Wstęp


Wyobraź sobie upalne lato na wsi. Stoisz na miedzy wśród pól. Rozgrzane powietrze faluje. Zamykasz oczy, oddychasz głęboko. Delektujesz się zapachami nagrzanej ziemi, zbóż, rosnących wśród nich chabrów, maków i bratków. Słyszysz z oddali klekot bocianów, nad głową śpiew skowronków, gdzieś hen pianie kogutów i ryczenie krów. I niech chwila ta trwa…

Trwa, ale już tylko w mojej pamięci. Wspomnienie wsi mojego dzieciństwa jakże dalekie jest już niestety od współczesnej rzeczywistości.

Dziś świat wygląda inaczej. Łany zbóż nie są już tak licznie upstrzone kwiatami polnymi. Odgłosy skowronków i bocianów stłumione zostały rykiem silników traktorów, pracujących w polu i samolotów przecinających niebo bliznami spalin. Krowy na pastwiskach to rzadki widok. Jeśli są, to w ogromnych oborach, przykute do koryt, stłoczone jedna obok drugiej, a ich jedyną przestrzenią do życia jest ta, na której stoją.

Chłopska chata w ogrodzie pełnym kwiatów

W dzisiejszych czasach najważniejszy jest czas i pieniądze. Produkcja mleka ma być jak najbardziej wydajna, nie ważne, że zwierzęta cierpią. Uprawa pól zaś prowadzona jest na masową skalę. Obsiewane są hektary ziemi czystym ziarnem, niezanieczyszczonym nasionami chwastów. Dlaczego? Bo rok wcześniej na polach zastosowano środki chemiczne zwalczające maki, chabry, bratki i inne polne niechciane chwasty. Coraz częściej do zasiewów wykorzystywane są nasiona roślin zmodyfikowanych genetycznie.

Nowoczesność….

Nie ma już miejsca na chwilę zadumy, poczucia zapachu wilgotnej ziemi w dłoni, wczucia się w rytm natury. Dopuszczenia do świadomości, że życiem człowieka wsi kierują siły nadprzyrodzone, oparte na wierze w chrześcijańskiego Boga, czy – szukając głębiej – wsparte na mocach natury, więc wierzeniach prasłowiańskich, zabobonach i wierzeniach ludowych.

Jako przykład niech posłuży nam bohater, wyjątkowej na skalę światową i uhonorowanej w 1924 roku Nagrodą Nobla, powieści Władysława Reymonta Chłopi – Maciej Boryna. Takich jak on było wielu. Miłość i szacunek do ziemi – karmicielki, można było odczuć w każdym momencie jego życia. Życia ściśle uzależniony od pór roku, i od tego, co udało mu się wypracować siłą swych mięśni, z przysłowiowej krwi i potu wsiąkniętych w ziemię.

Pierwszy z gospodarzy, bogobojny, bogaty i pracowity, szanowany przez wszystkich kochał swą ziemię ponad wszystko. Jego życie i śmierć poruszyły mnie do głębi. Tak jak przyroda uśpiona w zimowym śnie, tak i on przetrwał ten mroźny czas będąc nieprzytomnym po ciężkim urazie głowy. Powrócił do świadomości wiosną, jak przyroda, która budzi się do życia. W przedśmiertnej malignie wstał z łóżka i słaniając się, pchany obowiązkiem pracy na roli wyszedł bosy w pola.

Tej ostatniej chwili swego życia usłyszał wołanie natury: Gospodarzu! Gospodarzu! […] Ostańcie! Ostańcie z nami! […] i ziemia chwyciła za nogi, plątały go zboża, przytrzymywały bruzdy, łapały twarde skiby […] Zachwiał się Boryna, roztworzył ręce jak w czas Podniesienia […] Padł i pomarł […]. To była piękna śmierć, wieńcząca dzielne i pracowite życie człowieka kochającego swą ziemię. Na niej pracował, na niej zmarł, w niej ostatecznie pochowany został.

Zdjęcie rodzinne 1917 rok
Jadwiga i Paweł Pakuła z dziećmi we wsi Słonawka (dziś Dobrzenica). Z archiwum rodziny Małgorzaty Chodźko.

Takich Borynów nasza Ojczyzna (ta wolna i ta pod zaborami) miała wielu. Warto o nich pamiętać i o nich mówić. Szczególnie odpowiednim miejscem ku temu jest skansen wsi. A ja, jako była przewodniczka jednego z nich, postaram się tutaj opisać całą swą wiedzę o pracy na roli i zwyczajach związanych z życiem dawnej wsi, głównie skupiając się na drodze powstawania chleba – Od Ziarenka, aż do Bochenka.

Zboża i ich rodzaje


Zboża dzielą się na te, które siejemy jesienią – ozime i te siane wiosną – jare. Przyjrzyjmy się etymologii słowa jary. Skąd się ono wzięło i co oznacza? Cytując za Mirosławem Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego Słownik Doroszewskiego informuje, że […] słowo „jary” ma […] przestarzałe znaczenie ’młody, krzepki’, do dziś żywe w wyrażeniu stary, ale jary. Według profesor Katarzyny Kłosińskiej jary pochodzi od słowa jarz, oznaczającego wiosnę.

Słowo to, moim zdaniem – bo nie doszukałam się w źródłach historycznych potwierdzenia – może też brać początek z zamierzchłej prasłowiańskiej religii. Otóż Jaryło, Jaruła, Jaruna, Jarowit, syn Światowida i Głąbi był bogiem płodności, patronem końca zimy i początku wiosny. Był wcześniejszym – wiosennym odpowiednikiem innego boga, też płodności – Kupały, którego święto przypada na przesilenie letnie na ogół w noc z 21 na 22 czerwca. Jeszcze do XIX wieku na Białorusi w dniach 23-27 kwietnia obchodzono święto Jaryły. Bóg ten był więc bogiem okresu wiosennego (początek przypada w równonoc wiosenną a kończy się w momencie przesilenia letniego, zazwyczaj, na półkuli północnej okres ten trwa od 20 marca do 22 czerwca). Wnioskuję zatem, iż słowo jary oznacza po prostu wiosenny.

Mamy więc, jak już wcześniej wspomniałam, zboża jare, siane wiosną, oraz zboża ozime, zasiewane jesienią. Do jarych należą: kukurydza, pszenica, jęczmień, proso, owies. Do ozimych: żyto, pszenica i jęczmień. Łatwo zauważyć, że i pszenica i jęczmień mogą być siane i wiosną i jesienią. Zboża możemy również podzielić w zależności od budowy ich kwiatostanu. Mamy więc: kolbę (kukurydza), wiechę (proso, owies), kłos (pszenica, żyto, jęczmień). Zboża należą do rodziny wiechlinowatych traw.

Opis zbóż


Pszenica


Pszenica to jedno ze zbóż

Pszenica to najpopularniejsze zboże uprawiane przez człowieka. Jest wymagająca, dobrze rośnie na glebach zasobnych w składniki pokarmowe i wodę. Należy do grupy zbóż sianych wiosną, ale i jesienią. Dawniej była rośliną dorastającą do 1,2 m wysokości o ziarnach ściśle przylegających – trudno więc było oddzielić je od plew.

Dzięki hybrydyzacji uzyskano współczesną jej postać, na ogół dorastającą do 40 cm wysokości, o ziarnach łatwo wypadających z kłosa podczas procesu młócenia. Współczesna pszenica zawiera duże ilości glutenu, białka, dzięki niemu ciasto do wyrobu produktów spożywczych jest lepkie, spoiste i sprężyste. Jednakże substancja ta jest wręcz zabójcza, powoduje wiele chorób tzw. cywilizacyjnych. Od celiakii, alergii pokarmowych, po nasilenie objawów ADHD, schizofrenii, otyłość i cukrzycę typu drugiego z uzależnieniem układu nerwowego włącznie.

A jak to się dzieje? Otóż gluten w pszenicy działa na mózg tak jak opiaty – uzależnia. Polipeptydy powstające podczas trawienia glutenu przenikają przez barierę oddzielającą krwioobieg od mózgu. W mózgu wywołują one efekty podobne do działania kokainy.

Nadmiar węglowodanów z pszenicy powoduje wzrost poziomu cukru we krwi, trzustka zaczyna produkować duże ilości insuliny (to tzw. rzut insulinowy), w efekcie tego pojawia się atak „wilczego głodu”. By go zaspokoić człowiek znów je i znów cały mechanizm się powtarza. Długotrwałe obciążanie trzustki konsumpcją produktów pszennych i ciągła nadprodukcja insuliny skutkują otyłością oraz cukrzycą typu drugiego. W ten sposób dzięki wyhodowaniu super wydajnej pszenicy z dużą ilością glutenu człowiek zafundował sobie dwie z najczęstszych chorób cywilizacyjnych.

Nic więc dziwnego, że naukowcy na powrót zainteresowali się starszą, pierwotniejszą, może i mniej wydajną ale o ileż zdrowszą wersją pszenicy – tak zwanym orkiszem. Jego gluten jest tolerowany i przyswajalny przez alergików, a nawet przez dotkniętych celiakią, bogatszy jest we właściwości odżywcze, a badania naukowe dowiodły, że ma wręcz właściwości lecznicze, obniża poziom cholesterolu, wzmacnia odporność, zapobiega czynnikom kancerogennym.

Z pszenicy poza mąką pszenną, najczęściej kupowaną, otrzymujemy również kaszę manną oraz kaszę kuskus (uzyskiwaną z pszenicy durum).

Żyto


Żyto to jedno ze zbóż

Żyto to jedno z najważniejszych zbóż uprawianych przez człowieka. Siane jest jesienią, co znaczy, że należy do grupy roślin ozimych. Nie jest wymagające, może zatem rosnąć na glebach lekkich, niezasobnych w wodę. To najbardziej popularne na Mazowszu zboże, ponieważ w przewadze jest tu ziemia piaszczysta, mało żyzna i niezatrzymująca wody.

Słoma uzyskana po wymłóceniu zboża ze względu na swą wytrzymałość na warunki atmosferyczne doskonale nadawała się na strzechy – na porycia dachowe. Nic więc dziwnego, że rejony centralnej Polski słynęły z chat krytych strzechą. Mąka żytnia najczęściej jest (i była) wykorzystywana do wypieku ciemnego chleba. Z niej, wymieszanej z wodą, w sprzyjających warunkach (odpowiednia, stała temperatura) – powstaje zakwas.

Dawniej kobiety piekły na nim chleby. Dziś coraz częściej powracamy do tradycyjnych metod wypieku. O zakwasie i jego walorach napiszę więcej w podrozdziale poświęconym wypiekowi chleba. Ziarno żyta wykorzystywane jest również w przetwórstwie alkoholowym.

Owies


Owies to jedno ze zbóż

Owies jest zbożem zarówno jarym jak i ozimym, jednakże w Polsce, ze względu na warunki klimatyczne, siany jest jedynie wiosną. Nie wytwarza typowego kłosa, lecz wiechę. Jest to roślina mało wymagająca, jeśli chodzi o warunki glebowe, niedobory wody szczególnie źle znosi w okresie wytwarzania kwiatostanu.

Od wieków owies znany jest z właściwości leczniczych, stosuje się go między innymi w zaburzeniach przewodu pokarmowego, nadczynności tarczycy, nadciśnieniu tętniczym ,w medycynie estetycznej . Z owsa uzyskujemy kaszę, płatki, otręby oraz mąkę. Jednakże ta ostania ze względu na brak glutenu nie nadaje się do wypieku chleba, lecz w małych ilościach jest doń dodawana.

Ze względu na mniejszą ilość włókna (w porównaniu z innymi zbożami) słoma owsiana jest chętniej jedzona i łatwiej trawiona przez zwierzęta gospodarskie, zaś plewy dodawane są do ich karmy. Również samo ziarno stanowi istotną część jadłospisu zwierząt gospodarskich.

Jęczmień


Jęczmień to jedno ze zbóż
Foto: Nasze Szlaki

Jęczmień należy do zbóż wysiewanych zimą i wiosną. Jego ziarna mają szerokie zastosowanie w przetwórstwie spożywczym. Powstają z niego kasze, w zależności od grubości rozdrobnienia mamy więc: pęczak (całe nasiona bez łuski, oczyszczone i wypolerowane), kaszę jęczmienną wiejską (nasiona są połamane), kaszę jęczmienną perłową inaczej zwaną mazurską (połamany pęczak, obtoczony i wypolerowany).

Z jęczmienia uzyskujemy również płatki jęczmienne. Słód jęczmienny wykorzystywany jest w browarnictwie do produkcji piw, oraz szczególnie w Szkocji i Irlandii do wytwarzania znanych na całym świecie różnych rodzajów whisky. Ze względu na swe właściwości odżywcze i prozdrowotne jęczmień i jego pochodne wykorzystywane są w lecznictwie i kosmetyce.

Kukurydza


Kukurydza na polu

Wbrew pozorom kukurydza również należy do zbóż. Pochodzi z Meksyku. Na naszych terenach pojawiła się dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku. W naszej strefie klimatycznej dorasta do 2,5 m w tropikach zaś nawet do 6 m. Są różne odmiany, pastewne, gdzie każda część rośliny wykorzystana i przetworzona służy jako pasza dla zwierząt gospodarskich, jak i jadalne wytwarzające kolby z dużymi i bogatymi w składniki pokarmowe nasionami.

W produkcji spożywczej kukurydzę mamy w różnych postaciach, od całych kolb kupowanych w sklepach spożywczych, po płatki, mąkę kukurydzianą, w puszkach, ziarno do prażenia, z którego otrzymujemy tzw. popcorn. Kukurydza wykorzystywana jest również w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym.

Proso


Ziarna prosa

Proso to zboże jare należące do rodziny wiechlinowatych. Kwiatostan jest pod postacią wiechy. Należy do roślin ciepłolubnych, bardzo wrażliwych na niskie temperatury, potrzebuje podłoża bogatego w próchnicę. Dobrze znosi upały i suszę. Łuskane nasiona prosa to kasza jaglana, w niektórych regionach zwana jagłami. Jest ona bardzo zdrowa i łatwo strawna w porównaniu z innymi kaszami, nie zawiera glutenu.

Z prosa uzyskiwana jest również mąka, która dodawana jest do rozmaitych kleików. Kasza jaglana ma właściwości zasadotwórcze, stosowana jest w medycynie naturalnej do oczyszczania organizmu z toksyn, ma właściwości antywirusowe. Proso stanowi dodatek do pasz dla drobiu oraz ptaków egzotycznych trzymanych w domach.


Prace polowe


Przygotowanie gleby pod zasiewy


Po żniwach, gdy z pól uprzątnięto wszelkie zboże, wczesną jesienią z obór, chlewów i stajni wywożony jest obornik. Dziś do przyczepy z nawozem ciągniętym przez traktor doczepiony jest rozrzutnik, który rozrzuca gnój równomiernie po polu. Kiedyś rozrzucano go widłami z wozu ciągnionego przez konia lub woła. Następnie ziemię orano pługiem. Sprzęt ten wykonany był z drewna, części przecinające i odrzucające ziemię na bok (lemiesze, kroje, odkładnice), które dopiero koło drugiej połowy XIX wieku zostały zastąpione metalowymi.

Czynność ta miała na celu przykrycie nawozu, by przyspieszyć proces rozkładu i przejścia w glebę składników odżywczych. W tak przygotowaną ziemię można już było siać zboże. Robiono to w zależności od gatunku jesienią, lub wiosną. Orkę jesienną rozpoczynano po 10.VIII na św. Wawrzyńca.

Orkę wiosenną rozpoczynano nie wcześniej niż 19 marca, na Świętego Józefa.  Zanim rozpoczęto pracę w polu oracza i zwierzę ciągnące pług, skrapiano święconą wodą, zaś do sprzętu przyczepiano palmę lub ziele święcone w dniu Matki Boskiej Zielnej. Czynności te miały ochronić zwierzęta i ludzi pracujących w polu przed wszelkim niepowodzeniem.

Zasiewy


Zasiewy jesienne zaczynano nie wcześniej niż po 8 września, którego patronką była Matka Boska Siewna. W porzekadłach ludowych znajdujemy:

Gdy o Matce Bożej zasiano, to ani za późno, ani za rano.

Tego dnia święcono w kościołach ziarno na zasiewy ozime i jare, na następny sezon. Przestrzegany był przesąd by nie siać pszenicy, gdy na niebie są i księżyc i słońce jednocześnie, bo później zboże porażone będzie śniecią, grzybem pasożytniczym. Mawiano więc:

Zasiewy gdy dwa światła świeci, to się pszenica śnieci. 

Do ziarna na siew dorzucano odrobinę nasion z kłosów poświęconych na Matki Boskiej Zielnej i skrapiano wodą święconą. Siew ozimy trzeba było zakończyć do św. Mateusza (21.IX). Zwyczaj nakazywał, aby siewca zdjąwszy wpierw czapkę, pierwszą garść zboża rozsypał na polu tworząc znak krzyża i mówiąc W mię Ojca i Syna i Ducha Świętego, lub Boże Pobłogosław. Dopiero potem dobywając z płachty przewieszonej przez ramię ziarno, szedł siejąc je w świeżo zaoraną ziemię. Podczas siania zboża nie wolno było nic mówić coby chrobaki nie chlały ziarna.

Po zasianiu zboża nasiona trzeba było przykryć cienką warstwą ziemi. Do tego służyły brony ciągnione przez konia czy wołu. Na początku były całe drewniane, później z zębami metalowymi, całe żelazne zaś pojawiły się w użyciu dopiero tuż przed pierwszą wojną światową.


Żniwa


Żniwa dawniej


Dawniej uważano, że najlepszym dniem na rozpoczęcie żniw jest 25 czerwca – dzień św. Jakuba. Tego dnia ważne było, aby choć kilka źdźbeł ściąć, jak nakazywała tradycja. Do tego dnia gospodarze powinni być już dobrze przygotowani.


Przepióreczka się odzywa,
Idą, idą polem żniwa,
Brzęczą sierpy, brzęczą kosy,
Ciężkie ziarnem lecą kłosy.
Dana! Da-dana!

A ode wsi słychać śpiewki,
Śpieszą chłopcy, śpieszą dziewki,
Niosą grabie, w pole dążą,
Za żeńcami snopy wiążą.
Dana! Da-dana!

Co powiążą ciężkie snopy,
To składają je na kopy;
Dobra ziemia, łaska boża,
Będzie chlebek z tego zboża.
Dana! Da-dana!

Maria Konopnicka „Żniwa” w „Poezje dla dzieci do lat siedmiu” wyd. M. Arcta ,Warszawa 1922


Snopek siana ze skansenu w Tokarni

Wozy drabiniaste przyszykowane, skrzynie na ziarno uprzątnięte, w stodołach sąsieki opróżnione, sprzęty do żęcia czy koszenia wyostrzone. Oczywiście, jak zawsze, pamiętano by najważniejsze czynności, więc i żniwa, rozpoczynać w środę lub sobotę. Nigdy w poniedziałek czy piątek, bo to zapowiadało trzy kolejne lata niepowodzeń. W pole wychodziła cała rodzina, parobkowie i często sąsiedzi, którym rewanżowano się później taką samą pomocą w polu.

Do żniw szły kobiety i wszystkie dzieci, te najmniejsze kładziono na miedzach w koszykach. Był określony podział pracy. Rozpoczynał gospodarz, podczas ścinania pierwszej garści sierpem wypowiadał słowa W imię Boże lub Boże dopomóż. Po nim pracę rozpoczynali mężczyźni, ustawieni rzędem. Zazwyczaj na ich czele znajdował się przewodnik, który nadawał tempo żęcia. Gdy trzeba było przekazać sierp innej osobie, nigdy nie podawano go z rąk do rąk, najpierw rzucano go na ziemię, by druga osoba mogła go wziąć. Ten zwyczaj miał logiczne wytłumaczenie, w ten sposób unikało się ewentualnego skaleczenia ostrym narzędziem.

Za mężczyznami, żeńcami szły kobiety. Najpierw brały garść zboża i skręcały z niego powrósło, potem kładły na nim zebrane naręcza zboża i mocno związywały tworząc snopek. Odkładały go na ziemię i rozpoczynały pracę od nowa. Za kobietami szły dzieci i starcy ustawiając snopki po piętnaście sztuk. W zależności od regionu nazywano je łękami, stygami, kupkami.

Wóz drabiniasty ze słomą

Z ostatniej garści zboża żeńcy robili tzw. babę lub pępek. Był to mały snopek przewiązany trzykrotnie powrósłem i stawiany w rogu pola. Jako dar dla myszy, by te w polu zostały i do domu zimą nie przyszły.

Kiedy całe zboże było już ścięte i ustawione na polu, rozpoczynano zwózkę. Zwyczaj nakazywał, aby nie robić tego wcześniej niż na św. Dominika 4-ego sierpnia. Na wozie drabiniastym ciągnionym przez konie lub woły układano starannie snopki, tworząc wysoką furę i zwożono do stodół, gdzie układano je w sąsiekach.

Snopek żyta, który związano jako pierwszy podczas żniw, nie był poddany późniejszej młocce, lecz przechowywany i w wigilię stawiany przez gospodarza w rogu izby, lub wieszany na ścianie. W Trzech Króli lub w Nowy Rok wynoszono go z domu, ziarno z niego dodawano do ziarna siewnego, zaś słomę rżnięto na sieczkę i dawano do jedzenia bydłu. Zwyczaj ten, jak wiele innych, sięga korzeni prasłowiańskich.

W Święto Szczodrych Godów, przypadające podczas przesilenia zimowego, nasi przodkowie wnosili i stawiali w rogu izby snopek żyta zwany Diduchem, następnie dekorowali go suszonymi owocami i orzechami. Jego obecność miała wróżyć urodzajny nadchodzący rok.

Dawni rolnicy podczas pracy w polu
Żniwa na Mazowszu. Adela i Jan Żurawscy. Wieś Dobrzenica (dawniej Słonawka) początek lat 60-tych ubiegłego wieku.

Utożsamiano go również ze zmarłymi przodkami (Słowo Diduch w języku Prasłowian oznaczało przodka, dziada). Wynoszono go z domu kilkanaście dni później (Szczodre Gody trwały około dwóch tygodni). Był on pieczołowicie przechowywany do wiosny, zaś jego nasiona posłużyć miały do wiosennej siejby.

Dawne sprzęty rolnicze

Sierp

Sierp narzędzie rolnicze

Sierp jest najstarszym stosowanym w rolnictwie sprzętem do żęcia zboża. Na naszych terenach żęto nim aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Współcześnie wciąż używany jest jako sprzęt pomocniczy w żniwa, oraz do ścinania mniejszych ilości roślin, chwastów itp.

Z sierpem wiązała się silna międzypokoleniowa tradycja polegająca na tym, że ojciec, czy dziadek przekazywał sierp wraz z gospodarstwem swemu synowi czy wnukowi.  Jak w znanej nam wszystkim trylogii filmowej Sylwestra Chęcińskiego, gdzie pojawił się sierp tatowy. 

Nieprzypadkowo też ósmy miesiąc roku nazwany został sierpniem – wszakże w tym właśnie letnim czasie sierp był powszechnie używany.

Kosa

Rolnik koszący zboże kosą

W drugiej połowie dziewiętnastego wieku do użytku wprowadzona została kosa. Dzięki niej prace żniwne postępowały szybciej i sprawniej. Jednakże na początku wywoływała duże emocje. Starsze pokolenie wierne tradycji nie chciało zrezygnować z sierpa. Uważano, że koszenie nią zboża to świętokradztwo, kojarzona była raczej z atrybutem kostuchy – śmierci.

Uważano również, że zbyt dużo słomy marnuje się pozostając pod postacią rżyska na polu. Sierpem można było żąć precyzyjniej, bliżej ziemi. Niechęć do tegoż nowoczesnego sprzętu brała się również stąd, że kosa nie przycinała roślin dokładnie i równo, jak sierp.

A na tym szczególnie zależało mieszkańcom równin i nizin, gdzie słoma żytnia, równo przycięta służyła jako strzecha – poszycie dachowe. Koszenie kosą podczas żniw było typowo męskim zadaniem. Pozostałą pracę przy żniwach analogicznie jak podczas stosowania sierpów wykonywały kobiety, starszyzna i dzieci.

Żniwiarka

Żniwiarka w polu

Kolejnym krokiem milowym w postępie żniwnym było wymyślenie kosiarki konnej, tak zwanej żniwiarki. W późniejszym czasie konie zastąpiono traktorami.

Żniwa dzisiaj


Kombajn

Kolejny nowocześniejszy sprzęt to kombajn, nasz pierwszy model, spotykany do dziś na polach to Bizon, produkowany był w Polsce (Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej) od 1970 roku. Kombajn nie dość, że kosi, on automatycznie „wciąga” zboże i natychmiast młóci. Ziarno sypie się z dużą prędkością do wmontowanych zbiorników, zaś po ich wypełnieniu sprzęt podjeżdża do przyczepy i następuje zrzut ziarna.

Czerwony kombajn podczas pracy w polu

Po zakończeniu pracy kombajnu, na rżysku pozostaje słoma.  W zależności od wielkości pola właściciel albo zbierze ją ręcznie, przy pomocy wideł wrzucając na wóz i zawożąc w stanie luźnym do stodoły, lub jeśli pole jest duże, wykorzysta snopowiązałkę lub belarkę – sprzęty, które sprasują słomę w kostki lub baloty. Kostki łatwo będzie zwieźć do stodoły, baloty zaś, gdy zapakowane zostaną w specjalny nieprzepuszczający do wewnątrz materiał – mogą zostać na polu nawet do następnego sezonu.

Snopowiązałki i belarki



Młocka (omłot)


Młocka cepem


Młocka to zabieg polegający na wybiciu ziarna z kłosów zbóż. W zamierzchłych czasach po ściętym zbożu przepędzano stada bydła, które kopytami wytłukiwało nasiona. Później znaleziono inny sposób, nieangażujący zwierząt, lecz siłę mięśni ludzkich. Zboże młócono cepem. Budowa tegoż sprzętu jest bardzo prosta. Stąd też wzięło się powiedzenie prosty jak budowa cepa. Są to dwa połączone ze sobą kije.

Dłuższy, to dzierżak – nazwa wzięła się od dzierżenia (trzymania) w dłoni. Jest to około 180-190 centymetrowy kij z bardzo mocnego drewna jałowcowego, jesionu, dębu lub grabu, drugi – bijak – dużo krótszy, mniej więcej 80 cm, równie wytrzymały. Oba połączone są trokami z surowej skóry, zapętlonymi na końcu dzierżaka w specjalnie wygiętym na gorąco oczku z dębowej listewki, czyli tzw. kapicy i przywiązane do bijaka w odpowiednio wydrążonym rowku.

Młocka odbywała się już po zwiezieniu zboża do stodoły, nie miała określonego wytyczonego czasu. Gospodarz młócił w wolnych chwilach.  Snopki rozwiązywano i układano na klepisku tj. podłodze stodoły w taki sposób, by kłosy ułożone były w jednym rzędzie.

Gospodarz i najstarszy syn, lub parobek brali cepy, ustawiali się naprzemiennie po obu stronach ułożonego zboża i uderzając mocno bijakiem o kłosy wytłukiwali nasiona. Te uwolnione spadały na podłogę. Następnie, już samą słomę (puste kłosy z łodygami) mężczyźni wrzucali z powrotem do sąsieka. Na podłodze pozostawały nasiona zanieczyszczone plewami – fragmentami połamanych kłosów.

Młocka zboża cepem

Zmiatano to wszystko na płachtę, po czym dwie osoby wynosiły ją na dwór, rozpościerały materiał i podrzucały ziarno z plewami do góry. Wtedy to wiatr porywał lekkie plewy, które frunęły dalej, a na płachtę spadały już oczyszczone nasiona zbóż. Oczywiście wiadome było, że w bezwietrzny dzień nie można było w ten sposób oddzielić ziarna od plew. W późniejszych czasach wymyślono specjalne sprzęty do oczyszczania ziarna – tzw. wialnie. Na początku napędzane były ręcznie, lub kieratem później elektryczne. W późniejsze młocarnie i kombajny wialnie wbudowywane są automatycznie.

Młocarnie mechaniczne


Pierwsze mechaniczne młocarnie pojawiły się pod koniec XVIII wieku. Początkowo napędzane były kieratem poruszanym siłą zwierząt pociągowych. Później uruchamiane były dzięki maszynom parowym, następnie dzięki silnikom spalinowym. Dziś młocarnie wbudowywane są w kombajny, nie produkuje się już ich  jako sprzętu autonomicznego.

Mielenie ziarna na mąkę


Żarna


Żarna kamienne dawny sprzęt rolniczy

W najdawniejszych czasach ziarno zbóż uzyskane z dziko rosnących roślin, miażdżono roztłukując nasiona pomiędzy kamieniami. Potem odkryto łatwiejszą metodę, oszczędzającą nieco energię – rozcierano ziarna na większym kamieniu, drugim mniejszym, zwanym rozcieraczem.

Wielkim postępem było wymyślenie żaren obrotowych. Składały się one z dwóch okrągłej średnicy, płaskich kamieni, górnego, ruchomego – bieguna (biegusa) i leżącego pod nim leżaka (legusa). Oba kamienie obudowane z czterech stron i od spodu deskami, od góry były odkryte. Biegun w części środkowej posiadał okrągły otwór, przez który wsypywano ziarno. Przymocowanym do biegusa drągiem wprowadzano go w ruch obrotowy. Ziarna dostawszy się pomiędzy kamienie rozcierane były na mąkę drobniej lub grubiej mieloną, a nawet na kaszę np. jęczmienną – jeśli szczelina pomiędzy kamieniami była większa. Odległość tę regulowano specjalnym mechanizmem.

Z żarnami związane jest pierwsze napisane w języku polskim zdanie. Brzmiało ono:

Day ut ia pobrusa, a ti poziwai (Daj ać ja pobruszę a ty pocziwaj).

A znaczyło „Daj żono (kobieto) ja pomielę a ty odpocznij” lub według innych językoznawców: ”Daj żono (kobieto) ja pomielę a ty podziwiaj”. Zdanie to zapisał opat cysterski Piotr w 1270 roku w Księdze Henrykowskiej w Henrykowie. A wypowiedział Bogwał, właściciel Brukalic śląskich do swej żony.

Mielenie ziarna na żarnach było wydajniejsze niż rozcieranie ręczne kamieniem o kamień, jednak i tu trzeba było spożytkować dużą energię i poświęcić sporo czasu. Dlatego ludzie wymyślili młyny wodne i wietrzne, w których, zamiast nich, ziarno na mąkę mieliły młyny wodne i wiatraki.

Młyny wietrzne i wodne – Wstęp


Patronem młynarzy wodnych i wiatraczników – młynarzy z wiatraków – jest święty Marcin. Na 11 listopada wszystkie młyny miały obowiązek zatrzymać swą pracę. Młynarze brali za zmielenie ziarna 10-15 % zmielonej mąki. Odmierzali ją specjalnymi miarkami, które w zależności od mierzącego, mogły być pełniejsze, lub nie, mąka mogła być bardziej zbita, lub luźniejsza – to dawało pole do popisu nieuczciwości młynarza. Dlatego więc gospodarze woleli mielić ziarno na swoich ręcznych żarnach, niż wieźć je do młynów. Na terenie leżącym nad górną Wartą śpiewano o tym:

Młynarz na miarze oszukuje, diabeł mu grzechy karbuje. Pójdę po swojej woli, bo mnie serce mocno boli.

Lub w innej przyśpiewce:

Komu droga miarka, temu młynkiem żarnka. Chociaż grubo miele, to zatka gardziele.

Dopiero w czasie zaborów władze rządzące mające profity od młynarzy, narzuciły ludności korzystanie z wiatraków i młynów wodnych.

W intensywnie pracujących młynach i wiatrakach kamienie młyńskie szybko się ścierały. Trzeba je było ostrzyć średnio raz na tydzień. Czynność ta polegała na wyżłabianiu i pogłębianiu zatartych poprzecznych rowków na wewnętrznej stronie górnego ruchomego kamienia – bieguna. Spodni kamień, leżak, był gładki.

Pomiędzy młynarzami wodnymi, a wiatracznikami zauważalna była niechęć. Poza tym za biedniejszych uważano zawsze tych drugich. Skąd się to brało? Trudno jednoznacznie określić. Być może to, że młyny wodne były zawsze konstrukcji stabilniejszej, zbudowane z kamienia lub cegieł, wiatraki zaś zazwyczaj z drewna, więc mniej trwałe, pełne szczelin pomiędzy deskami, więc narażone na wieczne przeciągi. Może sądzono, że wiatr wywiewa z nich mąkę? Wieczny przeciąg powodował szum, co brano za przysłowiową biedę, która piszczała?

Przyczyna może tkwić również w czym innym. Otóż woda zazwyczaj płynęła, zatem młynarz wodny mógł pracować w każdej chwili, zaś wiatracznik uzależniony był od wiatru, kiedy jego zabrakło, nie można było mielić.

Praca młynarza, mimo, że na ogół dawała prestiż i dobre dochody, należała do trudnych i niebezpiecznych. Ze względu na nieosłonione mechanizmy młyńskie pracujący tam narażeni byli na poważne uszkodzenia ciała, a nawet śmierć. Był jeszcze jeden cichy zabójca – pył mączny łatwo unoszący się w powietrzu. Młynarze wdychali go co dzień, a to skutkowało w rezultacie ciężką chorobą płuc – pylicą i w końcu śmiercią.

Ten sam, niebezpieczny dla zdrowia pył mączny jest bardzo łatwo palny. Zbyt duża ilość cząsteczek w powietrzu powoduje w końcu wyładowanie elektryczne, a ono działa jak lont w dynamicie – wywołuje zapłon łatwopalnego pyłu mącznego. W młynach i wiatrakach, wybuchały więc gwałtowne pożary.  Aby temu zapobiegać, młynarze musieli pamiętać o częstym przewietrzaniu pomieszczeń.

Młyny wietrzne (wietrne) – wiatraki

Mamy trzy rodzaje wiatraków, w zależności od sposobu obracania ich skrzydeł do wiatru. Są więc: koźlaki (najczęściej budowane na naszych terenach), holendry i paltraki. Do określenia kierunku wiatru, na dachach wiatraków często montowano specjalne kurki, metalowe chorągiewki lub sylwetki kogutów.

Wiatrak typu koźlak

To najstarszy typ wiatraków, jakie pojawiły się na naszych terenach. A było to w drugiej połowie XIII wieku. Można powiedzieć, że jest to budynek zawieszony nad ziemią. Jego ściany nie są zbudowane jak w każdej innej budowli, na fundamentach. Cała bryła wsparta jest o kozioł, czyli skrzyżowane bele, one stykają się z podłogą wiatraka w jej centralnym miejscu wspierając cały budynek.

Dzięki takiej konstrukcji cały koźlak można było obracać na tymże koźle wokół własnej osi. Do dyszla wyprowadzonego na zewnątrz zaprzęgano konie, woły, lub w kilku silnych mężczyzn obracało wiatrak.

Wiatrak typu koźlak
Młyn wietrzny typu koźlak. Skansen w Kawęczynie pod Tarczynem 2008 rok.

Gdy skrzydła – śmigi łapały wiatr, wtedy w takiej pozycji młyn pozostawiano. Charakterystyczna budowa koźlaka mogła mieć związek z powstaniem bajki o Babie Jadze, która mieszkała w chatce na kurzej nóżce.  Możliwe również, że w ten sposób straszono małe dzieci, by nie zbliżały się do młynów wietrznych, które szczególnie podczas pracy stwarzały niebezpieczeństwo wobec zdrowia i życia nieuważnych postronnych.

Wiatrak typu holender

Jak wiemy Holandia słynie z wiatraków, a raczej słynęła, ponieważ te klasyczne możemy spotkać jedynie w holenderskich skansenach. Poza typowym zastosowaniem, czyli mieleniem zboża, wiatraki służyły przede wszystkim za pompy. Prawie jedna czwarta terenów Holandii leży poniżej poziomu morza, w tzw. depresji. Przed zalaniem jej przez wodę chroni specjalnie wybudowany system tam i grobli.

Wiatrak typu Holender
Wiatrak typu holender. Skansen w Kawęczynie pod Tarczynem.

Wiatraki holenderskie służył jako pompy do osuszania polderów, przepompowywały wodę w specjalnie zbudowane kanały, którymi już swobodnie woda wpływała do Morza Północnego. Wiatrak tej konstrukcji był stabilniejszej niż koźlak.

W nim obracała się jedynie czapa ze skrzydłami. Z tejże górnej, ruchomej części budynku wyprowadzony był długi dyszel sięgający ziemi. Aby obrócić skrzydła do wiatru (wraz z dachem), zaprzęgano do dyszla konie lub jeśli wiatrak był niewielkich rozmiarów przestawiali je siłą swych mięśni ludzie.  W Polsce holendry pojawiły się w XVIII wieku, nie zyskały jednak takiej popularności jak starsze koźlaki.

Paltrak – wiatrak o mechanizmie rolkowym

Najprościej można by ująć, że paltrak jest połączeniem koźlaka i holendra. Cały budynek można obrócić dzięki temu, że oparty jest całym swym obwodem na specjalnym systemie rolek sunących po wmontowanych w fundamenty szynach. Kiedyś paltraki obracano tak samo jak koźlaki – zaprzęgając do wypuszczonego z budynku dyszla – konie. Później budowane można też było obracać za pomocą ręcznych kołowrotów i liny, czyli tak zwanej baby.

Młyny wodne – Wstęp


Młyny wodne należą do jednych z najstarszych wynalazków techniki  i najdłużej w historii ludzkości wykorzystywanych. Pierwsze pojawiły się ponad dwa tysiące lat temu, zaś schyłek ich świetności przypada na koniec XIX wieku, kiedy to wyparte zostały przez maszyny napędzane parą wodną i wreszcie  przez silniki spalinowe oraz elektryczne.

Na naszych terenach pierwsze młyny wodne pojawiły się na przełomie XI i XII wieku. Lecz dopiero w drugiej połowie XIII wieku zyskały na popularności. Ze względu na gęstą sieć rzek i ich mniejszych dopływów, były  one chętniej budowane niż wiatraki, które potrzebowały otwartych terenów. Już w XIV wieku statystycznie jeden młyn przypadał na 1,5 wsi.

Ciekawostką jest fakt, że rodzice Władysława Stanisława Reymonta byli właścicielami młyna wodnego znajdującego się we wsi Jakubów, nad rzeczką Wolbórką, największym lewym dopływem Pilicy. Tam autor „Chłopów” napisał jedne ze swych pierwszych dzieł.

Młynarzy z młynów wodnych często podejrzewano o konszachty z siłami nadprzyrodzonymi, demonami wodnymi, czy diabłem. Szczególnym lękiem napawały mieszkańców wsi ruiny spalonych młynów. Wierzono, że w ich zgliszczach gnieżdżą się siły nieczyste.

W zależności od nurtu rzeki i ukształtowania terenu budowano młyny podsiębierne, nasiębierne, lub rzadziej śródsiębierne. Były również bździele – młyny pływające na tratwach po nurcie rzeki.

Młyny wodne podsiębierne (podsiebierne)

Budowano na terenach płaskich, gdzie nurt rzeki płynie leniwie. Koła wodne, których dolna część była nieco zanurzona w wodzie, posiadały na całym swym obwodzie wmontowane  łopatki.

Młyn wodny.
Młyn wodny podsiębierny –replika. Skansen w Kawęczynie pod Taczynem.

Przepływająca woda pchała je, wprowadzając  jednocześnie koło w ruch. Takie koła wodne nazywane były kołami łopatkowymi lub walnymi. Były one największe ze wszystkich kół młyńskich, lecz jednocześnie najmniej wydajne (około 20-30%).

Młyny wodne nadsiębierne (nasiębierne)

Budowane były  na terenach górzystych. Ich koła wodne wmontowane miały po zewnętrznej stronie korytka. Dlatego zwano je kołami korytkowymi, lub korzecznymi.

Młyn wodny z Tokarni
Młyn wodny nasiębierny. Skansen wsi kieleckiej w Tokarni 2015 rok.

Woda wlewała się do nich z góry wymuszając tym samym obrót koła. Były to młyny dużo wydajniejsze w pracy w porównaniu z młynami posiębiernymi, gdyż jak wiadomo woda spadająca porusza się szybciej niż płynąca. Wydajność określana była na około 70%.

Młyny wodne śródsiębierne

Występowały na naszych terenach najrzadziej. Pierwsze pojawiły się dopiero w połowie XVIII wieku. Ich koło wodne zanurzone było do połowy w nurcie rzeki, co powodowało większy nacisk wody na powierzchnię obwodową koła więc i wydajniejszą pracę (wyliczoną na 80%). Tego typu koła wodne były pierwowzorem wymyślonych nieco później turbin wodnych .

Młyny ta tratwach – bździele.  Młyny na palach (na wagach)

Nie zawsze młyn wodny usytułowany był na brzegu rzeki. W XV wieku, aż do XIX- tego popularne były młyny budowane na tratwach lub barkach. Pływały one po płytkich rzekach o powolnym nurcie, korzystali z nich mieszkańcy leżących nieopodal rzeki wsi. Młyny te zwane były bździelami, nic więc dziwnego, że znane w tychże okolicach było hasło – zawołanie :

Miele bździele!

Inne nietypowe młyny tzw. na wagach budowane były na palach wbitych w dno koryta rzecznego. Połączone były z brzegiem pomostem.

Wypiek chleba


Najstarszy odkryty przez archeologów chleb, datowany jest na ponad 6100 lat. Nie przypominał on jednak naszego dzisiejszego pieczywa. Wyglądał raczej jak twarde placki przypominające macę, na naszych terenach zwany był kołaczem. Dopiero dodanie do niego zakwasu spowodowało, że chleb stał się pulchniejszy, ale i zdrowszy. Mógł być również dłużej zdatny do jedzenia, a co za tym idzie rzadziej pieczony i dłużej przechowywany.

By powstał zakwas potrzebna jest mąka żytnia (rzadziej pszenna czy orkiszowa) i woda, obie w takich samych proporcjach, oraz stała dość wysoka temperatura (26-30 stopni Celsjusza). Warunki te sprzyjają procesowi fermentacji – namnażaniu się specyficznych bakterii mlekowych i dzikich drożdży. Te współpracując ze sobą niszczą niebezpieczne enzymy rakotwórcze i substancje chemiczne, które mogą pojawić się w zanieczyszczonym zbożu. Do tego nadają wypiekom puszystość.

Gospodynie wyrabiały zakwas w glinianych garnkach lub w dzieżach, następnie przykrywały go ściereczką i stawiały blisko pieca. Było tam stale ciepło, gdyż codziennie gospodyni paliła w kuchni ogień, by przygotowywać posiłki. Zakwas można było  wykorzystać już po kilku godzinach, jednak 2-3 dniowy był dużo lepszy i skuteczniejszy.

Gdy nadszedł odpowiedni czas gospodyni najpierw musiała napalić w piecu chlebowym. Najlepiej nadawało się do tego drewno z drzew owocowych lub dębowe, bo ich dym nadawał chlebom specyficzny posmak. Gdy rozpalony ogień nagrzewał równomiernie ściany pieca gospodyni w niecce (wyżłobionym drewnianym korytku) wyrabiała ciasto z zakwasu, wcześniej przesianej na przetaku mąki, soli i wody.

Tak wyrobioną masę przekładała do oprószonych mąką  płytkich koszyczków z wikliny (opałki) lub słomy (słomianki) i stawiała blisko pieca, by w cieple ciasto jeszcze urosło. Następnie wygarniała z paleniska żar  kociubą – tyczką (inne nazwy regionalne to pociosek , ciosek) z przymocowaną na końcu poprzeczną deseczką na blat kuchni, a z niego pod fajerki. Żar mógł być wykorzystany jeszcze do  ugotowania strawy.

Jeśli piec chlebowy nie miał wbudowanego poniżej blatu, żar spychany był pod najdalszą ścianę pieca. Następnie gospodyni sprawdzała czy piec jest odpowiednio nagrzany, wrzucała więc w czeluście (wnętrze pieca) odrobinę mąki. Jeśli ta zarumieniła się, znaczyło, że temperatura jest odpowiednia do wypieku, jeśli zaś spłonęła natychmiast-wewnątrz było zbyt gorąco, trzeba było piec nieco schłodzić. Brała więc pomiotło (długi kij z pęczkiem słomy na czubku, obwiązany mokrą szmatą) i zmoczywszy go w lodowatej wodzie obcierała nim wewnętrze pieca.

Nastepnie wyrośnięte ciasto przekładała z koszyczków, na łopatę chlebową, smarowała je po wierzchu pędzelkiem namoczonym w wodzie by zmyć z wierzchu mąkę (inaczej skórka by się nie zarumieniła)  lub rozbełtanym białkiem z jajka (co dawało potem chrupiącą błyszczącą skórkę), nakreślała na pierwszym z nich znak krzyża i wsuwała je wszystkie do pieca starając się, żeby dokładnie każdy bochenek ułożyć w odpowiednim miejscu. Musiała to zrobić sprawnie i w miarę szybko, by ciasto nie opadło.

Źródła historyczne podają różny czas pieczenia chlebów, od  trzech zdrowasiek – tj. około 30 minut, po nawet dwie godziny.  Z pewnością czas ten zależny był od temperatury panującej w czeluściach, oraz od wielkości bochenków. Niektóre gospodynie miały pewien sposób, a mianowicie, kiedy wsunęły chleb do pieca, szybciutko do kubka wody rzucały  małą kulkę surowego ciasta chlebowego – gdy ta wypłynęła na wierzch – chleb był gotowy do wyciągnięcia z pieca.

Świeżo wypieczony chleb
Chleby wyjęte z pieca. W tle opałki – koszyczki do wyrastania ciasta.

Można też było stuknąć w spód bochenka, jeśli dał głuchy odgłos, znaczyło, że jest odpowiednio wypieczony.  Bochenki gospodyni wyjmowała z pieca tą samą łopatą, na której je wcześniej wsunęła i układała je  na półce lub ławie przykrywając ściereczką. Takie chleby mogły leżeć nawet dwa tygodnie a jeszcze nadawały się do jedzenia. Zresztą dawniej zwyczaj zabraniał jedzenia świeżego chleba, uważano, że jest on niezdrowy. Czerstwy dawał uczucie sytości.

Wierzenia, przesądy i mądrości ludowe


Wierzenia, przesądy i mądrość ludowa związane z pracami polowymi


W wierzeniach ludowych znaleźć możemy ogromną ilość demonów, stworów i duszków zamieszkujących domy, lasy, łąki, wody i powietrze. Opowieści o nich były przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie. W każdej chwili życia świat duchów przeplatał się ze światem żywych i to już od najdawniejszych przedchrześcijańskich, prasłowiańskich czasów (mam tu naturalnie na myśli tereny naszej współczesnej Polski).

Każda praca wykonywana dawniej obwarowana była swego rodzaju zakazami i nakazami. Przyjrzyjmy się więc choćby żniwom. Okresowi bardzo istotnemu, od niego przecież zależało przysłowiowe być albo nie być każdego mieszkańca wsi.

Według wierzeń ludowych pola, a szczególnie łany zbóż zamieszkiwały południce. Wywoływały one falowanie zbóż podczas bezwietrznego dnia, tworzyły wiry powietrzne unoszące skoszone źdźbła, czy siano na łące. Południce inaczej zwano przypołudnicami, żytnimi czy rżanymi babami. Wyobrażano je sobie w zależności o regionu albo jako stare wysuszone kobiety, albo częściej – jako piękne dziewczyny odziane w białe, zwiewne suknie, trzymające zazwyczaj w dłoni sierp.

Skąd się brały? Według podań ludowych były to dusze panien młodych, dziewic, które zdążyły umrzeć nie zaznawszy miłości fizycznej. Południce były bardzo niebezpiecznymi demonami, szczególnie aktywnymi w południe. Stąd wziął się nakaz społeczny, by w tym momencie dnia zejść z pola i wrócić do domu, albo przeczekać ten czas gdzieś w cieniu. Absolutnie nie wolno było kłaść się na miedzy, bo z pewnością wtedy diablica udusi.

Południca często, gdy dopadła jakąś ofiarę, potrafiła zamęczyć ją bijąc do nieprzytomności. Była jednak szansa by się wykupić od śmierci. Trzeba było odpowiedzieć na zadaną przez nią zagadkę. Żytnie baby winne były również podmienianiu dzieci. Jak wiemy, do pracy w polu, szczególnie w żniwa, wychodziła cała rodzina, zabierano nawet najmłodsze maluchy. Kobiety zostawiały je w wiklinowych koszykach na miedzy, same zaś ciężko pracowały pomagając mężczyznom. Często zdarzało się, że dzieci te rano spokojne i grzeczne, po pewnym czasie zaczynały bardzo płakać i trudno je było uspokoić.

Wierzono wtedy, że podmieniła je południca, że przyniosła złe, a zabrała dobre dziecko. Dziś możemy się domyślać, że dzieci nie zostały podmienione, że z pewnością coś się wydarzyło, podczas gdy leżały one w koszyczku na miedzy. Może dostały udaru cieplnego, albo pogryzły je mrówki czy inne owady? Wiemy też, że godziny południowe w letni upalny dzień są po prostu bardzo niebezpieczne dla zdrowia człowieka, bo jest wtedy najsilniejsze słońce, które może wywołać nagłą utratę przytomności z powodu: odwodnienia, udaru cieplnego, wylewu krwi do mózgu, zawału serca i wielu innych nagłych destrukcyjnych reakcji organizmu.

Dawniej o tym nie wiedziano, za wszelkie tragedie, które wydarzały się w polu obwiniano różne demony, w tym i południce. Żytnie baby miały swój męski odpowiednik. Był nim polewik, niewysoka pokraczna istota z ziemistą cerą i z kłosami zbóż wyrastającymi zamiast brody. Był demonem opiekuńczym, dbał o łany zbóż. Potrafił być jednak niebezpieczny dla tzw. obiboków, czyli tych, którzy zamiast pracować ucinali sobie drzemkę na miedzy, przychodził wtedy i ich dusił. Nie cierpiał szczególnie pijanych.  Najbardziej aktywny był w południe i koło zmierzchu. W żniwa uciekał przed sierpami żeńców i kosami kosiarzy, ukrywał się wtedy w snopkach. Często w jednym z nich zabierany był do stodoły, gdzie spokojnie przesypiał zimę.

Wierzenia związane z młynarstwem wietrznym i wodnym


Wiemy już że łany zbóż zamieszkiwały południce i polewiki. Ale demony, według przekazów ludowych i wierzeń prasłowiańskich, występowały również w powietrzu i wodzie. Również z nimi człowiek musiał nauczyć się żyć i zachowywać ostrożność przed grożącym z ich strony niebezpieczeństwem.

Przyjrzyjmy się środowisku wodnemu, jeziorom, rzekom, bagnom, małym gliniankom a nawet studniom. Mieszkały tam ponoć wodniki, niewielkie, bo około półmetrowej wysokości stworki o zielonkawej lub rybiej barwie z palcami połączonymi płetwami. Zazwyczaj nie były groźne dla człowieka, chyba, że ten zrobił jakąś krzywdę wodzie i bliskiemu jej otoczeniu, którymi opiekował się dany duszek. Wtedy wodnik był bezwzględny i topił winnego.

Jeśli topielec był mężczyzną, zamieniał się potem w topielca, jeżeli zaś była nią kobieta, zamieniała się w topielicę. Utopce i topielice były jeszcze bardziej niebezpieczne. Demony męskie – pod postacią pięknych młodzieńców wabiły młode dziewczyny nad wodę, po czym wciągały ją i topiły. Utopione panny zamieniały się dla odmiany w niebezpieczne dla rodu męskiego, topielice. Tak oto rosły niebezpieczne szwadrony demonów – podwodnych mieszkańców stawów, rzek, bagien i studni.

Jednym z niewielu żyjących w dobrej komitywie z utopiami, topielicami i wodnikami był młynarz, który z racji ciągłego przebywania przy wodzie chcąc nie chcąc musiał jakoś się z nimi dogadywać. Częstokroć uważany był za łącznika między światem duchów wodnych a ludźmi.

W momencie, gdy ktoś z okolicznych wsi utonął, czy to w rzece, jeziorze, studni czy nawet kałuży, mieszkańcy okolicznych wsi zbierali się i w procesji nieśli dary do młynarza by ten przebłagał demony wodne, by te już więcej ludzi nie topiły. Również młynarz z wiatraków miał ponoć kontakty z duchami, tym razem mieszkającymi w powietrzu, z latawcami.

Z natury demony te były złośliwe wobec człowieka, ale był sposób, żeby nakłonić je do współpracy. Trzeba je było przekupić obfitym poczęstunkiem, rzucić na niego zaklęcie lub po prostu się pomodlić. Wtedy latawce stawały się sprzymierzeńcami człowieka. Potrafiły ponoć współpracować z młynarzem i dmuchać w śmigi wiatraka, by ten mógł mielić zboże w bezwietrzny dzień. Mogły też zabierać wiatr innemu młynarzowi – konkurentowi zaprzyjaźnionego człowieka.

Niektóre przesądy korzenie swe miały w wierze chrześcijańskiej. Wierzono na przykład, że najlepszym dniem na rozpoczęcie ważnych czynności (żniwa, wykopki , sianokosy, budowa domu, przeprowadzki itp.) jest środa lub sobota, dniom tym patronowała Matka Boska. Za to w poniedziałki i piątki był zakaz wychodzenia do prac polowych. Kto nie posłuchał narażony był na niepowodzenie, chorób a nawet śmierć.

Zwyczaje i przesądy związane z wypiekiem chleba


Wypiekiem chleba w domach zajmowały się wyłącznie kobiety. Wszystkie czynności związane z jego produkcją były niemal celebrowane i uznawane za godne. Obwarowane również były konkretnymi nakazami i zakazami.

Nie wolno było przeklinać i głośno rozmawiać, co mogło obrazić chleb i spowodować, że ciasto  nie wyrośnie. Niemile widziani byli w tym czasie goście, ponieważ obawiano się, że obcy mogą rzucić urok i wypiek się nie uda. Również mężczyźni nie powinni przebywać w izbie gdzie robiony był i pieczony chleb.

Piec chlebowy nie mógł być pusty, po wyciągnięciu bochenków gospodyni zawsze wrzucała tam kawał drewna, a drzwiczki zamykała. Ponoć chroniło to zwierzęta gospodarskie przed wyjałowieniem, lub w innych regionach wierzono, że wybawiało to  jedną duszę z męk piekielnych. Dawniej uważano, że w piecach chlebowych mieszkają demony  i dusze zmarłych przodków. Nie wolno było więc piec chlebów w Wielką Sobotę oraz w dzień Zaduszny, by nie zakłócać duchom spokoju.

Innym ściśle przestrzeganym nakazem było, by pierwszy upieczony chleb nigdy nie kroić nożem, lecz jeść go odrywając kawałki. Na każdym  bochenku przed rozpoczęciem krojenia kreślono końcówką noża znak krzyża.

Zakończenie


Życie dawnej wsi było bardzo ciężkie. Człowiek uzależniony ściśle od pór roku jeśli nie wypracował w znoju i pocie płodów rolnych, nie wyhodował z troską zwierząt gospodarskich miał nikłą szansę na przetrwanie najgorszej pory roku – zimy.

Snopek siana i sierp

Prawdziwym sprawdzianem były tzw. przednówki, wczesną wiosną, gdy wszystkie zapasy żywności poczynione jesienią zostały wyjedzone, a jeszcze nic co nadawałoby się do spożycia, nie wyrosło. Była to walka o byt, o przetrwanie. Mimo tego były radosne momenty a życie towarzyskie kwitło nawet zimą. Kobiety przychodziły w odwiedziny do sąsiadek. W umówione dni spotykały się gromadnie, by raz w jednym raz w innym domu razem haftować, drzeć pierze na posagowe pierzyny, szatkować kapustę, prząść wełn. Dzięki takim chwilom więzi międzyludzkie były podtrzymywane, a mądrość ludowa i wierzenia przekazywane młodszym pokoleniom. To były piękne czasy, czasy podtrzymywania tradycji i pielęgnowania więzi międzyludzkich.

Dziś już tego świata nie ma, umarł razem z ostatnimi, którzy pamiętali te chwile, te spotkania, tamto życie. Jest jednak wielu pasjonatów, miłośników, etnografów, historyków, którzy starają się przekazać całą swą wiedzę o tamtym czasie.

Są wreszcie skanseny, gdzie można  poczuć magię tamtych chwil. W tych prawdziwych, dużych muzeach pod gołym niebem, organizowane są coroczne inscenizacje grup rekonstrukcyjnych, gdzie odwiedzjący może obejrzeć  jak wyglądało życie dawniej. Może poczuć zapach łanów zbóż, czy spróbować zaparzonej przez gospodynię mięty, niemal tak samo dobrej jak ta, którą parzyła babcia w dzieciństwie. Skanseny są idealnym miejscem, by najmłodsze pokolenie mogło zobaczyć, dotknąć, spróbować, w myśl słów Konfucjusza: Powiedz mi a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam, pozwól mi zrobić a zrozumiem.