Dzisiaj artykuł troszkę  nietypowy, bo będzie o miejscach we Lwowie które są ciekawe (przynajmniej mi się bardzo podobały), a o których za bardzo nie wiem co napisać, bo przecież nie będę Was zanudzał zmyślonymi opowieściami na ich temat, czy faktami  czysto historycznymi, które spowodowały by że posnęlibyście przed monitorami. Dlatego by nie zmarnowały się zdjęcia, a niektóre naprawdę mi się podobają (szczególnie te z podwórka zabawek) to zapraszam do krótkiego przewodnika o miejscach i rzeczach, na które warto poświecić choć chwilę naszego cennego czasu.

Zapraszam.

Wieża ratuszowa i bardzo ciasna, powolna winda

W zasadzie jest to atrakcja Lwowa, którą widać już z daleka i o której wspominałem już we wcześniejszych wpisach, ale skoro pojawiło się wtedy raptem jedno lub dwa zdjęcia, a mam ich o wiele więcej, to pojawia się też tutaj (bo kto mi zabroni przecież) tylko po to, by fotografie nie poszły na tak zwane „zmarnowanie”, no i też po to,  by jeszcze raz Was zachęcić do pójścia w nasze ślady. 

Tak więc po  przyjeździe do Lwowa pierwsze kroki czyńcie w stronę najwyższego punktu rynku i stamtąd popatrzcie w dół na miasto. Przynajmniej będziecie później mieli większą orientację w terenie i nie pogubicie się w labiryncie miejskich uliczek.

Acha i oczywiście skorzystajcie z windy, o ile nie będzie do niej kolejki, bo jest to zdecydowanie atrakcja w atrakcji, która na długo zagości w pamięci. Pamiętajcie jednak że nie jest to miejsce dla osób, które boją się ciasnych, skrzypiących pomieszczeń ciągniętych w górę przez mechanizm pamiętający jeszcze młodość naszych dziadków.

***

Kasyno szlacheckie i najpiękniejsze schody jakie widziałem

W zasadzie kiedyś przebiegło mi  przez myśl, by zrobić pełnowymiarowy artykuł tylko i wyłącznie o tym miejscu i  być może jeszcze kiedyś taki popełnię, ale na dzień dzisiejszy to nie mam sumienia by Was zamęczać historią kasyna szlacheckiego i pokażę tylko to z czego słynęło i słynie do dziś, czyli schody.

No dziwak jakiś powiecie – schodami się zachwyca,  ale sami przyznajcie, że coś w tych schodach jest co mnie po prostu oczarowało. Coś jest w nich magicznego co przyciąga wzrok jak magnes. Być może jest to ciepło bijące od drewna z których jest wykonane i kunszt wykonania, a może jest to świadomość, że kiedyś po nich wchodzili najbardziej znakomici i najbardziej zamożni mieszkańcy miasta.

Wyobrażam siebie, gdy podjeżdżam powozem pod rzeźbioną bramę i majestatycznie schodząc po schodkach nakładam kapelusz, a następnie od niechcenia mówię do stangreta 

– Czekaj w pobliżu, nie wiem kiedy wrócę.

Jaki majątek tutaj przechodził z rąk do rąk, tego pewnie nikt nie jest w stanie policzyć. Ba! Pewnie nawet sami grający tego dokładnie nie wiedzieli bo raczeni szampanem wypływającym z fontann szybko zapominali o  porażkach i rzucali się w wir dalszej zabawy połączonej z dopinaniem gigantycznych interesów.

Piękne miejsce i warte tych 20 hrywien, które cieć pobiera od każdego, kto tylko ma ochotę je zobaczyć na własne oczy.

***

Podwórko zabawek, czyli co robią zabawki na emeryturze

Nie jest to ani  muzeum, ani galeria sztuki. Nie mam pojęcia także dlaczego akurat na tym podwórku znajduje się tak wiele zabawek, ani co skłoniło osobę która o nie dba, by codziennie układać je wszystkie na swoje miejsce. Jedyne co wiem na pewno to to, że jest to miejsce do którego nie chciałbym trafić w nocy. Poważnie, miałbym pewne wątpliwości czy czasami nie trafiłem na podwórko jakiegoś psychopaty, która lada moment wyleci na mnie z toporem czy innym śmiercionośnym narzędziem.

Całe szczęście trafiliśmy tam w dzień tuż po rzęsistej ulwie, dzięki czemu poustawiane pluszowe misie nabrały bardziej smutnego niż strasznego wyrazu. Aż żal się robiło patrząc w te czarne guzikowe oczka, które tęsknie wypatrywały rączek dzieci chcących się z nimi  jeszcze raz pobawić.

Co ciekawe, to co mi się wydało przerażające, naszym pociechom wydało się wyjątkowo atrakcyjne i gdy tylko  zobaczyły te tysiące starych, zdezelowanych zabawek aż zapiszczały z radości i  rozpierzchły się każda w swoją stronę, co chwilę zmieniając obiekt westchnień (a w domu jeszcze większa ilość leży i się kurzy – zadziwiające).

***

Pchle targi – jak się  nie dać nabić w butelkę

Lwów słynie z targowisk i nie jest to żadna tajemnica. Jednak oprócz miejsc, gdzie kupuje się tylko i wyłącznie produkty spożywcze, można znaleźć też targowiska ze starociami. Jedno  z nich znajduje się na ulicy Podwalnej i o nim troszeczkę opowiem, bo z racji tego, że jakieś tam pojęcia o antykach posiadam, a przynajmniej numizmatach czy tych związanych z II wojną światową, to co nieco mogę poopowiadać i ostrzec.

Jak to  ze sprzedażą staroci na targowiskach bywa (czy to w Polsce, czy na Ukrainie), sprzedawca nie jest w ciemię bity i wie dokładnie co sprzedaje i komu sprzedaje, a w większości (można śmiało powiedzieć) sprzedaje rzeczy o bardzo niskiej wartości (czytaj: śmieci) za bardzo wysoką cenę.

Także na tym lwowskim pchlim targu trwa polowanie na łosia, który wysupła z kieszeni nieco grosza i z uśmiechem na ustach kupi rzecz, którą w Polsce sprzeda z wielokrotnym zyskiem. Nic bardziej mylnego. Monety, przynajmniej te które oglądałem z dwudziestolecia międzywojennego, są oryginalne ale są w stanach bardzo słabych (to samo tyczy się Polski Królewskiej), a gdy usłyszałem cenę to aż się zaśmiałem, bo nie odbiegają od tych które można zaobserwować na znanym polskim portalu aukcyjnym.

Z kolei pamiątki z drugiej wojny światowej, to już inna bajka, bo w większości to tanie chińskie,  błyszczące podróbki. Czyli jednym słowem: Uwaga z zakupami!

Oprócz tego widziałem całkiem ciekawe płyty winylowe, czy książki – także polskie  przedwojenne – ale cena oczywiście z racji naporu turystów z Polski, też już była dopasowana do naszych portfeli.

Podsumowując: według mnie jest drogo i momentami tandetnie, ale i tak warto przejść się i  pooglądać stoiska, bo może ten jeden raz na tysiąc, coś ciekawego trafimy  i kupimy nieszablonową, fajną pamiątkę.

***

Lwowskie monumenty, czyli co krok to pomnik

Co krok to  pomnik – chyba tak należało by zacząć pisanie o Lwowie i jego monumentach. Poważnie. Gdzie nie spojrzeć to pomniki, począwszy od tych wielkich jak Adama Mickiewicz czy Terasa Szewczenki, po te małe mniej znane i często na pierwszy rzut oka niewidoczne jak „Lwowski pępek piwny”.

Jednak nie jest to taka nowa świecka tradycja stawiania pomników gdzie popadnie i komu popadnie, która ujawniła się w ostatnich latach. Co to to nie. Tradycja stawiania monumentów upamiętniających osoby i wydarzenia historyczne sięga czasów,  gdy miasto było jeszcze polskie.

To właśnie wtedy powstawały te najstarsze,  jak wspomniany monument Mickiewicza, czy te mniej znane turystom bo oddalone od popularnych szlaków, jak chociażby pomnik Głowackiego czy Kilińskiego.

Niestety po wojnie część uległa umyślnemu zniszczeniu, bo niestety nie pasowały do ideologii komunistycznej, a część została przewieziona do miast „nowej” Polski  i na ich miejsce postawiono kilku Leninów, Dzierżyńskich czy Engelsa, których po przemianach w 1991 roku zlikwidowano w trybie prawie natychmiastowym zastępując kolejnymi i tak powstały między innymi pomniki: Króla Daniela Halickiego, wspomnianego Tarasa Szewczenki, znienawidzonego przez Polaków Bandery, Nikifora (z którym turyści wyczyniają takie cuda robiąc sobie zdjęcia, ze aż czasami śmiesznie to wygląda), Ignacego Łukasiewicza i pewnie jeszcze z setkę innych.

Jednym z ciekawszych, o czym możecie się sami przekonać jest pomnik Mazocha (tego od którego nazwiska wywodzi się słowo „maso”), który skrywa niespodziankę skrytą w jego kieszeni.

– Jaką? Tego już nie  zdradzę, ale powiem jedynie, że szczególnie Paniom pojawia się wielki uśmiech na twarzy, gdy ją poczują 😉

***

Wzgórze zamkowe, czyli Kopiec Unii Lubelskiej

Skoro mowa była o pomnikach, to należy oczywiście wspomnieć o  tym, którego nazwę tak bardzo w dzisiejszym  Lwowie chce się zapomnieć i wymazać z kart historii. O tym, który miał przypominać ludności polskiej będącej pod zaborami o potędze, która powstała w roku 1569 kiedy to Korona Królestwa Polskiego razem z Wielkim Księstwem Litewskim podpisały pakt o utworzeniu Unii Obojga Narodów.

Kopiec usypano w 300 rocznicę podpisania traktatu. Zdecydowano się na usypanie go w miejscu na którym stały ruiny zamku wysokiego z wykorzystaniem ruin, które po nim pozostały.   Jednak kopiec, to nie tylko ziemia lwowska. Gdy już dotrzecie na szczyt pamiętajcie, że stąpacie po ziemi  przywiezionej z miejsc takich jak  chociażby grób Mickiewicza i Słowackiego, a także wielu innych zasłużonych dla kraju rodaków.

Ciekawostka: Inicjatorem i fundatorem powstania kopca był Pan Smolka Franciszek, postać niezwykle barwna jak na swoje czasy i wielki patriota. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim i to z tym miastem złączył się nierozerwalną więzią. Za swe niepodległościowe działania został skazany i zasądzono mu wyrok śmierci.

Na szczęście dla niego objęła go amnestia i wyroku ostatecznie nie wykonano. Jedyną, ale jakże dotkliwą karą, była utrata prawa do wykonywania zawodu. W niedługim czasie i tę karę cofnięto, a Pan Smolka dzięki swoim umiejętnościom został wybrany do sejmu austriackiego i został prezydentem parlamentu wiedeńskiego.

Mimo, że dzisiaj nie ma żadnej wzmianki na górze, która by pokazywała odwiedzającym czym to miejsce faktycznie jest, to i tak warto poświęcić tę niecałą godzinkę by tam się wdrapać. Widok na Lwów z samego szczytu jest po prostu obłędny i dopiero z tej perspektywy widać jak wielkie to jest miasto.

***

Motoryzacja – prawdziwe „gniotsa nie łamiotsa

Tutaj nie  ma konkretnego adresu. Tu po prostu co jakiś czas będziemy natykać się podczas naszej wędrówki ulicami miasta na perełki motoryzacyjne rodem z mrocznych czasów ZSRR. Co ciekawe, niektóre jeszcze jeżdżą i  doskonale służą swoim właścicielom. Inne zaś, mimo że już wyzionęły motoryzacyjnego ducha i rdzewieją pozostawione same sobie, cieszą oko turystów i tworząc bardzo fajne tło kontrastujące z nowoczesnymi pojazdami śmigającymi ulicami  Lwowa.

Czego tutaj nie ma. Są pogięte, skręcane czym popadnie Łady. Są Wołgi, być może nawet te czarne porywające dzieci z ulic, które równie leciwe jak ich właściciele ciągle obwożą ludzi po mieście. Można także napotkać nasze rodzime perełki, jak na przykład kolorowa Nysa ze zdjęcia, która dzisiaj pełni rolę płótna malarskiego. Są też większe gabarytowo ciężarówki, pamiętające chyba jeszcze czasy drugiej wojny światowej,  które by „odpalić” należy porządnie zakręcić korbą – widok normalnie jak z „Czterech pancernych i psa”.

Jednym słowem, wędrując ulicami miasta oczy obowiązkowo na około głowy, by nie przeoczyć żadnego wehikułu, którego na naszych drogach raczej się już nie zobaczy.

***

Podsumowując

Lwów jest ogromny i jest wiele miejsc, które mogą nas zachwycić. Zachęcam Was do zbaczania z utartych szlaków, bo może się okazać że gdzieś za rogiem czai się perełka, której jeszcze nikt nie odkrył. Ja na przykład zachwyciłem się powyginaną skrzynką na listy w jednej z bram, która przeniosła mnie w czasu dzieciństwa wprost do bloku z płyty w który mieszkałem. Po prostu odkrywajcie to niesamowite miasto. Warto!