Cześć. Dzisiaj wracamy z upalnej Hiszpanii i zabiorę Was w mniej znane, ale warte odwiedzenia tereny znajdujące się niedaleko Chojnic w województwie pomorskim. Ogólnie Chojnice i okolice są warte opisania i z racji tego, że jestem chojniczaninem od urodzenia, to prędzej czy później pojawi się bardziej obszerny materiał troszkę reklamujący to miasto.

W końcu warto promować takie miejsca jak jedno z najpiękniejszych miast Polski , czy chociażby uznany za  najpiękniejszy park polski, według rankingu z roku 2014 – Park Tysiąclecia. Dobra koniec reklamy w końcu  nie o Chojnicach dzisiaj mowa, lecz o kasztelani w Raciążu. Miejsce naprawdę mało znane, zresztą co tu dużo mówić sam tam zajechałem dopiero w tym roku i nie powiem, żałuję że dopiero tak późno.

Jak trafić do kasztelanii w Raciążu

Trafiłem tam przypadkiem (może nie tak do końca, ale nigdy mnie tam nie ciągnęło), gdyż miałem okazję brać udział w organizowanej przez Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Raciąż wraz z archeologami ze stacji badawczej Uniwersytetu Łódzkiego w Białych Błotach imprezy pod tytułem „Warsztaty archeologiczne ucieczką od uzależnień” – od razu zaznaczam, ja nie uciekałem od uzależnień, żeby nie było: )

Moja rola w tym spotkaniu była zupełnie inna, ale o tym dowiecie się za momencik.

Co do samego grodziska. Usytuowane jest ono na półwyspie przy południowym brzegu jeziora Śpierewnik. W wieku XIX kasztelania raciąska wraz z sąsiednią kasztelanią szczytnieńską administrowała południkowo-zachodnią częścią Pomorza Gdańskiego.

Gród jak na tamte czasy był dosyć okazały. Zresztą inaczej być nie mogło, gdyż stał on na jednym z najważniejszych traktów handlowych łączących Poznań z Gdańskiem.

Gród jednak nie miał szczęścia gdyż kilkakrotnie nawiedzały go pożary, zresztą w większości zamierzone przez wrogie wojska. Pierwszy raz spłonął w roku 1256 kiedy to wojska wielkopolskie w odwecie za zdobycie Nakła przez księcia pomorskiego Świętopełka II postanowili najechać Raciąż. Co ciekawe grodzisko w tamtym okresie było osadzone na wyspie i nie było możliwości szybkiego zdobycia grodu, jednak najeźdźcom z pomocą przyszedł potężny mróz, który skuł taflę jeziora, tworząc dogodne dojście pod mury.

Po tym pożarze postanowiono odbudować warownie, co zresztą potwierdzają przeprowadzone badania archeologiczne. Nie trwało jednak  długo i  już w roku 1305 ślad po grodzisku zaginął, a jego obowiązki przejęła rozrastająca się Tuchola. Koniec zresztą także był gorący, gdyż przeprowadzone na dużą skalę badania archeologiczne pokazały, że ludzie musieli opuścić w pośpiechu grodzisko pozostawiając za sobą cały dobytek, który strawił kolejny potężny pożar.

W zasadzie historia grodziska w tym miejscu by się skończyła, jednak w roku 2012, dzięki ogromnej pracy wielu ludzi, dodatkowo zasilanej funduszami z gminy Tucholi jak i Unii, grodzisko odżyło i dziś jest udostępnione dla zwiedzających.

Odrestaurowane grodzisko w Raciążu

Zrekonstruowano bramę wjazdową, oznaczono usytuowanie domostw oraz obwarowań. Nie zapomniano także o świetnie wykonanych tablicach informacyjnych i co ważne umieszczono wiele ławek i ławeczek, dzięki którym możemy sobie posiedzieć, po delektować się otaczającą naturą, czy też urządzić sobie piknik. Zresztą miejsce na piknik to jest idealne, gdyż ze względu dużą odległość od cywilizacji, mamy pewność, że uda nam się go spędzić spokojnie.

Jak już wspomniałem na początku, w tym roku, a dokładnie we wrześniu zostałem zaproszony przez jednego z organizatorów, a prywatnie mojego kolegę Pawła, do  udziału z imprezie organizowanej przez Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Raciąż.  Dlaczego dostałem takie zaproszenie? Dlatego, że oprócz pisania dla Was artykułów posiadam jeszcze inne hobby, którym jest poszukiwanie skarbów i właśnie fakt posiadania wykrywacza metali był decydujący o zaproszeniu.

Pewnie się już domyślacie, ze częścią spotkania było poszukiwanie artefaktów przeszłości przy pomocy wykrywacza. Oczywiście cała impreza między innymi dzięki archeologom odbyła się oficjalnie, za pozwoleniem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. 

Tak więc spakowałem niezbędny sprzęt, naładowałem baterie, zabrałem starszą córkę i po oddzwonieniu znajomych, głównie z Twierdzy Chełmno (oczywiście pozdrawiam) wyruszyłem.

raciaz_03

Po wstępnym poznaniu pozostałych uczestników i otrzymaniu małych pomocników z pobliskiej szkoły rozpoczęliśmy poszukiwania na podgrodziu kasztelani.

Przygoda z wykrywaczem

Niestety tak „czystego” terenu to jeszcze nie mieliśmy okazji przeszukać i zaledwie po dwóch godzinach bezowocnych  poszukiwań, znudzone dzieciaki zaczęły lekko marudzić. Nie chcąc zniechęcić ich do tego fajnego moim zdaniem hobby, przerwaliśmy poszukiwania i udaliśmy się na zasłużony poczęstunek zorganizowany w Stacji Archeologicznej w Białych Błotach. W tym miejscu muszę nadmienić, że jeżeli ktoś ma chęć odwiedzenia tego przybytku prywatnie, to jak najbardziej jest to możliwe.

Należy tylko umówić się telefonicznie z bardzo miłymi pracownikami stacji. Jeżeli się zastanawiacie czy warto – to oczywiście polecam, kontakt z przeszłością gwarantowany. Możecie mi wierzyć lub nie ale dopiero w tej stacji doceniłem cierpliwość i zaangażowanie archeologów w odtworzeniu tego co było. To klejenie ceramiki i tworzenie naczyń „od nowa” zakrawa na masochizm i ja na 100% bym nie podołał. Po pierwszym lepszym dopasowaniu kawałeczka ten zostałby rozbity na kolejne dziesięć części.

Na tym kończę, jednak nie byłbym sobą i legenda oczywiście być musi. Jednak nie będzie to legenda bezpośrednio związana z grodziskiem, bo po prostu takiej nie odnalazłem. Dlatego tez zaserwuję wam legendę o Duchu Borów Tucholskich, wszak jak by nie patrzeć, tereny te od dawien dawna do Borowiaków należały.

Legenda o Duchu Borów Tucholskich

Nie jest żadną tajemnicą, że tereny borów zamieszkuje psotny duch, który o północy ukazuje się wędrowcom przemierzającym te tereny. Porusza się on po leśnych ostępach za pomocą dwukółki ciągniętej przez dwa potężne konie o ognistych oczach. Sam duch otulony w jest biały habit i przypomina przygarbionej mnicha.

Pewnego wieczoru jeden z okolicznych gospodarzy wracał z Tucholi do swojego domostwa, głęboko w lesie położonego.  Nagle koń stanął, zaczął się trwożyć i ani myślał ruszyć dalej i w tym momencie gospodarz usłyszał za sobą tętent galopujących koni. Gdy się odwrócił zobaczył ducha ponaglającego batem swoje dwa rumaki.  

Zwida przemknęła obok, jednak nie zahaczyła pojazdu. Chwilę zajęło nim gospodarz doszedł do siebie, jednak w końcu odważył się podejść do konia, który dalej stał jak wryty i ani myślał jechać dalej. Wtedy to zobaczył, ze w odległości czterech kroków stały dwa ogiery, a za nimi powóz ze złym duchem. Przerażony człowiek odruchowo przeżegnał się, to wystarczyło by z łoskotem duch pognał dalej. Gospodarz powrócił do domu, a śladem tego spotkania była jedynie zmiana zachowania konia, który już nigdy więcej nie dał się w nocy wyprowadzić ze stajni.

Opłaty za wstęp:

UWAGA!!! UWAGA!!! DARMO!!! 😉