutaj obcy ludzie płacą za mój rysunek. Dlaczego tak jest? – skołatana własnymi myślami szukała odpowiedzi.

−     To są inne światy – usłyszała prostą odpowiedź.

−     Ale który jest prawdziwy?

−     Obydwa. Z tą różnicą, że te światy są zamieszkałe przez różnych ludzi.

−     Mnie się bardziej podoba ten świat tutaj, mimo że należę do innego – przymierzała do siebie to, co usłyszała.

−     To się zdarza. Czasami ludzie są niezadowoleni z życia, wtedy decydują się na wyjazd do innego świata – odpowiedziała ciotka.

−     Tak jak ty wtedy zdecydowałaś się na wyjazd do Francji.

−     No właśnie, podobnie – zakończyła z uśmiechem.

Rozdział 3 – Zapach lawendy

Odcinek 17 – W objęciach paryskiej elegancji

Jedwabne Nici. Dziewczyna w pałacu na kanapie AI.

Co w tym odcinku:

Magdalena trafia do świata, który pachnie lawendą, perfumami i świeżo skrojoną tkaniną. W paryskim mieszkaniu ciotki Jeanine każdy pokój jest jak osobna kraina zmysłów, a butik przy Trocadero — jak brama do nowego życia. To tutaj młoda dziewczyna po raz pierwszy zobaczy, jak wygląda kobiecość, styl i wolność, o których w domu nikt nie mówił.

Ciotka Janeczka, którą Magdalena znała jako Janinę Podraziankę, nazywała się we Francji madame Jeanine Gaudet i była żoną niejakiego monsieur François Gaudeta. Magdzie nie przeszkadzało, że wuja François nie było w domu, kiedy przyjechała do Paryża. Podobno przebywał w interesach w Bretanii. Chciała nacieszyć się przede wszystkim ciotką, odrobić rozmowami te lata, kiedy się nie widziały.

Z dworca przyjechały do okazałego mieszkania państwa Gaudetów położonego przy bulwarze Sekwany. Duże podłużne okna salonu wychodziły na rzekę. Ściany i sufit zdobiła sztukateria, lekkie meble w ludwikowskim stylu, grube perskie dywany i kominek uzupełniały elegancki wystrój. Ciotka przydzieliła Magdalenie pokój z widokiem na Sekwanę. Sztukateria na jasnych seledynowych ścianach, białe meble i koronkowe firanki sprawiały, że Magda czuła się jak królewna. Największe wrażenie robił na niej „pokój kąpielowy”. W domu, w Polsce łazienka była niewielkim funkcjonalnym pomieszczeniem, w którym czasami brała kąpiel. Stał tam metalowy piecyk z grubą rurą sięgającą do sufitu, na którym nagrzewano wodę w tym celu. Najczęściej jednak kucharka przynosiła jej do pokoju miskę i dzbanek z ciepłą wodą. To była cała jej toaleta.

Pokój kąpielowy ciotki Jeanine był zmysłowym rajem. W dużym pomieszczeniu z oknem na podwórko królowała wielka wanna. Na ścianie wisiały dwa duże lustra, pod nimi zaś umocowano dwie umywalki. Naprzeciwko stała komoda, a obok ustawiono rozłożysty wiklinowy fotel. Pod ścianami stały niskie regały, na których piętrzyły się sterty ręczników. Ściany wyłożone były małymi kwadratowymi kafelkami wielkości mozaikowych kamyków. Przez białą mozaikę ciągnął się na wysokości luster delikatny bladoniebieski wzór. Całe wyposażenie było białe, nawet ręczniki. Jedyny kontrast stanowiła mosiężna armatura, kilka roślin doniczkowych, flakoniki perfum i słoiczki kremów na komodzie. Najbardziej działały na nią lilie w wysokim wazonie – wyglądały jak eteryczna kobieca postać z secesyjnego obrazu, a przy tym wydzielały tak odurzającą woń, że odejmowały wszelką zdolność myślenia. Magdalena uwielbiała brać kąpiel w ogromnej wannie, po czym zstąpić na biały dywan kąpielowy, sięgnąć po puszysty ręcznik, wciągnąć w nozdrza zapach lilii, żeby na koniec opaść na wiklinowy fotel i sięgnąć po łyk orzeźwiającego napoju.

Wizyta w pokoju ciotki była wyprawą do kolejnej krainy zmysłów. Z pozoru zdawał się skromnie wyposażony. Całość umeblowania stanowiły łóżko, sekretarzyk, foteliki i toaletka. Nie było tu nawet szafy, za to w ścianę wbudowano dyskretne drzwi. Za nimi rozpościerało się następne pachnące królestwo – garderoba. Magda czuła się tutaj jak w powiększonej szafie – po obydwu stronach pokoju od sufitu do podłogi tylko półki i wieszaki. Na ścianie naprzeciwko okna znajdowało się lustro wielkości człowieka. W osobno wydzielonych segmentach wisiały płaszcze, żakiety, spódnice, sukienki, bluzki i garderoba wieczorowa. Na półkach leżały starannie złożone swetry, szale, nocne koszule, halki, pończochy. Na najwyższych półkach było miejsce pudeł z kapeluszami, zaś na podłodze od okna do lustra ciągnął się szereg stojaków z butami różnych kolorów i fasonów. Przy wejściu do garderoby czuło się przyjemny, lecz trudny do zidentyfikowania zapach. Dopiero przejście wzdłuż segmentów z ubraniami dawało odpowiedź. Swetry pachniały lawendą. Szale, chustki nasycone były perfumami o kwiatowych zapachach. Bluzki były wypełnione subtelnym zapachem mięty. Płaszcze pachniały jakimś nieznanym jej zapachem.

Letnią i zimową garderobę rozpoznawała po fakturze materiałów i kolorach. Ciemne płaszcze, spódnice czy swetry z grubej wełny były przeznaczone na zimę. Jasne, lekkie, wzorzyste, kolorowe ubrania były na lato. Najdelikatniejsza była garderoba wieczorowa. Z błyszczącego przezroczystego materiału, lekka jak piórko. Magdalena mogła godzinami podziwiać ubrania – ich krój, kolor, teksturę. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że piękno sukienki zależy także od tego, jak została uszyta. Dzierganie, które znała ze szkoły, było czymś nudnym, żmudnym i pozbawionym jakiejkolwiek fantazji. Opowiedziała ciotce o swoich doznaniach, ta była wyraźnie z tego zadowolona i zaprowadziła ją do garderoby wuja François. Magdalena od razu zauważyła różnicę. Po pierwsze panował tu zdecydowanie inny zapach – nic z kwiatowych niuansów, przypominał bardziej wodę kolońską ojca. Po drugie ubrania były przeważnie w ciemnych kolorach. Przeglądała i dotykała garnitury, zdumiona tym, ile odcieni mogą mieć kolory granatowy, szary czy brązowy.

Któregoś ranka Magdalena leżała jeszcze w łóżku, delektując się swoim seledynowym pokojem, kiedy usłyszała pukanie do drzwi i w pokoju pojawiła się ciotka, zapowiadając, że dzisiaj muszą pójść do jej butiku.

Magdalena posłusznie poddała się poleceniom i pospiesznie uporała z poranną toaletą. W kuchni śniadanie stało już na stole. Upiła łyk kawy, przełknęła kilka kęsów bułeczki drożdżowej i poszła do pokoju ciotki. Zobaczyła uchylone drzwi do garderoby. Zapukała. Zastała ciotkę stojącą w halce, z nogą opartą na taborecie i zapinającą pończochę na żabki.

Magdalena przyglądała się jej. Była to już kobieta lekko po czterdziestce, ale w porównaniu z matką wyglądała znacznie młodziej, raczej średniego wzrostu, o szczupłej sylwetce. Starannie ufarbowane włosy upinała w kok, odsłaniając owalną twarz o regularnych rysach. Ciotka miała wyraźnie pomalowane rzęsy, usta podkreśliła szminką w odcieniu makowej czerwieni. Sięgnęła właśnie po szary kostium z cienkiej wełny i powiesiła gdzieś na wieszaku. Przebierała wśród rozłożonych akcesoriów, szukając pasującego kapelusza. Z gracją podpięła pończochy. Gotowa do wyjścia w kostiumie, niewielkim kapeluszu z długimi biało-czarnymi piórami i czerwonymi ustami robiła wrażenie dystyngowanej damy. Magdalena przyglądała się jej jak zauroczona. Chciała być taką kobietą jak ona.

Madame Jeanine Gaudet była właścicielką butiku z ekskluzywną garderobą damską. Na drodze od Trocadero do Łuku Triumfalnego każda paryżanka musiała chociażby na krótko zajrzeć do madame Jeanine, żeby zobaczyć, co nowego wisi na wieszakach. Madame zatrudniała dwie panny, które pomagały w obsłudze klientek. Jej specjalnością były gotowe modele uszyte według najnowszych trendów. Klientka wchodziła do sklepu, wyszukiwała z pomocą obsługi jakiś model dla siebie i przymierzała. Jeżeli znajdowała swój rozmiar, nabytek zostawał od razu dostarczony na adres domowy. Jeżeli nie, klientka otrzymywała w przeciągu kilku dni kopię upragnionego modelu w swoim rozmiarze. Klientki mogły od razu zobaczyć gotowy model, ocenić, czy kolor i krój im odpowiadają, bez udręki wybierania materiału z krawcową, wyboru fasonu i przymiarek. W ten sposób madame Jeanine przyciągała młode zamożne kobiety, które chciały jak najszybciej być modnie ubrane. Drugą grupę jej klientek stanowiły panie, które chętnie poddawały się procedurze wyszukiwania stosownego modelu, wyboru materiału i przymiarek. Stanowiły one przeciwieństwo pierwszej grupy, co prawda zamożne, ale już niemłode, bardziej zorientowane na własny styl niż na nowości.

Madame Jeanine w ciągu dnia pracowała w sklepie. Po zamknięciu zasiadała w pracowni na tyłach butiku i studiowała magazyny mody. Wybierała i projektowała modele, sama kroiła i szyła prototypy, po czym przygotowany materiał wraz z instrukcjami oddawała do szycia chałupniczym krawcowym. Jej system funkcjonował, bo dobrze znała środowisko i wiedziała, na której krawcowej może polegać. Poza tym miała znakomite referencje, bo na początku, po przyjeździe do Paryża, przez jakiś czas pracowała jako krawcowa u madame Chanel. Podczas przymiarek osobiście dokładała ręki do procesu szycia, korygując modele. Klientki widziały ją tylko doradzającą w sklepie, bez świadomości, jak działał ten system. François Gaudet, działając dyskretnie w tle, nie tylko pomógł żonie znaleźć solidnych dostawców materiałów, lecz także przywoził nowinki tekstylne. Młode klientki ceniły styl i wyczucie mody madame Jeanine, panie w średnim wieku – solidność jej krawiectwa.

Przed wejściem do sklepu ciotka Jeanine zatrzymała Magdalenę, instruując ją, jak się ma zachowywać.

−     Przedstawię cię jako mademoiselle Madeleine Reck. Musisz się przyzwyczaić, że moje panny będą cię nazywać mademoiselle Madeleine – zakomunikowała stanowczo. – Zawsze, kiedy ktoś będzie przy nas, będę rozmawiać z tobą po francusku. Ty musisz mi też odpowiadać po francusku. Jest wysoce niekulturalne w takiej sytuacji mówić po polsku, bo ludzie mogą pomyśleć, że ich obgadujemy. Pamiętaj o tym!

Magdalena była przerażona, bo nie czuła, by opanowała język na tyle dobrze, żeby cały czas rozmawiać po francusku, do tego na losowe tematy. Ciotka od razu znalazła na to radę, mówiąc, że w najgorszym wypadku będzie musiała – po francusku – przeprosić obecnych i poprosić ją o pomoc. Tylko wtedy mogą zamienić kilka słów po polsku. Magdalena nabrała wątpliwości, jak sobie poradzi. Właściwie to najchętniej uciekłaby stąd, ale korciło ją, żeby wejść do tego innego świata. Z ciężkim sercem przekroczyła próg butiku.

Séverine i Marie, pannice z butiku ciotki, widząc swoją szefową, podbiegły do niej, szczebiocąc: „Bonjour, madame Jeanine!”. Ciotka, nic sobie nie robiąc z ich świergotu i pląsów powitalnych, przedstawiła siostrzenicę. Uwaga wciąż szczebiocących panien przeniosła się od razu na mademoiselle Madeleine. Chciały koniecznie wiedzieć, jak się jej podoba Paryż, lecz madame Jeanine, słysząc monosylabowe odpowiedzi siostrzenicy i widząc krople potu na jej czole, poprosiła je, żeby dały jej trochę czasu, zanim zacznie wyrażać opinie o Francji. Magda odetchnęła z ulgą, posyłając ciotce spojrzenie pełne wdzięczności.

Zaraz potem madame Jeanine zajęła się przeglądaniem rachunków, zamówień i nadesłanych gotowych ubrań. Sklep był jeszcze zamknięty i Madeleine mogła swobodnie się rozejrzeć. Dotykała gotowych sukni i bluzek, muskała opuszkami palców bele materiałów, zaglądała do rozlicznych skrzyneczek wypełnionych nićmi, guzikami, haftkami, tasiemkami. Nasunęło się jej wspomnienie dawnej wizyty u madame Sobniewskiej − teatralnych firanek, przyciężkich fotelików i lamp stojących. Salon ciotki Jeanine wyglądał bardziej snobistycznie i nowocześnie, był urządzony w modnym stylu art déco. Wkrótce pojawiły się klientki.

Madeleine obserwowała zamieszanie wywołane radosnym podekscytowaniem z powodu oglądania i przymierzania ubrań. Kilka razy została przedstawiona klientkom zainteresowanym jej osobą. Zadawały te same pytania, w związku z czym po jakimś czasie potrafiła płynnie na nie odpowiedzieć. Wsłuchiwała się w rozmowy i niekiedy udawało się jej pomóc poprzez podanie poszukiwanych szpilek czy nici.

Odcinek 18 – Granice, których nie widać

Co w tym odcinku:

W świecie, gdzie elegancja bywa bronią, a nazwisko otwiera lub zamyka drzwi, młoda Polka staje twarzą w twarz z francuską hierarchią — i z kimś, kto nie spuszcza z niej wzroku.

Kolejny dzwonek do drzwi oznajmił, że pojawiła się następna klientka. Ciotka spojrzała w tę stronę i zamarła. Ruch w sklepie nagle ustał, a wszystkie klientki popatrzyły na przybyłą. Była to starsza kobieta wsparta na lasce, z wyraźnie rzucającym się w oczy wyrazem niezadowolenia na twarzy. Towarzyszył jej młody mężczyzna, który − jakby dla kontrastu – pogodnie patrzył przed siebie.

−     Bonjour, madame de Mauvoisan, bonjour monsieur – nad wyraz uprzejmie powitała przybyłych madame Gaudet.

−     Bonjour, Jeanine, bonjour – odpowiedziała niedbale klientka.

−     Co panią do mnie dzisiaj sprowadza, madame? Przymiarka jest dopiero pojutrze. – Ciotka Jeanine nerwowo sprawdzała terminy w kalendarzu.

−     Tak, tak, wiem. Moja synowa kupiła jedną z tych nowoczesnych, gotowych bluzek. Chciałabym taką samą. – Rozglądała się, szukając wzrokiem bluzki.

−     Ależ oczywiście, zaraz ustalimy, jaki to był model, i przygotuję przymiarkę na pojutrze – odpowiedziała pospiesznie ciotka.

−     Jeanine, niech pani każe swoim sklepowym przynieść coś do picia dla tego dżentelmena – starsza pani poleciła niecierpiącym sprzeciwu głosem, jakby to ona była właścicielką salonu. − Ach, zupełnie zapomniałam. Jeanine, to jest monsieur Dominik de Mauvoisan, mój wnuk – rzuciła i zajęła się oglądaniem modeli.

Madeleine stanęła w kącie za regałem, żeby nikt jej nie widział i śledziła rozwój wydarzeń. Ciotka zdawała się znacznie bardziej uprzejma dla madame de Mauvoisan niż dla innych klientek, ta robiła za to wrażenie najbardziej nieuprzejmej i nadąsanej klientki, jaką można sobie wyobrazić. Nie uszło także jej uwadze, że wszyscy w sklepie chyłkiem obserwowali starszą panią. Nagle natrafiła na wpatrzone w nią oczy Dominika de Mauvoisan. Wstydliwie spuściła wzrok i wcisnęła się głęboko w kąt. Po chwili, mając nadzieję, że młody de Mauvoisan stracił zainteresowanie jej osobą, wysunęła się z kąta i znowu napotkała jego niebieskie oczy. Onieśmielona tą natarczywą inspekcją swojej osoby postanowiła opuścić punkt obserwacyjny i ruszyła w stronę zaplecza.

−     Kim jest ta mała, Jeanine? – zapytała z zainteresowaniem madame de Mauvoisan, wskazując na dziewczynę laską.

−     To moja siostrzenica z Polski, mademoiselle Madeleine Reck.

Dziewczyna zatrzymała się na krótko i dygnęła.

−     Ładna – stwierdziła krótko. − Dominik, idziemy – rozkazała i zaczęła zbierać się do wyjścia.

Jak tylko madame opuściła salon, wszyscy odetchnęli z ulgą, a madame Gaudet wkrótce zamknęła sklep, żeby przygotować bluzkę dla madame de Mauvoisan na następny dzień.

Madeleine stała w oknie salonu, opierając się o framugę. Głęboko oddychała, napełniając nozdrza ciepłym powietrzem letniego wieczoru. Czuła lekki wiatr na policzkach. Przyglądała się, jak po Sekwanie leniwie przesuwały się łodzie z amatorami wrażeń letnich nocy. Na ulicy również odczuwało się lato – samochody sunęły z otwartymi oknami, a w powietrzu furkotały zwiewne szale i chustki pasażerek kabrioletów. Chciała, żeby ten wieczór trwał wiecznie. Przysunęła fotel do okna, żeby delektować się tym widokiem, dopóki nie zrobi się ciemno. Przymknęła oczy. „Jaki to był piękny dzień − myślała. – Tak dużo nowych odczuć, myśli, ludzi, miejsc”. Była teraz mademoiselle Madeleine, a nie Magdusią. Pomyślała, że nowe brzmienie imienia to jak nowa tożsamość, jakby się było innym człowiekiem. I wszyscy traktowali ją jak dorosłą. No, może z wyjątkiem madame de Mauvoisan, ale ona jest nieuprzejma i to się nie liczy. Nie było ciotki Janeczki, tylko madame Gaudet. No i Dominik de Mauvoisan… Niebieskie oczy i czarne falujące włosy. Tak musiał wyglądać lord Byron. Znowu widziała jego wpatrujące się w nią oczy. Poczuła szarpnięcie.

−     Madeleine, idź spać do łóżka – ciotka Jeanine pomagała zaspanej Magdzie wstać z fotela.

−     Ciociu, ty już w domu? Która jest godzina?

−     Około jedenastej. Jadłaś coś?

−     Nie… zapomniałam. Usiadłam, był taki ładny wieczór…

−     Jestem głodna jak wilk. Poszukamy czegoś do zjedzenia.

Ciotka podała ser, resztę bagietki z rana i postawiła dwa kieliszki. Otworzyła butelkę wina.

−     Nie piję alkoholu – stwierdziła Magda kategorycznie.

−     Nie proponuję ci wina, żebyś się upiła, tylko do jedzenia. Jesteś dorosła. A poza tym jesteśmy we Francji.

−     Dobrze, napiję się trochę – powiedziała niepewnie, przyłapując się na tym, że znowu robi coś, co było inne od jej polskich zasad dobrego wychowania.

−     Podobało mi się u cioci w sklepie – zaczęła opowiadać o swoich wrażeniach. − Ale to jest ciężka praca. Doradzać klientkom, wyszukiwać modele, organizować dostawy materiałów, wysyłać gotowe ubrania… – zakończyła z uznaniem.

−     Tak, ta praca wymaga energii, ale jak się ją lubi, to liczy się efekt końcowy, to, że klientki są zadowolone i znowu przychodzą – przyznała ciotka, ucieszona, że Magda zrozumiała istotę jej zajęcia.

−     Kim jest ta madame de Mauvoisan? Jak weszła do sklepu, to wszyscy się inaczej zachowywali – zapytała siostrzenica zaintrygowana.

−     Madame de Mauvoisan jest moją najlepszą, ale i najtrudniejszą klientką.

−     Nie może być najlepsza, skoro jest najtrudniejsza – odrzekła Magda.

−     Jest najlepsza, bo najwięcej zamawia i najwięcej płaci. A najtrudniejsza, hm… sama widziałaś. Po takich ludziach nie oczekujesz niczego innego.

−     Co to znaczy? – siostrzenica wydawała się nieusatysfakcjonowana odpowiedzią. – Po takiej dostojnej damie można by oczekiwać więcej uprzejmości – dodała.

−     Madame de Mauvoisan należy do bogatej klasy burżuazji francuskiej, o pochodzeniu arystokratycznym. Jej mąż jest w rządzie, a syn jest właścicielem kilku fabryk. Ci ludzie uznają za równych sobie tylko arystokratów i to tak samo bogatych. Pozostali to klasa niższa. Zauważyłaś, jak ona unikała zwracania się do mnie per madame? Poza tym jestem cudzoziemką. Kobiety z jej pozycją chodzą do madame Chanel, ale ona przychodzi do mojego salonu, bo może sobie pozwolić na ekstrawaganckie zachowanie wbrew regułom. Myślę też, że jest zadowolona z tego, co dla niej szyję.

−     Ależ to jest brutalne! – skwitowała Magda po chwili milczenia.

−     Być może, ale prawdziwe – odpowiedziała Jeanine głosem osoby pozbawionej złudzeń. − Widziałam, że młody de Mauvoisan nie odrywał od ciebie oczu. Jego babka też to zauważyła – ciotka jakby pozornie zmieniła temat.

−     Tak ciocia myśli… − Madeleine starała się ukryć zmieszanie.

−     Ale to nic nie znaczy – ciotka Jeanine chciała jasno postawić sprawę. − I tak nie mógłby się do ciebie zbliżyć. Rodzina by mu na to nie pozwoliła. On może adorować tylko panny ze swojej sfery.

Słowa ciotki podziałały na Madeleine jak uderzenie w głowę tępym narzędziem. Nie pojmowała, dlaczego mówi jej coś takiego. Przecież to są konserwatywne poglądy z tanich romansów, to nie może być prawda w takim nowoczesnym świecie jak Francja. Oczy Madeleine wypełniły się łzami.

−     Ciociu, to brzmi tak zgorzkniale − próbowała zapanować nad głosem.

−     Moja droga, nie należy zamykać oczu przed prawdą – odpowiedziała twardo ciotka. W ten sposób chciała uchronić siostrzenicę przed bólem złamanego serca, z którym, jak podpowiadała jej kobieca intuicja, wiązałaby się bliższa znajomość z młodym de Mauvoisanem.

−     W takim razie nie mam szansy na szczęście – westchnęła Magda.

−     Nie, to nie tak, ale musisz sobie prosto w oczy powiedzieć: „Tutaj nie mam szans” i opuścić teren. Poszukać sobie za to innego miejsca, gdzie masz szansę – snuła ciotka, jakby to, o czym mówiła, było czymś najłatwiejszym w świecie. Nie chciała jej zniechęcać tylko chronić i oszczędzić upokorzeń, których sama zaznała.

−     Nie widzę dla siebie żadnego terenu – oznajmiła Magda zrezygnowana.

−     Bo go jeszcze nie szukałaś.

Następne dni Madeleine znów spędziła w sklepie, pomagając ciotce Jeanine. Parzyła kawę dla klientek, omiatała szybko sklep, skoro tylko na podłodze pojawiły się resztki materiału, biegała po rogaliki do piekarni po sąsiedzku, znosiła bele tkanin albo przygotowywała paczki do wysyłki. Wcześniej uznałaby takie prace za mało interesujące, nawet bezsensowne, teraz robiła wszystko, żeby czuć się potrzebna i na każde „dziękuję” cieszyła się jak dziecko. Za pieniądze od Amerykanina zakupiły sztalugę oraz farby i ciotka pozwoliła jej wykonywać portrety w sklepie. Czasami przytrafiła się nawet mała zapłata od zachwyconej klientki. Zostawała z ciotką w butiku do późna, kiedy tamta musiała wykończyć jakąś pracę. Studiowała wtedy katalogi mody i robiła szkice nowych modeli, aby dobrać do nich na końcu stosowną tkaninę.

Madame Gaudet, zauważywszy to zainteresowanie siostrzenicy, podarowała jej cienki żakard i zachęciła do uszycia sobie modnej sukienki. Bursztynowa tkanina zdawała się cudem. Madeleine, pocierając nią o policzek, cieszyła się miękkim splotem tkaniny. Natychmiast zabrała się do szycia. Z duszą na ramieniu powoli kroiła model, pozwalając ciotce na korekty, bo bała się zmarnować tak cenny prezent. „Moja pierwsza sukienka będzie na pewno czymś specjalnym” − myślała. Przypomniały się jej opowieści z dzieciństwa o jedwabnych niciach, o ich specjalnej trwałości. Zdecydowała użyć tych, które wzięła ze sobą z Polski. Kiedy brała je do ręki, myślała o rodzicach, o Warszawie. Przyłapała się na tym, że wcale za nimi nie tęskni. Pamiętnik rysunkowy, który miał opisywać jej pobyt we Francji, był pełen modeli ubrań, nie mogła go użyć jako dziennika podróży. Rodzice będą mieli pretensje, że zajmowała się modą, a nie zabytkami. Miała poczucie winy, że za mało o nich myśli, że kompletnie zadurzyła się w nowym otoczeniu.

Wieczorem po kolacji, nękana wyrzutami sumienia, usiadła w swoim pokoju z silnym postanowieniem napisania listu. Nie wiedziała jednak, co relacjonować. Zaczęła streszczać historię z portretem kobiety w kawiarni na Polach Elizejskich. Nie, o tym nie może wspomnieć. Rodzice będą oburzeni jej śmiałością. Porwała list i wyrzuciła go do kosza. Zaczęła następny, w którym opisywała, co widziała, co jadła, jaka była pogoda. Szło jej ciężko. W drzwiach pojawiła się ciotka, ale widząc Madeleine przy biurku wycofała się dyskretnie. Na odchodnym krótko zakomunikowała, że zamyka sklep na kilka dni i że pojadą na południe do Prowansji. Dziewczyna spojrzała na ciotkę z wdzięcznością, jakby uwolniła ją od mozolnej pracy. Pospiesznie dokończyła list i zakleiła kopertę.

Odcinek 19 – Prowansalskie lato

Jedwabne nici. Dziewczyny na polu lawendy AI.

Co w tym odcinku:

Wyruszając na południe Francji, Madeleine nie spodziewa się, że ta podróż stanie się jednym z najważniejszych doświadczeń jej młodości. Wśród lawendowych pól, pod platanami i nad granatowym morzem odkrywa nie tylko Prowansję, lecz także kierunek, w którym chce podążać.

Na wyprawę do Prowansji wyruszyły samochodem w sierpniowy poranek. Celem było Aix, gdzie wujostwo posiadało dom letniskowy, ale umówiły się, że będą się zatrzymywać tam, gdzie im się spodoba. Początkowo jechały monotonną doliną Rodanu, a nizinny pejzaż niewiele różnił się od płaskich pól Mazowsza. Wyblakłe żółtozielone pola zdawały się ciągnąć w nieskończoność, krajobraz zmieniał się dopiero w miarę drogi na południe. Zaczynały dominować falujące pagórki, powoli znikała też wypłowiała żółć, zastępowana zielenią i łagodnymi brązami. Późnym popołudniem zatrzymały się w Montélimar, gdzie ciotka namówiła Madeleine na spróbowanie nugatu – miejscowej specjalności, która według obiegowej opinii miała być czymś najlepszym na świecie. Pałaszując kremowy specjał, przypomniała sobie nugat babci Marii, konstatując z zawstydzeniem, że ten francuski bardziej jej smakuje.

Następnego dnia zostawiły za sobą Montélimar i kontynuowały podróż wzdłuż Rodanu. Madeleine koniecznie chciała zahaczyć o Awinion, żeby zobaczyć średniowieczną stolicę papiestwa, którą tak dobrze pamiętała z lekcji historii. Kiedy przechadzała się po słynnym moście, z którego pozostały tylko cztery przęsła, w uszach dzwoniła jej piosenka Sur le pont d’Avignon , którą często śpiewała jako dziecko z madame Menieure. Późnym popołudniem dotarły wreszcie do Aix. Jadąc powoli platanową aleją Mirabeau, Madeleine podziwiała wytworne pałacyki i eleganckich przechodniów. Wkrótce opuściły centrum miasta i podążając wąską drogą wśród pagórków, pokonywały ostatni etap podróży.

− Góra Sainte-Victoire, ulubiony motyw Paula Cézanne’a. Aix było miastem tego malarza. Jesteśmy prawie na miejscu – komentowała ciotka widok widocznej w oddali góry.

Dom stał na wzgórzu. Od drogi dzielił go płot uformowany przez starannie przycięty bukszpan, podjazd był wysypany drobnym żwirem. Kiedy podjechały, ciotka przez chwilę szukała w torebce kluczy, a skoro tylko wniosły bagaże, od razu poleciła otworzyć wszystkie okna. Madeleine przystanęła na moment i zaciągnęła się zapachem tego wnętrza. Poczuła woń drewna i mieszanki ziół, jakby ktoś suszył je w domu. Chodziła od pokoju do pokoju, otwierając okiennice. Znowu te duże okna do samej podłogi, każde jak szklane drzwi do ogrodu. Dom prezentował się przytulnie, bez wielkomiejskiego snobizmu i elegancji. Łazienka z drewnianą wanną i małą umywalką wyglądała nad wyraz skromnie w porównaniu z paryskim „pokojem kąpielowym”. Była przekonana, że na taki zbytek jak garderoba nie ma tu na pewno miejsca. Nic z tego! Jeden z pokoi był zastawiony regałami na ubrania i tym samym spełniał rolę letniskowej garderoby. Krążąc po salonie, znalazła między oknami wyjście do ogrodu. W cieniu rozłożystych platanów zobaczyła drewniany stół i kilka krzeseł. Ogromne liście użyczały przyjaznego cienia. Usiadła i wstrzymała oddech. Przed nią rozpościerał się przesycony światłem widok na miasto w dolinie, a w tle okazale górował szczyt Sainte-Victoire. Przyglądała się, jak na otaczających wzgórzach mieszały się fiolet lawendy, żółć słoneczników i dojrzała zieleń ziół. Wyciągnęła się na krześle i patrzyła przed siebie, chłonąc urodę tego miejsca. Zanurzyła się w myślach, wspominając obrazy Prowansji, które kiedyś pokazywała jej madame Menieure. Guwernantka miała wówczas rację – Prowansja była najpiękniejszym miejscem na świecie.

Nazajutrz, zaopatrzone w koszyk z prowiantem i pled, wybrały się na wędrówkę po okolicy. Nie zaszły daleko – Madeleine szybko znalazła miejsce, gdzie ustawiła sztalugę i zaczęła malować. Zachłannie chłonęła widok i kładła pospiesznie farby na płótno, jak gdyby pejzaż miał się za chwilę rozwiać niczym mgła. Jak okiem sięgnąć, wszędzie było widać lawendowe pola. Opowieści z dzieciństwa o Prowansji stały się odurzająco wonną rzeczywistością. Znowu próbowała sobie przypomnieć, jak wyobrażała sobie tę okolicę jako dziecko; z lubością poddawała się swoim doznaniom, a oszalały mózg wysyłał bezustannie komunikat: „Jest jeszcze ładniej niż sądziłaś!”. Czas zdawał się stać w miejscu. Ciotka Jeanine wylegiwała się na pledzie i uważnie obserwowała malarskie poczynania siostrzenicy. Nie miała cienia wątpliwości, że Madeleine jest utalentowana i że powinna szukać szczęścia w tym kierunku.

Wieczorem przy kolacji, popijając wino, rozmawiały o wrażeniach z całego dnia. Ciotka, słysząc po raz setny, jak Madeleine podobają się fioletowe pola lawendy, stwierdziła, że Prowansja ma więcej do zaoferowania, na przykład fantastyczne wybrzeże Morza Śródziemnego. Madeleine odpowiedziała z zawstydzeniem, że jeszcze nigdy nie widziała morza, licząc, że może uda się zorganizować taką wyprawę. Ciotka w jednej chwili wyczuła jej chęci i zakomenderowała, że jutro wybiorą się nad morze.
Następnego dnia wyruszyły z samego rana. Jechały powoli, delektując się chłodem poranka. Upał miał dać się we znaki dopiero za jakiś czas. Droga prowadziła wśród pagórków i pól lawendy. Jej cierpki zapach wybijał się najbardziej, chociaż wkoło rosły też rozmaryn i tymianek. „Właściwie fioletowy kolor lawendy nie pasuje do lata – myślała Magdalena. – Fioletowy jest kolorem zimy”. Tutaj, w pejzażu zdominowanym gorącem, był jak kostka lodu na rozgrzanym ciele – wywoływał złudzenie chłodu.
Dotarły do celu pod wieczór i zatrzymały się w niewielkim hoteliku nieopodal plaży. Mimo zmęczenia podróżą pobiegły nad morze, gdzie szybko znalazły malowniczą zatokę z dziką plażą. Madeleine stanęła oniemiała – całą przestrzeń po horyzont wypełniała granatowa otchłań. Masy wody zadawały się pełznąć w stronę lądu, niewielkie fale uderzały o brzeg. Rozważała, co by było, gdyby siła, która powstrzymywała wodę przed niekontrolowanym wtargnięciem na ląd, nagle przestała działać. Natura była czymś wielkim, wywoływała strach i zachwyt zarazem.

− Ciociu, wiem, nic specjalnego nie robimy. Trochę jeździmy po okolicy, trochę rozmawiamy, trochę maluję. A czuję się taka szczęśliwa. Tak mi się wszystko podoba – Madeleine próbowała opisać swój stan.

− Cieszę się. Wiesz, właściwie nie trzeba robić nic specjalnego w życiu, żeby być szczęśliwym. Trzeba tylko robić to, co się naprawdę chce robić.

− Tak, to prawda – rzekła Madeleine. – Jak ciebie słucham, to wszystko wydaje się takie proste.

− Jak się idzie prostą drogą, to się jest szczęśliwym. Najpierw trzeba jednak tę drogę znaleźć. I to jest faktycznie trudne – oznajmiła ciotka. − Myślę, że byłaś tu, we Francji, kilka razy na swojej prostej drodze. Robiłaś, co chciałaś, nie musiałaś się ciągle zastanawiać, czy twoje postępowanie komuś przeszkadza. Bez tego uczucia, że trzeba ciągle usprawiedliwiać własne czyny, żyje się łatwiej.

− Czy myślisz, że znalazłam swoją prostą drogę? – ciekawiło ją.

− Jeszcze nie. Doświadczyłaś jedynie tego, co oznacza być na niej. Tej drogi szuka się latami. Są ludzie, którzy jej nigdy nie znajdują.

− A ty, ciociu? Znalazłaś już swoją?

Ciotka zamyśliła się przez chwilę.

− Tak. Znalazłam ją – odpowiedziała zdecydowanie. − Mam od czasu do czasu momenty zwątpienia. Ale to tylko stres, który mi odbiera pewność siebie.

− Trudno mi to zrozumieć, ciociu. Mieszkasz w obcym kraju, masz męża, ale on nie jest cały czas z tobą. Nie masz dzieci. Ciężko pracujesz. Wszystko jest inaczej niż się oczekuje – Magdalena opisywała świat ciotki.

− Czy inaczej znaczy gorzej? – ciotka popatrzyła na nią z powagą, oczekując jej opinii.

Madeleine wychwyciła jej spojrzenie i ucichła na chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

− Masz rację, inaczej nie znaczy gorzej – odparła wreszcie.

Rozmowa nagle się urwała i zatrzymały się, obserwując, jak słońce powoli znikało za horyzontem. Nadszedł czas powrotu do Paryża. Ponownie jechały tą samą drogą, tyle że na północ. Ciotka prowadziła samochód, Madeleine przeglądała rysunki i akwarele, myśląc, że na pewno zrobią wrażenie na Zuzie. Na dnie teczki leżały szkice sukienek i bluzek. Rozważała, czy powinna je pokazać, czy nie. Czy Zuza zrozumie, że projektowanie ubrań to też moment kreacji? No, Zuzie może je pokazać, ale rodzicom lepiej nie. Musiałaby zbyt dużo tłumaczyć. Postanowiła, że po powrocie do domu musi z nimi otwarcie porozmawiać o planach na przyszłość. Musi zrobić maturę, żeby pójść na Akademię Sztuk Pięknych. Jej drogą jest malarstwo, a może i projektowanie przedmiotów. Ale nie ma co mówić o tym za wcześnie. Ważne, żeby rodzice wyrazili zgodę na Akademię. Chce przeżyć wielką, romantyczną miłość, nie wychodzić za mąż zaraz po szkole. Spotkać kogoś takiego jak Dominik de Mauvoisan. Jak Dominik de Mauvoisan? Dlaczego jak Dominik de Mauvoisan? Nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć.

Ciotka wyrwała ją z zamyślenia.

− Jak dojedziemy do domu, to będziesz miała w końcu okazję poznać wuja François – zapowiedziała oficjalnie ciotka.

− Cieszę się na to spotkanie – odpowiedziała grzecznie.

− Muszę cię uprzedzić. Wuj François robi w pierwszym kontakcie wrażenie surowego człowieka. Nie poddawaj się temu. On jest dobry i serdeczny, niechętnie jednak to okazuje – ciotka na zapas tłumaczyła wuja.

− Co mam robić? – czuła się lekko zdezorientowana jej zapowiedzią.

− Nic nie musisz robić. Lecz nie oczekuj emocjonalnej wylewności. Będzie zapewne bardzo poprawny i trochę sztywny.

− Ach, ciociu, to mi nie przeszkadza – zapewniła. Zamierzała powtórnie zająć się własnymi myślami, lecz ciotka Jeanine ciągnęła dalej temat wuja François.

− Mam dla niego sporo wyrozumiałości, bo znam jego przeszłość. Wiem też, jak bardzo jest gotowy pomóc, kiedy ktoś jest w potrzebie. On był tą osobą, która pomogła mi po przyjeździe do Francji. Nie Sobniewski.

Madeleine złożyła teczkę z rysunkami i wyostrzyła słuch. Czyżby miała usłyszeć historię, która zajmowała całą rodzinę? Od początku intrygowało ją, co się wtedy wydarzyło. Nie miała jednak odwagi otwarcie zapytać.

− Tak… – spojrzała skupiona na ciotkę.

Odcinek 20 – Pierwszy września

Pokój hotelowy AI.

Co w tym odcinku:

Madeleine usłyszy opowieść, która zmieni jej obraz całej rodziny.A gdy Europa budzi się w cieniu wojny, po raz pierwszy doświadcza, jak wielka historia wdziera się w życie zwykłych ludzi. Jej własny świat — dotąd bezpieczny i pełen marzeń — zaczyna się rozpadać.

−     Wuj François miał ciężkie dzieciństwo – zaczęła ciotka swoją opowieść. − Pochodzi ze skromnej rodziny, jego ojciec był robotnikiem portowym w Marsylii. Kiedy miał dwanaście lat, jego matka zmarła na gruźlicę. Ojciec, pozostawiony sam z czwórką dzieci, ożenił się ponownie z wdową po koledze z portu. Wdowa wniosła do związku czwórkę własnych dzieci. Ojciec nie był w stanie wyżywić dziesięcioosobowej rodziny, dlatego zdecydował się oddać wszystkie swoje dzieci na parobków u zamożnych właścicieli winnic. Wuj François trafił wyjątkowo do rodziny chłopskiej hodującej krowy. Jako dwunastoletnie dziecko pilnował krów na pastwisku i oporządzał je. Jako zapłatę otrzymywał wikt i miejsce do spania w zagrodzie, razem z krowami. Jego los trochę się polepszył, kiedy został oddany przez swojego bogobojnego pracodawcę do klasztoru dominikanów. Tam pomagał braciszkom w gospodarstwie. Dopiero w klasztorze nauczył się czytać i pisać. Braciszkowie prowadzili interesy, sprzedając wino i sery, i wuj poznał dzięki temu zasady rządzące handlem. W wieku osiemnastu lat stanął przed wyborem: albo pozostać w klasztorze i przyjąć śluby, albo opuścić klasztor i rozpocząć życie na własną rękę. Chciał żyć na własną rękę. Nie było to łatwe bez pieniędzy i poparcia. W tej sytuacji postanowił zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej. W ten sposób miał ponownie zapewniony wikt, no i dostawał trochę żołdu. Myślę, że to były dla niego szczególnie ciężkie lata. Niechętnie o nich opowiada. W każdym razie, kiedy opuścił Legię, dzięki nawiązanym tam kontaktom rozpoczął handel winem, serami i ostrygami. Przez pewien czas eksportował francuskie tkaniny, między innymi do Polski. W ten sposób poznał Sobniewskiego. Te przejścia zrobiły z niego zamkniętego i nieufnego człowieka. Potrzebuje czasu, żeby się do kogoś przekonać.

−     Ciociu, jak ty poznałaś wuja François? – Madeleine chciała wykorzystać sytuację i poznać tajemnice ciotki.

−     To też skomplikowana historia, ale moja droga, jesteś wystarczająco dorosła, żeby to zrozumieć. Sobniewski umówił się ze mną, że mam wyjechać do Paryża i czekać na niego. Zamierzał się rozmówić z żoną, złożyć pozew o rozwód i przyjechać do mnie. Chciał nawiązać kontakty we Francji, żeby importować francuskie towary do Polski. Wuj François miał mu w tym pomóc. Zamierzaliśmy się tu pobrać i wrócić do Polski, jak tylko cała ta afera ucichnie. Gdy przyjechałam, na dworcu w Paryżu czekał na mnie wuj François, wtedy naturalnie monsieur François Gaudet. Zamieszkałam w jego mieszkaniu, czekając na Sobniewskiego.

−     Ciociu, nie obawiałaś się zamieszkać u obcego mężczyzny? – zapytała Madeleine z zaciekawieniem.

−     Wierzyłam, że Sobniewski oddaje mnie w ręce honorowego kolegi. Poza tym wuj zatrudniał wtedy panią do prowadzenia domu.

−     Z tego, co wiem, Sobniewski nie pojechał do Francji.

−     No właśnie – ciągnęła ciotka. − Czekałam i czekałam. Myślałam, że oszaleję. Żadnej informacji. Nic. Wuj mnie pocieszał, że najprawdopodobniej sprawy w Polsce się przeciągają. Było mi nieprzyjemnie, bo w końcu żyłam na koszt obcego mężczyzny. Nie chciałam popaść w niezręczną sytuację. Wpadłam na pomysł, żeby wysłać Sobniewskiemu depeszę z ultimatum, że jak nie przyjedzie do tego i tego dnia, to czuję się zwolniona ze wszelkich zobowiązań wobec niego. Dostałam odpowiedź. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Siedzieliśmy z wujem przy kolacji, zadzwonił dzwonek do drzwi. Posłaniec przyniósł depeszę i przeczytałam tekst: „Kochana Janeczko, nie mogę zostawić Ady. Proszę, wybacz mi. Zawsze będę cię kochać. Władek”.

Zobaczyła, że po policzku ciotki potoczyła się łza, którą ta dyskretnie otarła, po czym nagle zamilkła.

−     I co było dalej? – drążyła Madeleine.

−     Dalej? − ciotka westchnęła. − Trudno mi było dojść do siebie. Takie rozczarowanie. Poza tym nie mogłam wrócić do Polski w atmosferze skandalu. Postanowiłam przeczekać. Wuj François pomógł mi znaleźć pracę. Pracowałam jako krawcowa w jednej z pracowni, do której dostarczał tkaniny. Chciałam się wyprowadzić, François powiedział, że dalej mogę mieszkać u niego. Było mi to na rękę. Płaciłam mu skromną kwotę za pokój, żeby uniknąć zależności i nie czuć się na jego łasce. Powoli wyrosło z tej sytuacji uczucie, że należymy do siebie. I tak się pobraliśmy.

−     Ciocia dużo osiągnęła we Francji – stwierdziła jakby nie na temat Madeleine.

−     Nie byłoby to możliwe bez pomocy wuja François – ciotka zmieniła ton głosu. – Radził mi i podpowiadał, co mam robić. W ten sposób uniknęłam wielu błędów, które popełniłabym, będąc sama.

−     Nie myślała ciocia o powrocie do Polski?

−     Na początku myślałam o tym każdego dnia. Kiedy się pobraliśmy, plan powrotu stracił na ważności. Dzisiaj po prawie jedenastu latach nie myślę o powrocie.

−     To ciocia nie tęskni za Polską? – spytała niedowierzająco.

−     Jeżeli tęsknię, to za ludźmi, za rodziną. Za krajem? Trudno mi powiedzieć – ciotka zamilkła, zastanawiając się nad odpowiedzią. − Wspominam czasami niektóre miejsca, Warszawę, Miłosną. Ale to nie jest chęć powrotu. Trudno mi to wyjaśnić. Pewne jest, że po tylu latach chciałabym odwiedzić rodziców, siostrę.

−     Ciociu, moja wizyta potwierdza, że pierwsze lody zostały przełamane – chciała przekonać ciotkę.

−     Tak sądzisz?

−     Tak. Widziałam, jak mama i babcia cierpiały. Teraz się na pewno wszystko ułoży – stwierdziła Madeleine pełna optymizmu.

Wuj François nie zrobił na Madeleine dobrego wrażenia. Wysoki, barczysty, z zaciętym wyrazem twarzy. Nie był sympatycznym typem, którego się lubi od pierwszego spotkania. Poza chłodnym podaniem ręki na powitanie nie zdobył się na żaden serdeczniejszy gest. Pomyślała, że dobrze się złożyło, że poznała go krótko przed wyjazdem do Polski. Nie czułaby się dobrze w jego obecności, nie mówiąc już o tym, że nie umiałaby z nim rozmawiać tak, jak z ciotką Jeanine. Moment powrotu do domu zbliżał się nieuchronnie. Madeleine z ciotką biegały po sklepach, żeby zakupić ostatnie prezenty dla rodziny w Polsce. Wyjazd do Warszawy został ustalony na piątek pierwszego września.

Rodzice wyrazili zgodę, żeby wyjechała z Paryża dopiero tego dnia, opuszczając pierwszy dzień w szkole.

W piątek Madeleine wstała późno. Leniwie snując się po pokoju, wyglądała na ulicę i przyglądała się ludziom i samochodom. Przeglądała rzeczy włożone do walizki i rozmyślała o powrocie do domu. Pociąg odjeżdżał dopiero o siódmej wieczorem, miała więc jeszcze sporo czasu, postanowiła więc po raz ostatni wziąć kąpiel w wytwornym pokoju kąpielowym. Przez chwilę nasłuchiwała, czy wuj François jest jeszcze w domu, lecz słyszała tylko krzątającą się ciotkę. Napuściła wody i leżąc w wannie, uruchomiła w pamięci film z francuskich wakacji. Pierwszy portret wykonany na Polach Elizejskich, salon krawiecki ciotki, Prowansja, Morze Śródziemne, Dominik de Mauvoisan… Było jej żal opuszczać ten świat. W domu czekały ją trudne rozmowy. Z rodzicami o planach edukacyjnych, o ciotce Jeanine, nie… o ciotce Janeczce. Wiedziała, że musi je przeprowadzić. Spodziewała się, że zmienią jej życie, że wreszcie runie mur milczenia na temat ciotki i że rodzice zaakceptują jej pomysł, by studiowała malarstwo.

Zadzwonił telefon. Madeleine usłyszała, jak ciotka nerwowo coś wykrzykuje. Nie mogła jej zrozumieć, ta jednak już po chwili zamawiała rozmowę na centrali. Bez pukania wpadła do łazienki.

−     Pospiesz się. Zamówiłam rozmowę do Polski – wyrzuciła z siebie.

−     Dlaczego? Co się stało? – zapytała zaskoczona nerwowym zachowaniem ciotki.

−     W Polsce jest wojna.

−     Wojna? – powtórzyła.

−     Hitler napadł dzisiaj rano na Polskę.

−     Hitler? O czym ciocia mówi? – tysiąc myśli kłębiło się jej w głowie.

−     Niemcy. Niemcy napadli na Polskę – tłumaczyła ciotka.

−     Czy to jest groźne? – Madeleine próbowała zrozumieć, co oznacza dla niej ta wiadomość.

−     Nie mam pojęcia. Wuj słuchał radia i podali tę wiadomość. Za jakieś dwie godziny powinnam dostać połączenie.

−     Dzwoni ciocia do mamy?

−     Tak, pospiesz się.

Madeleine jadła śniadanie w milczeniu, ciągle nie mogąc pojąć, co to oznaczało. Wojnę znała tylko z lekcji historii. Dwie armie naprzeciwko siebie, pole bitewne. Może gdzieś na granicy są jakieś potyczki, ale nie w Warszawie, to jest przecież stolica kraju. „No tak, w kraju pisano w gazetach, że wojna wisi w powietrzu – rozważała. – Ale ojciec mówił zawsze, że to tylko głos ulicy. Tutaj nikt nic nie mówił o wojnie. A może to nic poważnego?”. Chciała zapytać ciotkę, co ona o tym sądzi. Zauważyła jednak, że ta była jeszcze bardziej podenerwowana niż ona, dlatego zaniechała dalszych pytań, czekając na to, co się wydarzy.

W domu pojawił się wuj François i – równie przejęty jak ciotka – zapytał od razu, czy nawiązała już połączenie. Przekonywał, że trzeba koniecznie wiedzieć, co się dzieje w Polsce, bo nie ma sensu wysyłać Madeleine w ciemno.

Przez głowę Madeleine przemknęła jak błyskawica myśl o tym, że prawdopodobnie nie będzie mogła wrócić do domu. Tak samo błyskawicznie ją odepchnęła w przekonaniu, że to niemożliwe. Wtem zaterkotał dzwonek telefonu i ciotka rzuciła się do słuchawki. Oboje z wujem chłonęli każde dobiegające z niej słowo.

−     Tak, rozumiem. Czy mogę zamówić połączenie ponownie za dwie godziny? Dobrze, będę czekać.

−     Co jest? – dopytywał się wuj.

−     Nikt się nie zgłasza – odpowiedziała ciotka zgaszona.

−     O, Boże… – Madeleine ukryła twarz w dłoniach.

−     Tylko spokojnie – wuj zdawał się nieporuszony sytuacją.

−     A może by zadzwonić do taty, do ministerstwa? – wpadła na pomysł.

−     Masz numer? – dowiadywał się wuj.

Madeleine znikła na krótko w swoim pokoju. Po chwili wróciła z notesem w ręce i wuj zamówił połączenie z Ministerstwem Rolnictwa w Warszawie.

Siedzieli w trójkę w kuchni i nie odważyli się rozmawiać ze sobą, żeby przez przypadek nie przegapić telefonu. Magdę ogarniało powoli uczucie, że sytuacja jest poważna, nie chciała jednak okazać niepokoju. Wujostwo też siedzieli osowiali. Trwali tak razem milcząco w nieznośnym oczekiwaniu.

Telefon w końcu zadzwonił, ciotka Jeanine poderwała się i pobiegła do przedpokoju. Na linii było ministerstwo.

−     Dzwonię z Paryża. Chciałabym rozmawiać z moim szwagrem, Stanisławem Reckiem.

Madeleine z wujem obserwowali ciotkę intensywnie wsłuchującą się w głos po drugiej stronie.

−     Ach, Stanisław, mówi Janeczka − Madeleine chłonęła każde jej słowo. − Przykro mi, że po tylu latach dzwonię w takich okolicznościach…

Stanisław Reck jej przerwał i ciotka milcząco trwała przy słuchawce.

−     Dobrze, zatrzymam ją u nas – przytaknęła posłusznie.

Madeleine zrozumiała, że mowa była o niej. Przyskoczyła do ciotki.

−     Muszę koniecznie porozmawiać z tatą – próbowała jej wyrwać słuchawkę z ręki.

−     Stanisław, Magdalena chce z tobą porozmawiać – powiedziała ciotka i szybko oddała słuchawkę, widząc desperację siostrzenicy.

−     Tato, chcę do domu! – krzyczała jak przestraszone dziecko. − Co to wszystko znaczy? Przecież mówiłeś, że wojny nie będzie – robiła mu wyrzuty. Zamilkła na chwilę, słuchając ojca. − Przyślesz depeszę, że mogę wrócić, dobrze? Obiecujesz? Dwa miesiące? Na pewno, na Boże Narodzenie? Dobrze. Będę pisać listy. Ciociu, tata chce jeszcze z tobą rozmawiać – przekazała zrezygnowana słuchawkę.

Ciężko opadła na krzesło w kącie przedpokoju. „Ta wojna to musiało być coś poważnego – myślała – skoro ojciec nakazał jej pozostać w Paryżu”. Przez moment śledziła rozmowę ciotki, po czym oddała się wspomnieniom: kłótni z mamą, spacerów nad Wisłą, widziała znowu Kolumnę Zygmunta, Zuzę, szkołę, park Łazienkowski, dziadków w Miłosnej i w Wirach. W czerwcu myślała o tym, żeby to wszystko zostawić za sobą i poddać się urokowi Paryża i Francji. Teraz bolało, że musi się z tym rozstać. Może nawet na zawsze? Jedwabne nici! Tak, to są te niewidzialne nici, którymi jest związana ze swoim życiem w Warszawie. Poderwała się z krzesła i pobiegła do swojego pokoju. Wróciła po chwili całkowicie roztrzęsiona, konstatując z płaczem, że zgubiła jedwabne nici, które matka dała jej przed wyjazdem.

Ciotka podeszła do rozedrganej dziewczyny i przytuliła ją do siebie.

−     Moje dziecko, nie zgubiłaś tych nici. Uszyłaś sobie nimi sukienkę. Nie pamiętasz?

−     Ciociu, dlaczego mi na to pozwoliłaś? Nie mam teraz nic, co by mnie łączyło z domem, z Warszawą. Już nigdy tam nie wrócę! – szlochała. Raptownie wyrwała się z jej objęć. − Chcę do domu, chcę do domu! – krzyczała, trzymając się za głowę.

Wuj François nie rozumiał rozmowy prowadzonej po polsku, natomiast znakomicie wyczuł sytuację. Podszedł szybko do Madeleine, złapał ją za ręce, w ojcowsko czułym geście przyciągnął do siebie i zaczął głaskać po głowie. Wtulona w jego masywne ciało łkała jak dziecko.

Odcinek 21 – Gorzki smak nadziei

Jedwabne nici - Kobiety w kawiarni AI.

Co w tym odcinku:

Paryż jeszcze się broni pozorami normalności, ale wojna już stoi w progu. Wystarczy jeden seans filmowy, by Madeleine zobaczyła, jak daleko sięga płomień, który ogarnia jej dawny dom. W świecie, który właśnie się rozpada, rodzą się nowe lęki, pytania — i pierwsze, nieśmiałe drżenia serca.

W poniedziałek Madeleine poszła z ciotką do salonu. Madame Gaudet przydzieliła jej zadanie na zapleczu, gdzie przygotowywała pakunki do wysyłki i włączała regularnie co godzinę radio, żeby usłyszeć nowe wiadomości. Séverine i Marie przypatrywały się jej najpierw ze zdziwieniem, a po wyjaśnieniach madame Jeanine – z politowaniem. Po południu radio podało, że Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom jako wyraz solidarności z napadniętą Polską. W pierwszej chwili pomyślała, że to koniec konfliktu, że okaże się to sygnałem, że może wrócić do domu. Ciotka i wuj odarli ją ze złudzeń, że ta wiadomość cokolwiek oznacza. Wojna nadal trwała. Postanowiła pisać regularnie listy, jeden na tydzień. Wuj wypowiadał się sceptycznie odnośnie do tego, czy w stanie wojny poczta w ogóle dotrze do Warszawy. Madeleine mimo to nie pozwalała sobie zabrać tej nikłej nadziei, że któregoś dnia dostanie odpowiedź, a może nawet telegram z upragnioną wiadomością, że może wrócić do domu.

Dni mijały w oczekiwaniu, że coś się zmieni. Ten czas wypełniała pracą w salonie przy projektowaniu ubrań i szyciu. Chętnie też pomagała ciotce w pracach domowych. Praca była lekarstwem na przytłaczające uczucie bezsilności. Mówiła sobie, że nie może stracić nadziei, że nie może poddać się obezwładniającemu uczuciu braku wiary w to, co przyniesie przyszłość. Wiedziała, że jest przecież na początku życia, że musi myśleć o przyszłości. Nie potrafiła jej jednak nadać jakiegokolwiek kształtu. Wszystkie marzenia, z którymi chciała wrócić do Warszawy, gdzieś przepadły, jakby ich w ogóle nie było. Z uporem maniaczki każdego tygodnia pisała listy. Wuj dopytywał się, co opisuje. Przyznawała, że jej korespondencja przypomina raczej dziennik. Było bez znaczenia, co opisuje – i tak nie wiedziała, który list dojdzie. Ważne było, żeby otrzymać odpowiedź, że z rodziną wszystko w porządku, że może kupić bilet na pociąg do domu. Czas płynął, zbliżało się Boże Narodzenie. Madeleine wyznaczyła sobie Gwiazdkę jako wewnętrzną cezurę. Jeżeli nie spędzi świąt w domu, w Polsce, to pogodzi się z sytuacją, przyjmie do wiadomości, że powrót to sprawa odleglejszej przyszłości.

Wojna w Europie powoli wpłynęła na nastrój w Paryżu. Do salonu ciotki przychodziło coraz mniej klientek. Ciotka tłumaczyła sobie, że to przejściowe, ciągle liczyła na poprawę. Zamówień do szycia nie oddawała już innym krawcowym, tylko szyła sama, przy łatwiejszych przypadkach angażowała również Madeleine. Coraz częściej nosiła się z zamiarem zwolnienia swoich sklepowych. Pod koniec każdego miesiąca, kiedy robiła bilans przychodów i rozchodów, widziała z całą jaskrawością, że powinna to zrobić. Przesuwała jednak decyzję z miesiąca na miesiąc, licząc na to, że może coś się zmieni. Nie okazywała zwątpienia, żeby nie pogrążać w smutku Madeleine i personelu.

Pewnego dnia zaproponowała siostrzenicy, żeby wybrały się do kina. Trzeba w końcu przewietrzyć mózg, zająć się innymi myślami. Wybrały się na romans z silnym postanowieniem oddania się miłym rozważaniom o filmowym szczęściu. Odczuwały, że inni widzowie przyszli tutaj w podobnym celu. Seans rozpoczął się kroniką aktualnych wydarzeń, na które składało się kilka bieżących informacji uchwyconych okiem kamery. Nagle na ekranie zaczęły przesuwać się obrazy wojny. Pokazywane były miasta w Europie, a w nich wojska niemieckie odbierające akt kapitulacji jednego kraju po drugim. Przypatrując się tym wydarzeniom na celuloidzie, Madeleine uświadomiła sobie, że widzi obraz Warszawy. Rozpoznała Plac Zamkowy i złapała ciotkę kurczowo za ramię.

−     To Zamek Królewski płonie. Nasz dom oddalony jest o kilka kroków. O, Boże, co się tam dzieje! – zaszokowana wydusiła z siebie.

−     Psst! – odezwał się karcąco siedzący obok mężczyzna.

Patrzyła jeszcze chwilę aż relacja z Warszawy została zakończona.

−     Wychodzę – zawyrokowała i podniosła się z miejsca. – Nie mogę po tym patrzeć na żaden film miłosny.

Ciotka, widocznie też poruszona kroniką, wyszła razem z nią. Szły w milczeniu, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Weszły do bistra przy ulicy Cambon, żeby zebrać myśli, i ciotka zamówiła absynt.

−     Co to było? Czy to możliwe? – Magdalena nie mogła dojść do siebie.

−     Wygląda na to, że tak – stwierdziła chłodno ciotka.

−     Ciociu, dlaczego nic więcej nie mówisz? – rozpaczliwie szarpała rękaw jej swetra, jakby w ten sposób miała otrzymać odpowiedź.

−     Co mam mówić? Że mnie to strasznie boli? Przyniesie ci to ulgę, jak to powiem? – ciotka przemówiła nagle podniesionym głosem. – Ty prawdopodobnie straciłaś rodziców, brata, ja chyba siostrę i rodziców. Czy to chciałaś usłyszeć?

−     Nie wiem. Może oni jakoś przeżyli. Będę nadal pisać listy – spekulowała Madeleine, targana sprzecznymi myślami o tym, co dalej.

−     Wiesz, co to jest? Myślenie życzeniowe – ciotka mówiła nadal głośno. – Tak bardzo pragniesz, żeby coś się wydarzyło, że przestajesz brać pod uwagę fakty.

−     Ciociu, czy wierzysz, że mama, tato, Romek, babcia, dziadek, że oni wszyscy zginęli? – zapytała niedowierzająco.

−     Nie wiem, naprawdę nie wiem.

−     No widzisz! Może przyjdzie któregoś dnia odpowiedź z Warszawy – Magda szukała jakiegoś źdźbła nadziei, którego mogłaby się chwycić.

−     To chwalebne, że nie tracisz nadziei – ciotka Jeanine pogłaskała jej dłoń opartą o kant stołu. − Ten płonący Zamek Królewski został nakręcony wcześniej, pewnie jesienią. Na filmie widziałam jeszcze liście na drzewach. Teraz jest grudzień, a ciągle nie mamy żadnej wiadomości. Nie wiem, czy twoje listy coś dają.

−     Ciociu, proszę cię, nie mów tak – Madeleine odezwała się trzęsącym głosem. – Odbierasz mi wszelką nadzieję. Nie wiem, co począć. Chciałam zrobić maturę, studiować malarstwo i projektowanie. I co z tego wyszło? Wojna. Utraciłam najbliższych, nie mogę wrócić do moich ojczystych stron i nie mam żadnych perspektywy na przyszłość.

−     Myślisz, że mi jest łatwiej? To, co zbudowałam żmudną pracą, powoli się rozpada.

Magdalena spojrzała na nią uważnie. Do tej pory nie słyszała, żeby ciotka narzekała na cokolwiek.

−     Nie widzisz, co się wokół nas dzieje? – kontynuowała. − Mam coraz mniej klientek. Nie oddaję szycia na zewnątrz, bo za mało zarabiam, żeby to sfinansować. Dlatego szyję sama, a ty mi pomagasz. Marie i Séverine też muszę zwolnić. Czekam tylko, żeby nadeszła wiosna. W zimie jest trudniej szukać pracy – zakończyła smutno.

−     Ale masz męża, on zapewni ci byt – Madeleine próbowała bagatelizować, żeby podtrzymać ciotkę na duchu.

−     Tak ci się tylko wydaje. Jego interesy też idą źle. A co z tobą? Kto tobie zapewni byt?

−     Ze mną? − zabolało ją to pytanie. Uświadomiła sobie po raz pierwszy, że nie jest oczywiste, że wuj François miałby łożyć na jej utrzymanie, w końcu nie był jej rodziną. Nie miał wobec niej żadnych zobowiązań. Poczuła się jak niepotrzebny mebel, który stoi w kącie i tylko zabiera miejsce.

−     Pójdę pracować – odpowiedziała hardo.

−     Kto cię przyjmie? Widzisz, że sama muszę zwolnić moje dziewczyny. Ale nie martw się – uspokoiła ją nieoczekiwanie ciotka. − Znajdziesz u mnie dom. Nie chcę jednak, żebyś miała zbyt wygórowane wymagania, żebyś mnie zarzucała pretensjami, że chcesz to czy tamto, a ja nie będę mogła ci tego zaoferować. Na przykład dalszego kształcenia. Nie mam na to pieniędzy. Od wuja François też nie mogę ich wymagać.

−     Dziękuję, to, co mi zapewniasz teraz, zupełnie wystarczy – wydusiła z siebie przytłoczona bezpośredniością jej słów.

„Wdzięczność” − pomyślała. − Musi być wdzięczna, a tak bardzo tego nie znosi. Postanowiła, że uwolni się przede wszystkim od tego uczucia.

−     Ważne, żebyśmy się rozumiały – ciągnęła ciotka. − Twoje życie będzie się toczyć tutaj. Na razie nie widzę szansy na powrót do Polski, chociaż sytuacja we Francji też się pogarsza. Zobaczysz, ta wojna wkrótce przyjdzie i do nas. − Zamilkła, a Madeleine też się nie odezwała, bo widziała, że ciotka była tak samo bezradna jak ona i to przynosiło jej niewytłumaczalną ulgę. Dopiła kieliszek absyntu i otrząsnęła się ze wstrętem. Jakież to gorzkie! Czyżby miała wzdragać się na ten smak po raz ostatni?

Sytuacja w Paryżu faktycznie stawała się z dnia na dzień coraz gorsza. Wszyscy przeczuwali, że wkroczenie wojsk niemieckich jest tylko kwestią czasu. Jeanine Gaudet zwolniła w końcu Marie i Séverine, by samej obsługiwać nieliczne klientki. Madeleine pomagała jej, szyjąc i roznosząc ubrania. Wuj François nauczył ją prowadzenia samochodu, w ten sposób mogła obierać zamówione tkaniny i docierać do najdalej mieszkających klientek.

Któregoś dnia otrzymała polecenie dostarczenia gotowych ubrań madame de Mauvoisan. Ciotka podała jej adres i poinstruowała ją, jak ma się zachowywać, jak ma się zwracać do napotkanych ludzi, jakie ma dawać odpowiedzi. Pałacyk państwa de Mauvoisan mieścił się niedaleko Ogrodu Luksemburskiego. Był chłodny, wiosenny dzień i padał lekki deszcz. Gdyby nie pogoda, musiałaby dojść tam pieszo. Dzisiaj Madeleine delikatnie złożyła uszyte ubrania do samochodu, tak żeby ich nie zmoczyć i nie pognieść. Szybko przejechała drogę z salonu do pałacyku i zaparkowała przed wejściem. Przyłapała się na myślach o Dominiku. Czy może go tu spotkać? Położyła dłonie na kolanach, żeby opanować ich drżenie. Wysiadła wreszcie i otworzyła duży parasol dla ochrony przed deszczem. Zadzwoniła do drzwi i ukazał się służący.

−     Mademoiselle sobie życzy? – usłyszała wyniosły głos kamerdynera.

−     Przynoszę suknię i kostiumy dla madame de Mauvoisan – odpowiedziała onieśmielona.

−     Dla której madame de Mauvoisan?

Zatkało ją. Co powiedzieć, żeby nie wypaść nieuprzejmie? Przecież nie może powiedzieć: „dla tej starej kobiety o lasce”.

−     No, dla tej pani… – bąkała.

−     Bernadette de Mauvoisan czy Mylene de Mauvoisan? − służący zadawał coraz trudniejsze pytania.

Zmarszczyła bezradnie czoło, usiłując sobie przypomnieć, jak miała na imię madame de Mauvoisan. Służący z upodobaniem przyglądał się jej wysiłkom.

−     Czy ten samochód należy do mademoiselle? – wskazał szpiczastym palcem w stronę auta.

−     Tak – odpowiedziała cicho zawstydzona, jakby zajechała przed pałac wozem drabiniastym.

−     Służbie i dostawcom nie wolno parkować przed pałacem. Samochód trzeba postawić przy tylnym wejściu. Wejście dla dostawców też jest z tyłu domu – wycedził z wyższością.

−     To co mam zrobić? Zaparkować samochód za domem i poszukać tego drugiego wejścia?

−     Tak – kategorycznie odpowiedział służący, czekając aż się oddali.

Madeleine miała dosyć tej upokarzającej rozmowy i zdecydowała zapakować ubrania do samochodu. Podenerwowana sytuacją niezdarnie usiłowała uchronić suknie przed deszczem, kiedy nagle przed nią pojawił się Dominik de Mauvoisan. Madeleine zamarła.

−     Jean-Jacques, mamy jakiś problem? – zapytał badawczo służącego.

−     Nie, mademoiselle szuka wejścia dla dostawców. Przyniosła ubrania dla madame de Mauvoisan – odpowiedział służący całkowicie innym tonem głosu.

−     Skoro już tutaj trafiła, to można odebrać te ubrania – stwierdził po prostu Dominik.

−     Mademoiselle nie wie, dla której madame de Mauvoisan jest przeznaczona ta garderoba – tłumaczył się służący.

−     Jean-Jacques, nie bądź śmieszny. Przecież widać, że to ubrania dla mojej babki, a nie dla mojej matki. Przywołaj pokojówkę, żeby zabrała te ubrania.

Służący oddalił się po pokojówkę, a Dominik poprosił Madeleine do holu.

−     My się znamy, prawda? – zagadnął.

−     Niedokładnie… – odpowiedziała niepewnie, nie wiedząc, czy powinna się cieszyć z tego spotkania.

−     Tak, ma pani rację, mademoiselle. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Ale spotkaliśmy się w salonie krawcowej mojej babki, prawda?

Odebrał od niej ubrania i położył je na stojącą opodal komodę. Ujął jej dłoń i zbliżył do ust, spojrzał głęboko w oczy. Madeleine nie potrafiła odpowiedzieć tak samo przenikliwym spojrzeniem i spuściła wzrok.

−     Cieszę, że znowu mademoiselle widzę. Takich niebieskich oczu się nie zapomina – uniósł jej podbródek tak, żeby móc popatrzeć jej prosto w oczy.

Jean-Jacques pojawił się z powrotem z pokojówką, która krótko dygnęła i bez słowa zabrała ubrania z komody.

−     Do zobaczenia – Dominik ponownie uścisnął rękę Madeleine.

Ich niebieskie oczy znowu się spotkały.

Odcinek 22 – Teatr, w którym wszystko może się zdarzyć

Scena w teatrze z aktorami AI.

Co w tym odcinku:

Madeleine próbuje skupić się na codzienności, lecz echo spotkania z Dominikiem de Mauvoisan nie daje jej spokoju. Tymczasem w teatrze Populaire chaos prób odsłania charaktery, ambicje i sekrety, które wkrótce splączą się z jej własnym losem.

Wieczorem przy kolacji Madeleine z trudem śledziła rozmowę wujostwa. Wuj mówił coś o wyjeździe do Bretanii, że musi pilnować interesów na miejscu. Dyskutowali o jakimś teatrze, a Madeleine, nieobecna duchem, widziała przed sobą Dominika de Mauvoisan. „Takich niebieskich oczu się nie zapomina”, „Do zobaczenia” – dzwoniło jej w uszach. „On adoruje tylko panny ze swojej sfery” – powiedziała kiedyś ciotka. A więc była to tylko uprzejmość. A może jednak coś więcej?

−     Madeleine, jesteś jakaś inna – przyjrzała się jej uważnie ciotka. – Czy coś się stało?

−     Nie, nie… ten służący u madame de Mauvoisan był nieuprzejmy. Wywyższał się jakby był… nie wiem kim.

−     Nie przejmuj się – wtrącił chłodno wuj François. – Służący bogatych ludzi myślą, że jeśli będą równie nieuprzejmi, jak ich państwo, to wzbudzą szacunek u innych.

Ciotka była świadoma, że wysyłając ją do madame de Mauvoisan, może sprowokować przypadkowe spotkanie Madeleine z Dominikiem i dlatego konsekwentnie drążyła dalej.

−     To był tylko służący? Spotkałaś jeszcze kogoś?

−     Nie, nie… Jestem zmęczona. Pójdę do pokoju, muszę napisać list do domu – chciała się koniecznie wymigać od rozmowy i pospiesznie opuściła kuchnię.

−     Mam nadzieję, że nic nie wyniknie między nią a młodym de Mauvoisanem – zaczęła nagle ciotka. − Jeszcze w lecie stara de Mauvoisan była u mnie w salonie z wnukiem, Dominikiem. Myślę, że Madeleine mu się spodobała i on jej też.

−     To dlaczego ją do niej wysłałaś? – dochodził wuj.

−     Wytłumaczyłam jej, że takie miłości są bez sensu. Myślałam, że zrozumiała.

−     Zostaw ją w spokoju – pogłaskał czule jej rękę. − Co się ma wydarzyć, to się wydarzy.

−     Nie, François, nie chcę, żeby cierpiała, przeżywszy takie rozczarowanie jak ja. Gdybym nie poznała ciebie, jak by się to wszystko potoczyło?

−     Takie rozczarowania są częścią życia. Nie uchronisz jej przed tym. Tak jak nikt nie był w stanie uchronić ciebie – tłumaczył wyrozumiale.

−     François, mów, co chcesz. Jesteś mężczyzną. Kobiety ponoszą większe konsekwencje takich historii. Przecież nie mamy dzieci – w jej głosie zabrzmiała niespodziewana nuta zgorzknienia.

−     Kochanie – wuj François przemawiał do niej łagodnie – nie musisz robić sobie żadnych wyrzutów. Bez dzieci też jesteśmy szczęśliwi.

Dzień zaczął się od tego, że Madeleine i ciotka Jeanine miały pojechać po nowe zlecenie. Wsiadły do samochodu i madame Gaudet, jadąc powoli przez Pola Elizejskie, wyjaśniała zlecenie. Ona będzie pytać i mierzyć, a Madeleine ma notować wszelkie informacje dotyczące kostiumu, zapisywać wymiary. Z powodu coraz gorszej sytuacji ciotka została bez pracy. Na szczęście znowu pomógł jej wuj François. Skorzystał ze swoich kontaktów i polecił ją znajomemu, z którym handlował winem, a który przypadkowo był także właścicielem teatru. W tych czasach szycie kostiumów u drogich krawców było zbyt wielkim luksusem. Zlecenie Jeanine Gaudet polegało na dwóch zadaniach: uszyć dobre kostiumy i nie żądać wygórowanej ceny.

Dojechały do teatru Populaire, weszły do niepozornego budynku i od razu skierowały się na widownię. Właśnie trwała próba, na scenie dwie aktorki i aktor ćwiczyli swoje kwestie. Reżyser, otoczony przez kilka osób, coraz to przerywał obsadzie i dawał wskazówki. Madeleine z ciotką usiadły z tyłu, żeby nie przeszkadzać. Z zaciekawieniem przyglądały się wydarzeniom na scenie. Uwagę Madeleine przyciągnęła osoba reżysera. Pierre de Burre był mężczyzną w średnim wieku, wysokim i bardzo szczupłym, prawie kościstym, o ostrych rysach twarzy. Miał zdumiewającą fryzurę – długie czarne włosy zaczesane do tyłu i starannie posmarowane pomadą. Był w czarnym garniturze, białej koszuli z niezwykle długimi mankietami wyglądającymi z rękawów marynarki i bez krawata. Za to wokół szyi nosił owinięty amarantowy jedwabny szalik. Sposób, w jaki rozmawiał z aktorami, zdawał się jej nie mniej teatralny niż gesty ich samych. Kiedy po udzieleniu wskazówki aktor powtarzał swój tekst i nie odgrywał roli tak, jak de Burre sobie tego życzył, reżyser zrywał się z miejsca, rzucał scenopis przed siebie i wykrzykiwał, że ma do czynienia z idiotami i że idzie do domu.

Ten rytuał powtarzał się co kilka minut. Siedząca nieopodal asystentka zbierała cierpliwie z podłogi kartki scenopisu i układała je według kolejności. Madeleine zaskoczyło i przestraszyło jego zachowanie, ale tylko za pierwszym i drugim razem, następne wybuchy histerycznego reżysera przyprawiały ją o śmiech. Obok de Burrego siedziała kobieta, która w przeciwieństwie do niego sprawiała wrażenie spokojnej i opanowanej. Prawie cały czas milczała z wyjątkiem chwil, kiedy coś krótko szeptała reżyserowi na ucho; wstawała wtedy z miejsca, podchodziła do sceny i robiła zdjęcie. Jej powierzchowność silnie kontrastowała z wyglądem Pierre’a de Burrego. Micheline Scholl była kobietą, u której trudno było znaleźć ślady typowej piękności – niewysoka i krępa, z okrągłą twarzą osadzoną na grubej, silnej szyi. Arystokratyczne rysy twarzy de Burrego wyraźnie odróżniały się od raczej pospolitej twarzy Scholl. Do tego kobieta ubrana była w coś, co przypominało raczej mundur i niekorzystnie podkreślało jej przyciężką figurę. Mimo tego intrygowała. Było w niej coś, co automatycznie budziło szacunek. Madeleine zauważyła, że wszyscy obecni zachowywali się w stosunku do niej z pewną uniżonością.

Młody mężczyzna z plikiem papierów podszedł do Madeleine i ciotki, żeby ustalić, co je sprowadza. Stwierdził, że przyszły za wcześnie, obiecał ustalić z reżyserem konkretny termin i wrócił tam, skąd przyszedł.

−     Doskonały powód, żeby zrobić przerwę – wykrzyknął głośno Pierre de Burre, wymachując w ich stronę. – Zawołaj te krawcowe.

W garderobie oprócz aktorów, dla których miały być uszyte kostiumy, pojawił się reżyser i całe towarzystwo z widowni. Jeanine Gaudet poprosiła o szkice sceny i kostiumów, żeby się zorientować, o jaką garderobę chodzi. De Burre zaczął wylewnie tłumaczyć treść sztuki oraz swoje wyobrażenie kostiumów. Nie miał żadnych szkiców, jego wyjaśnienia trwały długo, a Jeanine nadal nie wiedziała, co konkretnie ma uszyć. Zaproponowała, żeby omówić kostiumy dla każdego aktora z osobna.

−     Ale to potrwa do wieczora…– przejął się de Burre.

−     Dobrze, mam propozycję. Porozmawiam sama z aktorami, zrobię szkice i pokażę panu. Zacznę z szyciem, kiedy je pan zaakceptuje.

−     Brawo, madame Gaudet! – zawołała Micheline Scholl. – W końcu jakaś konkretna decyzja w całym tym przedsięwzięciu.

Obecni uśmiechnęli się porozumiewawczo.

−     Co chcesz przez to powiedzieć, moja droga? – de Burre poczuł się dotknięty, jakby Scholl nadepnęła mu na odcisk.

−     Chcę powiedzieć, że w tym chaosie jest to pierwszy konkretny krok, który zbliża nas do premiery – odpowiedziała bezczelnie Scholl.

De Burre głośno przełknął ślinę, a w garderobie zapadła martwa cisza. Nikt nie miał odwagi mieszać się w dyskusję, ale on odebrał milczenie obecnych jako poparcie dla siebie.

−     No widzisz, Micheline? Znowu twoja wybujała emocjonalność wzięła górę nad racjonalnym postępowaniem – De Burre próbował mieć ostatnie zdanie w tej potyczce. − Takie dyskusje też nie posuwają nas do przodu.

−     Pozwólmy zatem paniom krawcowym zająć się ich pracą – zaproponowała Scholl, niespodziewanie wycofując się.

Odcinek 23 – Pierwszy krok ku tajemnicy

Jedwabne Nici - Tańcząca para na balu AI.

Co w tym odcinku:

W paryskiej bohemie prawda była tylko jedną z masek. Madeleine trafia w sam środek świata, w którym sztuka miesza się z namiętnościami, a prawda z pozą. W Grand Gilbert i Café du Paris odkrywa nie tylko nowe obyczaje, ale też ludzi, którzy potrafią jednym słowem zachwycić, zranić albo… całkowicie odmienić jej spojrzenie na siebie. Madeleine poczuje, że jej los zaczyna wymykać się spod kontroli — i że to wcale nie musi być złe.

Jeanine całe popołudnie przepytywała aktorów odnośnie do ich roli, różnych scen, które muszą odegrać, ich preferencji dotyczących kostiumu, jakiego koloru nie lubią, co chcieliby wyrazić swoim strojem. Madeleine to się podobało. Pilnie notowała wypowiedzi aktorów i uwagi ciotki, z których miał powstać projekt kostiumu. Wieczorem, kiedy zamierzały opuścić teatr, okazało się, że próby właśnie się zakończyły i Pierre de Burre zaprasza wszystkich do pobliskiej restauracji na kolację. Jeanine była zmęczona i przyjęła zaproszenie z ulgą. Wuj François był i tak w interesach w Bretanii, ucieszyła się, że nie musiała gotować kolacji.

Klientami restauracji Grand Gilbert była bohema artystyczna. Schodziły się tutaj samozwańcze gwiazdy wszelkiej maści, żeby w równym sobie towarzystwie deliberować o poważnych intelektualnych zagadnieniach. Silna stymulacja alkoholowa należała do reguły tych spotkań, każdy, kto zamówił herbatę zamiast wina czy absyntu, był od razu pytany o stan zdrowia. Zdrowe osobniki zdecydowanie nie piły herbaty.

Zespół z teatru Populaire usiadł razem przy jednym stole. Madeleine siedziała obok ciotki i jednego z aktorów, naprzeciwko niej usiadła Micheline Scholl. Była pod wrażeniem jej osoby, do tej pory nie widziała żadnej kobiety, która tak bezpośrednio krytykowałaby mężczyznę. Uważała ciotkę Jeanine za swój wzór kobiety – szanowana, doskonale znająca swoje silne i słabe strony, z sukcesem finansowym; była królową w salonie, którym władała niepodzielnie. Cień wątpliwości rzucało dopiero pojawienie się wuja François. Nie potrafiła się mu przeciwstawić. Nie oceniała tego jako jej słabości, lecz akceptację dla faktu, iż była odeń zależna. Micheline Scholl zdawała się inna – bezkompromisowa, twarda, jakby nie istniało dla niej nic poza obranym celem. Postanowiła dyskretnie wypytać sąsiada na jej temat, a ten od razu był gotów wyrzucić z siebie wszystko, co wiedział o Micheline – że była znaną artystką fotografiki, że fotografuje próby teatralne do gazet i modę znanych krawców. Madeleine intrygowało też zajście między Scholl i de Burrem, lecz dopiero ośmielona kieliszkami wypitego wina odważyła się podjąć ten temat. Mężczyzna wyraził opinię, że ta ostra rozmowa to nic poważnego – w teatrze powszechnie wiadomo, że ci oboje się nie znoszą i że Micheline krytykuje de Burrego, bo sama chciałyby być na jego miejscu. Poza tym dodał bez żenady, że de Burre jako homoseksualista na pewno nie przejął się zbytnio obelgami Micheline, która jest lesbijką, i że atak heteroseksualnego mężczyzny byłby znacznie boleśniejszy. Madeleine nagle nie miała dalszych pytań. Siedziała bez ruchu, wpatrując się tępo w obraz na ścianie. Była zdezorientowana tym, co usłyszała. W dzieciństwie słowa „homoseksualista” i „lesbijka” należały do zakazanych i długo nie rozumiała ich znaczenia. Kiedyś Zuza pokazała jej we francuskiej encyklopedii ich znaczenie. Wyobrażała sobie, że tacy ludzie wyglądają jakoś specjalnie, odróżniają się i zmuszeni są żyć w ukryciu, by uniknąć potępienia. A tutaj wszyscy o tym wiedzieli i nic sobie z tego nie robili.

Atmosfera rozluźniała się wraz z ilością wypitego wina. Goście wstawali od stołów, towarzystwa mieszały się między sobą. Ktoś rzucił hasło, żeby pójść dalej potańczyć do kabaretu i wszyscy bez wyjątku ruszyli do Café du Paris. Tam od razu zaczęły się tańce. Madeleine znalazła się przy stole, przy którym kilku przyszłych wielkich pisarzy dyskutowało równie wielkie tematy literackie. Ośmielona przyswojonym winem postanowiła włączyć się do dyskusji. Zapytała jednego z towarzyszy konwersacji, jak on interpretuje los Fabrycego z Pustelni parmeńskiej, który jako biskup nadal spotyka się z ukochaną. Usłyszała, że Stendhal to staromodna ramota; jest co prawda klasykiem, należy go jednak traktować warsztatowo, jako wprawkę pisarską. Ducha aktualnej, nowoczesnej literatury oddają inni pisarze: Apollinaire, Cocteau, Gide, Genet. Pilnie słuchała tych wywodów, opróżniając kolejną lampkę. Koło niej pojawiła się Micheline Scholl i Madeleine ustąpiła jej miejsca przy stole, sądząc, że ona też chce się przysłuchiwać literackim dywagacjom. Scholl wydawała się jednak zainteresowana Madeleine i odciągnęła ją od rozmowy.

−     Skąd jesteś? – zapytała bez wstępnych ceregieli.

−     Z Warszawy, z Polski… − wyjąkała zaskoczona.

−     Tak myślałam. Znałam tu kilku Polaków, mieli podobny akcent. Jak się nazywasz?

−     Madeleine Gaudet.

−     Ale to przecież francuskie nazwisko.

−     Po polsku nazywam się Magdalena Reck. Jeanine Gaudet jest moją ciotką.

−     Reck to też nie jest polskie nazwisko, bardziej niemieckie.

−     Tak, zgadza się. Mój ojciec pochodzi z Wielkopolski. Urodził się w Wirach. To były przed pierwszą wojną światową tereny niemieckie.

−     Tak, wiem, też się tam urodziłam − z uśmiechem odpowiedziała Scholl.

−     Pani, madame Scholl, urodziła się w Wirach!? Czy mogę o coś zapytać? − Madeleine była zaskoczona tym zbiegiem okoliczności. − To pani też nie jest Francuzką?

−     Nie, jestem Niemką, ale mam holenderski paszport. Mieszkam we Francji od dwudziestu lat.

−     Ja jestem tu tutaj zaledwie kilka miesięcy. Nie mogę wrócić do domu, bo w Polsce jest wojna.

−     Wkrótce będziemy mieli ją we Francji – skonstatowała Scholl nieporuszona tym faktem.

−     Wszyscy tak mówią. Nie obawia się pani tej sytuacji? – zaskoczyła ją własna odwaga. − Przecież powiedziała pani, że jest Niemką.

 − Ależ skąd! Nikogo to nie obchodzi – wzruszyła ramionami Scholl. − W kręgach bohemy ceni się osiągnięcia artystyczne, a nie pochodzenie. Poza tym nie mogę brać odpowiedzialności za to, co wyprawiają moi rodacy. I do tego mój paszport mnie chroni.

−     Słyszałam, że pani robi artystyczne zdjęcia. Nigdy nie widziałam takich zdjęć, tylko takie normalne, na ślub, na pierwszą komunię.

−     Muszę przyznać, że twoje zainteresowania są raczej nietypowe jak na zwyczajną krawcową – po raz pierwszy Madeleine zobaczyła jej uśmiech.

−     Właściwie nie jestem krawcową. Pomagam ciotce, bo nie mam nic innego do roboty. W domu chciałam zrobić maturę i studiować malarstwo i może projektowanie przedmiotów – zwierzyła się nagle.

−     Ho, ho. Mam do czynienia ze wschodzącą gwiazdą malarstwa. Projektowanie, hm, to niebanalny i nowoczesny pomysł – zauważyła z uznaniem Scholl.

−     W tej chwili nie widzę żadnych szans na zrealizowanie tych marzeń, dlatego szyję. Ale nie jest tak źle – Madeleine nie chciała narzekać. − Są prace, które mi się podobają, na przykład przelewanie tego, czego chcą klientki, najpierw na papier, a później praca z tkaniną.

−     No, no, ciekawa jestem, jak będą wyglądać nasze kostiumy.

Zrobiło się późno i Madeleine poszukała wzrokiem ciotki. Kiedy zobaczyła ją tańczącą z jakimś mężczyzną, postanowiła kontynuować rozmowę. Wtem dostrzegła u wejścia Dominika de Mauvoisana w towarzystwie kolegów. Jej policzki w oka mgnieniu ogarnęła gorąca fala. Micheline Scholl natychmiast wychwyciła zmianę na twarzy dziewczyny.

−     Ach, ty też znasz młodego de Mauvoisana – stwierdziła z przekąsem. – I też jesteś pod wpływem jego uwodzicielskich sztuczek.

−     Nie, nie… − próbowała zaprzeczyć.

Dominik zauważył ją, rzucił coś krótko kolegom i szybko podszedł do dziewczyny.

−     Mademoiselle Madeleine, cieszę się, że panią znowu widzę. Czy mogę zapytać, co pani tutaj robi? Na dodatek w towarzystwie madame Scholl? – był wyraźnie zaskoczony.

Zanim Madeleine otworzyła usta, żeby dać jakąś odpowiedź, Micheline wystrzeliła jak z broni maszynowej:

−     A co ty tutaj robisz? Szukasz swojej kolejnej ofiary? – rzuciła agresywnie.

−     Micheline, nie rozumiem, o czym ty mówisz − odpowiedział niewinnym głosem Dominik, patrząc cały czas na Madeleine.

−     Zostaw tę dziewczynę w spokoju! – Scholl szarpnęła go za rękaw marynarki.

−     Coś takiego! − odburknął oburzony. − Czyżbyś była przyzwoitką mademoiselle Madeleine? Z twoimi rozlicznymi aferami? – otrząsnął się z niesmakiem z jej uchwytu.

−     Dominik, nie jesteś niczym więcej jak tylko aroganckim próżniakiem – Scholl wycedziła z wściekłością przez zęby. − Szkoda dla ciebie każdej przyzwoitej dziewczyny, idź lepiej do burdelu. Tam pasujesz idealnie.

−     Ty też – w odpowiedzi Dominik zaśmiał się szyderczo.

Madeleine była pewna, że ci oboje zdecydowanie nie byli przyjaciółmi. Nie wiedziała, jak ma zareagować. Postanowiła pójść poszukać ciotki.

−     Mademoiselle, czy mogę panią prosić do tańca? – zapytał ją uprzejmie Dominik, zatrzymując, jakby wyczuł jej zamiar.

Przyzwoitość nakazywała odmówić mu po takiej wymianie zdań z madame Scholl, powinna była wziąć jej stronę, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Usłyszała tylko, jak mówi: „Tak, monsieur de Mauvoisan”. Odchodząc z nim, uchwyciła zdumione spojrzenie Scholl.

Madeleine była w tańcu oczarowana Dominikiem. Uważała, że zna wszystkie modne kroki taneczne, w końcu wystarczająco ćwiczyły z Zuzą. On był jednak bardziej doświadczonym tancerzem, prowadził ją zdecydowanie po parkiecie i był przy tym taki delikatny. Imponowało jej to, przypomniała sobie niezdarne ruchy Janusza na nieszczęsnej prywatce u Zuzy. Dominik w tańcu subtelnie muskał jej włosy albo dyskretnie gładził po plecach. Sam niewiele mówił, za to słuchał uważnie, co mówiła Madeleine i zadawał pytania żywo zainteresowany odpowiedzią. Nie mogła zrozumieć, jak ktoś tak uprzejmy i subtelny mógł prowadzić tę bezpardonową rozmowę z madame Scholl. Dominik poprosił ją, żeby się spotkali. W pierwszej chwili pełna szczęścia pomyślała, że czekała na tę propozycję latami, zaraz potem wpadła w popłoch. Pamiętała ostrzeżenia ciotki i czuła, że nie mogłaby jej o tym otwarcie powiedzieć. Wiedziała, że jeżeli zgodzi się na spotkanie, to będzie oznaczało konspirację. Tajemnicę. Przez chwilę rozważała, czy sobie poradzi z taką sytuacją. Tak, na pewno tak. W końcu do tej pory też miała kilka tajemnic przed rodzicami. Wreszcie wyraziła zgodę, prosząc z zawstydzeniem o dyskrecję. Myślała, że prośba naruszy jego honor, że to niegodne takiej osoby jak on. Dominikowi zdawało się to wcale nie przeszkadzać i wspaniałomyślnie przystał na jej propozycję. Umówili się, że spotkają się w teatrze Populaire.

Odcinek 24 – Sekrety i niewysłane odpowiedzi

Dziewczyna i chłopak w kawiarni z kawą i ciastkiem AI.

Co w tym odcinku:

W paryskim teatrze, gdzie światło reflektorów odsłania cudze role, Madeleine musi ukrywać własną. Miłość, która powinna rozkwitać, staje się sekretem, a list z Warszawy przynosi więcej pytań niż odpowiedzi.

Sklep madame Gaudet był zamknięty już od jakiegoś czasu. Jeanine wolała poświęcać czas konkretnym zleceniom, jak to z teatru, niż liczyć na przypadkową klientkę z ulicy. Na zapleczu studiowała notatki Madeleine, rysując na ich podstawie szablony. Chodziło o uszycie kilkunastu sukni, bluzek i spódnic. Pokazywała siostrzenicy, jak powinna przetwarzać zebrane informacje na szablony, lecz myśli dziewczyny były daleko od stołu krajalnego.

−     Jesteś jakaś rokojarzona. Skup się wreszcie, musimy po południu pojechać z przymiarką do teatru – strofowała ją ciotka.

−     Mogę sama to załatwić – zaproponowała Madeleine.

−     Nie, moja droga, jeszcze za wcześnie, żebyś przymiarki robiła osobiście − stwierdziła stanowczo Jeanine.

Madeleine starała się jak najuważniej rysować, kroić i szyć, żeby nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń. Trudno jej było nosić tajemnicę dotyczącą Dominika, obawiała się, że nie wytrzyma i opowie ciotce o swoim szczęściu. Koło południa pierwsze modele były gotowe do przymiarki i pojechały do teatru.

Trwała właśnie przerwa. Ich przybycie zostało przyjęte z radością, nareszcie jakieś miłe zajęcie, a nie nudne powtarzanie kwestii i próby wyciągnięcia jakiegoś nowego sensu z banalnych dialogów. Aktorki z entuzjazmem rzuciły się do przymierzania strojów. Micheline Scholl, jak zwykle obecna przy ważnych decyzjach, z zainteresowaniem oglądała przyniesione ubrania.

−     Niezła robota, madame Gaudet – stwierdziła z uznaniem.

Po chwili reżyser pojawił się w garderobie.

−     No i co o tym powiesz? – zagadnęła madame Scholl, wskazując na jedną z aktorek.

−     Niezłe. A co ty sądzisz?

−     Myślę, że pomysły madame Gaudet idą w dobrym kierunku. Nie trzeba nic zmieniać. Teraz liczy się, żeby kostiumy uszyte były na czas.

−     No, madame Gaudet. Z tym, myślę, to nie będzie kłopotu? − odezwał się de Burre tonem nieznoszącym sprzeciwu.

−     Postaram się. Będę codziennie przysyłać siostrzenicę z przymiarką – przyrzekła solennie ciotka Jeanine.

−     No dobrze, już dobrze. Zgadzam się – mruknął de Burre bez specjalnego zainteresowania, jakby chciał mieć sprawę kostiumów jak najszybciej za sobą.

Drzwi garderoby otworzyły się z trzaskiem i ukazała się głowa Dominika.

−     Co ten tutaj robi? – wypowiedziały równocześnie Micheline Scholl i Jeanine Gaudet. Zaskoczone tym faktem, spojrzały najpierw na siebie, po czym na Madeleine.

Poczuła ich wzrok na sobie i w jednej chwili zaczęła wpatrywać się w podłogę jakby szukała tam czegoś niezwykle cennego.

−     Ach, tutaj są wszyscy! Teatr jest jak wymarły – zawołał z udanym zdziwieniem.

−     Dominik, co za niespodzianka! Przyszedłeś zobaczyć naszą próbę? – dowiadywał się de Burre wyraźnie mile połechtany jego obecnością w teatrze.

−     Tak, słyszałem od wuja, że przygotowujesz znakomitą sztukę – Dominik pozorował zainteresowanie, ale wszyscy przeczuwali, że nie sztuka zwabiła młodego de Mauvoisana do teatru. Jego słabość do młodych, pięknych kobiet była znana w artystycznym światku Paryża.

−     Oczywiście, oczywiście! Od wuja, to wspaniale. Wiesz, że jesteś zawsze mile widziany – de Burre był nadzwyczaj uprzejmy, licząc na to, że Dominik dobrym słowem o teatrze może wpłynąć na hojność wuja, właściciela instytucji.

−     Widzę, że przeszkadzam – stwierdził skromnie.

−     Ależ skąd, zakończyliśmy właśnie przymiarkę kostiumów i zaraz zaczynamy – de Burre chciał go koniecznie zatrzymać.

Dominik rozejrzał się po garderobie i błyskawicznie ocenił sytuację. Dzisiaj nie miał szans na rozmowę z Madeleine. Przeczuwał, że Jeanine Gaudet i Micheline Scholl nie są po jego stronie. Należało uśpić ich czujność.

−     Dobrze, usiądę z tyłu na widowni, żeby nie przeszkadzać – odpowiedział, udając, że de Burre go przekonał.

Aktorzy poszli z powrotem na scenę i znowu zaczęła się próba. Jeanine i Madeleine zostały same w garderobie.

−     Po co ten Mauvoisan przyszedł do teatru? – zapytała ciotka znienacka.

−     Nie wiem – Madeleine próbowała zachować zimną krew.

−     To z twojego powodu – wyczuła instynktownie ciotka.

Madeleine wiedziała, że to niemożliwe, by ciotka coś wiedziała o ich planie spotkania. Postanowiła kłamać.

−     Nie rozumiem, dlaczego tak sądzisz? – brnęła, odgrywając zdziwienie.

−     Madeleine, nie udawaj głupiej. Widziałam, jak tańczyliście – rzuciła ciotka ostro.

−     Sama mi ciocia mówiła, że nie jestem partią dla Dominika de Mauvoisana. On był tylko miły, nic poza tym. Nie chcę sobie zawracać nim głowy. Myślę, że ja go też specjalnie nie interesuję. – Madeleine zdecydowała użyć do obrony argumentów ciotki.

Udało się. Jeanine Gaudet zamilkła, bo takie jasne zajęcie stanowiska całkowicie ją zaskoczyło. Czyżby Madeleine zrozumiała jej obawy? Nie miała wyjścia, musiała jej zaufać. Nie mogła przecież zamknąć dziewczyny w domu.

Madeleine swoimi słowami uspokoiła ciotkę i mogła codziennie jeździć do teatru z nowymi kostiumami. Jak tylko kończyła pracę z aktorami, składała ubrania do samochodu i biegła do bistra po drugiej stronie ulicy, żeby spotkać się z Dominikiem. Wypijali kawę, zjadali po rogaliku i po godzinie się rozstawali. Godzina niewyjaśnionej nieobecności nie zwracała niczyjej uwagi. Zawarli umowę, że nie będą prowokować otoczenia. Zbliżała się jednak premiera i obawiali się, że wkrótce skończą się spotkania w bistro. I co dalej? Niezamierzenie z pomocą przyszedł de Burre, prosząc Jeanine Gaudet, żeby przychodziła do teatru także po premierze. „Zawsze jest coś do roboty – argumentował – a to komuś pęknie kostium, a to trzeba podszyć jakąś oderwaną falbankę”. Jeanine chętnie przyjęła tę propozycję, bo była to szansa, żeby dać zatrudnienie Madeleine, w ten sposób ona sama mogła dalej szyć dla swoich najbardziej wiernych klientek i nie tracić szans na nowe zlecenia. Madeleine powoli zaczęła wierzyć, że los jej sprzyja. Była szczęśliwa, że mogła kontynuować spotkania z Dominikiem. Fakt, że ciotka zgodziła się, żeby po premierze wypełniała drobne zadania w teatrze, dowodził, że nic nie podejrzewała.

Dominik… Uwielbiała te spotkania w bistrze, już od rana była w dobrym nastroju, ciesząc się na tę jedną godzinę. Z zamiłowaniem zapadała się w jego niebieskich oczach, wpatrywała się w jego arystokratyczne rysy twarzy i dyskretnie sprawdzała, czy udało mu się dobrze posmarować włosy pomadą, żeby ujarzmić niesforne loki. Lubiła go za to, że jej słuchał, nie krytykował, nie wyśmiewał. Nareszcie znalazła kogoś, kto poważnie potraktował jej pytania na temat Pustelni parmeńskiej. Opowiadała mu o madame Menieure, o jej opowieściach o fioletowych polach w Prowansji, o wyższości kultury francuskiej nad innymi. Dominik podzielał zdanie guwernantki, że fioletowe pola to coś szczególnego. O wyższości kultury francuskiej nad wszystkim innym nie był specjalnie przekonany. Podobało się jej, że w jego świecie nie było lepszych i gorszych, każdy miał równe prawo do życia. Cały czas się śmiała, kiedy coś opowiadał. Czasami były to poważne przeżycia, ale sposób, w jaki o nich mówił, był przepełniony autoironią i dystansem, dzięki czemu nawet najbardziej ponure historie stawały się humorystycznymi anegdotami. Dominik okazywał, że Madeleine mu się podoba. Czasem w rozmowie głaskał jej rękę i mówił o nieskazitelnej skórze. Innym razem, muskając włosy, dotykał niby przez przypadek twarzy i wtedy mówił o jej urodzie. Najbardziej fascynowało oboje, że ich oczy były w takim samym intensywnie niebieskim odcieniu, jakby byli rodzeństwem. Madeleine przyłapywała się coraz częściej na tym, że subtelne dotknięcia Dominika wywoływały w niej pożądanie bliższego kontaktu. Zdecydowanie był kimś, kto ją oczarował.

Ciotka przywitała ją niecierpliwymi pytaniami, gdzie się tak długo podziewała. Madeleine tłumaczyła się nieskładnie, kiedy ciotka podała jej otwartą kopertę – list z Warszawy. Wzięła go do ręki, trzęsąc się z przejęcia. Nadal pisywała listy, ale bardziej dla uspokojenia sumienia niż z wiarą, że dostanie odpowiedź. Minęło już prawie dziesięć miesięcy, od kiedy rozmawiała z ojcem. Więc jednak to coś dało! Dobrze, że nie poddała się własnym wątpliwościom. Przeszył ją cień niepokoju. Powrót do Warszawy? A co wtedy z Dominikiem?

Rozpoznała pismo ojca. Jej uwagę zwróciło to, że niektóre zdania albo wyrazy były przekreślone czarnym tuszem.

−     Otwarta koperta? Co znaczą te przekreślenia? Przecież tego nie można odczytać – była wyraźnie poirytowana.

−     Cenzura – odpowiedziała sucho ciotka.

−     Cenzura? Czy to znaczy, że ktoś obcy odtworzył list, przeczytał i zrobił skreślenia? – ciotka skinęła głową.

−     Ciociu, czy w Polsce jest tak źle? – jej głos nabrał histerycznego tonu.

−     Czytaj – rozkazała ciotka.

Droga Magdaleno,

dziękujemy za list. U nas wszystko dobrze. Pracuję teraz u piekarza Borowskiego, tego na rogu ulicy. Romek rozwozi ziemniaki od rolników do warzywniaków. Mama sama prowadzi dom, wiesz, gotowanie i pranie. Pewnie niedługo wyprowadzimy się z mieszkania na Miodowej. Mam wrażenie, że nas zapominasz. Pisz częściej, co u Ciebie słychać.

Pozdrowienia

Ojciec

−    To wszystko? – Ani słowa o powrocie. I to „pisz częściej”. Nic nie rozumiem – jej rozczarowanie sięgnęło zenitu. Łzy popłynęły strumieniami.

−     Nie płacz, też nic nie rozumiem – uspokajała ją ciotka. Chciała podnieść Madeleine na duchu, ale też była bezradna.

−     Ale co to znaczy „pisz częściej”? Czy moje listy nie dochodzą? – siostrzenica próbowała zrozumieć to, co przeczytała.

−     Prawdopodobnie nie.

−     Ojciec pracuje u piekarza, Romek rozwozi ziemniaki, a mama sama robi pranie! Co się tam dzieje? Zamierzają opuścić mieszkanie. Dlaczego? – szukała wyjaśnienia.

−     Nie pytaj mnie! Skąd mogę to wiedzieć? – ciotka była bezsilna wobec jej dociekań.

−     Nie wytrzymam tak dłużej! Co mam robić? Wracać? – Madeleine głośno szlochała.

−     Przecież ojciec nic nie mówi o powrocie!

−     W ogóle nic nie mówi! Ten list jest tak bezosobowy jakby nie do mnie!

Jej ciałem wstrząsały spazmy, ciotka przytuliła ją do siebie i próbowała pocieszyć.

−     Proszę, nie płacz. To nic nie da. Dopóki nie dostaniesz wyraźnego polecenia powrotu do Warszawy, pozostaniesz tutaj. Przecież nie jest ci tutaj tak źle – Jeanine tłumaczyła z cierpliwością. − Madeleine, oni są w nadzwyczajnej sytuacji. Twój ojciec jest serdecznym człowiekiem. Jeżeli jest tak zdawkowy, to coś jest nie w porządku. Musimy być cierpliwe. Pisz nadal listy, jakby się nic nie stało. Któregoś dnia wszystko się wyjaśni.

−     Któregoś dnia! − żachnęła się Madeleine. − Moje życie płynie, chcę wiedzieć, jaka będzie moja przyszłość. Nie mogę czekać w nieskończoność! Albo wracam do Polski, albo buduję swoje życie tutaj.

−     Co się z tobą dzieje? − tym razem nie wytrzymała ciotka Jeanine. − W Polsce jest wojna. Widzisz, że nie wiedzie im się dobrze. Jak możesz być tak egoistyczna!

−     To nie jest egoizm! – krzyczała Madeleine. – Chcę po prostu wiedzieć, co mam robić!

Wieczorem, już uspokojona, napisała odpowiedź.

Co w następnym odcinku:

Kiedy odłożyła pióro, poczuła, że jej słowa lecą w pustkę, jakby nikt na nie czekał. Madeleine przez chwilę siedziała w ciemności. Czy dostanie odpowiedź? A jeśli tak, czy będzie tą, której pragnie czy tą, której się najbardziej boi?

Jeżeli brak Ci cierpliwości, możesz zakupić książkę Jedwabne Nici w Empiku. Znajdziesz tam zarówno wydanie w formie e-book, jak i papierową książkę.