Hej. Zastanawiałem się  dość długo jakim  tematem rozpocząć nowy rok i przyznaję się od razu, że  miałem z tym nie lada kłopot, dopóki nie przeczytałem wpisu Piotra pod styczniową tapetą, w którym zręcznie wplótł marynarzy, Neptuna i inne legendarne stworzenia morskie i przypomniało mi się, że przecież mam jeszcze temat zalegający od wiosny zeszłego roku, kiedy to wybraliśmy się do Gdyni. Tak więc by nie przepadł on gdzieś w bezkresnych czeluściach dysku mojego komputera, zabieram Was na wycieczkę po jednym z najpiękniejszych żaglowców świata, jakim bez wątpienia jest „Dar Pomorza”, a gdy już zejdziemy na stały ląd podreptamy kilka metrów dalej i zobaczymy co też kryje się w Muzeum Marynarki Wojennej.

Żaglowiec Dar Pomorza

Jest coś tajemniczego i romantycznego w żaglowcach, coś co przyciąga uwagę nawet największego szczura lądowego, który z morzem miał do czynienia jedynie podczas wakacyjnej kąpieli w Bałtyku, tudzież podczas odkręcania słoika śledzi przed kolacją wigilijną i nie inaczej jest w moim przypadku. 

Uwielbiam patrzeć na żaglowce i wyobrażać sobie dalekie krainy, do których dzięki nim można dotrzeć. Być może jest to powodowane tym, że gdzieś głęboko tli się we mnie iskierka podróżnika, któremu do szczęścia oprócz plecaka, hamaka i butli rumu nic więcej nie potrzeba, a może to po prostu do głosu dochodzi jakieś moje wcześniejsze wcielenie, dla którego żeglowanie było chlebem powszednim.

Ile to razy śniło mi się, po uprzednim przeczytaniu książek o Magellanie czy Marco Polo, którzy na trzeszczących drewnianych okrętach płynęli w nieznane, że ja sam stoję przy sterze, a nad moją głową łopoczą żagle  tego nawet nie zliczę i szczerze zazdroszczę tym, którzy w ten sposób dzisiaj mają możliwość podróżowania. Nie będę jednak was zanudzał o moich fantazjach i wróćmy do tematu.

Dar Pomorza, żaglowiec muzeum stojące w Gdyni.

Dar Pomorza rocznie odwiedza około 200 tys turystów,. Czy Ty już byłeś, drogi czytelniku?

Dar Pomorza – to trzymasztowa fregata szkoleniowa, której budowę rozpoczęto 28 września 1909 roku w stoczni „Blohm Und Voss” w Hamburgu. Koszt budowy tego żaglowca wyniósł  bagatela – 520 000 ówczesnych marek niemieckich i już po niecałych sześciu miesiącach budowy, dnia 6 kwietnia 1910 roku podczas chrztu otrzymał on nazwę „Prinzess Eitel Friedrich” i rozpoczął swoją służbę. Pływał pod pruską banderą, do zakończenia pierwszej wojny światowej, kiedy to na skutek traktatu wersalskiego, został przetransportowany do Francji w ramach reparacji wojennych. Francuzi długo zastanawiali się w jaki sposób wykorzystać fregatę, jednak nie zdołali wymyślić nic ciekawego, oprócz zmiany nazwy na „Colbert”.

W roku 1927 po wielu latach bezczynnego stania w porcie i porastanie glonami, żaglowiec przejęty został przez barona Maurice de Foresta. Stwierdził on, że przerobi ją na jacht z napędem mechanicznych. Jednak realizacja  planu się nie powiodła i wtedy do głosu doszli mieszkańcy Pomorza, którzy wraz z Komitetem Floty Narodowej zrobili ściepę i za kwotę 7 tysięcy funtów szterlingów (co odpowiadało 7% aktualnej wartości rynkowej) zakupili statek.

Po wcześniejszych modyfikacjach (zmiany olinowania, wyposażeniu w silniki i instalację elektryczną) został ochrzczony w 1930 roku pod nazwą „Dar Pomorza”. Od  tego momentu jacht pływał już pod polską banderą po bezkresnych oceanach, szkoląc słuchaczy Szkoły Morskiej, aż do roku 1982 kiedy to wycofano go ze służby, zamieniając go w statek-muzeum.

Lina cumownicza na żaglowcu Dar Pomorza w porcie w Gdyni

Dar Pomorza był drugim żaglowcem szkoleniowym w historii polskiego szkolnictwa morskiego. Pierwszy nosił dumną nazwę “Lwów”

Jednak co by nie przedłużać, czy warto to miejsce odwiedzić i czy nie będzie czasami nudno, a co najważniejsze czy spodoba się dzieciakom? Wydaje mi się, że tak. Zresztą co tu dużo pisać, moje dziewczyny były bardzo zaciekawione żaglowcem.

Szczególnie maszynownia przypadła do gustu małolatom, gdzie musiały pokonywać stalowe schody by dotrzeć do kolejnych pomieszczeń co chwilę zadając pytania – Tata a co to? A na co to? Itp.  Co prawda Małgosia coś tam buczała, że nogi bolą czy coś, ale jak tylko weszła do pomieszczenia „socjalnego” gdzie mogła usiąść i pooglądać hamaki załogi, to przestała marudzić i po chwili można było zasuwać dalej, a przed nami jeszcze było sporo do zwiedzania, bo plan akurat na ten wypad był wyjątkowo napięty.

Wszak w kolejce już czekało muzeum na które ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu.

Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Tak więc po zakończeniu wizyty na romantycznym żaglowcu i obejrzenia kolejnego z daleka, który stał akurat zacumowany na w porcie – Darze Młodzieży, przyszedł czas na Muzeum Marynarki Wojennej. Zdaję sobie sprawę że pewnie większość z naszych czytelniczek zaraz ziewnie siarczyście i pomyśli

– Boże, jak można fascynować się jakimś tam żelastwem i jeszcze ciągnąć za sobą żonę i niewinne dzieci – Ale możecie mi wierzyć lub nie,  że faceci (bynajmniej Ci których znam) po prostu muszą od czasu do czasu poobcować z maszynami służącymi do likwidacji wroga i lubią popatrzeć na sprzęt, który ma na celu niesienie zagłady. Po prostu tak jest i koniec, kropka. 

Celownik broni przeciw lotniczej w muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Na celowniku już kolejne muzea, które na pewno zagoszczą na Naszych Szlakach.

No więc do rzeczy Michał, o co chodzi z tym muzeum, że według Ciebie  warto je odwiedzić? Muzeum wygląda świetnie. Na kilku piętrach umieszczono wszystko co jest związane z walkami o panowanie nad morzem na przestrzeni stuleci. Mamy broń gdy jeszcze żaglowce były główną siłą uderzeniową, posyłające wrogie jednostki na dno za pomocą potężnych kul armatnich. Mamy także broń którą posługiwali się żeglarze, walczący ze sobą w zwarciu na pokładzie tychże statków.

Mamy piękne modele żaglowców, które zdobyły serca moich dzieciaków i musiałem długo im tłumaczyć, dlaczego takiego modelu jeszcze nie ma u nas w domu. No i w końcu są też eksponaty z bliższej nam epoki, które podane są w naprawdę ciekawej formie, tak by ukazać je w całej krasie – jak chociażby przecięte torpedy ukazujące sposób ich działania, czy gigantyczne miny morskie, jakimi posługiwano się podczas II wojny światowej także w ten sposób spreparowane. 

Oprócz tego możemy na chwilkę przystanąć w galerii, gdzie do naszej dyspozycji oddano wiele obrazów o tematyce marynistycznej, a w końcu możemy przejść na dziedziniec muzeum, gdzie znajdują się działa, lekko niszczejące samoloty, czy perełka jaką jest kuter patrolowy „Batory”. Tam to już beż żadnego ciśnienia można było puścić dzieciaki ze „smyczy” i spokojnie pospacerować wokół zebranych eksponatów.

Zakamuflowani żołnierze. Mundury bojowe polskiej armii w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Jak przyjrzycie się bliżej to zauważycie poukrywanych żołnierzy w pełnym kamuflażu.

Co ważne, istotnym elementem muzeum jest nasza duma narodowa ORP „Błyskawica”, która stoi zacumowana tuż obok „Daru Pomorza”, jednak tak się niestety złożyło, że w dniu kiedy mieliśmy okazję być w Gdyni była zamknięta. Jednak nie ma co się smucić, bo bynajmniej jest powód by powrócić ponownie do tego pięknego miasta być może jeszcze w  tym roku i dokończyć zwiedzanie.

Podsumowanie wycieczki

Macie chwilkę wolnego czasu i będziecie w okolicach Gdyni w celach turystycznych, bądź będziecie uciekać przed zimowym smogiem, który aktualnie zatruwa większość polskich miast (UWAGA!! Gdynia jest miastem gdzie smogu nie uświadczycie), to śmiało odwiedzajcie te muzea, bo naprawdę warto. Obydwa zasługują na to by znaleźć się na mapie naszych szlaków i bez zbędnego owijania w bawełnę, mogę śmiało je Wam polecić jako alternatywę do spędzenia ciekawego popołudnia z rodziną.

Uwaga!

Jednak zanim się wybierzecie, to sprawdzicie czy jest czynne, bo na przykład „Dar Pomorza” od 1 listopada 2017 zapadł w sen zimowy i prawdę powiedziawszy nie wiem kiedy się wybudzi. Z kolei na stronie Muzeum Marynarki Wojennej widnieje taka informacja – W związku z rozpoczęciem budowy wystawy stałej zamknięty jest do odwołania budynek i ekspozycje wewnątrz Muzeum Marynarki Wojennej. Za utrudnienia przepraszamy!


Legenda o psotliwym Mikołaju

(można spokojnie czytać dzieciakom)

Z dawien dawna w malutkiej rybackiej wiosce,  położonej nad chłodnym mało słonym morzem, dzisiaj pieszczotliwie zwanym Bałtykiem. W malutkiej drewnianej chatce, przyszedł na świat chłopiec, któremu imię nadano Mikołaj. Mikołaj był jedynym dzieckiem starego rybaka i jego troszeczkę młodszej żony. Jako że długo to wyczekiwane było pacholę, to nie ma czemu się dziwować, że rodzice zaczęli rozpieszczać Mikołajka ponad miarę. Rósł chłopaczyna jak na drożdżach, a jego bezstresowe wychowanie zaczęło owocować coraz to bardziej wyszukanymi figlami, jakimi obdarowywał sąsiadów. To jednemu sieci poplątał, to innemu garnki potłukł z procy. Jeszcze innym pranie brudził, które suszyło się na wietrze dmuchającym od morza, a nawet zdarzało się, że bieliznę kąpiącym się nago w morzu chował gdzieś po krzakach. Mimo swoich przewinień zawsze dzięki wstawiennictwu swoich rodziców kary unikał.
Pewnego dnia przechadzał się Mikołajek bez celu po wydmach, gdy nagle zauważył przechadzającą się brzegiem morza Salację, piękną żonę samego Neptuna, która wraz ze swym orszakiem składającym się ze ślicznych dworek postanowiła zażyć kąpieli w spienionej wodzie. Salacja wraz ze służbą rozebrała się i weszła do ogrzanej letnimi promieniami wody. Wtedy to Mikołajek nie zastanawiając się długo, wyskoczył zza wydmy i niczym mała iskierka pomknął ku ubraniom pozostawionym na piaszczystej plaży. Chwycił wszystko jednym sprawnym ruchem i uciekł skąd przybył.
Wściekła Salacja, wraz z jeszcze bardziej rozwścieczonymi damami dworu powróciła do pałacu, gdzie naga stanęła przed swoim mężem i opowiedziała całe zdarzenie, dodając na samym końcu- Mam nadzieję Neptunie, że ukarzesz przykładnie dowcipnisia.
Neptun długo nie musiał szukać winowajcy, bo przecież każdy w okolicy wiedział, że jedyną osobą której przyszedłby do głowy taki głupi czyn by pohańbić królową, musiał być chłopak o imieniu Mikołajek. Sprowadzony do sali tronowej chłopak przeląkł się nie na żarty i przyznał się do dowcipu, wlepiając oczy w podłogę. Wyrok jaki zapadł był surowy – za obrazę majestatu królowej ŚMIERĆ. Gdy chłopak to usłyszał padł  na kolana i ze łzami w oczach spojrzał na królową. Tej na widok  zapłakanych oczu młodzieńca, zrobiło się go żal i poprosiła swojego męża o zmianę wyroku. Tak by nadal był surowy, jednak by życia mu nie odbierał. Neptun popatrzył na swoją żonę, a następnie spojrzał na chłopaka. Zmarszczył czoło, podrapał się po bujnej brodzie i zamyślił się chwilkę, po czym rzekł – zamienię Cię w roślinę, którą nazwą mikołajkiem  i będziesz rósł na brzegu morza. Do swej naturalnej postaci powrócisz wtedy, gdy przez okrągły rok nikt na całym wybrzeżu nie oberwie Ci ani jednej gałązki.
Dzisiaj mikołajek nadmorski rośnie nadal pod postacią rośliny, bo mimo że jest to roślina ściśle chroniona, zawsze znajdzie się jakiś nieroztropny człowiek, który obrywa mu gałązkę powodując tym samym, że klątwa trwa nieprzerwanie.