Podróż do Jordanii była spełnieniem moich marzeń oraz początkiem wielkiej podróży.
Podróż do Jordanii – Przedsmak

Nie pamiętam już, kiedy pierwszy raz zobaczyłem słynny na cały świat PORTAL WYKUTY W SKALE!? Było to chyba więcej niż dziesięć lat temu. Może to było wtedy, kiedy moi rodzice udawali się na wycieczkę do Izraela, a stamtąd na jeden dzień właśnie do PETRY. Może zupełnie przypadkowo, przy okazji jakiegoś filmu (Indiana Jones… Tak, z pewnością Wąwóz Siq i piękny Skarbiec, były scenerią dla któregoś Indiany Jonesa?!?), przeglądania strony internetowej, czy folderu turystycznego. Dobrze jednak pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił! Nieee, nie pomyślałem od razu, że muszę go za wszelką cenę zobaczyć. Po prostu nie byłem świadom ani miejsca, ani kosztów, ani możliwości. Pomyślałem tylko, że to PRZEPIĘKNE… No właśnie – po prostu przepiękne… Nie będę tu wymyślał, co to znaczy, bo każdy ma swoje własne, poczucie piękna. Dość powiedzieć, że w przypadku PETRY, wyzwala ona subiektywne, poczucie piękna u bardzo wielu osób. DZISIAJ MÓWI SIĘ, ŻE POŁOWA LUDZI JUŻ WIDZIAŁA TEN CUD ŚWIATA, A DRUGA POŁOWA PLANUJE GO ZOBACZYĆ W NAJBLIŻSZYM CZASIE…
Dzisiejsza podróż, wycieczka właściwie, zaczęła się przypadkiem. Po przejściu Camino de Santiago w Hiszpanii, w 2022 roku, nasyceniu się domem po powrocie, pojawiła się w moim umyśle (i sercu) ogromna pustka. Pytasz, jaka pustka!? Spełniłem dopiero co marzenie życia, więc powinienem być raczej zadowolony. Spełnienie wielkiego marzenia ma jednak swoją wadę (pewnie niejedną, ale tą na pewno) i cenę. Trudno znaleźć napęd na ciąg dalszy zwyczajnego życia… Trudno pozbyć się wrażenia, że nie ma już większych marzeń! Ba, że nie masz w ogóle już żadnych marzeń! Wszystko blednie przy tym, co się właśnie wydarzyło…
No i się zaczęło dziać… codziennie „siedziałem” w przeglądarkach internetowych w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym zrobić w tym roku. Pojawił się plan! Zacząłem kupować bilety, bo były stosunkowo niedrogie. Jedne, drugie, wciągnąłem się w wir rezerwacji noclegów, oglądania wirtualnie różnych miejsc, aż nagle zauważyłem, że Ryan lata do Ammanu! Zaraz, zaraz, czy to nie przypadkiem Jordania, czy to nie przypadkiem tam, gdzie jest ta słynna PETRA, ten SKARBIEC, czy cokolwiek to jest, z portalem wykutym w pomarańczowej skale? Niewiele się zastanawiając, zadzwoniłem do małżonki, czy leci ze mną. Nie! To trudno! Kliknąłem jeden bilet. W końcu zobaczę ten cud, którego widok na prawie wszystkich zdjęciach, wyłania się spomiędzy skał Wąwozu Siq…
Potem przyszło zwątpienie. Nigdy nie lubiłem miejsc innych niż europejskie. Oglądałem i czytałem o krajach osadzonych w innych kulturach. Azja, Afryka czy Ameryka Południowa były fascynujące. Tak, właśnie fascynujące: kulturowo, przyrodniczo, smakowo, ale przecież tam jest inaczej niż w Europie. Są dziwne religie, choroby, zwierzęta, zwyczaje. Głowa, wychowanego w bezpiecznym świecie Europejczyka, jest pełna stereotypów. Czasem nawet pozwalałem sobie na stwierdzenie, że nie wybieram się do „dzikich krajów„. Dzisiaj, gdy o tym wspominam, wydaje mi się to śmieszne i żenujące, ale wtedy zupełnie takie nie było. No cóż, zdarzyło się w moim życiu trochę piękna przez ostatnie lata. Piękna i doświadczenia… Z miejsc egzotycznych dla zwykłego śmiertelnika, wcześniej byłem tylko w Stanach. Też miałem obawy, ale przecież kulturowo – to właściwie Europa.
Musiałem oswoić ten nowy kierunek! Kupiłem przewodnik, zacząłem grzebać po blogach internetowych, oglądać filmy z YouTube o Jordanii i prawie wszystkie obawy zniknęły. Zaplanowałem całą wycieczkę, zapoznałem się z osobami, które były i które mieszkają na miejscu. Internet i media społecznościowe są potęgą w takich sprawach. Jordania przestała być niepokojąca. Jordania zaczęła być przyjazna. A teraz jestem TUTAJ! Właśnie wylądowałem! Stoję w kolejce po wizę! Tak, WIZĘ! Odwykłem od kontroli paszportowych, pieczątek, czekania na granicach. A tu masz, powróciło…
W końcu jest po wszystkim. Ponad dwie godziny na lotnisku, żeby sprostać formalnościom, odebrać zarezerwowany samochód (a jakże, miałem obawy, czy aby na pewno wybrać taki środek transportu w tym kraju – co z dzisiejszej perspektywy również wydaje się śmieszne) i wjechać w mój pierwszy „dziki kraj” (przepraszam wszystkich Jordańczyków za to niemądre określenie). Nie mogę się doczekać, co też ciekawego się wydarzy…?!?
Podróż do Jordanii – Pierwsze wrażenie




WJECHAŁEM DO JORDANII! I co? Jakie wrażenia? W pierwszej chwili chciałem po prostu napisać – brzydko, ale to nie tak! Od jakiegoś czasu, a konkretnie od pobytu w Neapolu, mam przeświadczenie, że brzydota może być fascynująca, a nawet w pewien sposób piękna. Zaraz wytłumaczę…
Wyobraź sobie! Jedziesz i widzisz białe, prostokątne budynki, często z prętami zbrojeniowymi wystrzelonymi w górę, powyżej ostatniej kondygnacji, porozrzucane w nieładzie po pomarańczowych polach. Widzisz młodzież grającą w piłkę na boisku-klepisku (pomarańczowym, a jakże i z pomarańczowym pyłem unoszącym się za biegającymi zawodnikami). Widzisz ponure sklepiki z kawą, ciasteczkami i jeszcze jakimiś bibelotami w środku. Sklepiki porozrzucane przy drodze, bez specjalnego ładu i składu! Albo w Madabie, pierwszym odwiedzonym miasteczku, piękne wystawy sklepów ze wszelkiego typu szwarcem, mydłem i powidłem, wystające z odrapanych ruder. Albo także w Madabie w Kościele Ścięcia Jana Chrzciciela (już sama nazwa budzi mieszane uczucia), gdy wchodzisz na dzwonnicę, po schodach, z każdym odcinkiem w różnym stylu (trochę betonu, trochę zardzewiałej stali, trochę kamienia), przeciskając się pomiędzy jakimiś wystającymi ze ścian elementami konstrukcji, by na koniec stanąć na szczycie w pomieszczeniu z małymi i urwanymi drzwiczkami na zewnątrz, o ścianach pobazgranych w nieładzie. Albo parkujesz przed sklepem, takim minimarketem spożywczym, bo chcesz kupić coś do jedzenia i wodę. Wchodzisz, a tu przemiły sprzedawca pali sobie papierosa podczas wbijania produktów w nowoczesną kasę fiskalną. Tak… Możesz na to wszystko patrzeć z zaniepokojeniem, może nawet z odrazą, ale możesz też spojrzeć inaczej…
Po pierwsze, nad tym wszystkim góruje cudowne słońce, jakiego nawet latem nie znajdziesz w naszym kraju, a co dopiero w ponurym lutym. Po drugie, uśmiechnięci i ujmujący ludzie, którzy zadziwiają niewymuszoną uprzejmością. Po trzecie kolory… wszędzie jest kolorowo i pięknie. Po czwarte smacznie – co krok możesz znaleźć coś dobrego dla siebie i wszędzie cię zapraszają, z uśmiechem i wcale nie natrętnie. Jak zaczynasz chłonąć tę nową sytuację, kulturę, to rozumiesz, że ten kraj nie może wyglądać inaczej, bo to nie okrzepła w bogactwie Europa, tylko mały pustynny kraj na dorobku, w skomplikowanej sytuacji z ludźmi, którzy bardzo się starają, choć mogą tylko tyle, w jakim stopniu pozwalają im uwarunkowanie społeczne, czy polityczne. Europa (a nasza wschodnia na pewno) jeszcze 20 lat temu też nie miała wysokich standardów estetycznych, higienicznych, ochrony środowiska, czy klimatu, a była znacznie bogatsza niż ten mały kraj. Tylko wszechobecne śmieci czasem trudno jest zrozumieć…
Wjeżdżam do Madaby! To miasteczko jest chyba bliżej położone lotniska w Ammanie niż sam Amman. Podobno w większości jest chrześcijańskie, ale na ulicach tego nie widać. Google podpowiada, że pod Visitor Center jest darmowy parking. Korzystam z niego. W Madaby jest kilka punktów, które ponoć trzeba zobaczyć. Słynna MAPA Z MADABY, mozaika na podłodze kościoła Świętego Jerzego (pochodzi z VI w., z okresu bizantyjskiego i jest najstarszym kartograficznym dokumentem, przedstawiającym Ziemię Świętą), dzwonnica kościoła pod wezwaniem Ścięcia Jana Chrzciciela (fascynująca nazwa, jakby nie mogło wystarczyć samo imię Świętego, bez krwawych skojarzeń). Widok Madaby z dzwonnicy jest kompletnie do pominięcia, nawet zdjęcia nie zrobiłem, bo nie było czemu, za to nie do pominięcia jest wsłuchanie się w brzmienie znanej modlitwy “Zdrowaś Mario…” – po arabsku!!!) czy Park Archeologiczny (nie wchodzę). Chodzę natomiast po centrum miasteczka i chłonę wszystko, co dla mnie nowe… Pierwszy raz jestem w kraju arabskim i czuję się całkowicie bezpiecznie. Nie odczuwam najmniejszego zagrożenia, tylko spokój, uprzejmość, uśmiechy i życzliwość. Przyznam, że w najśmielszych oczekiwaniach się tego nie spodziewałem.
Obserwuję mężczyzn w długich sukniach, zapinanych na guziki od samego dołu, w turbanach lub w chustach – w różny sposób zawiązanych na głowie. Kobiety również w tradycyjnych strojach, również z chustami na głowach, ale po kobiecemu przewiązanymi pod szyją. Niektóre mają twarze całkiem zamaskowane, widać tylko oczy, ale są i takie, które nawet nie zakrywają włosów. Chłonę ruch w centrum miasteczka i specyficzny rodzaj handlu. W sklepach przepych, przed sklepami przepych, a sprzedawcy głośno zachwalają swój towar i zachęcają do wstąpienia. Nie są jednak irytująco natrętni (albo moja tolerancja na „natrętność” jest mocno podwyższona). Odpuszczają, gdy kiwasz głową, że nie jesteś zainteresowany. Chłonę ruch samochodowy i egzotycznie wyglądających kierowców nowoczesnych samochodów, w tradycyjnych strojach. I muzyka! Pamiętam jak w latach 80. w naszym kraju, co drugi samochód miał otwarte szyby i głośno demonstrował swoje muzyczne, najczęściej niezbyt wyszukane, gusta. Tu jest podobnie, tylko głośna muzyka płynąca z otwartych okien pojazdów, to tradycyjna muzyka arabska… No i wreszcie chłonę kolory! Jest tu bardzo kolorowo. Krzykliwie, na pograniczu kiczu! Kolory są jaskrawe i wyraźne, dobrze podkreślone przez lejące się z nieba światło słoneczne. Jestem oczarowany, a będąc oczarowanym, nie zwracam większej uwagi na niedoskonałości tła, bo za tym wszystkim, za tymi kolorami, za tą jaskrawością, uważny obserwator musi zauważyć szarość, niedoskonałość, prowizorkę i bylejakość… ale to jest w tle, a kto by zwracał uwagę na tło, kiedy z frontu jest tak pięknie…
Wjeżdżam na GÓRĘ NEBO. To tutaj Mojżesz, który nigdy nie miał postawić stopy na Ziemi Obiecanej, mógł spojrzeć na nią po 40 latach wędrówki. Słynne jest zdjęcie Jana Pawła II, który w tym samym miejscu rozmyśla, wyobrażając sobie, co czuł Mojżesz niemal u kresu swojej tułaczki. Na szczycie stoi kościół upamiętniający wydarzenia sprzed tysiącleci. Niestety wszystko już zamknięte o tej porze dnia. Ziemia Obiecana, widziana z tego wzgórza nie wygląda dziś najlepiej. To suchy teren w dolinie, ciągnący się aż po horyzont. Nie wiem, czy wyglądało to inaczej w czasach Mojżesza, czy może po 40 latach wędrowania na czele Narodu, po ludzku racjonalizował. Myślał, że Bóg nie mógł przyprowadzić go w złe miejsce. Miejsce, które może nie wygląda najlepiej, ale przecież musi być mlekiem i miodem płynące. Inaczej cały ten wysiłek poszedłby na marne!
Dużo ciekawsze są wzgórza wokół GÓRY NEBO. Nie tylko ja tak uważam! Przyjeżdżają tu masowo miejscowi. Rozkładają swoje koce, dywany, taborety i piknikują! Zachwycają się pięknym zachodem słońca, z MORZEM MARTWYM na pierwszym planie, które z tej perspektywy wygląda jak trochę większa kałuża. Robi się pomarańczowo i magicznie. Wzgórza powoli ciemnieją i fioletowieją. Nadchodzi mrok, a piknikujących nie ubywa. Biesiadują dalej i pewnie biesiadować jeszcze jakiś czas będą…
Jadę dalej, zjeżdżam krętą drogą w dół. Nie ma tu biesiadujących. Teraz widzę wielkie, porozrzucane w nieładzie obozowiska. Duże namioty, zamieszkałe przez całe rodziny. Wkoło porozwieszane pranie i pasą się zwierzęta domowe. Pierwsza myśl Europejczyka – gdzie oni chodzą do toalety? Nie znalazłem odpowiedzi, ale kilkoro z obozujących w takich miejscach widzę z bliska. Nie wyglądają na biednych obdartusów. Wyglądają schludnie i czysto. Czytałem o uchodźcach z Syrii i Afganistanu, którzy stanowią spory procent dzisiejszych mieszkańców Jordanii. To pewnie oni zamieszkują te obozy. Zachodzące słońce zastaje mnie na ostrym zakręcie drogi, kiedy przechodzi przez nią stado kóz, poganianych przez młodziutką pastereczkę! Nawet czarne kozy są trochę pomarańczowe… a gdzieś tam w oddali troje ludzi, chyba dla rozrywki, zażywa konnej przejażdżki…
To już ostatni odcinek drogi! Rozwidla się i przechodzi w dwupasmówkę. Przy drodze, na połowie jednego pasa jezdni, stoją stragany z owocami, warzywami i innymi płodami ziemi. Jeszcze niedawno było tak u nas, kiedy jechało się z Katowic w kierunku Częstochowy. Prowizoryczne stragany, głównie z grzybami albo miodem, stały na poboczu, a zatrzymujące się samochody tarasowały część przejazdu…
Jeszcze dzisiaj będę nad Morzem Martwym, ale pewnie już nic nie zobaczę. Nadchodzi ciemność. To był długi i pełen wrażeń dzień! Ciekawe co jutro mnie zaskoczy?
Podróż do Jordanii – Morze Martwe i droga przez interior!




MAM NIEWYOBRAŻALNĄ MIEJSCÓWKĘ NA PIERWSZĄ ARABSKĄ NOC! Jeszcze wczoraj, gdy zobaczyłem mój domek, tuż nad klifowym zejściem do brzegu MORZA MARTWEGO, wyobrażałem sobie, co też rano będę widział przez ogromne okno, a właściwie przeszkloną, frontową jego ścianę! No i stało się, jest już po świcie! Trochę jeszcze za zimno (w końcu to lutowy poranek, ale już za chwilę zrobi się ciepło), żeby wypić poranną kawę na tarasie. Odsłaniam zasłony, robi się jasno w całym pomieszczeniu, a ja z powrotem pod kołdrę i…
… i patrzę sobie z cieplutkiej pościeli na lazur morza, okalające go surowe skały, a nad tym wszystkim błękit nieba. Widok jak gdzieś na Karaibach albo skalistej wysepce Morza Śródziemnego! Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie spodziewałem się, że połączę egzotykę kierunku wschodniego z doznaniami stricte wakacyjnymi. I to leniwie wakacyjnymi! A do tego w zimie! Już wiem, że nie wymelduję się przed dwunastą (do tego czasu mogę maksymalnie zostać) i wykorzystam to miejsce do ostatniej słonej kropli, do jakiej mi tylko mój czas pozwoli!
Na szczęście udało mi się wstać przed siódmą rano. W naszym kraju jest już dziewiąta, a zegar biologiczny nie przyzwyczaił się przez jedną noc do zmiany strefy. Lubię wcześnie wstawać, bo wówczas na wszystko starcza czasu! Po śniadaniu (już jest ciepło) wykorzystuję tarasik do wypicia kawy. Udaje mi się w tych okolicznościach, przeczytać rozdział książki. Później się okaże, że to jedyny rozdział, jaki zdołam przeczytać na tej wycieczce. Już do samego jej końca ani razu nie zaznam takiego komfortu czasowego…
Gdzieś mi umknęła informacja, że Morze Martwe leży w największej depresji świata! Lustro wody znajduje się ponad 400 m głębiej niż lustro zwykłego morza. Ponadto wciąż się obniża, bo MORZE MARTWE podobno wysycha i to w zastraszającym tempie około jednego metra rocznie. Izrael i Jordania wspólnie będą budować kanał, czy rurociąg łączący to, tak naprawdę jezioro, z właściwym morzem. Na razie to przyszłość, ale warto uratować ten niesamowity skrawek cudownej natury.
Idę sprawdzić jak to jest z tą niesamowitą wypornością, spowodowaną przez największe na świecie zasolenie wody. Powszechne w internecie są zdjęcia ludzi pływających na plecach, z wystającymi z wody wszystkimi kończynami, a nawet czytającymi gazetę. Idę sprawdzić sam! Palcem stopy sprawdzam temperaturę wody, w końcu to luty! Jest ok, Bałtyk nigdy nie był tak ciepły! Nawet latem! Wchodzę! Są niewielkie, ale dość silne fale, które chcą mnie przewrócić na piętrzące się wszędzie, ostre jak nóż, kryształy solne. Bez butów nie ma szans! Wracam po klapki! Może mi się w ten sposób uda wejść. Jestem w wodzie, przewracam się na plecy i pływam swobodnie. Nie ma możliwości zatonąć! Czuje się, jakbym pod tyłkiem miał dziecięce kółko do pływania. Nogi i ręce mam w górze nic nie muszę robić, a i tak nie tonę. Unoszę się bez żadnego problemu. Dziwaczne uczucie. Kropla wody wpada mi do ust. Boożeszszsz…, tak słone, że aż gorzkie! Trochę pływam, cieszę się tą niecodzienną sytuacją. Problemy się zaczynają, kiedy próbuję spionizować ciało i włożyć nogi pod wodę. Początkowo niemożliwe! Kiwam się w jedną i w drugą. Jeden klapek spada z nogi. Na szczęście pływa, więc łapię go do ręki. W końcu z trudem, ale jestem w pionie. Próba założenia klapka na nogę powoduje, że znowu ląduję na plecach! Pionizuję się ponownie, tym razem wracam do brzegu bez obuwia. Trochę mnie to martwi, bo jak rozetnę nogi o te kryształy to, w jaki sposób później przejdę te kilometry na pustyni, czy w Petrze?! Przy brzegu ratuję się rękami, to na nich będę miał wszystkie otarcia i kilka rozcięć, ale stopy są całe! Ufff! Potem gdy się wysmaruję słonym błotem (a co?! wszystkiego trzeba spróbować), już drugi raz nie wejdę do wody, żeby się go pozbyć po wyschnięciu! Boję się po prostu! Na plaży nie ma żywego ducha! Jak się uszkodzę, to nawet nie będzie kogo zawołać. Na szczęście niedaleko brzegu są prysznice i z jednego korzystam, żeby zmyć z siebie czarną maź…
Jeszcze kilka zdjęć…, nie mogę przestać…, potem znowu kilkanaście…, muszę już iść, bo jest za kwadrans dwunasta…, ale jeszcze ten kamień, jeszcze ta skałka, jeszcze jedna bulwa solnego kryształu i drewniany słup prysznicowy na tle morza… Gdzie się nie obrócisz, tam fantastyczny kadr! Gdy wreszcie wyruszę i już będę jechał dalej, wzdłuż Morza Martwego, to i tak kilkanaście razy będę się zatrzymywał, żeby cyknąć fotkę. Potem będę sprytniejszy i żeby nie tracić czasu, przygotuję sobie aparat na siedzeniu pasażera i będę sięgał co chwilę, żeby robić zdjęcia przez przednią szybę, zwalniając tylko albo zatrzymując się dosłownie na sekundy. Czas goni strasznie! Jeszcze dzisiaj muszę przejechać pół Jordanii, na samo południe, do WADI RUM, prawie 300 kilometrów. Dobrze, że wąwóz WADI MUJIB jest zamknięty zimą, bo jakbym tam jeszcze utknął na kilka godzin, to nie wiem, na którą bym zajechał… Kiedyś może uda mi się zaplanować jakąś dłuższą wycieczkę, jak będę się wybierał tak daleko, choć z drugiej strony, takie szybkie zwiedzanie ma dla mnie naprawdę, dużo uroku (dzieje się wtedy, naprawdę się dzieje…)!
Droga przez jordański interior jest pełna dziwacznych widoków. Przejeżdżam przez pustynne góry, które wyglądają jak wzgórza w Dolinie Śmierci, w Kalifornii. Im wyżej, tym ciekawiej! Później pojawiają się tereny zielone i zamieszkałe! Dzieci z przydrożnych, namiotowych obozowisk wożone są do szkoły na pace ciężarówki. Inne wracają z tornistrami pod opieką zakwefionej kobiety, która groźnie patrzy w wycelowany w siebie, przez szybę samochodu, obiektyw. Przy drodze obowiązkowe pickupy (najczęściej uwielbiana przez Jordańczyków Toyota Hilux) wyładowane po brzegi pomidorami, jabłkami lub innym zielonym czymś, udające przewoźne stoiska z warzywami.
Dojeżdżam do ZAMKU KERAK, w miejscowości o tej samej nazwie. To średniowieczna warownia krzyżowców! Tak! Kolejna chrześcijańska pamiątka w Jordanii. Historia tego kraju obfituje w zmiany. Hulało tutaj wielu najeźdźców, więc chrześcijańscy krzyżowcy też się pojawili przy okazji wypraw krzyżowych. Może przy innej okazji poopowiadam o tym, czego się sam dowiedziałem o historii tego małego kraju. W każdym razie zamek w ruinie niespecjalnie różni się od tych naszych, porozrzucanych po jurze pomiędzy Krakowem a Częstochową, za to usytuowany niesamowicie, na szczycie najwyższego wzgórza w okolicy. Widoki z niego fantastyczne!
W KERAK mam pierwszy kontakt z prawdziwą, lokalną kuchnią. Wczoraj, co prawda, był jakiś kebab, też przecież lokalna potrawa, ale to nie była żadna restauracja, tylko zwykły fast-foodowy bar z jedzeniem na wynos. Dzisiaj też nie jest to jakiś wykwintny lokal, a zwykła, mała, rodzinna knajpka. Takich właśnie zawsze szukam, gdziekolwiek jestem. Dostałem falafele w chlebie, z jakimiś warzywami i humus. Nie wiem, czy to magia chwili, ale humus, za którym nigdy nie przepadałem, smakuje wyśmienicie! Falafel to taka brązowa, wegańska kulka – też całkiem niezła. Popijam to wszystko świeżo wyciskanym sokiem z czerwonego grejpfruta i jak to po dobrym i sytym posiłku, oczy mi się świecą radością! Pierwsze smaki za mną – dobry prognostyk na następne, a jeszcze dzisiaj czeka mnie “ZARB” – tajemnicza, rytualna kolacja na pustyni.
Dalsza droga na południe przebiega bez przystanków. Nie mam na nie już czasu. Desert Highway jest płaska przez ponad godzinę. Tylko te drogowskazy w arabskim alfabecie przypominają, że nie jestem gdzieś na południu Europy. Potem krajobraz zaczyna falować, pojawiają się góry i pomarańczowe skały. Zbliżam się wielkimi krokami do WADI RUM, kolejnej ekscytującej atrakcji Jordanii. Dzisiaj beduiński wieczór, przy lokalnym jedzeniu i biesiadowaniu w lokalny sposób. Uwielbiam poznawać takie egzotyczne obyczaje! Jestem tak podekscytowany, że chyba pęknę, ale o tym następnym razem…!
Podróż do Jordanii – Wieczór na pustyni Wadi Rum



SIEDZĘ SOBIE W PRAWDZIWYM BEDUIŃSKIM NAMIOCIE I CHŁONĘ WSZYSTKO, CO NOWE!!! Halil, nasz gospodarz, nie pozwolił mi usiąść gdzieś z boku, no więc siedzę tak rodzinnie, pomiędzy Grześkiem a małym Sebastianem, jego synem. Jest nas tu turystycznie ze 20 osób, sami Polacy. Pewnie to skutek tego, że bliską współpracownicą Halila jest Polka – Ania. Pewnie wszystkim, tak jak mnie, jakoś bardziej swojsko było rezerwować pobyt po polsku. Samej Ani nie ma teraz w obozie i nie było nam dane jej poznać. Po polsku jednak gadamy między sobą, co jest miłe, bo bariery w wyrażaniu emocji nie ma takiej dużej, a emocji ma każdy sporo do przekazania!
Lubię, podczas podróży, spotykać się z rodakami! Często słyszę w obcym kraju, że ktoś się chwalił pobytem w miejscu, gdzie nie ma Polaków. Był z tego powodu dumny i szczęśliwy! Ja tak nie mam! Tak mi zostało od czasów, kiedy jako dzieciak jeździłem z rodzicami na sławetne wczasy do Bułgarii czy Grecji. Polaków za granicą było niewielu, więc gdy się w końcu takiego spotkało i można było zamienić parę słów w ojczystym języku – od razu była impreza! Do dzisiaj mam tak, że gdy słyszę na obczyźnie język polski, mam ochotę na bratanie się i opowieści, nawet jak są najdziwniejszej i czasem trochę żenującej treści…
Halil siedzi przy ognisku, częstuje słodką herbatą i opowiada. Jest też z nami kilku jego pobratymców, ale tylko Halil mówi. Opowiada różne historie. O przyjaźni jego ojca z ojcem Ani. O tradycyjnym życiu beduina na pustyni. O swoim wujku, który wyzdrowiał, jak spadł z wielbłąda. O wspólnym piciu słodkiej herbaty. O tym, jak wioska WADI RUM zmieniała się w ciągu ostatnich lat i wiele, wiele innych…
Historię o wujku, dla którego ozdrowieńczym był upadek z wysokiego wielbłąda, jest tak ujmująca, że muszę ją przytoczyć. Otóż wujek Halila był tradycyjnym beduinem, który nigdy w życiu nie jechał samochodem. Biorąc pod uwagę, że ruch turystyczny na pustyni był spory nawet w czasach, kiedy działa się ta historia, a głównym środkiem transportowym dla turystów po pustyni, była i jest nadal, wspomniana w którymś z poprzednich rozdziałów – Toyota Hilux, dziwnym wydaje się, że wujek Halila nie tylko nie podróżował nigdy wcześniej samochodami, ale wręcz obawiał się ich okrutnie. Pewnego dnia wujek doznał jakiegoś urazu, w wyniku którego coś mu przeskoczyło w odcinku szyjnym kręgosłupa i bolało jak wszyscy diabli. Do szpitala było daleko, ale wujek za żadne skarby nie chciał się dać namówić na podróż kultową Toyotą. Wyruszył więc na wielbłądzie, a Halil eskortował go samochodem. Samochody na pustyni nie są najnowsze. Szczerze mówiąc, to stare graty, nawet nieposiadające rejestracji. Na pustyni beduinów nikt nie kontroluje, więc tylko wrodzona przyzwoitość każe im dbać o stalowe wehikuły. W każdym razie pustynia rządzi się swoimi prawami i żadne przepisy w tym zakresie nie obowiązują. Poza pustynią owszem tak, ale w jej granicach ani trochę. No i ten stary grat Halila kichnął, jak tylko stary diesel kichnąć potrafi. Z rury, z wielkim hukiem, wydobyła się czarna chmura, a wielbłąd wujka… jak to wielbłąd… pobiegł spłoszony w siną dal. Gdyby wujek był zdrowy, to po pierwsze: ujarzmiłby wystraszone zwierzę, a po drugie: jako wytrawny jeździec, trzymałby się mocno w siodle. A tak…?! Spadł nieborak z galopującego zwierzęcia prosto na głowę. Wstał, rozejrzał się oszołomiony i ze zdziwieniem stwierdził, że wszystkie dolegliwości minęły. Wyprawa do szpitala musiała zostać odwołana, bo już nikomu na nic nie była potrzebna.
Po pogaduchach przychodzi czas na kolację. Dzisiaj jest „ZARB„. Tradycyjna kolacja beduinów. Piaskowy grill! Bo właśnie coś na kształt naszego grilla zakopuje się w piasku, w metalowym pojemniku, z resztką żaru pod spodem, a jedzenie samo dochodzi w stygnącej temperaturze, przez wiele godzin. Rozgrzany od żaru piasek działa trochę jak kuchenka, a trochę jak termos, żeby na kolację wszystko było ciepłe. Halil z kolegami beduinami odkopują wielki garnek i wyjmują z zakopanej, metalowej beczki dziwną konstrukcję, na której paruje jedzenie. Na górze mięso, pod spodem warzywa. Wszystko jest bez dodatku soli, a jednak trochę słone. Halil opowiada, że wszystko ma w sobie sól i nie trzeba jej dodatkowo dodawać do jedzenia. Dla mnie trochę bez wyrazu, tak bez tej soli, na szczęście mam w kieszeni taką małą turystyczną solniczkę, zakupioną jakieś 10 lat temu w austriackiej kopalni, która jakoś nie chce mi się skończyć. Tutaj przydaje się znakomicie! Do kolacji jest mnóstwo dodatków: sałatki, ryż, różnego rodzaju mięsiwa i sosy. Jest nawet chałwa i baklawa – dwa typowo wschodnie, deserowe smakołyki. Wszyscy byli już głodni, każdy po swoim dniu pełnym wrażeń. Podczas jedzenia atmosfera się rozluźnia, podnosi się zwykły knajpiany gwar. Jesteśmy radośni i zadowoleni. Pomyśl, jak niewiele czasem trzeba by poczuć radość. Wystarczy jeść, pić, odczuwać ciepło i mieć się do kogo odezwać…
Atmosfera staje się jeszcze swobodniejsza, gdy nasi Beduini ustawiają się w szereg i zaczynają podrygiwać w rytm muzyki płynącej z całkiem sporego głośnika, ustawionego w rogu namiotu.
Dopiero teraz nachodzi mnie refleksja, że wśród gospodarzy nie ma kobiet. Wśród gości owszem, ale tylko wśród gości. Jutro też się przekonam, że podczas naszego pustynnego safari też nie będzie żadnej miejscowej kobiety. Tu tradycja ma wciąż duży wpływ na rzeczywistość. Kobiety nie mogą się pokazywać, nie odsłaniają często twarzy, a na pewno włosów na głowie. Kobiety pojawią się dopiero później w PETRZE, będą obsługiwały w niektórych barach czy na stoiskach, ale tu w WADI RUM – nie będzie ani jednej). Kobiety spotyka się na ulicach. Chodzą, robią zakupy, prowadzą dzieci do szkoły, czasem nawet nie mają chusty na głowie (widać Jordańczycy nie są aż tak ortodoksyjni), ale w pracy kobiety nie są częstym zjawiskiem…
Tak czy owak, nasi panowie tańczą już wszyscy w szeregu. Klaszczą, wydają różne dźwięki ustami (czasem mam wrażenie, że to atakujący Indianie na prerii), przytupują, a radości mają z tego co niemiara! Wszyscy w swoich długich sukniach, w ciemnych kolorach. Wszyscy z zawiązanymi “arafatkami” na głowach. Halil wychodzi przed szereg i zachęca pozostałych, by dołączyli. Ktoś wstaje, drugi mniej odważny za nim, po chwili wszyscy już tańczymy boso w namiocie, w rytm arabskiej muzyki, pewnie jakiegoś lokalnego disco-arabiko… Najedzeni, zauroczeni nową sytuacją dajemy się ponieść radości w tańcu. Gdyby mi ktoś powiedział dzisiaj rano (zwłaszcza jak byłem wysmarowany od stóp do głów, czarną mazią – mułem z MORZA MARTWEGO), że będę jeszcze wieczorem tańczył, to chyba bym nie uwierzył…
Muzyka w końcu cichnie. Rozchodzimy się małymi grupkami, nowo poznanych znajomych, po różnych częściach namiotu, a nasi gospodarze wnoszą fajki wodne. Tak! Teraz przyszedł czas błogiego relaksu przy paleniu SZISZY. Zasiadam z Mateuszem i Magdą, siedzimy, palimy, opowiadamy, a nad nami unosi się słodki zapach jabłkowego tytoniu. Nie jestem przekonany, czy tam w ogóle był właściwy tytoń, ale jak to inaczej nazwać – nie wiem…
To jeszcze nie koniec naszego wieczoru. Zostaliśmy zaproszeni na spacer pod gwiazdami. Idziemy już nie tak licznie, bo niektórzy poszli odpocząć, przed jutrzejszym, intensywnym dniem. Ja jednak bym sobie nie darował, gdybym nie spróbował. Przystajemy to tu to tam, nasz przewodnik pokazuje jakąś skałę, idziemy, znów przystajemy – on pokazuje gwiazdę, potem coś rysuje na piasku. Nie bardzo rozumiemy, o co chodzi, bo przydzielony nam Beduin zna może ze trzy słowa po angielsku, ale i tak jest fajnie. Na koniec, zachęceni, zbieramy drobne patyczki z rosnących rzadko krzaczków, a przewodnik rozpala ognisko pod pustynną skałą! Robi się magicznie! Znów słychać arabską muzykę, ale teraz nastrój jest bardziej rzewny od tego w namiocie. Wcale nie przeszkadza, że muzyka puszczana jest z beduińskiego telefonu. Ot taka już natura technologii i cywilizacji – wszędzie dotrze, wedrze się pod każdy, nawet pustynny, kamień…
Wracam sam! Pozostali jeszcze siedzą przy ognisku. Przed chwilą z przerażeniem spojrzałem na zegarek. Minęła już północ, a jutro taki intensywny dzień (tour samochodem terenowym po atrakcjach pustyni), a jeszcze trzeba dzisiaj spisać wrażenia – z doświadczenia wiem, że na świeżo pisane są lepsze i bardziej emocjonalne, a przecież o to chodzi, prawda…??
Podróż do Jordanii – Pustynia Wadi Rum

CÓŻ TO BYŁ ZA DZIEŃ? Rano, po trudnej nocy w beduińskim namiocie (temperatura tylko 8 stopni według wskazań mojego zegarka), po niesamowitym śniadaniu (znów jedną z potraw była chałwa), po pomarańczowym wschodzie słońca ze światłem przeglądającym się w sąsiednich górach-skałach, zaczął się jeden z piękniejszych dni, jakie przeżyłem w życiu! Nasz „jeep”, czyli stara, rozklekotana, bez tablic rejestracyjnych, Toyota Hilux, z ławkami zamontowanymi na krótkiej pace, stała i czekała na nas, swoich kolejnych gości, przed biesiadnym namiotem, na skraju obozowiska!
Zostaliśmy podzieleni na grupki. W naszym samochodzie jedziemy w pięcioro: Magda, Gosia, Mateusz, Jarek i ja (nie licząc kierowcy w turbanie i czarnej sutannie). Pierwszy przystanek LAWRENCE SPRING. Źródło znajduje się wysoko wśród skał, ale nie ono jest najważniejsze. Tutaj, od zamierzchłych czasów, obozowały karawany. Wiadomo, przy wodzie. Trzeba napoić zwierzęta, samemu uzupełnić braki i zrobić zapasy na dalszą wędrówkę. Mieszkając w XXI wieku, w Europie, nie mamy bladego pojęcia, jakim skarbem jest woda na pustyni. Jak może jej brakować i jak się to odczuwa, kiedy jej nie ma, ale również nie to jest najważniejsze w tym miejscu! Najważniejsza jest wielka płyta skalna, stojąca u podnóża góry! Jest zapełniona napisami, w różnych językach, z różnych okresów i czasów. „Hej Omar, tu Abdullah, jestem przy źródle, będę w Damaszku w 14 dni, spotkajmy się w herbaciarni U Sułtana, w następny piątek przed zachodem słońca, mam dobre wiadomości od Ramiego” albo „Witaj szlachetny Muhammadzie, mamy dla Ciebie 40 zwojów jedwabiu, będziemy czekać za 10 dni, w umówionym miejscu przy Czerwonych Skałach – przyprowadź 7 wielbłądów, jeżeli jesteś zainteresowany” Tak mogłyby brzmieć wiadomości wymieniane między tutejszymi wędrowcami. Dzisiaj wysyłasz SMS i już, a tutaj pisałeś takiego na skale i było bardzo prawdopodobne, że dotarł, bo to jedyne takie miejsce w okolicy i wszyscy tu odpoczywający szukali na skale informacji, wskazówek, ostrzeżeń wypisanych specjalnie dla nich… Idę do góry, do źródła, skąd widok jest nieprawdopodobny! Jestem wysoko, pojawia się nawet zasięg internetu – wysyłam więc swoją wiadomość do rodziny…, że żyję i że chodź, otacza mnie dzika natura to kraj, w którym przebywam, nie jest wcale taki dziki.
A kim był LAWRENCE? Pamiętasz film „Lawrence z Arabii”? To o nim! Brytyjski archeolog i oficer zasłużył się pomocą w wyzwoleniu plemion zamieszkujących dzisiejszą Jordanię spod panowania tureckiego w 1916 r. Przemierzył tutejsze rejony wzdłuż i wszerz, miał szerokie kontakty i poważanie wśród miejscowych. Przyjaźnił się z nimi. Jedna z formacji skalnych na pustyni Wadi Rum nosi nazwę „SIEDEM FILARÓW MĄDROŚCI” – taki sam tytuł ma książka Thomasa Edwarda Lawrence’a, na podstawie której później powstał film. Jedna z późniejszych atrakcji na pustyni to LAWRENCE HOUSE, bo kilka razy odpoczywał tam podczas swoich licznych wędrówek. Jednym słowem postać nietuzinkowa dla tutejszego świata! Ceniona, szanowana i wspominana…
Tymczasem, niesamowita przejażdżka trwa. Wiatr we włosach szumi. Trzymamy rękami czapki, żeby nie odleciały. Najgorzej jest, gdy pojawia się spektakularny widok! Jak to zrobić, żeby jednocześnie trzymać przy oku aparat, przyciskać czapkę do głowy i jeszcze nie wypaść z auta podskakującego na wybojach pustyni? Z trudem, bo z trudem, ale opanowujemy tę umiejętność! Nasi beduińscy kierowcy nie jeżdżą wolno i ostrożnie, chcą nam pokazać swoje umiejętności prowadzenia aut, które sprowadzają się do tego, żeby przy możliwie dużej prędkości nie zgubić przewożonych turystów. Niekiedy ich jednak ponosi i zaczynają się między sobą ścigać. Ot, odwieczna międzyludzka rywalizacja, objawiająca się w każdej, nawet najbardziej błahej dziedzinie życia… Najgorzej jest na „skrzyżowaniach”. Wyżłobione przez kolejne pojazdy koleiny, skrzyżowane pod kątem prostym odczuwasz, jakbyś tory kolejowe przecinał w poprzek. Zwalniamy, hop, hop, hop i już po drugiej stronie znów można przyspieszyć!
Pędzimy od jednej atrakcji do drugiej! KANION KHAZALI z naskalnymi rysunkami liczącymi ponad 2000 lat! Czerwona wydma AL RAMAL, z widokami przyprawiającymi o mrowienie w palcach u stóp. Wielki łuk skalny UMM FROUTH, kolejny mniejszy, a gdzieś wysoko na skałach jeszcze następny malutki. Erozyjne formy skalne w kształcie GRZYBA (dla niektórych głowy kobry), czy KURCZAKA. W oddali majaczy UMM AD DAMI, mierzący 1854 metrów nad poziomem morza, najwyższy szczyt Jordanii.
W głowie się kręci! Jeździmy w tę i z powrotem! Przy każdej atrakcji jest namiot z pamiątkami, gdzie miejscowi zaserwują Ci słodką herbatę albo nawet kawę. Czasem nie chcą pieniędzy. Poczęstunek jest okazją do zaprezentowania towarów, jakie mają do sprzedania. Nie wiem, skąd się biorą opinie, że miejscowi są natrętni, namolni, że za wszystko żądają napiwków. Ja się z tym nie spotkałem. Za każdym razem jest miło i przyjemnie. Poczęstunek, mały marketing (perfumy, kamienie, mydła, biżuteria, ceramika), a jak nie jesteś zainteresowany, to spokojnie odchodzą i czekają na następnego klienta. Wypijasz herbatę, a jeśli chcesz, to kładziesz na stole jednego lub dwa dinary (w ramach podziękowania za poczęstunek) i wychodzisz. Tyle!
Pustynne amplitudy temperatur dają się we znaki. Zaczynamy wycieczkę w kurtkach, kontynuujemy w krótkich koszulkach (Mateusz ma nawet spodenki do przebrania), a kończymy znów w kurtkach, niektórzy nawet w czapkach i rękawiczkach!
Najlepsze emocje? – przygotowany na ognisku, przez naszych przewodników lunch i wspólne biesiadowanie na kocach, potem odpoczynek pod skałą. Albo zachód słońca, też przy ognisku i herbacie, ze wzbierającym, chłodnym wiatrem we włosach i wszechobecnym pomarańczem dookoła.
Najsłabsze wrażenie to kilkuminutowa przejażdżka na wielbłądzie (znów nie darowałbym sobie, gdybym nie spróbował). Nie miałem ani odrobiny żalu, że nie trwało to choćby minuty dłużej, ale zdjęcia zrobione i mogę się nimi chwalić…
Ta nieprawdopodobna przygoda zmierza wielkimi krokami ku końcowi. Już po zmroku przyjeżdżamy do Halilowego obozowiska. Gospodarz ma mnie zawieźć osobiście do wioski, ale podjeżdża jakiś jego kolega, który zmierza w moim kierunku. Halil pyta, czy nie mam nic przeciwko, żeby się z nim zabrać. Pakuję moje graty do samochodu, który spokojnie wygrałby konkurs na najbardziej rozklekotaną Toyotę na świecie. Podczas podwózki trzymam się kurczowo uchwytu przy drzwiach, a mój kierowca rozprawia w angielsko-arabskim jakąś kolejną, miejscową opowieść, której ze strachu, nawet nie staram się zrozumieć. Uff!!! Nareszcie jesteśmy przy parkingu, na którym zostawiłem mojego Hyundaia. Przesiadam się do komfortowego wnętrza i już bez obaw wyruszam w dalszą drogę. Jeszcze tylko jakieś 120 km do Wadi Musa, miasteczka tuż obok legendarnej Petry!
Tak! Zostawiłem sobie Petrę na koniec wyprawy, zgodnie z zaleceniami wypracowanymi jeszcze w Kanie Galilejskiej, żeby najlepsze wino spożywać na koniec imprezy…




Podróż do Jordanii – Petra

Jak tu zacząć, żeby nie schrzanić zaraz na początku!? No bo co mam niby napisać? Że pięknie tutaj! No jest TU pięknie, ale przecież to nie wystarczy! A może powinno…
PETRA to chyba najbardziej rozpoznawalny kompleks Bliskiego Wschodu. I tyle o nim wiadomo na pewno. Informacje w przewodniku, jak i w internecie pełne są słów „być może”, „najprawdopodobniej”, „chyba”. Wiadomo, że od IV, może III w.p.n.e. zamieszkiwali tu jacyś Nabatejczycy. Ród koczowniczy, niespecjalnie zainteresowany budownictwem i architekturą. Osiedlili się w bezpiecznej, trudnej do zdobycia, skalistej dolinie, ale przecież wszyscy ludzie szukali kiedyś takich właśnie miejsc. Podobno na przestrzeni lat wzbogacili się, obsługując przejeżdżające karawany. A dalej to już możesz się tylko domyślać. Ludzie jak mają dużo pieniędzy (lub innego rodzaju środków) to zwykle inwestują w bezpośrednie otoczenie. Budują, kupują ozdoby, inwestują w sztukę itp. Pewnie tu też tak było. Większość wykutych w skale budowli powstała dopiero w pierwszych wiekach naszej ery. Nie wiadomo jednak na pewno i z czyjej inicjatywy. Główna, znana ze wszystkich widokówek, budowla – Al Chazana– funkcjonująca pod nazwą SKARBIEC FARAONA – najprawdopodobniej nigdy z żadnym faraonem nie miała nic wspólnego. Początkowo sądzono, że to grobowiec teraz coraz więcej faktów wskazuje na sakralne przeznaczenie zabytku. Podobnie jest z AD-DAJR, czyli klasztorem (monastery), znajdującym się po drugiej stronie długiej doliny. Więcej wiadomo o powstaniu amfiteatru, czy ZESPOLE GROBOWCÓW KRÓLEWSKICH, ale to były późniejsze czasy. Jedno można stwierdzić na pewno! Budowle, przynajmniej te najbardziej atrakcyjne, są WYKUTE W SKALE! Na kolumnach, ścianach i innych elementach konstrukcyjnych nie ma żadnych spoin. Wszystko jest jednolite i ciągłe! Pewnie dlatego takie NIEPOWTARZALNE!?
PETRĘ zwiedza mnóstwo ludzi z całego świata! Jestem o 8.30, a już jest spory tłok i tak będzie do końca dnia, przynajmniej na głównym szlaku. wąwóz SIQ, który znajduje się na początku trasy, zapowiada przedsmak niesamowitości. Na przemian się zwęża i rozszerza. Trochę żałuję, że nie mogę go zobaczyć w samo południe, jak słońce oświetla skalne ściany z góry. Nie można mieć wszystkiego…
SKARBIEC FARAONA wyłania się z wąwozu nagle i w sposób tak niesamowity, że przestaję oddychać! Chyba po to został zbudowany, żeby wprawiać w oniemienie odwiedzających i demonstrować potęgę właściciela-władcy. Wszystko wykute w litej skale. Nie ma tu cegieł, czy łączeń pomiędzy elementami.
Idę w głąb skalnego miasta. Wszędzie stragany z pamiątkami, młodzi chłopcy przejeżdżający na osiołkach i wielbłądach. Możesz skorzystać z przejażdżki, a nawet przejechać całą dolinę w ten sposób. Słychać opinie, że szkoda tych zwierząt, ale ludzie też muszą z czegoś żyć. Niewłaściwego traktowania „braci mniejszych”, o którym Internet huczy, nie stwierdziłem. Nie znaczy, że go nie ma, po prostu ja nie widziałem. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną sprawę dotyczącą zwierząt. Ileż razy nasłuchałem się opowieści o tym, że powinno być to zabronione, że osiołki – biedne zwierzęta – się męczą pod ciężarem bogatych ludzi zachodu wożonych w tę i z powrotem po całej dolinie. Czy naprawdę nikt na świecie nie widzi, że dla wielu niezbyt zamożnych Jordańczyków, może być to jedyne źródło utrzymania? Że gdyby nie usługa transportu na ośle, to dzieci tej lub innej osoby nie miałyby dzisiaj co jeść? Czy naprawdę ludzie są mniej ważni od zwierząt? A jeżeli ludzie tak, to czy ich dzieci też…? Z tym cię czytelniku zostawiam. Sam rozważ, czy to są sprawy jednoznacznie złe, czy jednak wielowymiarowe…
Mijam wielki KOMPLEKS GROBOWCÓW KRÓLEWSKICH. Jest na otwartej przestrzeni i nie robi już takiego wrażenia jak wcześniej SKARBIEC. Wybieram zielony szlak, żeby zdobyć punkt widokowy, z którego widać GO z góry. Zgadnij. kogo spotykam po drodze? Samego Jacka Sparrowa (tak właśnie – strój i makijaż słynnego pirata z Karaibów, był wzorowany na tradycyjnym ubiorze z tych stron). I co mówi Jack Sparrow? ” Hej, czy masz może przy sobie powerbank?” Pożyczyłem więc Jackowi urządzenie, żeby sobie podładował telefon, a sam poszedłem podziwiać SKARBIEC przy filiżance herbaty sprzedawanej na samiutkim koniuszku skały, gdzie mieści się ów niesamowity punkt widokowy. Jak będę wracał, to odbiorę powerbank, a w zamian zażyczę sobie selfie z Jackiem. Nie ma jak zrobić dobry interes…
Dalsza część wycieczki przebiega już w stonowanych emocjach. No może jeszcze odrobinę skacze mi ciśnienie, kiedy widzę Chucka Norrisa we własnej (prawie) osobie, ale tylko odrobinę, więc robię fotkę i już. ” Chuck Norris” to facet ubrany jak Texas Ranger ze słynnego filmu. Tym razem po prostu przebieraniec, ale pasujący do pomarańczowych skał, których USA ma sporo na swoim terenie.
Mijam forum, mijam amfiteatr i kolejne świątynie. AD-DAJR (monastery) jest zwieńczeniem wyprawy! Żeby tam wejść, trzeba pokonać niemal tysiąc schodów, za to widoki z góry są niesamowite (nie lubię tego słowa, ale cóż zrobić, kiedy takie właśnie są). Pod samą Świątynią znów można napić się pysznej herbaty z… no właśnie, już nie pamiętam z czym… ważne, że do herbaty znów mogłem zjeść baklawę i chałwę. A co? Należy mi się po tak wyczerpującym spacerze! Odrobina przyjemności podczas błogiego spoglądania na żółtą skałę, przemienioną milionami uderzeń dłuta, w piękną budowlę. Siedzę, herbata się kończy, a ja i tak wciąż siedzę jeszcze dobre pół godziny, zanim w końcu wstanę i pójdę w dół z powrotem…
Nad doliną PETRY słońce powoli skłania się ku zachodowi. Skały robią się lekko pomarańczowe. Zaczyna się złota godzina, najlepszy czas na robienie zdjęć.
Jestem bardzo zmęczony. Mój GPS w telefonie podpowiada, że przeszedłem dzisiaj jakieś 15 km, a jeszcze dobre 3 km z powrotem do wyjścia. Trasa nie jest płaska. Może nie tak wymagająca, jak wycieczka w Tatry, ale bardziej męcząca niż dzień w Beskidach. Nie dłuży mi się jednak wcale. Co chwilę przysiadam i podziwiam. Coraz trudniej mi się wstaje, ale nie zajmuje to za bardzo moich myśli. Sam nie wiem, czy chciałbym już wyjść z tego skalnego labiryntu, czy też zostać najdłużej jak się da. Znów herbatka, potem kawa, kupuję nawet „arafatkę” u miejscowego straganiarza. Mam nadzieję, że nie została uszyta hurtowo, na zamówienie w jakichś Chinach. Może nie…
Jeszcze raz SKARBIEC! Jeszcze raz zdjęcie z wąwozu SIQ, jeszcze 2 km i jestem na parkingu. Przy samochodzie zamieniam kilka słów z rodakami, którzy jadą w drugą stronę i Wadi Rum, mają jeszcze przed sobą. Trochę im zazdroszczę, ale i tak miałem potężną dawkę wrażeń przez te 4 dni. Sam nie wiem — być może to była najbardziej emocjonująca wycieczka z dotychczas odbytych. Będę miał co wspominać przez wiele lat…
I koniec! Jutro do domu! Serdeczności! Do następnej wyprawy!




Na koniec kilka słów podsumowania!
Było minęło! Kilka zdań na sam koniec, żeby nie przeciągać i tak już wyczerpanego tematu!
Byłem w Jordanii 4 dni, a wrażeń miałem co niemiara! Przejechałem łącznie 800 km. Zrealizowałem cały plan, nawet z nawiązką. Czy się nasyciłem? NIE! Jest tam tyle ciekawych miejsc do zobaczenia, tyle tras do przejścia, tyle rzeczy do posmakowania… No cóż, narobiłem sobie tylko apetytu…
Pozbyłem się wszelkich obaw! Po Jordanii świetnie się podróżuje samochodem. Widziałem wiele dróg w Europie, po których jeździ się gorzej i co najmniej kilka miast, gdzie są większe korki. Ludzie są mili i sympatyczni. Nie spotkałem się z żadnym namolnym nagabywaniem, żadnym naciąganiem na bakszysz, czy czymkolwiek złym tam jeszcze.
Mały pustynny kraj, a taka mnogość atrakcji, że można dostać kręćka. Każdy znajdzie coś dla siebie. Historyk poobcuje z historią, przyrodnik z przyrodą, a wytrawny piechur znajdzie tyle tras trekkingowych, ile zapragnie, smakosz też na pewno znajdzie wiele cudownych potraw pieszczących podniebienie…
Nie nasyciłem się – zdecydowanie NIE! Przyjadę jeszcze kiedyś, za jakiś czas! Liczę na to, że znowu będzie pięknie, a kolejne wrażenia przyćmią te, które poczułem teraz!
Przy okazji zachęcam do zapoznania się z moimi pozostałymi artykułami na portalu Nasze Szlaki.



