Archipelag maltański to w zasadzie kilka wielkich kamieni wystających z morza. Nie ma tu rzek, jezior a nawet strumieni, jest sucho i niewiele rośnie. W miejscach, których nie nawadniają ludzie, wyrastają tylko szaro-bure porosty i wyglądające jak z innej planety, suche badyle.

Co do zwierząt to jest bardzo podobnie. Magda podobno widziała jakiegoś ptaka ale pewności nie ma. Ja natknąłem się na ledwo żywą jaszczurkę więc nie wiem czy to się liczy.

Jeżeli na lądzie trudno spotkać zwierzęta inne niż domowe psy i koty, to w otaczających wyspy wodach jest zgoła odwrotnie. Znajdziecie tam wszystko, od wesołych i sprytnych delfinów, groźnych rekinów aż po wielkie, kleiste i galaretowate gluty, które są chyba jakimś gatunkiem meduzy.

O różnorodności życia morskiego w okolicach Malty możecie przekonać się odwiedzając lokalne bazary jak choćby ten w Marsaxlokk. To tam rybacy wystawiają wyłowione przez siebie cuda.

Innym sposobem by popatrzeć na mieszkańców morza otaczającego Maltę, jest udanie się na jedną z kilku plaż. Tak kilku, gdyż nie ma ich tu wiele. Jeżeli preferujecie plaże tradycyjne z delikatnym, miałkim i ciepłym piaseczkiem to macie jeszcze mniejszy wybór.

Osobiście uważam, że na Maltę nie przylatuje się tylko po to by leżeć na plaży, inne miejsca oferują w tym temacie o wiele więcej.

Razem z Madzią, szukając najprzyjemniejszego miejsca na wypoczynek, objechaliśmy Maltę wzdłuż i w szerz. Dziś opowiem o tym jakie plaże z tych, które odwiedziliśmy, zrobiły na nas największe wrażenie. Jest ich aż 7 i choć nie jest to może imponującą liczba, są to miejsca, które uczciwie możemy polecić.

Gdziekolwiek na wyspie nie zamieszkacie, a będziecie mieli do dyspozycji auto, do żadnej z plaż nie będzie dalej niż 30 kilometrów.

Ocena atrakcyjności w punktacji od 1 do 5 to nasze subiektywne zdanie, które może różnić się od Waszych gustów, ale jest to przywilej piszącego.

Zaczynamy więc od północno-zachodniej części wyspy, gdzie blisko siebie leżą aż 4 z 7 odwiedzonych przez nas plaż.

Anchor Bay

Zatoka Anchor Bay posiada niewielką piaszczystą plażę oraz całkiem spory kawałek kamienistego wybrzeża. Wody tu są płytkie i najbardziej przejrzyste na wyspie. Kipi tu też morskie życie, dzięki czemu Anchor Bay jest doskonałym miejscem dla ludzi lubiących nurkować, zwłaszcza gdy dopiero zaczynają swoją podwodną przygodę.

W okolicy jest kilka punktów gdzie pomogą Wam w wynajęciu potrzebnego sprzętu.

W zatoce Anchor Bay w roku 1980 kręcony był film o dzielnym marynarzu Popeyu, tym któremu puszkowany szpinak dawał nadludzką moc. Na potrzeby filmu zbudowano w zatoce całą wioskę – Popeye Village. Po zakończeniu zdjęć postanowiono ją zachować i dzisiaj jest dużą atrakcją turystyczną wyspy.

W zatoce działa hotel, restauracje, wypożyczalnia sprzętu wodnego, a także oferowane są wycieczki łodzią. Idealne miejsce dla rodzin z małymi dziećmi.

Niestety wstęp do wioski Popeya nie jest darmowy. Koszt całodniowego pobytu to 15 euro za osobę dorosłą, a 12 euro za dziecko. W zamian jednak otrzymujemy całkiem sporo atrakcji, których wiele wliczone jest w cenę biletu. Po dokładne informacje zapraszamy do naszego wcześniejszego artykułu.

Zatoka Popeya dostaje 4 punkty tylko dlatego, że dostęp do niej nie jest darmowy.

 

Golden Bay

Kolejna piękna zatoka to Golden Bay, posiada ona ładną i piaszczystą plażę o nazwie jak można się łatwo domyśleć – Golden Bay Beach.

Woda w zatoce jest czysta i ma ten typowy dla Malty zielono-turkusowy kolor. Można tu wynająć leżak i parasol. Nieopodal jest kilka restauracji, barów i lodziarnia. Dużym minusem jest obecność kilku hoteli w najbliższym sąsiedztwie, co oznacza wielu turystów szukających skrawka wolnego piasku.

W czasie gdy zwiedzaliśmy wyspę, turystów wciąż było całkiem sporo, choć był już koniec września. Osobiście nie przepadam za tłokiem na plaży i widokiem potężnych hoteli tuż obok, a więc chodźmy dalej.

Aha Golden Bay 3 punkty.

 

Riviera Bay

Tuż za Golden Bay leży kolejna zatoka o nazwie Riviera Bay. Jest tu stanowczo mniej turystów i plażowiczów gdyż dotarcie do plaży wymaga małego spaceru i zejścia po długich schodach.

Tym razem zatoka jest nieco mniejsza od poprzedniej, ale woda równie błękitna i zachęcająca do kąpieli. To tutaj zdecydowaliśmy się spędzić większość dnia. Wylegiwaliśmy się na leżakach, czytaliśmy książkę no i oczywiście pluskaliśmy w turkusowych falach. Bardzo miły dzień.

Na plaży jest niewielka restauracja gdzie wypijemy kawę i zjemy obiad.

Riviera Bay dostaje 4 punkty.

 

Gnejna Bay

Do kolejnej zatoki, leżącej niedaleko Riviera Bay jest dużo trudniej się dostać. Wymaga to od nas wspinaczki przez okoliczne wzgórza i przedzierania się przez kolczaste, suche jak pieprz krzaki. Oczywiście są tu ścieżki więc nie ma tragedii.

Polecam drogę dookoła półwyspu oddzielającego Riviera Bay od Gnajna Bay. Droga nie jest łatwa, a skały ostre i zwietrzałe, ale widoki jakie rozciągają się po drodze są nie do opisania.

Ciekawe są mijane jaskinie, wykute w miękkiej skale przez dawnych przemytników i korsarzy. Niegdyś składowano tu zakazane towary z Afryki, które czekały na przeładunek w drodze do Europy. Dziś można w nich odpocząć a nawet przenocować, co widać po pozostawionych tam śladach.

Gnejna Bay Beach jako jedyna z całej trójki nie jest plażą piaszczystą. Zatokę otaczają wypolerowane przez fale skały. Tworzą bardzo wygodne miejsce do odpoczynku, gdzie natura przygotowała fotele, łóżka czy zagłębienia wyglądające jak naturalne wanny, w których woda jest ciepła i bardzo czysta.

Kolor okolicznych skał jest żółto pomarańczowy, a otaczające zatokę wzniesienia są szare i brązowe, co przywodzi na myśl wulkaniczną wyspę Lanzarote w archipelagu Kanarów.

Dla mnie miejsce to prawdziwa bomba choć Magda uznała, że bardziej podoba jej się poprzednia plaża na Riviera Bay. Tutaj jednak można schować się przed zamętem i hałasem jaki panuje w poprzednich miejscach.

Do zatoki wpływają często wielkie i bardzo drogie jachty, gdyż nawet podczas szalejących sztormów woda w zatoce pozostaje spokojna i gładka.

To tyle z tej części wyspy. Trzy ostatnie plaże możecie odwiedzić spacerując przygotowanym do tego celu szlakiem, przy czym dotarcie do każdej kolejnej jest nieco trudniejsze.

Po drodze zobaczycie kilka średniowiecznych wież strażniczych, w których dawni obrońcy wyspy wypatrywali nadciągających z morza wrogów. Zwłaszcza jedna z nich zdobyła sławę gdyż brała udział w ważnej potyczce, ale to już dział legend za który odpowiedzialny jest Michał.

 

Paradise Bay Beach

Następna plaża, która nam się podobała to Paradise Beach na północy wyspy, niedaleko przystani promowej – Cirkewwa Ferry Terminal, gdzie odpływają promy na wyspy Gozo i Comino.

Plaża Paradise Beach leży nieco na uboczu i dochodzi do niej niezbyt dobrze utrzymana droga, dzięki czemu plażowi turyści trzymają się od niej z daleka. Mimo to w sezonie panuje tu spory gwar i bywa tłoczno.

Plusem tego miejsca poza bajecznie turkusową i spokojną wodą, jest widok z klifu otaczającego zatokę.

Na samym dole jest nieduża restauracja, do której towar dostarczany jest przy pomocy wymyślnej windy poruszającej się na rozciągniętej pomiędzy knajpą a wysokim klifem linie.

Machina ta ma obecnie napęd elektryczny. Z opowieści mieszkańców wiemy, że wcześniej na szczycie klifu stał wielki silnik parowy. Były to czasy gdy każda zatoka miała własny niewielki port, z którego mieszkańcy czerpali zyski. Obecnie rolę tą przejął główny port – Malta Freeport w zatoce Marsaxlokk. Jest to trzeci co do wielkości port przeładunkowy na morzu śródziemnym.

Przy okazji – zatoka Paradise Bay jest jednym z niewielu miejsc gdzie nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem samochodu. Na szczycie klifu jest wielki parking gdzie za darmo można zostawić auto. Oczywiście nie wiem jak to wygląda w szczycie sezonu turystycznego.

Plaża bardzo ładna i dostaje 3 punkty za trudny dojazd.

 

Blue Grott

W okolicach Blue Grott w zasadzie nie ma plaż jako takich, za to widoki dosłownie powalają na kolana. Jako pierwsze co zobaczycie to wielkie formacje skalne ociosane przez fale i wiatry. Natura stworzyła na brzegu południowej części wyspy olbrzymie wrota podobne do Durdle Door w Anglii.

Te tutaj jednak są olbrzymie i dużo bardziej skomplikowane od tych na angielskim wybrzeżu, oczywiście wszystko to wygląda jeszcze okazalej od strony morza.

Nieco niżej opisanych skał woda wrzyna się w ląd niewielką zatoką. To z tego miejsca wypływają łodzie z turystami. Jeżeli jesteście zainteresowani morską wycieczką szukajcie Blue Grotto Trips Departure Wharf.

Oczywiście można się tu wykąpać i popływać. Zatoka początkowo jest wąska a potem jeszcze bardziej. Wrażenie fantastyczne gdy nagle ściany wąwozu zbliżają się do siebie na odległość metra.

Blue Grotto jest popularnym miejscem dla płetwonurków z nieco większym doświadczeniem. Kilkaset metrów od brzegu, na dnie morza leży wrak libijskiego tankowca Um El Faroud.

Olbrzymi statek mierzy ponad 100 metrów długości. W roku 1995 został uszkodzony podczas remontu w maltańskim porcie i zatopiony właśnie tu. Dziś służy jako sztuczna rafa koralowa no i oczywiście jako podwodna atrakcja turystyczna.

W okolicy jest sporo restauracji, są sklepy i wypożyczalnie sprzętu wodnego. Jest też przystanek autobusowy, a więc dotarcie do Blue Grott nie jest problemem.

Ustaliliśmy z Madzią, że w Blue Grotto zostawimy 3 punkty.

 

St. Peter’s Pool

Na koniec moje ulubione miejsce – basen świętego Piotra.

Miejsce niezwykłe i całkiem niebezpieczne gdyż kąpiele tu nie są nadzorowane a woda szalejąca w rozpadlinie skalnej budzi respekt i wyjaśnia nazwę.

Nie powstrzymuje to oczywiście wielbicieli błękitnej toni, nie powstrzymało i mnie. Magdusia jednak nie dała się namówić.

St. Peter’s Pool leży w południowo wschodniej części wyspy w dzielnicy Delimara w zatoce Marsaxlokk. Skała w tym miejscu pękła dawno temu na pół tworząc wyżłobienie zakończone grotą, o którą rozbijają się niespokojne fale. Woda jest tu bardzo głęboka co sprzyja, czasami bardzo spektakularnym, skokom do wody.

Gdy morze szleje, poziom wody może podnosić się i opadać nawet o kilka metrów. Skaczący do wody śmiałkowie raz wpadają w nią już po sekundzie, a innym razem spadają bardzo, bardzo długo, niesamowity widok.

Jak napisałem dla mnie to numer jeden. Fajnie nam się tam odpoczywało o czym świadczy fakt, że przeczytaliśmy sporą część zabranej przez nas książki. Nie ma tu piasku, cała zatoka to jedna wielka skała wygładzona morskimi żywiołami. Natura stworzyła dookoła skalne pułki, fotele i zagłębienia. Idealne miejsce dla ludzi, którzy jak ja nie lubią oblepiającego wszystko piasku z plaży.

Minusem jest trudny dojazd. Drogi są zaniedbane i bardzo wąskie, podczas wymijania nieraz miałem ciarki na plecach. Zwłaszcza gdy mijali nas miejscowi w starych, zdezelowanych pickupach.

Daje 5 punktów choć Magdusia się nie zgadza. Uważa, że miejsce to jest niebezpieczne i bardzo niewygodnie wychodzi się z wody. Jest w tym trochę racji, skały są strome a wciąż opadająca i podnosząca się woda nie pomaga. Jednak upieram się przy swoim i 5 punktów zostaje.


I to tyle jeżeli chodzi o wybrane przez nas plaże. Jest ich tu oczywiście więcej i każdy znajdzie taką dla siebie, nawet jeżeli lubicie pobiegać na golasa pośród innych golasów 🙂 Te które wymieniłem spodobały nam się najbardziej. Wyróżnia je położenie, fajne historie i nietuzinkowy wygląd.

Jak pisałem na początku, Malta to nie jest wyspa wyłącznie do plażowania. Basen morza śródziemnego oferuje w tym celu dużo ciekawsze miejsca. Malta jednak to turkusowa i najczystsza woda jaką dotąd widzieliśmy, cudowne widoki i atmosfera jakiej nie spotkacie nigdzie indziej.

Jeżeli macie inne doświadczenia i chcielibyście dodać coś do naszej listy, bardzo chętnie o tym posłuchamy.