Jak powstała wyspa Bali usłyszeliśmy od staruszka w jednym z barów w Ubut.

Nie jest tajemnicą, że Bali to piękna i w większości niemal bajkowa wyspa. Jej malownicze krajobrazy i bogata żywa kultura, zachwycają przybywających na nią turystów złaknionych kontaktu z czymś ponadprzeciętnym i niespotykanym gdzie indziej. Jednak czy kiedykolwiek zastanawiałeś się drogi czytelniku, jak powstał ten raj na ziemi?

Pewnie niektórzy teraz podrapią się po głowie, przypomną sobie lekcje geografii  i stwierdzą, że najprawdopodobniej wyłoniła się z głębin oceanu na skutek podwodnej erupcji wulkanu. Być może nawet macie rację. Jednak jak popytać Balijczyków, to prawie każdy odpowie, że powstała ona za sprawą potężnego kapłana, jego mało rozgarniętego syna i potężnego smoka.

Legenda o tym, jak powstała wyspa Bali w Indonezji

Jak powstała wyspa Bali — Legenda z Indonezji AI

Dawno, dawno temu, w czasach gdy Bali było jeszcze połączone z Jawą, żył potężny dobrotliwy kapłan, którego wszyscy znali jako Siddhi. Mieszkał on w niczym niewyróżniającej się  chatce razem ze swoim synem, Manikiem Angeranem. Manik on najmłodszych lat uchodził za bystre dziecko, które mądrość odziedziczyło po ojcu. Chłopiec był także wyjątkowo uczynny. Pomagał swojemu ojcu, jak tylko potrafił utrzymać małe obejście — sprzątał, karmił zwierzęta, przynosił wodę z pobliskiego strumienia, a każde tego typu zadanie wykonywał z uśmiechem na twarzy. Wszyscy obserwujący go sąsiedzi kiwali z uznaniem głowami i wróżyli Manikowi świetlaną przyszłość. Jednak chłopak zaczął dorastać.

Pewnego razu podczas wizyty na pobliskim targowisku, wzrok młodzieńca zwrócił rozkrzyczany tłum zgromadzony wokół małego, zakurzonego placyku. Odbywała się właśnie walka kogutów. Zabójczy spektakl tak mocno zachwycił młodzieńca, że sam zapragnął aktywnie uczestniczyć w widowisku. Wszystkie oszczędności, jakie zgromadził przez lata ciężkiej pracy, przeznaczył na zakup czarnego koguta, o szponach ostrych niczym świeżo naostrzone brzytwy. Na początku jego kogut, którego nazwał „Tepi” – co oznacza ostrze, wygrywał walkę za walką.

Cieszyło to Malika niezmiernie, bo dzięki temu jego sakwa z dnia na dzień była coraz bardziej wypchana pieniędzmi. Jednak jak to w życiu bywa, fortuna zatoczyła koło. Z biegiem czasu jego szczęście odeszło w zapomnienie, a miejsce wygranych zastąpiły porażki. Seria przegranych uszczupliła jego majątek i w końcu po niedługim czasie pojawiły się długi, które rosły z każdą następną porażką. Początkowo Manik spłacał je co do grosza pieniędzmi, które kradł pod osłoną nocy swojemu ojcu. Jednak tych nie było zbyt wiele w małym gospodarstwie i po jakimś czasie źródełko dochodu  zaczęło wysychać.

– Tato proszę! – Powiedział przez łzy klęczący przed swoim ojcem. – Moi wierzyciele chcą zwrotu pieniędzy, które od nich pożyczyłem. Niestety nie jestem w stanie im ich teraz oddać, a jak tego nie zrobię, zabiją mnie. Błagam, pomóż mi.

Siddhi Mantra kochał swojego syna ponad życie i mimo że wiedział, że jego pierworodny okradał go przy każdej nadążającej się okazji, nie mógł pozwolić, by uczyniono mu krzywdę. Strapiony udał się do swojego pokoju, gdzie w ciszy postanowił poprosić Bogów o radę. Podczas głębokiej medytacji usłyszał mistyczny głos, który nakazał mu udać się na górę Agung, gdzie w ogromnej pieczarze zamieszkuje potężny Naga Besukih, smok z góry. Tam znajdzie rozwiązanie swoich problemów. Starzec wyruszył z samego rana i po wielu godzinach mozolnej wspinaczki kamienistymi zboczami góry stanął przed pieczarą, którą po raz pierwszy ujrzał podczas wieczornej wizji. Tam zgodnie z instrukcjami uzyskanymi od bóstw zadzwonił małym dzwoneczkiem i czekał.

Gorące powietrze wydobywające się z pieczary owiało twarz starca, osuszając krople potu spływające z jego czoła i po chwili rozległ się tak potężny ryk z jej wnętrza, że aż zatrzęsło całą okolicą. Z oparów dymu gryzącego w oczy zaczął wyłaniać się potężny ciemny kształt istoty nie z tej ziemi. Siddhi przetarł załzawione oczy i wtedy ujrzał w całej okazałości Nagę Besukih’a – smoka spod góry. Ten pochylił gigantyczny łeb, pokryty zrogowaciałym pancerzem i przyjrzał się małemu, przygarbionemu starcowi.

– Kim jesteś starcze i dlaczego budzisz mnie ze snu? – Dziwnym nienaturalnym głosem odezwał się smok.

– O wielki, potężny władco góry! – Odpowiedział Siddhi, nie ukazując strachu, który paraliżował jego kończyny. – Bogowie nakazali mi przybyć do Ciebie i zakłócić Twój spokój. Potrzebuję pomocy z moim synem.

Z powodu choroby, która toczy jego duszę, straciliśmy wszystkie oszczędności, a potrzebujemy pieniędzy, by spłacić długi. W Tobie jedyna nadzieja, Panie – wyjaśnił mędrzec i pokłonił się najniżej, jak tylko pozwalały na to jego obolałe stawy. Smok popatrzył na staruszka i powiedział.

– Poczekaj tutaj. – Po czym wrócił do swojej jaskini i po chwili wyniósł worek pełen klejnotów i złota.  – Widzę, że jesteś człowiekiem prawym i pomogę ci, przyjmij te kosztowności, dzięki nim możesz spłacić wszystkie długi i rozpocząć nowe życie.

Siddhi podziękował smokowi i wrócił do domu. Jego syn, zobaczywszy złote monety, które wysypały się z worka rzuconego na podłogę, oniemiał. Na nic zdały się słowa ojca, który tłumaczył synowi, by ten nie powracał do hazardu. Zaślepiony chciwością Manik Angeran porwał kosztowności i rzucił się po raz kolejny w wir kogucich walk, zapominając o wcześniejszych przegranych. Niestety i tym razem fortuna nie była po jego stronie, majątek przepadł szybciej, niż można było się spodziewać, a Manik nie mając do kogo się zwrócić, znowu przybył do domu  swojego ojca z błaganiem o pomoc w spłaceniu powiększających się długów.

– Ostrzegałem Cię, abyś nie kontynuował hazardu synu, ale nie posłuchałeś moich rad i przepuściłeś po raz kolejny cały nasz majątek. Ty razem odmawiam Ci pomocy. – Zakończył ze łzami w oczach Siddhi. Manik spojrzał na swojego ojca takim wzrokiem, jakim zazwyczaj patrzy się na swoich wrogów. Zacisnął pięści i zagryzł wargi do krwi. Gniew zalał jego duszę. Odwrócił się i skierował się w milczeniu do wyjścia. Wtedy to zobaczył postawiony na stoliku malutki dzwoneczek. Nie namyślając się długo, chwycił go i natychmiast ukrył w kieszeni. Sam udam się do smoka! – pomyślał. – Niepotrzebny mi do tego ojciec.

Naga Besukih długo przypatrywał się młodzieńcowi, który wezwał go za pomocą dzwoneczka, aż w końcu zapytał. – Kim jesteś?

– Jestem synem Mantry Siddhiego. – Odpowiedział mu Manik. – Przybyłem tu…

– Więc to Ty jesteś tym niewdzięcznym synem, który okradł własnego ojca! – Przerwał mu natychmiast smok. – Zapewne znowu straciłeś to, co dałem staruszkowi i przybyłeś prosić o więcej. Mam rację? Brzydzę się Tobą śmiertelniku, ale dam Ci to, po co przyszedłeś. Jednak nie wracaj tu nigdy więcej, bo nie mam ochoty oglądać Twojej osoby, a teraz chodź za mną.

Mannik Angeran skinął głową i wszedł do jaskini. Obszerna pieczara wypełniona była po brzegi najrozmaitszymi kosztownościami. Złote kufry mieniące się w delikatnym świetle sączącym się z zewnątrz jaskini zawierały takie bogactwa, jakich żaden ziemski władca nigdy nie zdołał zebrać.

Diamenty wielkie jak pięści dorosłego mężczyzny odskakiwały z łoskotem, spod potężnych łap kroczącego smoka, który ogonem zamiatał tysiące złotych monet porozrzucanych w nieładzie po komnacie. Chciwość otępiła zmysły chłopaka, który pod wpływem impulsu zacisnął dłoń na rękojeści miecza przytroczonego do pasa. Zgrzyt ostrza wysuwanego z pochwy zaskoczył smoka. Manik zaślepiony rządzą bogactwa, zaatakował zdradziecko. Chciał zabić smoka i zabrać cały jego skarb dla siebie. Klinga miecza, która trafiła smoka w ogon, nie uczyniła mu jednak żadnej krzywdy. Zrogowaciała skóra, twarda niczym najsolidniejszy pancerz wytrzymała uderzenie.

Manik Angeran nie zdążył pożałować swojej pochopnej  decyzji. Żar, jaki wydobył się z paszczy Nagi Besukih’a ogarnął jego ciało. Smród spalonego ciała wypełnił pieczarę, a czarny, dymiący trup młodzieńca zastygł w tragicznej pozie, by po chwili  osunąć się na ziemię.

Tymczasem mędrzec, który zauważył brak dzwoneczka,  wiedziony złym przeczuciem udał się na górę Agung. Tam zobaczywszy zwęglone zwłoki swego syna, padł na umęczone kolana i zapłakał.

– Twój syn próbował mnie zabić! Spotkała go zasłużona kara. – Usłyszał ciężki  gardłowy głos smoka, który odbijał się echem od ścian jaskini.

– Błagam Cię władco góry, wskrześ mojego syna. Proszę, daj mu drugą szansę na odkupienie! – Siddhi począł błagać Nagę Besukih’a, a ten widząc cierpienie mędrca, uległ jego prośbom i rzekł.

– Zrobię to. Przywrócę Twojego syna do życia, bo widzę, jak bardzo go kochasz. Jednak uczynię to pod jednym warunkiem. Zostanie on ze mną na zawsze. Nauczę go, jak stać się dobrym człowiekiem.

Sidhi Mantra zgodził się, jego serce radowało się, że Manik otrzymał drugą szansę i jednocześnie płakało, że nigdy więcej go nie ujrzy. Zostawił swojego syna w opiece Naga Besukih, po czym zszedł z góry i opuścił Bali. Udał się  na Jawę, by bliskość góry nie kusiła go do zobaczenia swojego syna. Tam chwycił pastorał, którym podpierał się podczas wędrówek i narysował nim linię na ziemi, z której zaczęła wypływać woda, oddzielając ostatecznie Jawę od Bali, tworząc dwie odrębne wyspy. Tak właśnie według podań przekazywanych z pokolenia na pokolenie postała jedna z najpiękniejszych wysp świata – Bali w Indonezji.

Na naszym portalu w dziale legendy ze świata znajdziesz więcej niezwykłych legend i baśni z każdego kontynentu.