Była wrześniowa noc, blady sierp księżyca w nowiu wychylił się właśnie nad lasem.  Wiadomości przychodzące z lokalnego posterunku, były na tyle dziwne i przerażające, że wysłali właśnie mnie. Przywykłem już do spraw dziwnych, jednak to co tu zobaczyłem przerosło moje największe koszmary. Jechaliśmy piaszczystym dziedzińcem wzdłuż jeziora biskupińskiego. Obok drogi widok jak z horroru- oskórowani ludzie ponabijani na pal  i rzędy szubienic, na których z wolna kołysały się trupy mieszkańców okolicznych wiosek. W końcu ujrzeliśmy  miejsce przeznaczenia. Potężna warownia zbudowana z cegieł i kamieni polnych, wyrastała pomiędzy jeziorami.

– Ten zamek był przecież ruiną? – Spytałem z niedowierzaniem Marka, policjanta ze Żnina.

-Ma Pan rację inspektorze. Niech Pan nie myśli, że zwariowałem, ale to wydarzyło się w jedną noc. Rozumie Pan? Zamek został odbudowany w jedną noc, jak by sam diabeł pomagał głazy nosić.

Jadący na pace policjanci, z trwogą założyli kominiarki. Wielu z nich się przeżegnało, a jeden z nich zaczął głośno odmawiać „Ojcze nasz”. Nie upłynęło kilka minut, gdy dojechaliśmy do wąskiego przesmyka, gdzie jezioro Biskupińskie i Weneckie, zbliżają się do siebie na odległość kilku metrów. Całą przestrzeń od jeziora do jeziora przegradzał wysoki wał obronny, wzmocniony ostrokołem, a w środku osadzona była ciężka dębowa brama nabijana hufnalami.

Policja! W imieniu prawa otwierać natychmiast! Mamy nakaz aresztowania! – Krzyk mój obudził okoliczne wrony, które z jazgotem poderwały się z zamkowych murów.

Nie trwało długo, jak brama z jękiem potępieńca otworzyła się szeroko.  Weszliśmy na dziedziniec. Przed wejściem, na tarasie zamkowym stał głęboki fotel w kształcie tronu, a na nim w karmazynowej todze, wdzianej w lekki półpancerz, ze złotym łańcuchem na szyi siedział Jan Nałęcz, sędzia ziemski poznański, popularnie Diabłem Weneckim zwany i rzekł

– Prawo na tych ziemiach Ja stanowię. Skazuję was na śmierć przez powieszenie!

Padł pierwszy strzał , to jeden z nowych nie wytrzymał ciśnienia .Moment ciszy i rozpętało się prawdziwe piekło. Straż przyboczna sędziego z furią runęła na moich podwładnych, roztrzaskując dwóm z nich głowy toporami, tak że zawartość ich czaszek rozlała się po bruku dziedzińca, niczym dywan wyściełający podrzędny burdel. Zanim zorientowaliśmy się że to zasadzka, połowa moich ludzi dogorywała w spazmatycznych konwulsjach. Na nic zdały się wysiłki resztki ocalałych, obrońcy zamku byli ekspertami w swojej dziedzinie. Po chwili krzyki ustały a Ja stałem oszołomiony przed Nałęczem, nie mogąc uwierzyć w to co dopiero miało miejsce. Nie prosiłem o przebaczenie. Widziałem w jego oczach coś, co dokładnie mówiło, że to już koniec. Zazdrościłem jedynie leżącym dookoła trupom policjantów ich szybkiej, brutalnej śmierci, bo wiedziałem że mi to nie będzie dane.

Michał Baranowski