Bieg na Śnieżkę – Wyczerpujący bieg pod górę na szczyt Śnieżki w Karkonoskim Parku Narodowym.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nad pierwszym zdaniem tego artykułu, siedziałem dobrych  30 min i nic nie przychodziło mi do głowy. Długo zajęło mi odpowiedzenie samemu sobie, w jaki sposób wprowadzić Was w dzisiejszy temat.

Bieg na Śnieżkę – Co my robimy na tej górze?!

Przed biegiem na Śnieżkę w Karkonoszach

Dzisiejszy temat nie jest typowym miejscem, które zazwyczaj ze mną zwiedzacie. Nie jest to zamek, pałac, czy też innego rodzaju muzeum. Dzisiaj zabieram Was w góry, co prawda był już raz artykuł o jednym z najbardziej znanych polskich szczytów i nie było większych problemów z opisem. Jednak to, na co się odważyliśmy z Ewą tym razem, jest na tyle dziwne w naszym wykonaniu, że ubranie w słowa tego, co zrobiliśmy, jest dużym problemem. Skoro jednak jakoś poszło, to szykujcie kubki z kawą i zabierajcie się do czytania, bo dzisiaj na tapecie królowa Karkonoszy – Śnieżka.

Jak wspomniałem wcześniej, odwiedziliśmy Karkonosze, a miało to miejsce podczas ultra maratonu górskiego 3 x Śnieżka = 1 x Mont Blanc, w którym przyszło nam wziąć udział jako zawodnicy. Czemu tam się znalazłem z plastronem naklejonym na piersi? Do dzisiaj tak do końca nie wiem.

Bieg na Śnieżkę – Czas Start!

Bieg na Śnieżkę

Jak mogłem w ogóle dać się namówić na takie szaleństwo? W zasadzie dzisiaj to już nawet nie wiem, kto pierwszy wyskoczył z tym pomysłem. Czy to był mój szwagier Tomek, zaprawiony w maratonach, czy jednak moja żonka? Jedyne co wiem, to że od początku roku wiedzieliśmy, z czym przyjdzie nam się zmierzyć w tę czerwcową sobotę.

Już same przygotowania były ciężkie, szczególnie dla mnie, bo ja zwyczajnie nie lubię biegać i nigdy nie lubiłem. Zresztą co tu dużo gadać, w szkole zawsze na ostatnim miejscu, na studiach zresztą to samo, a mój jedyny start w zawodach zaliczyłem w organizowanych przez Wydział Inżynierii i Technologii Chemicznej w Bydgoszczy, na których byłem – uwaga, uwaga!!! – przedostatni.

Bieg na Śnieżkę – To nie bułka z masłem

Bieg na Śnieżkę star

No ale wracajmy do teraźniejszości, która była co najmniej męcząca. Litry potu wylane podczas przygotowań, czy to śnieg, czy deszcz. Zdarte podeszwy w butach i w końcu byliśmy gotowi na podjęcie wyzwania. Sobotni poranek przywitał nas słońcem. Ledwo otworzyłem oczy, przebiegła mi po raz kolejny ta sama myśl po głowie. – Kuźwa, co ja tutaj robię!

Szybki prysznic jednak zmył wątpliwości i przed godziną 09.00 stawiliśmy się na starcie. Nie powiem, miłe wrażenie stać w tłumie nabuzowanym adrenaliną, nogi wręcz same wyrywały się do biegu. Jeszcze tylko krótkie odliczanie i Bieg na Śnieżkę – START. Tłum ruszył z kopyta niczym oszalałe kobyły po pastwisku, a my równo z nim. Początkowe metry biegliśmy po asfalcie, by gdzieś tak po kilometrze, ruszyć szlakiem na Śnieżkę i nic nie wskazywało na to, że będzie tragicznie. Aż tu nagle, jak za cięciem topora odebrało mi siły.

Okazało się, że padłem ofiarą sabotażu – Ewa przygotowała na śniadanie mistrzów kanapeczki, lecz tylko na moich zagościł pomidor.  Tomek już wtedy ostrzegał, nie jedz pomidora – zemści się, lecz jak kanapki przygotowane z „miłością” mogą zaszkodzić? – pomyślałem.

Bieg na Śnieżkę – Podczas biegu nie wszystko poszło jak należy

Bieg na Śnieżkę jest trudny

Dopiero podczas pierwszego podbiegu na Śnieżkę zrozumiałem, co miał na myśli Tomek, ostrzegając mnie przed pomidorem. Okazało się, że pomidor na śniadanie może się zemścić okrutnie. Pierwszy raz w życiu czułem się tak fatalnie, praktycznie co kilka kroków wymioty. Co wypiłem wody, by uzupełnić płyny w organizmie, ta szybciej ze mnie wylatywała, niż wlatywała. Efektem tego było to, że już po 2 kilometrach odwodniłem się kompletnie i byłem bliski rezygnacji.

Jednak świadomość tego, że rezygnując i tak bym musiał zejść o własnych siłach, bo przecież nikt mnie nie zniesie i fakt, że zaczęły mnie wyprzedzać osoby dużo starsze i o wiele młodsze, jakoś pozwolił mi przetrwać do samego szczytu, na który po prostu się doczłapałem z jęzorem zwisającym do samej ziemi. Sam szczyt jak szczyt. Mocno rozdeptany przez tysiące turystów, którzy nadchodzą z każdego możliwego kierunku, co w dzisiejszych czasach jest wyjątkowo łatwe, bo możliwości wejścia i wjazdów na Śnieżkę jest naprawdę sporo. Jednak kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej.

Szczyt Śnieżka na kartach historii

Śnieżka na starej fotografii.

Dawniej nie było schodów, ścieżek, a tym bardziej kolejek krzesełkowych. Kiedyś górę zdobywali tylko najodważniejsi. Pierwszy, który dotarł na sam szczyt, był mieszczanin czeski, który dokonał tego czynu w roku 1465. Dobrych sto lat później na szczyt wdrapała się pierwsza grupa, także złożona z naszych południowych sąsiadów.

Jako miejsce typowo turystyczne Śnieżka zaistniała dopiero w XVIII wieku, jednak i wtedy różniło się zwiedzanie znacząco od tego, co widzimy dzisiaj. W tamtych czasach co bogatsi wynajmowali sobie tragarzy, a nawet lektyki i w ten sposób dostawali się na szczyt. Na tyle były to wyczerpujące wycieczki, że często tragarze umierali z wyczerpania, gdy udało im się w końcu wnieść bagaże „podręczne” szlachciców. Dopiero w roku 1949, gdy do użytku został oddany wyciąg krzesełkowy po stronie czeskiej, zawód tragarza zanikł.  Co ciekawe wyciąg ten jest najstarszym działającym wyciągiem w Europie.

Bieganie w dół góry nie mniej niebezpieczne niż bieg pod górę

Najwyższy szczyt Karkonoszy Śnieżka

Wystarczy jednak tej historii i wracajmy do biegu, bo po krótkim odpoczynku, okazało się, że nareszcie jestem zdolny do zwiększonego wysiłku. Z góry poszło już zdecydowanie lepiej i praktycznie do Karpacza udało się dobiec bez większych przerw. Kto był na tych szlakach, to pewnie kojarzy, jak wygląda trasa najczęściej wybierana przez polskich turystów, a dla tych, co nie wiedzą, to wyjaśniam. W górnych partiach jest  ułożony z kamieni dość szeroki chodnik, a w partiach niższych trasa straszy wystającymi ostrymi kamlotami, by potem przejść w nawierzchnię szutrową i to właśnie na tego typu nawierzchni należy dać z siebie wszystko, jednocześnie uważając na to, by nie wywalić się po drodze.

Najciekawsze jednak w tym wszystkich było to, że my zbiegaliśmy w miarę naszych możliwości, uważając na każdy stawiany krok, a nas w pełnym pędzie wyprzedzali zawodnicy dłuższych dystansów. To, że nikt tam się nie połamał to po prostu cud. Zresztą, że my się tam nie połamaliśmy, to chyba był jeszcze większy cud. Koniec końców udało nam się zbiec na asfalt i po paru kilometrach wbiegliśmy w glorii na metę, z czasem wybitnie słabym 4 godziny i 12 minut. Zaznaczam jednak, że ten wynik to tylko i wyłącznie wina mojej niedyspozycji spowodowanej pomidorem.

Ewa najprawdopodobniej zmieściłaby się w 3 godzinach, jednak nie chcąc mnie pozostawić na pastwę losu, wiernie dotrzymywała mi kroku, wspierając mnie w tych najtrudniejszych momentach. Czy za rok jedziemy? Tak i na pewno poprawię ten wynik, bo pomidora przed biegiem nie ruszę. Jeżeli więc ktoś ma ochotę na Bieg na Śnieżkę, zapraszamy.