Stali czytelnicy Naszych Szlaków wiedzą, że jedną z rzeczy jakie lubimy robić w nowo odwiedzonym miejscu to odkrywanie tajemnic lokalnej kuchni. Wyszukiwanie słynnych przysmaków może być przygodą nie mniej interesującą niż najciekawsze nawet atrakcje.

Wyobraźcie sobie zatem naszą ekscytację gdy pakowaliśmy plecaki na kilkumiesięczną wyprawę do Azji, w której podobno jada się wszytko, nawet robaki.

***

Z kuchnią azjatycką mieliśmy już oczywiście do czynienia. Zaczynając od chińskich zupek z Radomia po potrawy w restauracjach z wymyślnymi i obco brzmiącymi nazwami, często zupełnie nie idącymi w parze z oryginalnością podawanych potraw. Dopiero tam, po drugiej stronie świata spodziewaliśmy się kulinarnych cudów.

Zobacz też : Owocowy świat w Azji

Każdy chyba słyszał o przysmakach i okropnościach jakie jadają Azjaci. Od przedziwnych stworów morskich, przez tłuste i galaretowate ślimaki aż po najzwyklejsze robaki wyciągane z drzew lub znajdowane wprost na ziemi.

Przygoda z kuchnią w Bangkoku

Wyprawę po kontynencie azjatyckim rozpoczęliśmy od Bangkoku w Tajlandii. Bardzo ciekawe miasto ale jedzenie jakieś takie znane i nie zaskakujące. Nie zrozumcie mnie źle, tajlandzką kuchnię uważam za jedną z najsmaczniejszych w Azji, a przynajmniej z tych, które miałem okazję próbować. Tyle, że jedzenie w Bangkoku niczym mnie nie zaskoczyło.

Oczywiście na turystycznym szlaku dzielnicy Khao San Road, można znaleźć pieczone skorpiony czy dziwacznie marynowane ośmiorniczki, ale z daleka zalatuje to szmirą i nikt poza turystami tego nie dotyka.

W dzielnicy Yaowarat and Phahurat było trochę lepiej. To część miasta opanowana przez Chińczyków i Hindusów. Można to fajnie zjeść, a nawet natknąć się na grillowanego psa czy świnkę morską.

Ale gdzie te wszystkie robaki, gąsienice i inne stawonogi, o których tyle się nasłuchaliśmy przed wyjazdem? Szczególnie Magda była rozgoryczona, gdyż umówiliśmy się, że to Ona jako osoba, której próg odporności na obrzydliwości w kuchni jest nieco wyższy od mojego, będzie smakowała wszystkiego na co mi zabraknie odwagi.  Puki co mogła jedynie pochwalić się zjedzeniem ośmiornicy i chomika, za co ja podziękowałem. Nie było to jednak wyzwanie jakiego się spodziewała.

Jedzenie w Malezji

Po kilku tygodniach w Tajlandii przenieśliśmy się do Malezji, w której kuchnia była już nie tak dobra jak tajlandzka, ale dało się przełknąć.

Malezyjczycy to w większości muzułmanie więc ich kuchnia odpowiada wymogom religii. Nie jada się wielu rzeczy, lub jada się je przygotowane w specjalny sposób.

Jak pisałem wcześniej malezyjska kuchnia nie zachwyciła mnie, bo niby jak można jadać codziennie na śniadanie garść ryżu, jajko na twardo i do tego małe, suszone rybki, które składają się na typowy malezyjski, poranny posiłek. Można to znaleźć w restauracjach i na ulicznych straganach. Do tego oczywiście są ostre sosy i inne dodatki, ale generalnie nic specjalnego.

Inne malezyjskie potrawy, które nam smakowały to „Char Kway Teow” czyli makaron smażony z kiełkami i kawałkami mięsa. No i oczywiście zupa „Curry Mee”, która smakuje jak „laksa” z Tajlandii, ale ostrzejsza i bardziej wyrazista. Przygotowuje się ją na bazie mleka kokosowego i wielu przypraw. Razem z ryżowym makaronem smakuje bardzo dobrze.

Fajne jest to, że większość potraw podawana jest tu na liściach bananowca, a nie na wszechobecnym w Azji plastiku.

I to tyle o Malezji. Oczywiście nie uświadczysz tu wieprzowiny, nie wspominając już o robakach czy innych takich.

Kuchnia w Kambodży

A więc podróż nasza trwała w najlepsze, mijały tygodnie, miesiące a dziwnych i odpychających dań jak na lekarstwo. Straciliśmy już nadzieję, że znajdziemy coś czego żadne z nas nie włożyło by do usta, aż tu nagle trafiliśmy do Kambodży….

Nim jednak przejdę do kambodżańskich przysmaków muszę Wam powiedzieć, że jeżeli przylatujecie na kontynent azjatycki z myślą, by odnaleźć „prawdziwą” Azję widzianą często na filmach czy fotografiach dawanych podróżników, to Kambodża jest ku temu idealnym miejscem.

Miasta, w których tylko gdzieniegdzie położono asfalt, a nocne ulice oświetlają gołe żarówki przy garkuchniach, to typowy obraz nie tylko prowincji w tym kraju.

W poszukiwaniu tradycyjnej kuchni wystarczy zboczyć nieco z turystycznego szlaku i pokręcić się wśród mieszkańców. To właśnie tam znaleźliśmy to czego szukaliśmy – jedzenie, którego nawet Madzia nie odważyła się włożyć do buzi.

Robaki na talerzu w Kambodży

Na początek robaki, jest ich w kambodżańskiej kuchni całe mnóstwo. Najpopularniejsze są świerszcze, które w naturze stanowią pokarm jaszczurek i małych ssaków. Na talerze trafiają po usmażeniu w głębokim tłuszczu i z dodatkiem przypraw. Są chrupiące i całkiem smaczne, dla kambodżańskich dzieciaków są jak chipsy.

Prażone skorupiaki są równie chętnie chrupane przez dzieci na ulicach. Ślimaki też nie robią wielkiego wrażenia, choć żadne z nas nie odważyło się spróbować olbrzymich muszli pełnych śliskiej masy, gdzieniegdzie jeszcze drgającej. Jakoś chętniej podchodzimy do owoców morza, niż do śliskich mieszkańców muszli znanych z ogrodów.

Jeszcze mniej fajnie wyglądają insekty podobne do karaluchów. Są gotowane lub pieczone i wyglądają jak tłusta masa rojących się robali. Nie pomaga nawet silny zapach przypraw i czosnku, już samo patrzenie jak sprzedawca gmera w takiej wilgotnej kupie gołymi rękoma budzi obrzydzenie.

Była to kolejna rzecz, na którą Madzia nie dała się namówić, 3-0 dla kambodżańskiej kuchni.

Nawet zwykłe, wydawałoby się jedzenie jak drób czy wołowina budzi chwilami popłoch wśród kulinarnych turystów. Tutaj nie wyrzuca się niczego, dzioby, pazury, mózgi, a nawet chrząstki i ścięgna znajdują swoje miejsce w potrawach.

Na rynkach rozsianych po mieście zobaczyć można zwisające z haków podroby wyglądające jak wydarte gołymi rękoma wnętrzności. Język, przełyk, płuca i cała reszta przewodu pokarmowego zwierzaka rozwieszona jest nad straganem, można podejść i odkroić to na co ma się właśnie ochotę.

W innym straganie rozwieszono ryby i zwierzęta wyglądające jak zebrane z autostrady, po tym gdy przez cały dzień rozjeżdżały je koła samochodów. Jak wyjaśnił nam jeden ze sprzedających, przygotowanie towaru właśnie na tym polega, miażdży się takiego kurczaka, rybę czy inne nieduże stworzenie, a potem przyprawia i zostawia na słońcu by wyschło.

Stragan taki nie wygląda jak znany nam rzeźnik, ale raczej jak stoisko z truchłami zwierząt czekającymi na wypchanie. Kilka z nich przypominało koty albo małe psy, ale pewności nie mamy.

Tak jak się umówiliśmy, Magda pewnych rzeczy próbowała innych nie, choć upierała się, że gdyby tylko była wystarczająco głodna to by mogła. Tak było do czasu gdy trafiliśmy na stoisko ze słynnym, w tej części Azji daniem „balut”.

Balut” to zachwalany przez sprzedawcę przysmak i doskonale, jak często słyszeliśmy, działający afrodyzjak. W rzeczywistości są to jaja kurze lub kacze, zapłodnione i trzymane w cieple przez kilka lub kilkanaście dni, do czasu aż zarodek rozwinie się do oczekiwanych wymiarów. Potem, nim takie jako trafi do klienta, gotuje się je i podaje w całości.

Kambodża kuchnia khmerska

Właściciel straganu pochwalił się, że w innych częściach Azji jaja takie podaje się po bardzo krótkim leżakowaniu, gdy u ptaka nie pojawią się jeszcze pióra i dzioby. Tu jedna w Kambodży i Wietnamie jajka przechowywane są niemal miesiąc. Po tym czasie, wewnątrz skorupy leżą już niemal w całości uformowane pisklęta.

Uwierzcie mi, nigdy wcześniej nie widziałem niczego tak obrzydliwego. Mam też nadzieję, niczego takiego już nie zobaczyć. Nawet Madzia, nasz pokładowy twardziel, stwierdziła że nie ma takich pieniędzy, które mogła by dostać za zjedzenie tego diabelstwa.

***

Jednak nie to co widzieliśmy na kambodżańskich talerzach wzbudziło naszą największą odrazę. Tym co przeraziło nas najbardziej to wszechobecny brud i śmieci.

Te ostatnie są dosłownie wszędzie. Gdy myślisz, że śmieci nie ma wokół ciebie to bądź pewien że są, tylko leżą za hotelowym murem, w jakimś dole czy w okolicznym lesie. Nawet w centrum stolicy Phnom Penh, hałdy odpadów są czymś zupełnie normalnym. Pracownik hotelu wyjaśnił nam, że większość nieczystości pali się po nocach bo nikt ich nie odbiera, a nawet jeżeli pojawi się jakaś firma sprzątająca to bierze pieniądze tylko za to, że kupę śmieci przewiezie z jednego miejsca w inne.

Śmieci w Kambodży Phnom Penh

W najgęściej zaludnionych miejscach niemal zawsze towarzyszy nam zapach rozkładających się odpadków, smród moczu i inne zapachy trudniejsze do określenia, ale nie mniej nieprzyjemne.

W całej Kambodży na potęgę używa się plastiku. Plastikowe talerze, kubki, słomki, reklamówki, a w porze deszczowej foliowe peleryny i kaptury, które potem walają się wszędzie dookoła. Najgorsze jest jednak to, że ludzie rozrzucają cały ten plastik nie rozumiejąc jak wielką wyrządzają sobie krzywdę.

Miarka się jednak przebrała gdy zobaczyliśmy gościa gotującego coś w przenośnej garkuchni. W pewnej chwili wyskoczył za najbliższą hałdę śmieci na szybką kupę, a później jak gdyby nigdy nic, otarł ręce w nogawki spodni i wrócił do nakładania palcami ryżu na talerze. W tym momencie postanowiliśmy jadać tylko w restauracjach. Pomimo to jednak Kambodża była jedynym miejscem w Azji, gdzie nabawiliśmy się kłopotów z żołądkiem.

Cały powyższy, dość negatywny opis nie oznacza wcale, że w Kambodży nie można dobrze zjeść. Bardzo smakowały mi dania przygotowane według starych khmerskich przepisów.

Przede wszystkim „Kuy Teav” – wieprzowina gotowane w wywarze z czegoś  o rybim zapachu i smaku. Znajdziecie w niej makaron ryżowy, kiełki „mung”, marchew no i wieprzowinę pod postacią klopsików lub płatów. Zupę jada się na śniadanie i bardzo mi smakowała.

Pyszne są też ciastka ryżowe nazywane tu „nom ka chay”. W ich wnętrzu znajdziecie szczypiorek i warzywa.

Co poza tym? Całkiem sporo. Na przykład „kdam chaa kreoung” czyli smażone kraby z pieprzem i cytrynami, szaszłyki wołowe i bardzo dobre zupy dyniowe w wielu odmianach.

Ze słodyczy bardzo nam smakowały ciasteczka kokosowe i dziwne galaretki o miętowym smaku no i owoce. W Kambodży jak w wszędzie w Azji można w zasadzie żywić się wyłącznie owocami. Kupicie je wszędzie i to dobrej jakości, pamiętajcie tylko o ich umyciu. Widząc jak wyglądają kambodżańskie miasta, wolelibyście nie sprawdzać ich szpitali.

Historyczna kuchnia khmerska jest bardzo bogata i znaleźć w niej można naprawdę ciekawe dania. Niestety podczas rządów Czerwonych Khmerów wiele lat głodu zmieniło ją zupełnie. To wówczas w menu pojawiły się robaki i gryzonie, które dziś budzą w turystach obrzydzenie.

Jedna ze staruszek, sprzedająca na targu owoce opowiedziała nam o latach głodu gdy ludzie gotowali trawę, korę drzew i wszystko co udało im się znaleźć lub złapać. Do garnków trafiały węże, pająki a nawet padlina.

O rządach Czerwonych Khmerów pisaliśmy już na Naszych Szlakach przy okazji opisu Muzeum Narodowego w stolicy Kambodży – Phnom Penh.

Podsumowując muszę powiedzieć, że doświadczenia z kuchnią khmerską w Kambodży mamy pozytywne. Dość nietypowe smaki połączone z ciekawymi przyprawami dają dużo zabawy.

Inaczej sprawa wygląda gdy trafimy do miejsc, w których mieszka kambodżańska biedota. W takich okolicach ludzie jadają wszystko, zupełnie nie dbając o higienę osobistą i czystość wokół siebie. Gdy przyjdzie Wam przemierzać ubogie tereny radzimy zachować ostrożność gdyż łatwo się rozchorować i zepsuć całą przyjemność z podróży.

Ciekawostki związane z Kambodżą

  • Niewielu wie, że w czasie trwania zimnej wojny przez Azję, na wzór żelaznej kurtyny w Europie, przebiegała bambusowa kurtyna. Oddzielała ona kraje komunistyczne takie jak Kambodża i Wietnam od reszty kontynentu. Odbiło się to też na lokalnej kuchni. Pomimo sąsiedztwa Kambodży i Tajlandii, potrawy serwowane po obu stronach granicy mogą bardzo się różnić.
  • Przepisy w języku khmerskim spisane są alfabetem, w którym są 74 litery.
  • Kambodżanie sporo piją, rocznie na osobę spożywa się tu prawie 6 litrów spirytusu. W przeciwieństwie do Europy tutaj wlicza się do statystyk nawet niemowlęta i starców.
  • Danie zwane “balut” opisane wyżej jajo z rozwiniętym zarodkiem, jest w czołówce najobrzydliwszych i najbardziej wyrafinowanych potraw świata.
  • W okresie wielkiego głodu na talerze w Kambodży trafiły robaki, drobne gryzonie, płazy i gady. Nie znaczy to, że wcześniej ich nie jadano. W starych zapisanych, na kamieniach w Angkor Wat znaleziono spis specjałów, w których gustowali tamtejsi władcy. W starożytnym menu znajdowały się chrząszcze, węże i tłuste żaby.
  • Aby dobrze zorientować się w historii i niuansach kuchni khmerskiej warto odbyć kurs gotowania oferowany przez liczne hotele i restauracje.
  • Pomimo grabieżczej gospodarki jaka panowała tu przez cały niemal XX wiek w Kambodży wciąż można spotkać wiele rzadkich zwierząt zagrożonych wyginięciem. W rzece Mekong żyją delfiny krótkogłowe zwane tu “Irrawaddy” oraz wielkie żółwie “Cantora“, które są w Kambodży pod ścisłą ochroną. Za zabicie któregoś z nich do niedawna groziła kara śmierci.
  • Przez wiele lat Kambodża była kolonią francuską i wchodziła w skład Indochin Francuskich. Francuzi nie słynęli z dbałości o podbite kolonie i pustoszyli kraj na potęgę. Dziś niewiele po nich zostało. Z najbardziej pozytywnych rzeczy jaka rzuca się w oczy to wszechobecne bagietki francuskie zwane “paryskimi“. Jada się je wypchane mięsem i warzywami.
  • Na początku XX wieku w kambodżańskich miastach wałęsające się bezpańskie psy stanowiły spory problem. Władze zaczęły reklamować dania z psiny. Jeden z urzędników zachwalał kotlety z psiego mięsa twierdząc, że nigdy wcześniej nie jadł tak delikatnego mięsa. Psy na ulicach przestały być problemem.