Morowa Dziewica demon choroby ze słowiańskiej mitologii.
Dziś pandemie i przeróżne choroby zakaźne bardzo szybko rozprzestrzeniają się po świecie. W dużej mierze jest to spowodowane tym, że świat, jaki znamy, skurczył się do rozmiarów malutkiej piłeczki. Wszędzie możemy dotrzeć bez najmniejszego problemu, korzystając z dobrodziejstw nowoczesnej technologii. W jeden dzień jesteśmy w stanie przebyć taką odległość, jaką w zamierzchłych czasach pokonywano całymi miesiącami.
Morowa Dziewica przerażający demon choroby i rozkładu

Dawniej wierzono, że do czasu, do czasu ziemię odwiedza demon, a raczej demonica – Morowa Dziewica. W dawnych podaniach Słowian był to zły duch odpowiedzialny za choroby związane z gorączkowaniem i wszystkimi innymi niesprecyzowanymi objawami, prowadzącymi zazwyczaj do zgonu. Tak więc gdy tylko większa ilość chłopów padała trupem, było wiadomo, że Morowa Dziewica wybrała się na łowy.
Wielkie epidemie już nie raz dziesiątkowały świat
Największa zaraza, jaką pamięta Europa i świat, to epidemia dżumy, zwana czarną śmiercią. Trzeba przyznać, że Morowa Dziewica była wówczas wyjątkowo skuteczna. Mało brakowało, by całkowicie zniszczyła europejską cywilizację, zabijając około 80% całej populacji. Morowa Dziewica przedstawiana była w podaniach jako wychudzona postać okryta białym suknem, wędrująca od wioski do wioski, od miasta do miasta, a w miejsca, gdzie na ziemię rzucała zakrwawioną chustę, momentalnie wybuchała śmiercionośna zaraza. W końcu dotarła pod bramy małego miasta na Pomorzu, położonego pomiędzy dwoma jeziorami – Chojnic.
Legenda o Morowej Dziewicy w Chojnicach

Były czasy, gdy Chojnice nie przypominały tętniącego życiem miasta, lecz raczej otwartą ranę na ciele świata. Wojny ze Szwedami przetoczyły się przez nie jak burza ognia i żelaza, zostawiając po sobie jedynie zgliszcza, popiół i ciszę ciężką jak grób. Na ulicach leżeli martwi — obrońcy, mieszczanie, dzieci — a powietrze było tak przesiąknięte rozkładem, że każdy oddech palił płuca i odbierał nadzieję, lecz to, co dla żywych było przekleństwem, dla niej było zaproszeniem.
Morowa Dziewica przyszła wraz z tym odorem. Nie pojawiła się nagle, jak błyskawica — raczej wsączyła się do świata ludzi niczym wilgoć w stare mury. Najpierw była tylko mgłą, cieniem snującym się między pogorzeliskami. Potem przybrała kształt. Smukła sylwetka dziewczyny o włosach czarnych jak noc bez gwiazd i skórze bladej niczym ciała, które tak bardzo ukochała. Jej oczy… jej oczy nie miały dna. Mętne, martwe, a jednak pełne głodu. Stała pośród trupów i uśmiechała się na ten widok.
Zapach śmierci był dla niej jak najdroższe perfumy. Każdy rozkładający się fragment ciała, każdy jęk konającego był muzyką, która budziła ją z wieloletniego snu. Przez lata była uwięziona gdzieś między światami, zapomniana, wygłodniała. Teraz jednak nadszedł jej czas. Czas czarnej śmierci.
Gdy postawiła pierwszy krok, ziemia pod jej stopą sczerniała. Gdzie przeszła, tam gasło życie. Trawa więdła w jednej chwili, jakby ktoś wysysał z niej duszę. Psy wyły i uciekały, ciągnąc za sobą zerwane łańcuchy. Ptaki milkły, a potem spadały z nieba jak kamienie. Cisza, którą niosła ze sobą, była gorsza niż krzyk — była zapowiedzią końca.
Wieść o niej rozeszła się szybko. Włodarze miasta, choć zahartowani przez wojnę, nie znali strachu podobnego temu. Wiedzieli, że miecze i mury nie powstrzymają czegoś, co nie jest z tego świata. A jednak próbowali.
— Nikt nie ma prawa wejść ani wyjść! — Rozkazali. — Zamknąć bramy! Podnieść mosty!
Miasto zamknięto jak trumnę, ale Morowa Dziewica nie potrzebowała drzwi. Weszła wraz z powietrzem. Najpierw przyszła gorączka. Potem kaszel, który rozdzierał płuca. Skóra pokrywała się czarnymi plamami, a oczy zachodziły mgłą identyczną z tą, w której się narodziła. Ludzie umierali w swoich domach, na ulicach, w kościołach. Nie było miejsca, które dawałoby schronienie.
Płacz niósł się echem przez puste ulice. Z dnia na dzień stosy trupów rosły, aż zaczęto je układać warstwami, jak drewno na zimę. Nie było nikogo, kto mógłby ich grzebać. Nie było komu się modlić. Nawet księża padali jeden po drugim, jakby sama wiara została zatruta. A ona chodziła między nimi. Czasem widywano ją nocą — stała w oknie, siedziała przy łóżku konającego, pochylała się nad dzieckiem i głaskała je po włosach, jak matka. Ci, których dotknęła, nie dożywali świtu.
Miasto konało. I wtedy, gdy wydawało się, że nie ma już ratunku, pojawił się on. Nie wiadomo skąd przyszedł. Nie miał imienia ani przeszłości, którą chciałby zdradzić. Jego oczy były zmęczone, jakby widział rzeczy, których człowiek widzieć nie powinien. Ludzie patrzyli na niego z nieufnością — w czasach zarazy każdy obcy mógł być zwiastunem śmierci.
A jednak przemówił spokojnie:
— Mogę ją powstrzymać.
Nie prosili o dowody. Nie mieli już nic do stracenia. Na jego polecenie wydrążono starą lipę rosnącą przy kościele. Drzewo było wiekowe, pamiętało czasy, gdy miasto dopiero powstawało. W jego pniu powstała głęboka dziupla — ciemna jak otchłań. Potem wystrugano czop. Idealny. Jakby od początku był przeznaczony do tego miejsca.
Nadszedł dzień obrzędu. Procesja ruszyła ulicami miasta — garstka ocalałych, niosących świece, których płomienie drżały, jakby bały się tego, co nadejdzie. Szeptano modlitwy, choć głosy łamały się z przerażenia, a ona czekała. Gdy dotarli pod lipę, powietrze zgęstniało. Mgła zaczęła snuć się wokół ich stóp i wtedy się ukazała — Morowa Dziewica, piękniejsza i straszniejsza niż kiedykolwiek. Uśmiechała się szeroko, jakby wiedziała, że to ostatni akt tej gry.
Obcy zaczął mówić. Słowa, które wypowiadał, nie należały do żadnego znanego języka. Były stare, ciężkie, jakby same w sobie niosły ciężar śmierci. Powietrze drżało. Ziemia pękała.
Dziewica ruszyła. Jej ruch był nienaturalny, jakby nie dotykała ziemi. Wyciągnęła ręce, chcąc dosięgnąć ludzi, którzy ośmielili się jej sprzeciwić, ale było już za późno. Z każdym wypowiedzianym słowem jej ciało rozpadało się na mgłę, która wirowała coraz szybciej, coraz gwałtowniej… aż została wciągnięta do wnętrza drzewa, jak oddech, który ktoś nagle wstrzymał.
— Teraz! — krzyknął czarownik.
Czop wbito w pień.
Uderzenie młota rozniosło się echem po całym mieście. Raz. Drugi. Trzeci.
Z wnętrza lipy dobiegł przeraźliwy krzyk — tak nieludzki, że ci, którzy go słyszeli, do końca życia budzili się w nocy z przerażeniem, ale czop nie ustąpił.
Cisza zapadła nagle. Mgła opadła. A wraz z nią… zaraza zniknęła. Ludzie padli na kolana, płacząc — z ulgi, ze strachu, z niedowierzania. Ocaleli. Obcy odszedł tak samo, jak przyszedł. Bez słowa. Bez śladu.
Lipa stoi do dziś. Jej pień jest stary i spękany, a miejsce, gdzie wbito czop, dawno zarosło, ale niektórzy mówią, że jeśli przyłożyć ucho do kory w bezwietrzną noc… można usłyszeć coś jeszcze. – Cichy szept albo oddech. Bo Morowa Dziewica nigdy nie umarła, ona tylko czeka.



