Wiele jest bogów w słowiańskiej mitologii, wielu z nich dobrze znamy, innych niewielu pamięta. Czytając materiały związane ze słowiańskim panteonem, natrafiłem na boginię lasów, łowów i dzikich zwierząt, Dziewannę. Dawni Słowianie wierzyli, że są takie miejsca w lesie, do których człowiek nie powinien wchodzić po zmroku. Nie dlatego, że czają się tam wilki albo zbójcy. Nie dlatego nawet, że ścieżki nikną pod korzeniami, a mokradła potrafią pochłonąć nierozważnego wędrowca. Dawni ludzie wierzyli, że niektóre knieje mają własną panią. Nie mieszkała ona w drewnianej chacie i nie ogrzewała dłoni nad ogniem. Jej domem były gęste bory, niedostępne uroczyska, brzegi leśnych jezior i polany, na których nocą kładł się blady blask księżyca. Nazywano ją Dziewanną.

Miała być opiekunką dzikiej przyrody, zwierząt i łowów. Wyobrażano ją sobie jako młodą kobietę przemierzającą knieje z łukiem w dłoni. Nie należała do żadnego mężczyzny, nie podlegała ludzkim prawom i nie znosiła tych, którzy zabijali dla samej przyjemności. Dziewanna pozostaje jednak jedną z najbardziej tajemniczych postaci słowiańskich wierzeń. Wiemy o niej niewiele, a niemal każda próba odtworzenia jej historii prowadzi na grząski grunt domysłów.

Kim była Dziewanna?

Dziewanna, nazywana również Dzewaną, Ziewanną albo Ziewonią, jest przedstawiana jako zachodniosłowiańska bogini lasów, dzikiej przyrody i łowów. Z czasem zaczęto przypisywać jej także opiekę nad księżycem, wiosną, młodością oraz odradzającym się życiem. Najstarszym pewnym źródłem, które wymienia ją jako boginię, są XV-wieczne „Roczniki” Jana Długosza. Kronikarz porównał Dziewannę do rzymskiej Diany i twierdził, że cieszyła się ona szczególną czcią wśród dawnych mieszkańców ziem polskich. Trzeba jednak pamiętać, że Długosz pisał niemal pięć stuleci po oficjalnym przyjęciu chrześcijaństwa przez Polskę. Nie znał więc pogańskich obrzędów z własnego doświadczenia.

To właśnie dlatego uczeni od dawna spierają się o Dziewannę. Jedni uważają ją za autentyczne bóstwo, którego kult przetrwał w ludowych zwyczajach i nazwach. Inni widzą w niej postać stworzoną przez Długosza na wzór rzymskiej Diany. Kronikarz chętnie porządkował bowiem słowiańskie wierzenia według znanego mu panteonu grecko-rzymskiego. Jeżeli słyszał o żeńskiej istocie związanej z lasem, młodością lub wiosennym obrzędem, mógł uznać ją za miejscową odpowiedniczkę Diany.

Nie oznacza to jednak, że Dziewanna z pewnością nie istniała. Dawna religia Słowian była przekazywana głównie ustnie. Świątynie niszczono, posągi palono, a imiona starych bogów stopniowo znikały z pamięci. Niekiedy pozostawało tylko słowo, pieśń, nazwa góry albo obrzęd, którego pierwotnego znaczenia nikt już nie pamiętał. Dziewanna mogła należeć właśnie do takich zapomnianych istot.

Bogowie Słowian.

Pani dzikiego lasu

Las zajmował w świecie dawnych Słowian miejsce szczególne. Dawał drewno, zwierzynę, miód, grzyby, zioła i schronienie. Był jednak również miejscem obcym, niebezpiecznym i rządzonym innymi prawami niż ludzka osada. Za ostatnią zagrodą kończyła się przestrzeń człowieka. Dalej zaczynało się królestwo duchów.

W głębi boru można było spotkać rusałki, dziwożony, leśne demony i dusze tych, którzy zginęli bez pogrzebu. Nic więc dziwnego, że również bogini lasu musiała budzić jednocześnie zachwyt i lęk. Dziewanna nie była łagodną panią siedzącą pośród kwiatów. Dzika przyroda, którą miała uosabiać, potrafiła karmić, lecz równie łatwo odbierała życie. Jeleń mógł poprowadzić myśliwego ku pożywieniu albo zawieść go w bagno. Las dawał schronienie, ale podczas zimowej nocy stawał się grobowcem.

Bogini strzegła tej kruchej równowagi. Myśliwy mógł zabrać tyle, ile potrzebowała jego rodzina. Nie wolno mu było jednak mordować młodych zwierząt, niszczyć legowisk ani przelewać krwi dla zabawy. Człowiek, który przekraczał tę granicę, stawał się wrogiem kniei, a las nigdy nie zapominał.

Łuk i strzały Dziewanny

Najbardziej rozpoznawalnym atrybutem Dziewanny jest łuk. Broń ta pasuje do bogini, która nie walczy w otwartym polu, lecz porusza się bezszelestnie między drzewami. Jej strzała miała przychodzić nagle. Nie poprzedzał jej grzmot Peruna ani szczęk boskiego oręża. Człowiek słyszał jedynie krótki świst, a potem zapadała cisza.

Łuk symbolizował nie tylko polowanie. Był również znakiem czujności, cierpliwości i wyznaczania granic. Dziewanna mogła pozwolić myśliwemu wejść do swego lasu, ale mogła również ostrzec go strzałą wbitą w pień tuż obok jego głowy. W późniejszych wyobrażeniach towarzyszyły jej jelenie, wilki, łanie, psy myśliwskie oraz leśne ptaki. Szczególne znaczenie przypisywano łani, zwierzęciu czujnemu, szybkiemu i zdolnemu zniknąć między drzewami niczym zjawa.

Nie zachowały się jednak wiarygodne dawne opisy posągów ani świątyń Dziewanny. Jej dzisiejszy wizerunek jest więc w dużej mierze rekonstrukcją opartą na porównaniach z innymi boginiami łowów oraz na późniejszym folklorze.

Bogini, której nie można było posiąść

Samo imię Dziewanny bywa łączone ze słowami „dziewa”, „dziewczyna” i „dziewica”. Takie wyjaśnienie wydaje się kuszące, lecz etymologia nazwy nie jest całkowicie pewna. Dziewanna jest również polską nazwą roślin z rodzaju Verbascum, znanych z wysokich łodyg pokrytych żółtymi kwiatami. Dziewiczość bogini nie musiała jednak oznaczać niewinności rozumianej w późniejszy, chrześcijański sposób. W dawnych mitologiach dziewicza bogini była przede wszystkim istotą niezależną. Nie należała do męża, nie podlegała małżeńskim zobowiązaniom i sama decydowała o swoim losie.

Dziewanna mogła być zatem patronką młodych kobiet, które nie weszły jeszcze do świata małżeństwa i macierzyństwa. Symbolizowała czas swobody, dorastania oraz przejścia między dzieciństwem a dorosłością. Była wolna jak zwierzę, które nie poznało jarzma. Współczesne opowieści przedstawiają ją czasem jako buntowniczą córkę potężnego boga, odrzucającą narzucone małżeństwo. Nie znamy jednak wczesnych źródeł potwierdzających taką historię. Jest to raczej późniejsze rozwinięcie motywu niezamężnej pani lasu.

Dziewanna i Marzanna – dwie twarze roku

W dawnych opisach i późniejszym folklorze Dziewanna bywa zestawiana z Marzanną. Pierwsza miała przynosić młodość, zieleń i powrót życia. Druga uosabiała zimę, obumieranie oraz śmierć. Jan Długosz wspominał o obrzędach, podczas których wynoszono i topiono postacie Dziewanny oraz Marzanny. Jego wyjaśnienie tych zwyczajów nie jest dziś przyjmowane bez zastrzeżeń, ale samo łączenie obu imion z wiosennymi rytuałami stało się podstawą wielu późniejszych interpretacji.

Być może nie były one przeciwniczkami, lecz dwiema stronami tej samej siły. Marzanna panowała wówczas, gdy pola twardniały, rzeki zamarzały, a dni stawały się krótkie. Dziewanna wracała wraz z pękającym lodem, kiełkującymi roślinami i pierwszymi młodymi zwierzętami.

Jedna zamykała bramę życia, druga ją otwierała. Taki układ odpowiadałby dawnemu sposobowi postrzegania świata. Śmierć nie była końcem, lecz częścią powtarzającego się kręgu. Ziarno musiało zostać zakopane w ciemnej ziemi, zanim wypuściło zielony pęd.

Kwiat dziewanny i światło w ciemności

Dziewanna to również roślina o wysokiej, prostej łodydze i licznych żółtych kwiatach. W tradycji ludowej wykorzystywano ją między innymi jako roślinę leczniczą. Była stosowana przy dolegliwościach dróg oddechowych, a jej wysuszone łodygi mogły służyć jako rodzaj pochodni. Trudno dowieść, że roślina była bezpośrednio poświęcona bogini. Związek obu nazw jest jednak na tyle sugestywny, że obrósł licznymi opowieściami.

Wysoka dziewanna rośnie często na ubogich ziemiach, przy drogach, na skrajach pól i w miejscach opuszczonych. Wznosi złote kwiaty tam, gdzie inne rośliny nie zawsze chcą się przyjąć. Można więc dostrzec w niej znak siły, która wyrasta z biednej ziemi i niesie światło w miejsca pozbawione nadziei. Tak mogła być postrzegana sama bogini. Dziewanna nie obiecywała życia łatwego. Uczyła raczej, jak przetrwać bez opieki murów, ognia i ludzkiej gromady.

Słowiańskie potwory.

Boginii Dziewanna i jej odpowiedniki w innych dawnych religiach

  • Dziewanna a grecka Artemida – Najbliższą odpowiedniczką Dziewanny jest grecka Artemida. Była ona boginią łowów, dzikich zwierząt i terenów pozostających poza ludzkimi osadami. Opiekowała się również dziewczętami i młodymi stworzeniami, a w sztuce przedstawiano ją najczęściej jako młodą łuczniczkę z kołczanem strzał. Podobieństwa między Artemidą i Dziewanną są wyraźne. Obie należą do lasu, posługują się łukiem i zachowują niezależność od mężczyzn. Obie mogą jednocześnie chronić zwierzęta oraz pozwalać na polowanie. Nie ma w tym sprzeczności. W dawnym świecie łowy nie były traktowane wyłącznie jako zabijanie. Stanowiły część naturalnego porządku. Bogini mogła oddać człowiekowi jedno zwierzę, jeśli jego śmierć pozwalała przeżyć rodzinie. Karała natomiast tych, którzy niszczyli stado lub zabijali dla pychy. Artemida potrafiła być opiekunką, lecz jej gniew był nagły i śmiertelny. Podobną surowość można przypisać Dziewannie. Nie byłaby ona boginią dobroduszną. Las nie jest przecież dobry ani zły. Jest sprawiedliwy według własnych praw. Różnica polega przede wszystkim na ilości zachowanych opowieści. Artemida pojawia się w licznych mitach, hymnach i dziełach sztuki. Dziewanna stoi niemal bezgłośnie na skraju historii. Widzimy tylko jej cień.
  • Dziewanna a rzymska Diana – Jan Długosz bezpośrednio utożsamił Dziewannę z Dianą. Rzymska bogini przejęła wiele cech greckiej Artemidy. Była panią łowów, zwierząt, gajów i dzikich miejsc. Z czasem coraz silniej wiązano ją również z księżycem. To właśnie porównanie z Dianą najmocniej wpłynęło na dzisiejszy obraz Dziewanny. Należy jednak zachować ostrożność. Długosz mógł nie tyle opisywać dokładne podobieństwo, ile tłumaczyć obcą religię za pomocą pojęć znanych wykształconemu czytelnikowi. Gdy pisał „Diana”, mógł mieć na myśli po prostu żeńskie bóstwo związane z lasem. Mimo tego Diana i Dziewanna łączyłyby w sobie podobną ideę: istnienie świętej, kobiecej siły, która nie mieszka w pałacu ani w mieście, lecz poza granicami cywilizacji.
  • Dziewanna a nordycka Skadi – W mitologii nordyckiej do Dziewanny podobna jest Skadi. Była związana z górami, zimą, polowaniem i łucznictwem. Przemierzała śnieżne pustkowia na nartach, a w opowieściach występowała jako postać dumna, samodzielna i niebezpieczna.
  • Skadi nie jest delikatną panią wiosny. Należy do mrozu, skał i zimowych szczytów. Łączy ją jednak z Dziewanną przywiązanie do dzikiego świata i niechęć do życia zamkniętego w cudzym domu. Według nordyckiej opowieści Skadi próbowała zamieszkać ze swym mężem Njordem nad morzem, lecz nie potrafiła znieść krzyku mew i tęskniła za górami. Wróciła więc do własnej krainy. Dziewanna zapewne postąpiłaby podobnie. Las nie był dla niej miejscem odwiedzanym od czasu do czasu. Był jej naturą. Odebranie jej kniei oznaczałoby odebranie jej samej siebie.
  • Dziewanna a boginie przyrody innych ludów – Motyw pani dzikich zwierząt występował w wielu dawnych religiach. Ludzie zależni od lasów i polowania często wierzyli, że zwierzyna ma boskiego opiekuna. Myśliwy nie zabierał jej wyłącznie własną siłą. Musiał otrzymać pozwolenie. Dziewanna należy więc do szerokiej rodziny bóstw stojących pomiędzy człowiekiem a dziką przyrodą. Nie jest jednak ich wierną kopią. Jej słowiański charakter wynika z krajobrazu, w którym mogła być czczona: rozległych puszcz, mokradeł, mglistych jezior oraz niewielkich osad otoczonych nieprzebytą kniej. Artemida przemierza skaliste góry Grecji. Diana mieszka w świętych gajach Italii. Skadi poluje na ośnieżonych północnych zboczach. Dziewanna idzie przez wilgotny słowiański bór. Pod jej stopami ugina się mech. Nad głową szumią dęby. Wśród paproci błyszczą oczy wilków.

Czy Słowianie naprawdę czcili Dziewannę?

Na to pytanie nie można odpowiedzieć z całkowitą pewnością. Najważniejsza wzmianka o bogini pochodzi od Jana Długosza, a więc autora późnego i pozostającego pod silnym wpływem wiedzy o starożytnej Grecji i Rzymie. Rzekomo wcześniejsza czeska wzmianka w słowniku „Mater Verborum” jest uznawana za niewiarygodną, ponieważ część zawartych w nim słowiańskich glos wiąże się z XIX-wiecznymi fałszerstwami Václava Hanki.

Niektórzy dawni badacze odrzucali zatem istnienie Dziewanny. Inni wskazywali jednak na jej obecność w folklorze, nazwach miejscowych, obrzędach wiosennych oraz skojarzeniach z żeńskimi duchami lasu. Najuczciwiej powiedzieć, że Dziewanna mogła być dawnym bóstwem, ale jej pierwotnego obrazu nie potrafimy już dokładnie odtworzyć.

To, co dziś o niej opowiadamy, składa się z kilku warstw: krótkiej wzmianki kronikarskiej, ludowych zwyczajów, językowych śladów, porównań z innymi religiami oraz współczesnej wyobraźni. Bogini stoi zatem jedną stopą w dawnej wierze, a drugą w legendzie. Może właśnie dlatego tak łatwo ją sobie wyobrazić. Nie ma jednej twarzy wyrzeźbionej w kamieniu. Nie ma świętej księgi, która zamknęłaby ją w słowach. Dziewanna wciąż należy do lasu, a las każdemu pokazuje inne oblicze.

Legenda o Dziewannie i ostatnim białym jeleniu

Dziewanna słowiańska bigini lasów i dzikiej przyrody AI.

Działo się to w czasach, gdy bory były tak rozległe, że człowiek mógł iść przez siedem dni, a nie ujrzał ani jednej osady. Drzewa rosły wówczas wyższe, wilki nie bały się ognia, a nocami nad mokradłami przemykały światła, za którymi nie należało podążać. Na skraju wielkiej puszczy leżała osada zwana Żarnowym Brodem. Jej mieszkańcy żyli z lasu. Zbierali miód, ścinali drzewa i polowali na zwierzęta. Każdej jesieni składali pod starym dębem chleb, sól oraz pierwszą garść zebranego ziarna. Nie wiedzieli już, dla kogo pozostawiają dary. Starcy pamiętali jedynie przestrogę:

Bierz z boru tyle, ile potrzeba. Ani jednej sztuki więcej.

Przez wiele lat ludzie przestrzegali starego prawa. Potem wodzem osady został Wojmir, człowiek silny, lecz łasy na sławę. Wojmir nie polował z głodu. Zabijał, aby wieszać poroża nad wejściem do swej chaty. Im większy był jeleń, tym głośniej wódz opowiadał o własnej odwadze. Pewnej zimy do Żarnowego Brodu przybył kupiec z dalekiego grodu. Zobaczył skóry wiszące w domu Wojmira i rzekł:

Dobrze za nie zapłacę, lecz najwięcej dam za skórę białego jelenia. Mówią, że jeden taki żyje w waszej puszczy.

Gdy stara zielarka Miłucha usłyszała te słowa, przeżegnała się po nowemu, a potem splunęła przez lewe ramię według dawnego obyczaju.

Biały jeleń nie jest zwierzyną — powiedziała. — Kto podniesie na niego łuk, ten wypowie wojnę całemu lasowi.

Wojmir roześmiał się tylko.

Las nie trzyma miecza.

Nie potrzebuje miecza — odparła Miłucha. — Ma korzenie, mgłę i głód.

Nazajutrz wódz zebrał sześciu najlepszych myśliwych. Weszli do boru przed świtem. Śnieg leżał głęboki, więc łatwo odnaleźli trop jelenia. Ślady były ogromne. Prowadziły między czarnymi pniami, przez zamarznięty strumień i dalej, ku części puszczy, do której ludzie rzadko się zapuszczali. Pierwszego dnia nie ujrzeli zwierzęcia. Drugiego znaleźli ślady świeżej krwi na śniegu, choć żaden z nich nie wypuścił strzały. Trzeciego usłyszeli głos kobiety śpiewającej gdzieś między drzewami. Pieśń nie miała słów. Była cicha i smutna, a jednak niosła się przez las tak wyraźnie, jakby śpiewaczka stała tuż obok. Jeden z myśliwych, młody Dobrogost, zatrzymał się.

Wodzu, zawróćmy.

Boisz się kobiecego głosu?

Boję się tego, czego nie widzę.

Wojmir splunął w śnieg.

Idź zatem do domu. Powiedz wszystkim, że Dobrogost uciekł przed śpiewem.

Młodzieniec zacisnął zęby i poszedł dalej. Pod wieczór ujrzeli białego jelenia. Stał na polanie zalanej księżycowym światłem. Był większy od wszystkich jeleni, jakie kiedykolwiek widzieli. Jego poroże przypominało nagie konary drzewa, a sierść lśniła, jakby utkano ją z pierwszego śniegu. Wojmir podniósł łuk. Wtedy spomiędzy drzew wyszła kobieta. Miała na sobie szary płaszcz spięty kościaną klamrą. Jej włosy opadały swobodnie aż do pasa. W dłoni trzymała długi łuk, lecz w kołczanie widniała tylko jedna strzała.

Opuść broń — powiedziała.

Jej głos był ten sam, który słyszeli wcześniej.

Zejdź mi z drogi — rozkazał Wojmir. — Zwierzę należy do mnie.

Kobieta spojrzała na niego chłodno.

Czy zasiałeś trawę, którą jadło?

Nie.

Czy napoiłeś strumień, z którego piło?

Nie.

Czy stworzyłeś las, który dał mu schronienie?

Wojmir milczał.

Jakże więc może należeć do ciebie?

Myśliwi zaczęli cofać się ku drzewom. Tylko Dobrogost pozostał na miejscu, wpatrując się w nieznajomą. Zrozumiał, kim była. Nie znał jej imienia, ponieważ kapłani dawno przestali je wypowiadać. Poznał ją jednak po oczach. Nie były ludzkie. Miały barwę młodych liści widzianych podczas burzy. Wojmir napiął cięciwę.

Zejdź mi z drogi albo zginiesz razem z nim.

Kobieta nie drgnęła.

Jednego jelenia pozwalałam wam zabrać, gdy dzieci były głodne. Jednego dzika, gdy mróz skuł ziemię. Jedną łanię, gdy choroba osłabiła stado. Ty jednak zabijałeś zdrowe samce i zostawiałeś mięso lisom.

Jestem wodzem. Biorę, co zechcę.

W lesie nie jesteś wodzem.

Wojmir wypuścił strzałę. Kobieta uniosła dłoń. Pocisk zatrzymał się w powietrzu, jakby utkwił w niewidzialnym pniu. Po chwili opadł bezsilnie na śnieg. Wtedy bogini sięgnęła do kołczanu.

Mam tylko jedną strzałę — rzekła. — Nigdy nie potrzebowałam drugiej.

Wojmir rzucił się między drzewa. Dziewanna nie strzeliła w jego plecy. Wycelowała wysoko, w czarne niebo. Cięciwa zabrzmiała, a strzała wzniosła się ponad korony drzew, a gdy zniknęła w chmurach, cała puszcza zadrżała. Śnieg posypał się z gałęzi. Wilki zawyły. Gdzieś w ciemności pękł lód na rzece, a okolicę zasnuła mgła. Była gęsta i zimna. Myśliwi nie widzieli własnych dłoni. Słyszeli tylko trzask gałęzi i ciężki oddech Wojmira, który biegł coraz dalej.

Do mnie! — krzyczał wódz. — Jestem tutaj! – Lecz las powtarzał jego słowa z wielu stron. – „Tutaj… tutaj… tutaj…”

Nikt nie odważył się ruszyć za głosem. O świcie mgła opadła. Dziewanny i białego jelenia już nie było. Na polanie stali jedynie przerażeni myśliwi. Wojmir zniknął. Dobrogost poprowadził ludzi do osady. Szli przez trzy dni, choć byli pewni, że od domu dzieliła ich zaledwie jedna noc drogi. Gdy dotarli do Żarnowego Brodu, ujrzeli pola zasypane śniegiem. Studnie zamarzły, ule opustoszały, a zwierzęta domowe przestały jeść. Miłucha wysłuchała ich opowieści.

Pani boru cofnęła swoją łaskę — rzekła. — Teraz musicie naprawić krzywdę.

Jak? — zapytał Dobrogost.

Oddajcie lasowi to, co zabraliście.

Mieszkańcy zdjęli więc skóry ze ścian domu Wojmira. Zebrali poroża, kły, niedźwiedzie pazury i wypchane ptaki. Zanieśli wszystko pod stary dąb. Przez całą noc palili ogień, lecz nie wrzucili do niego żadnej z trofeów. Ułożyli je na ziemi, by czas i deszcz zwróciły je puszczy. Dobrogost położył pod drzewem własny łuk.

Nie będziemy już polować — przyrzekł.

Z ciemności dobiegł kobiecy głos:

Będziecie.

Ludzie padli na kolana. Dziewanna stała między drzewami. Obok niej znajdował się biały jeleń.

Bez mięsa wasze dzieci umrą — powiedziała. — Bez skór zamarzną zimą. Nie zabraniam wam żyć. Zabraniam wam zabijać bez potrzeby.

Dobrogost podniósł głowę.

Jak mamy poznać, co wolno nam zabrać?

Bogini dotknęła dłonią szyi jelenia.

Zwierzę stare, chore albo oddzielone od stada może stać się waszym pożywieniem. Nie ruszajcie matek prowadzących młode. Nie zabijajcie w czasie narodzin. Nie ścigajcie zwierzęcia, które dotarło do świętego gaju. A po każdym polowaniu zostawcie część zdobyczy dla tych, którzy również należą do lasu.

Dla wilków? — zapytał ktoś z tłumu.

Dla wilków, kruków i lisów. One także są moimi dziećmi.

Dobrogost podniósł łuk i położył go u stóp bogini.

Przyjmij go.

Dziewanna pokręciła głową.

Zachowaj. Broń nie czyni człowieka okrutnym. Okrutne staje się serce, które zapomina, po co jej używa.

Po tych słowach odeszła. Biały jeleń ruszył za nią, a oboje rozpłynęli się w porannej mgle. Tej samej nocy nadszedł ciepły wiatr. Lód puścił na rzece, a ze śniegu wyjrzały pierwsze zielone źdźbła. Wojmira nigdy nie odnaleziono. Niektórzy twierdzili, że zginął w bagnie. Inni mówili, że Dziewanna przemieniła go w wilka, aby do końca dni błąkał się głodny po puszczy, której prawami gardził. Wiele lat później stary Dobrogost prowadził swego wnuka na pierwsze polowanie. Zanim weszli między drzewa, zatrzymali się pod dębem. Chłopiec położył tam kromkę chleba.

Dla kogo jest ten dar? — zapytał.

Dobrogost spojrzał w głąb boru. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że między pniami stoi młoda kobieta z łukiem. U jej boku lśniła biała sierść jelenia.

Dla tej, do której należał las, zanim pojawiliśmy się na świecie — odpowiedział.

I podobno aż do końca istnienia Żarnowego Brodu jego mieszkańcy pamiętali stare prawo: Z puszczy można zabrać życie, ale nie wolno go marnować.