Szeptuchy to tajemnicze słowiańskie uzdrowicielki, które wciąż żyją w ludowych podaniach i legendach.
Były dawniej we wsiach chaty, o których nie mówiło się głośno, a nawet nie pokazywano ich palcami bez ważnej przyczyny. Nie dlatego, że mieszkał tam ktoś zły, wręcz przeciwnie. Kiedy dziecko płakało przez kilka nocy bez powodu, gdy człowieka nagle opuszczały siły, na skórze pojawiała się bolesne wrzody, krowa przestawała dawać mleko albo ktoś po wielkim przestrachu nie potrafił dojść do siebie, właśnie do takiego domu prowadziła jedna z rzadko używanych dróg.
Za drewnianym stołem siedziała tam starsza kobieta. Na ścianie wisiały ikony, gdzieś obok paliła się cienka świeca, pachniało woskiem, popiołem, suszonymi ziołami i starym drewnem. Kobieta nie krzyczała zaklęć, nie kreśliła pentagramów i nie nazywała siebie czarownicą. Pochylała się tylko nad chorym i zaczynała szeptać, tak cicho, że słów nie sposób było pochwycić.
Stąd właśnie wzięła się nazwa, pod którą znamy dziś jedne z najbardziej tajemniczych postaci ludowej kultury wschodniej Polski – szeptuchy. Problem w tym, że współczesna wyobraźnia bardzo chętnie robi z nich potomkinie pogańskich kapłanek albo leśne wiedźmy przechowujące od czasów przedchrześcijańskich tajemną wiedzę Słowian. Prawdziwa historia okazuje się jednak znacznie ciekawsza.
Kim naprawdę była szeptucha?

Szeptuchy rzeczywiście przechowały bardzo stare sposoby myślenia o chorobie, uroku, przestrachu oraz magicznej sile wypowiadanego słowa, lecz ich praktyka została mocno spleciona z chrześcijaństwem, szczególnie z religijnością prawosławną. Najbardziej charakterystyczna tradycja szeptania przetrwała na Podlasiu i pograniczu polsko-białoruskim, choć podobnych uzdrowicieli, zamawiaczy i znachorów spotykano również na Białorusi, Ukrainie, Polesiu oraz Wileńszczyźnie.
Najprościej można powiedzieć, że szeptucha była ludową uzdrowicielką posługującą się modlitwami, zamowami oraz rytuałami, które miały pomagać w chorobach uznawanych przez miejscową społeczność za możliwe do usunięcia poprzez odpowiednie słowo i obrzęd. Nie każda znachorka była jednak szeptuchą.
Jedna kobieta mogła znać się przede wszystkim na ziołach, inna odbierała porody, a jeszcze inna nastawiała złamania albo pomagała przy chorobach zwierząt. Szeptucha należała natomiast do ludzi, których szczególnym narzędziem było słowo. Czasem nazywano ich zamawiaczami, choroby bowiem zamawiano i nie chodziło tutaj o zamawianie czegoś w naszym dzisiejszym znaczeniu. Dawne zamawianie było wypowiadaniem specjalnej formuły, modlitwy albo zaklęcia mającego skłonić chorobę do odejścia.
W świecie dawnych mieszkańców wsi słowo mogło być czymś znacznie potężniejszym niż zwykły dźwięk. Dobrze wypowiedziane błogosławieństwo chroniło. Przekleństwo mogło zaszkodzić, nieostrożna pochwała dziecka mogła sprowadzić urok, a odpowiednio wypowiedziana modlitwa miała potrafić ten urok zdjąć.
Podobne formuły lecznicze były znane szeroko na ziemiach słowiańskich. Na Ukrainie zachowały się tradycje zaklęć i zamówień, w których dawne wyobrażenia magiczne z czasem połączyły się z odwołaniami do Chrystusa, Matki Boskiej i świętych. I właśnie na takim pograniczu dwóch światów żyła szeptucha. Jedną nogą stała w świecie chrześcijańskim, drugą w świecie znacznie starszym.
Szeptucha nie uważała się za czarownicę jak wielu dziś sądzi
To jedna z najważniejszych rzeczy, jakie trzeba wiedzieć. Gdyby ktoś wszedł do domu tradycyjnej podlaskiej szeptuchy i powiedział jej, że jest czarownicą, prawdopodobnie nie uznałaby tego za komplement. Wręcz przeciwnie. W lokalnym pojmowaniu świata czarownik szkodził, a szeptucha pomagała. Czarownica mogła rzucić urok, a Szeptucha miała go zdjąć. Czarownik sprowadzał chorobę, Szeptucha odsyłała ją tam, skąd przyszła.
Same uzdrowicielki często podkreślały, że nie posiadają żadnej własnej mocy. Twierdziły, że jedynie się modlą, a uzdrawia Bóg. Na fotografiach i w relacjach etnograficznych zachowały się wypowiedzi podlaskich szeptuch wyraźnie odcinających się od roli osoby czyniącej cuda własnymi siłami. W domu szeptuchy można było zobaczyć ikony, krzyż oraz świece, a modlitwy często miały chrześcijański charakter.
Jednocześnie wykonywano czynności, których trudno szukać w księgach liturgicznych: lano wosk nad głową chorego, palono len, przesypywano popiół, używano chleba, wody, owczej wełny albo czerwonego płótna. To właśnie ta mieszanka czyni tradycję szeptuch niezwykle interesującą. Chrześcijaństwo przykryło tu starszą warstwę wierzeń, lecz nigdy nie zdołało jej całkowicie usunąć.
Według miejscowych przekazów szeptania nie można było nauczyć się tak, jak człowiek uczy się piec chleb albo naprawiać wóz, miał to być dar i to taki, którego obdarzonej kobiecie nie wolno było zmarnować. Najczęściej przechodził ze starszej osoby na młodszą. Nie zawsze na córkę. Czasami wybierano wnuczkę, krewną albo kogoś, kogo uznawano za odpowiedniego. Istniały przy tym rozmaite lokalne zasady.
W jednych przekazach wiedzę należało przekazać osobie młodszej, w innych pojawiało się przekonanie, że gdy szeptucha odda wszystkie swoje modlitwy następcy, sama traci zdolność leczenia. Najważniejsze formuły zachowywano w tajemnicy, nie dlatego, że były szczególnie widowiskowe. Tajemnica sama stanowiła część ich mocy. Szept był słowem przeznaczonym dla chorego, Boga i tego czegoś, co powodowało chorobę, a nie dla ciekawskich.
Choroby, których nawet lekarz nie znał

Szeptucha nie patrzyła na ciało tak jak współczesny lekarz. Dla niej człowiek żył równocześnie w świecie widzialnym i niewidzialnym. Można było się przeziębić, można było skaleczyć nogę, ale można było również zostać przewianym, przestraszonym, zauroczonym albo dotkniętym chorobą mającą niemal własną osobowość.
W ludowej medycynie ukraińskiej i innych tradycjach wschodniosłowiańskich choroby przypisywano między innymi złemu oku, zaklęciom, działaniu wiatru, wody, księżyca czy istot nadprzyrodzonych. Niektóre epidemie wyobrażano sobie nawet jako demoniczne postacie przemierzające kraj. Na Podlasiu szczególnie często szeptuchy zajmowały się między innymi: przestrachem, urokiem, „różą”, czyli nazwą odnoszoną do różnych zmian i chorób skóry, przewianiem, bezsennością, bólami nieznanego pochodzenia, dolegliwościami dzieci, złym samopoczuciem przypisywanym działaniu innych ludzi lub sił niewidzialnych.
Trzeba przy tym powiedzieć jasno: rytuały szeptuch nie są potwierdzoną metodą leczenia chorób i nie powinny zastępować współczesnej medycyny. Dla historyka albo etnografa są jednak niezwykle cenne, bo pokazują, jak ludzie przez setki lat próbowali zrozumieć cierpienie w czasach, gdy lekarz mieszkał wiele kilometrów dalej, lekarstwa były drogie albo po prostu jeszcze nie istniały.
Wosk i choroba ukryta w jego kształcie
Jednym z najbardziej niezwykłych obrzędów było wylewanie wosku. Najczęściej stosowano je w przypadku przestrachu. Wyobraźmy sobie małe dziecko, które zobaczyło w lesie coś przerażającego. Może spłoszonego konia. Może martwego człowieka. A może jedynie cień, który w oczach przestraszonego dziecka stał się czymś znacznie gorszym.
Od tej chwili dziecko nie śpi, płacze i budzi się nocami. Rodzina idzie do szeptuchy. Kobieta topi pszczeli wosk. Nad głową chorego ustawia naczynie z zimną wodą, czasami oddzielone od ciała chustką. Potem wlewa do niego roztopiony wosk. Ten natychmiast tężeje, tworząc dziwne kształty. Szeptucha ogląda zastygłą bryłę. W wypukłościach, kolcach i zagłębieniach doszukuje się przyczyny przestrachu. Według wierzeń im bardziej nierówny był wosk, tym większy lęk siedział w człowieku.
Rytuał powtarzano. Gdy kolejny kawałek stawał się gładszy, oznaczało to, że przestrach opuszcza ciało. Praktyka ta została opisana w badaniach dotyczących podlaskich szeptuch. Dziś możemy powiedzieć, że wosk oczywiście nie „wyciąga” z człowieka choroby, ale dla osoby uczestniczącej w rytuale każda kolejna gładka powierzchnia mogła być bardzo silnym znakiem: jest lepiej. Zło odchodzi. A ludzki umysł potrafi reagować na takie znaki mocniej, niż czasami chcemy przyznać.
Palenie lnu – ogień przeciwko „róży”
Jeszcze bardziej niezwykłym obrzędem było palenie włókien lnu. Stosowano je szczególnie przy tak zwanej róży. Chore miejsce przykrywano czerwonym albo białym lnianym materiałem. Na nim układano pakuły lub skręcone włókna lnu i podpalano je płomieniem świecy. Len gwałtownie znikał w ogniu. Szeptucha obserwowała płomień oraz sposób, w jaki włókna unosiły się podczas spalania. W niektórych przekazach wierzono, że jeżeli len idzie ku górze, choroba ustępuje. Jeżeli zachowuje się inaczej, rytuał trzeba było powtórzyć.
Całości towarzyszył szept, modlitwa, czasem znak krzyża. Wyobraź sobie taki obrzęd wykonywany sto czy dwieście lat temu w ciemnej wiejskiej chacie. Niewiele potrzeba, by zrozumieć, dlaczego dzieci mogły potem przez wiele lat pamiętać kobietę, która „spaliła chorobę”.
Popiół, chleb, woda i owcza wełna
Arsenał szeptuchy nie przypominał pracowni alchemika, był raczej odbiciem zwyczajnego wiejskiego domu. Wykorzystywano rzeczy znajdujące się właściwie pod ręką: wodę, chleb, ziarna zbóż, wosk, len, popiół, owczą wełnę oraz świece. Każdy przedmiot mógł zostać przypisany konkretnej dolegliwości.
W opracowaniach poświęconych tradycji podlaskiej wspomina się na przykład o wykorzystywaniu popiołu przy chorobach interpretowanych jako „przewianie”, natomiast palony len stosowano przy zmianach skórnych. Niektóre środki miały też wymiar bardzo praktyczny. Zioła rzeczywiście potrafiły pomagać. Ciepło uspokajało ból, masaż przynosił ulgę, woda oczyszczała.
Problem polegał na tym, że wiedza zdobyta dzięki wielopokoleniowemu doświadczeniu mieszała się z elementami całkowicie symbolicznymi. Tak właśnie wyglądała medycyna ludowa w wielu częściach Europy. Trochę wiedzy, trochę przypadku, trochę wiary i bardzo dużo nadziei.
Podlasie – kraina, w której szept przetrwał najdłużej
Jeżeli dziś zapytać w Polsce o szeptuchy, niemal natychmiast pojawi się jedno słowo: Podlasie. Nie bez powodu, to właśnie w okolicach Bielska Podlaskiego, Hajnówki, Orli, Michałowa i innych miejscowości pogranicza tradycja przetrwała wyjątkowo długo. Była temu winna historia tego miejsca. Od wieków żyli tutaj obok siebie ludzie różnych języków, kultur i wyznań. Spotykały się wpływy polskie, białoruskie, litewskie, ruskie, katolickie oraz prawosławne.
Granice państw się przesuwały, wsie zostawały, a razem z nimi zostawały stare sposoby patrzenia na świat. Badacze podkreślają, że właśnie pograniczny charakter Podlasia jest jednym z najważniejszych elementów pozwalających zrozumieć fenomen szeptuch. Ich praktyki różniły się przy tym od podobnego lecznictwa spotykanego na Ukrainie, Białorusi czy Wileńszczyźnie.
Białoruś, Polesie i wschodnia Słowiańszczyzna
Trudno wyznaczyć dokładną granicę świata szeptuch. To nie była jakaś organizacja czy religia, nie miały własnej świątyni, księgi ani jednej nauki. Znacznie lepiej wyobrazić sobie wielki pas podobnych tradycji ciągnący się przez wschodnią część Europy. Na Białorusi, Ukrainie i Polesiu istnieli ludowi uzdrowiciele posługujący się zamowami, zaklęciami, modlitwami, ziołami i rytuałami.
Nie wszędzie nazywano ich szeptuchami i nie wszędzie wykonywali dokładnie te same czynności. Jednak sposób myślenia bywał podobny. Choroba mogła zostać przeniesiona na przedmiot, mogła zostać wypędzona, można było ją zmyć wodą, wypalić, zamówić czy odesłać tam, skąd przyszła. W ukraińskiej tradycji ludowej znano na przykład rytuały polegające na symbolicznym wypędzaniu choroby poprzez potrząsanie, dmuchanie, mycie czy dotykanie, a także przenoszenie jej na roślinę, zwierzę lub przedmiot.
Towarzyszyły tym czynnościom zaklęcia i modlitwy. Podobne elementy spotykamy w praktykach podlaskich. Nie oznacza to oczywiście, że istniała jakaś jedna wielka religia szeptuch, raczej przez wieki te same ludzkie lęki rodziły podobne sposoby radzenia sobie z nimi.
Czy szeptuchy były pozostałością pogaństwa?

To kusząca myśl i pierwsza, która przychodzi do głowy. Stara kobieta, las, zioła, zaklęcia, tajemna wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nietrudno wyobrazić sobie, że historia prowadzi wprost do pogańskiej kapłanki sprzed tysiąca lat. Tyle że nie mamy podstaw, by tak prostą linię narysować. Możemy natomiast powiedzieć coś znacznie ostrożniejszego.
Niektóre elementy praktyk szeptuch należą do bardzo starego sposobu myślenia o świecie, obecnego w kulturach słowiańskich jeszcze przed pełnym przyjęciem chrześcijaństwa. Szczególnie dotyczy to wiary w magiczną siłę słowa, możliwość przenoszenia choroby, personifikowania jej oraz oczyszczającego znaczenia ognia i wody.
Na Ukrainie folkloryści wskazywali, że część zaklęć i zamówień wywodzi się ze świata przedchrześcijańskiego, a dopiero później zostały do nich włączone postacie Chrystusa, Matki Boskiej i świętych. Podobny mechanizm mógł działać na innych ziemiach słowiańskich. Stary obrzęd nie znikał, zmieniały się jedynie słowa. Tam, gdzie dawniej wołano do nieznanych dziś sił, później proszono świętego, człowiek nadal jednak wykonywał podobny gest.
Dlaczego ludzie chodzili do szeptuch? Najłatwiejsza odpowiedź brzmi: bo nie mieli lekarzy, ale byłaby tylko częściowo prawdziwa. Oczywiście przez znaczną część historii mieszkańcy wsi mieli ograniczony dostęp do profesjonalnej medycyny. Jednak szeptuchy przetrwały również wtedy, gdy pojawiły się przychodnie, szpitale, antybiotyki i lekarze. Do uzdrowicielek zaczęli przyjeżdżać nawet ludzie z miast.
Badania prowadzone na Podlasiu pokazują, że korzystanie z ich pomocy nie było ograniczone wyłącznie do osób starszych czy niewykształconych. Historie wizyt u szeptuch były i nadal bywają elementem lokalnej pamięci całych rodzin. Dlaczego? Bo szeptucha dawała coś, czego brakowało gdzie indziej: czas, uwagę, rytuał i pewność, że cierpienie ma jakiś powód. Dla człowieka przestraszonego chorobą myśl, że lekarz „nie wie, co to jest”, może być przerażająca. Szeptucha zazwyczaj wiedziała.
Podlaskie szeptuchy nie są jedynie anonimowymi bohaterkami opowieści. Niektóre zostały sfotografowane i opisane przez badaczy. Jedną z nich była Anna Bondaruk z Rutki, która podkreślała, że sama nie leczy, lecz jedynie się modli. Dokumentowano ją podczas pracy z osobami przychodzącymi po pomoc. Znana była również Paraskiewa Artemiuk z Parcewa, fotografowana podczas obrzędów z użyciem wosku i palonego lnu.
W materiałach dokumentujących podlaskie szeptuchy pojawia się też Maria Nasuta z Michałowa, przedstawiana z charakterystycznymi przedmiotami używanymi podczas rytuałów: czerwoną tkaniną, lnem, świecą i naczyniem z popiołem. To ważne przykłady, pokazują bowiem, że nie rozmawiamy wyłącznie o postaciach z XIX-wiecznych podań. Jeszcze niedawno podobne sceny można było zobaczyć naprawdę, w zwyczajnym domu, na zwyczajnej podlaskiej wsi.
Szeptuchy zajmowały dziwne miejsce w społeczności. Potrzebowano ich, ale szacunek mieszał się jednak z ostrożnością. Kto potrafi zdjąć urok, być może potrafi go również rzucić. Kto zna słowa pomagające, zapewne zna również takie, których lepiej nigdy nie wypowiadać. Szeptuchy same często zdecydowanie odrzucały podobne podejrzenia, lecz ludowa wyobraźnia nie zna prostych granic. Człowiek posiadający dostęp do świata niewidzialnego zawsze budził jednocześnie nadzieję i strach.
Etnolodzy opisują podobną dwuznaczność również w przypadku podlaskich uzdrowicielek: były podziwiane za posiadaną wiedzę, ale niezwykłość ich praktyk mogła również budzić niepokój. Może właśnie dlatego tak dobrze pasują do świata legend. Nie są całkowicie jasne, ale nie należą również do ciemności, stoją gdzieś pomiędzy.
Czy szeptuchy istnieją jeszcze dzisiaj?
To pytanie słyszałem bardzo często podczas szukania materiałów do artykułu, a odpowiedź na nie brzmi; tak, choć ich świat powoli znika. Na Podlasiu nadal można spotkać ludzi praktykujących różne formy tradycyjnego „zamawiania”, lecz zmienia się zarówno społeczność, jak i sposób postrzegania tych praktyk.
Dawniej do babki szło się, bo tak robili rodzice i dziadkowie. Dziś częściej przyjeżdżają również ludzie zafascynowani folklorem, duchowością albo po prostu szukający pomocy po wielu nieskutecznych próbach leczenia. Powstała wokół tego również pewna moda, a moda jest dla dawnych tradycji niebezpieczna. Łatwo bowiem zamienić bardzo lokalny i skomplikowany zwyczaj w internetową historię o „słowiańskiej wiedźmie znającej pradawne sekrety”.
Prawdziwe szeptuchy były znacznie bardziej interesujące. Nie potrzebowały kryształowych kul, wystarczał im kawałek chleba, trochę wosku, garść lnu, ikona wisząca w rogu izby i kilka słów wypowiedzianych tak cicho, żeby choroba mogła je usłyszeć, lecz człowiek już niekoniecznie.
Legenda o szeptusze z Czarnego Boru

Dawno temu, kiedy między podlaskimi wsiami ciągnęły się jeszcze lasy tak wielkie, że człowiek mógł iść przez cały dzień, nie zobaczywszy nawet dymu z komina, stała pod Czarnym Borem niewielka chata, w której mieszkała stara kobieta. Niewielu pamiętało jej prawdziwe imię, a już na pewno nikt nie wiedział, ile miała lat. Sama staruszka od czasu do czasu opowiadał historie ze swojego życia, które sięgały setki lat w przeszłość i trudno było zgadnąć czy faktycznie była tak stara, czy naigrywała się ze słuchaczy.
Nikt nie kwestionował jej opowieści i nie sprzeczał się z nią, gdyż była szeptuchą, wiejską zielarką i uzdrowicielką. W końcu każdy mieszkaniec wsi lub ktoś z jego rodziny prędzej czy później musiał trafić pod drzwi staruszki, by poprosić o pomoc. Przychodzili do niej ludzie z chorymi dziećmi, spuchniętymi nogami, bólem głowy oraz przestrachem, którego żaden sen nie potrafił uciszyć. Kobieta nigdy nie brała zapłaty. Jeżeli ktoś zostawił pod drzwiami chleb, jajka albo worek mąki, nie odmawiała. Często jednak następnego dnia część darów znajdowała się przed drzwiami biedniejszego sąsiada.
Pewnej jesieni do wsi przyjechał młynarz imieniem Bohdan. Kupił stary młyn nad rzeką i szybko stał się jednym z bogatszych ludzi w okolicy. Miał tylko jednego syna, dziesięcioletniego Aleksa. Chłopak był zdrowy, śmiały i wszędzie go było pełno, a jego energia i dobry nastrój udzielał się każdemu we wsi. Wyobraź sobie zatem rozpacz rodziny i okolicznych wieśniaków, gdy któregoś wieczora chłopiec zniknął, tak po prostu.
Dosłownie wszyscy, którzy mieli dość siły w nogach, błąkali się po okolicznych lasach i nawoływali chłopaka. W końcu ktoś zauważył malucha klęczącego pod starym dębem w mrocznej części Czarnego Boru i zabrał go do domu.
Przez wiele dni chłopak siedział na ławce pod młynem, nie mówił, nie płakał i nie reagował na nikogo. Jedynie od czasu do czasu mruczał pod nosem – Idzie, ona idzie do nas… – I znów gapił się nieprzytomnie w niebo. Nikt nie wiedział, kogo miał na myśli. Co gorsze dzieciak zaczął słabnąć, w tydzień z silnego szkraba zmienił się w niewielki worek pełen kości.
Sprowadzony z miasta lekarz zapisał jakieś proszki, kazał wypoczywać, ale widać było, że nie wie, co z malcem zrobić. Po kolejnym tygodniu matka zawinęła chłopca w koc i ruszyła do chaty szeptuchy, pomimo że młynarz wyraźnie zakazał.
W chacie staruszki paliła się jedna świeca. Matka posadziła chłopca na drewnianym stołku i przykryła jego głowę białym płótnem. Potem postawiła nad nim miskę z zimną wodą, a w małym garnuszku stopiła wosk.
— Co zobaczył? — Zapytała.
— Nie wiem. – Odpowiedziała zapłakana matka.
— On wie.
Stara zielarka zaczęła szeptać, tak cicho, że nie sposób było zrozumieć słowa, ale w jakiś dziwny sposób dziecko zareagowało i zaczęło bujać się na boki w rytm zaklęć szeptanych przez kobietę. Nagle szybkom ruchem uzdrowicielka wlała wosk do zimnej wody, buchnęła para, zasyczało, a chłopiec otworzył szeroko oczy i krzyknął.
– Ona idzie, wszyscy umrzecie! – Potem zwinął się w kocu i zasnął po raz pierwszy od dawna. Szeptucha wyjęła z wody woskową bryłę i przyjrzała się jej. Początkowo niczego nie zauważyła, przekładała wosk z ręki do ręki, wyglądając na rozczarowaną. Po chwili jednak spojrzała na świecę i pełgające po ścianach cienie. Delikatnie zbliżyła woskową grudę do światła i wpatrzyła się w jej cień na ścianie.
Morowa Dziewica! – Szepnęła staruszka, upuszczając wosk na ziemię. – Wszyscy umrzecie!
Bez wyjaśnienia kazała matce zabrać śpiące dziecko i wracać do domu, sama zaś rozpoczęła gorączkową krzątaninę przy swojej półce z ziołami. Wiedziała, że jest tylko jeden sposób, by zapobiec, pojawieniu się zarazy w okolicy i że tylko ona może sobie z tym poradzić. Pozbierała zioła i wsypała je do chusty, szepcząc przy tym modlitwy do każdego z bogów, który zechciałby jej wysłuchać. Jeszcze przed świtem, gdy wieś spała kobieta, podpierając się sękatym kijem, ruszyła w głąb mrocznego lasu.
Po kilku dniach młynarz przybiegł pod drzwi zielarki z prezentami i podziękowaniami, gdyż jego syn zaczął dochodzić do siebie. Znów jadł i spał, a nawet zaczął psocić i biegać wokół młyna ganiając za niezadowolonymi z tego kaczkami. Jednak drzwi chaty zastał zamknięte. Przez długie tygodnie ludzie schodzili się, szukając u kobiety pomocy lub ze zwykłej ciekawości, lecz szeptuchy nikt więcej nie widział.
Dopiero lata później, gdy syn młynarza przejął rodzinny interes i sam założył rodzinę, trafił do innej szeptuchy gdzieś w odległej wsi i opowiedział jej swoją przygodę. Ta wyjaśniła mu, że staruszka, która uratowała mu życie, poświęciła się dla całej wsi, idąc do lasu, gdzie zaklęła nadciągającą zarazę. Takiego starcia choć zwycięskiego, nikt nie mógł przeżyć.
Chłopak wrócił do młyna i głęboko w lesie pod starym dębem kazał ustawić ogromny kamień. Wykuł w nim historię, którą właśnie opowiedziałem, tak by każdy, kto trafi do Czarnego Boru, mógł usłyszeć o dzielnej szepczącej zaklęcia zielarce, która uratowała od strasznej śmierci całą wieś. Wspomniany głaz wciąż tam stoi, a nocą, gdy wiatr ustanie, usłyszeć można ciche szeptanie, a może to tylko stary dąb opowiada własną historię?
Szeptuchy – ostatni szept dawnego świata
Dzisiaj trudno już odtworzyć świat, w którym podobne praktyki były czymś zupełnie naturalnym. Możemy wejść do muzeum i przeczytać zapiski etnografa. Obejrzeć stare fotografie kobiety siedzącej pod ikonami z kawałkiem lnu w dłoni, ale nie możemy naprawdę poczuć tego, co czuł człowiek idący nocą przez wieś po pomoc dla chorego dziecka.
Za jego plecami był las, przed nim drewniana chata, a w środku kobieta znająca słowa, których nikt inny nie znał. Być może właśnie dlatego opowieści o szeptuchach przetrwały tak długo. Nie dlatego, że mamy dowody na nadprzyrodzone zdolności, przetrwały, ponieważ przypominają o czasach, gdy granica pomiędzy wiarą, medycyną i magią była niemal niewidoczna.
Człowiek modlił się do Boga, bał się uroku, pił zioła i szedł do lekarza, jeśli jakiś był w pobliżu, ale kiedy nic nie pomagało, pukał wieczorem do jeszcze jednych drzwi, skrywających tajemnicze szepty i zapach suszonych ziół.









