Nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak alchemik z Nachodzkiego zamku wszedł w posiadanie ogromnego jaja pokrytego łuskami twardymi jak granitowa skała. Być może otrzymał je od diabła, który w oparach siarki spisał z nim cyrograf, a może też zakupił je od kupców z dalekiego kraju, którzy sami nie wiedzieli co sprzedają. Jednak nie jest to istotą tej opowieści.

Ważne jest to, że z tego jaja po wielu latach eksperymentów udało mu się wyhodować najprawdziwszego smoka.

Jego przyjście na świat oznajmił trzask pękającej skorupki, która do tego momentu chroniła jego wątłe, gadzie ciało. Ucieszył się niezmiernie alchemik z takiego obrotu sprawy

– Świat zzielenieje z zazdrości, gdy zobaczy dzieło mojego życia i padnie do mych stóp – rzekł sam do siebie i wyszczerzył pożółkłe zęby, po czym chwycił gliniany dzban stojący na pozbijanej niechlujnie ławie i wylał brunatno czerwoną lepką zawartość w miskę stojącą obok legowiska potwora.

Dieta opracowana przez alchemika składająca się głównie z surowego mięsa wołowego i krwi, nierzadko pochodzenia ludzkiego, spowodowała że gadzina rosła w oczach. Jednak czym była większa, tym trudniej było czarnoksiężnikowi nad nią panować. W końcu stało się to, co było nieuniknione.

Pewnej pochmurnej nocy, która spowiła cały Nachod uczony udał się do piwnic gdzie przetrzymywał jaszczura, by nakarmić go  już trzeci raz tego dnia. Szczęk przekręcanych kluczy odbił się echem od gotyckiego sklepienia lochu, a nienaoliwione zawiasy skrzypnęły  drażniąc uszy alchemika.

Strasznie go denerwował ten dźwięk i obiecywał sobie wielokrotnie otwierając piwnice, że w końcu nasmaruje hałasujące elementy, jednak gdy tylko zamykał wrota, chęć napraw odchodziła w zapomnienie, a on powracał do opracowywania magicznych eliksirów. Tak miało być i tym razem, jednak gdy tylko przestąpił próg piwnicy poczuł, że coś jest nie tak jak powinno.

Wyciągnął przed siebie malutki kaganek rzucający wyjątkowo mizerne światło i wytężając wzrok spojrzał w ciemność, gdzie dojrzał dwa skrzące się żółtą poświatą ślepia potwora.

Atak nastąpił błyskawicznie. Słowa jakie chciał wykrzyczeć uczony ugrzęzły w jego rozerwanej potężnymi szponami smoka krtani. Alchemik gasnącym wzrokiem patrzył na dzieło swojego życia, jak by niedowierzając temu co się wydarzyło i upadł martwy na kamienną posadzkę. Chwilę po tym, w niknącym blasku potłuczonego kaganka gad przystąpił do uczty, którego głównym składnikiem był jego właściciel.

Cały region Nachodu utonął w oparach strachu, gdy potężny gad rozpoczął swoje krwawe rządy. Porywał i pożerał wszystko co tylko znalazło się w zasięgu jego żółtych ślepi. Nikt nie był bezpieczny. Czy to bydło wypasane na okolicznych łąkach, czy też sami pastuszkowie którzy je strzegli.

 

Czy dzieci bawiące się do niedawna beztrosko w okolicznych strumieniach, czy dorośli zmierzający do miasta ze swoimi towarami. Kupcy, dostojnicy, rzemieślnicy, rolnicy i żebracy. Każdy, kto miał pecha zostać zauważonym przez gada kończył w męczarniach swój żywot chwilę później. Kraina zaczęła ubożeć i wyludniać się w zastraszającym tempie, bo każdy tylko miał możliwość porzucał swój dobytek i uciekał jak najdalej od przeklętego Nachodu.

Mijały lata, a świadectwem upływającego czasu nie były już ziarnka drobnego piasku przesypujące się w klepsydrach, tylko stosy piętrzących się kości na zboczach okolicznych gór. Ci którzy przeżyli, pochowali się niczym karaluchy w niedostępnych miejscach i trwali z duszą na ramieniu, bez najmniejszej wiary na poprawę sytuacji.

Jednak światełko nadziei, tak mocno przytłumione zalewającą je zewsząd krwią ofiar, rozbłysło nieoczekiwanie w najmniej spodziewanym momencie.

Noce stawały się coraz zimniejsze, a pożółkłe liście opadały z koron drzew tworząc pod nimi kolorową mozaikę. Znak to był, że nieuchronnie zbliżała się zima, która jak wiadomo w terenach górzystych potrafi być wyjątkowo okrutna, dlatego  wszyscy jak tylko mogli przygotowywali zapasy by przetrwać ponury okres. Nie inaczej było z potworem. Smok nasilił ataki, jednak nie pożerał swoich ofiar na miejscu jak to miał w zwyczaju, tylko zanosił je do swojej pieczary, gdzie te niczym wędzone mięsiwa składowane w kupieckich piwnicach, miały czekać na swoją kolej.

Traf chciał, że jedną z porwanych była Ludisza, córka władcy zamku Homole. Wszyscy uwielbiali tę radosną dziewczynę, która mimo tego, że jej matka zmarła gdy ta miała niespełna dwa lata zawsze była uśmiechnięta. Dziewczyna nie popadła w rozpacz nawet po wieści, że ojciec jej dostał się wraz z najdzielniejszymi wojami w niewolę do Polaków, tylko podniosła dumnie głowę i została Panią na zamku, rządząc mądrze i sprawiedliwie. Kochali  ją wszyscy poddani, więc wieść o jej porwaniu na niechybną śmierć spowiła żałobnym całunem całe królestwo.

W tym samym czasie do granicy zbliżyła się grupa jeźdźców, wyglądających jak wataha potępieńców. Obdarte łachmany, wychudzone szkapy i braki w uzbrojeniu wskazywały, że woje mieli za sobą wyjątkowo ciężką przeprawę. To ojciec Ludiszy wraz z resztą swoich rycerzy wracał po trzech latach  niewoli do swojego królestwa.

Zaraz za granicą wymęczeni, lecz szczęśliwi że w końcu dotarli do swojej ojczyzny przystanęli u kowala, by ogrzać się troszeczkę, nakarmić konie i zasięgnąć informacji co też ciekawego wydarzyło się pod ich nieobecność. Kowal, który z niejednego pieca chleb już jadł, omiótł nieufnym wzrokiem nieoczekiwanych przybyszy. Zakręcił sumiastym wąsem, podrapał się po wielką łapą po chropowatym poliku, świadczącym o przebytej niegdyś chorobie i zaprosił ich pod swoją strzechę.

Tam w świetle rzucanym przez palenisko pieca rozpoznał władcę tych ziem, który zgodnie z tym co gadali ludzie po karczmach miał już dawno gnić w polskich lochach, a tu cały i zdrów stoi w jego chacie. Wyciągnął więc szybko całe swoje zapasy jakie posiadał, a były wyjątkowo skromne i opowiedział z żalem w głosie, o wszystkich tragediach, które dotknęły królestwo.

Zamek Nachod w Czechach

Zamek Nachod w Czechach

– Jak to porwał Ludiszę?! – władca Homola z szaleństwem w oczach, które widzi się u ojców którzy tracą swoje dziecko, chwycił za postrzępiony kubrak kowala wyczekując odpowiedzi – Gdzie ją trzyma, gdzie jest legowisko tego potwora?! Musimy ją odbić!– szarpnął po raz kolejny i upadł na kolana łkając. Jego przyboczni wojownicy podnieśli swojego Pana z kolan i usadzili na chyboczącym się zydelku. Kowal poprawił poszarpaną kapotę i powiedział zebranym jak dotrzeć do pieczary, którą bestia obrała za swoje leże.

Wśród wojowników słuchających z wielkim przejęciem opowieści kowala był Odolen ze Strážkovic i gdy tylko rzemieślnik skończył mówić, wyprostował się jak struna i rzekł z pewnością w głosie

– Pójdę do tej jaskini i uwolnię Ludiszę!

– Tego potwora nic nie zatrzyma, tylu już próbowało i kończyło się zawsze tym samym – rzekł kowal

– Zresztą, co my możemy zrobić, skoro nawet najmężniejsi wojacy atakując razem mu nie podołali, a ich kości dzisiaj bieleją zakute w rdzewiejące zbroje. Zapadła cisza, a kowal kontynuował

– Wiedz, że idziesz na pewną śmierć, ale skoro się już zdecydowałeś to mam coś dla Ciebie, może przyda się w walce. Wiele lat temu, jak jeszcze byłem małym młokosem, który trzymał się matczynej spódnicy, do mojego ojca przybył dziwny nieznajomy. Powiedział memu ojczulkowi, że zmierza na górę Turov by zasnąć w jej wnętrzu.

Ojciec zaśmiał się wtedy z dziwaka, ale że był człowiekiem uprzejmym wysłuchał go do końca i dał nawet trochę strawy na drogę. Obcy pozostawił w zamian swój miecz, mówiąc że nie będzie mu potrzebny tam dokąd się udaje, a z pewnością zjawi się kiedyś osoba której przyda się w potrzebie. Gdy wręczał go mojemu ojcu, stała się rzecz dziwna.

Tatuś krzepę miał w łapach taką, że podkowy łamał bez żadnego problemu, a miecza unieść nie mógł. Jak by coś przykuło go do ziemi. Wziął go wtedy nieznajomy i uśmiechając się rzekł – widać nie jesteś godzien by go dzierżyć, bo inaczej byś go podniósł bez problemu – po czym wstał, uchwycił go w dłonie i bez najmniejszego wysiłku wbił go w kamień w kącie kuźni. Do dzisiaj tkwi w tym głazie mimo, że wielu próbowało go wyciągnąć. Spróbuj, może to ty jesteś wybrańcem, któremu oręż przyjdzie z pomocą.

Odolen spojrzał na kowala i poszedł we wskazanym kierunku. Faktycznie w kącie pomieszczenia leżał potężny głaz z wbitym mieczem. Wojak ściągnął pajęczynę z rękojeści i chwycił ją oburącz. Zaparł się nogą o kamień i szarpnął. Miecz, o dziwo, wysunął się nadspodziewanie lekko.

Wojownik dzierżąc magiczny oręż ruszył ku Smoczej Skale. Było późne popołudnie gdy przybył na miejsce. Poznał je od razu. Chrzęst kości pod jego stopami narastał wraz ze zbliżaniem się do pieczary i w końcu stanął przed cuchnącym wejściem. Tam przystanął na moment i po chwili wahania wszedł w ciemność.

Smok wyczuł ruch i momentalnie, tak jak podczas pierwszego ataku na swojego stwórcę alchemika, o którym już wszyscy zdążyli zapomnieć rzucił się w stronę rycerza. Odolen w ostatnim momencie uskoczył w bok. Potężne pazury potwora musnęły jedynie delikatnie tarczę, wypełniając grotę nieprzyjemnym zgrzytem. Bestia błyskawicznie wykonała zwrot i nie dając chwili wytchnienia rycerzowi rzuciła się na niego ukazując mu całą gamę ostrych jak noże zębisk.

Tym razem jednak chłopak nie odskoczył. Podniósł nad głowę miecz i gdy wydawać się mogło, że jego czas na tym ziemskim padole jest policzony, wykonał jedno precyzyjne cięcie. Miecz z chrzęstem rozrywanych tkanek przebił się przez kark potwora i uderzył w posadzkę, wzbudzając fontannę iskier. Pozbawione łba cielsko zachwiało się i po wykonaniu kilku bezwładnych kroków runęło na wilgotne kamienie.

Odolen uwolnił porwanych, wśród których była też piękna Ludisza w której młody wojak zakochał się od pierwszego wejrzenia i jak zapewne się domyślacie finałem tej opowieści było wielkie weselisko, na które zostali zaproszeni wszyscy poddani. A co stało się z potężnym mieczem dzięki któremu kraina została wyzwolona?

Tego już nikt nie pamięta. Mówią jedynie, że po walce powrócił do swojego pierwotnego właściciela św. Wacława, ale czy to prawda? Któż to wie…

Koniec