Przed nami kolejny tłusty czwartek, czyli święto popuszczania pasa, zapominania o „skalpelach”, wyrzeczeniach i katorgach związanych z okrutnymi dietami, które uprzykrzają życie większości z nas.

Przymknijmy więc oczy, wygłuszmy krzyczące gdzieś za uchem sumienie i dajmy się ponieść niekontrolowanemu obżarstwu. Raz w końcu można! Jutro odchorujemy, a w zbliżający się weekend wydreptamy nadmiar wprowadzonych do organizmu kalorii.

Kiedyś opowiadałem o rumuńskich papanasi, a Piotr pisał już o historii tego najlepszego pod słońcem święta, więc nie będę już za bardzo się rozpędzał i tylko przypomnę, że pączki jakie mamy okazję nabyć dzisiaj w cukierniach, nie do końca odpowiadają tym, którym napychali się nasi przodkowie.

Pączki z parówką po Kijowsku

Kiedyś pączek oznaczał ni mniej ni więcej jak ciasto z nadzieniem w postaci kawła słoniny. Czy było pyszne? Tego nie wiem i raczej nie mam ochoty próbować, bo skoro czekolada ze słoniną w wykonaniu lwowskim dość ciężko przechodziła mi przez gardło, to tym bardziej tłuste ciacho smażone w tłustym oleju nadziane jeszcze tłustszą słoniną zapewne utknęło by w przełyku na amen.

Jednak tak się zdarzyło, że wędrując ulicami Kijowa spróbowałem pączka nie mniej oryginalnego, niż jawi się ten ze słoniną. Zresztą nie tylko ja odważyłem się na ten kulinarny eksperyment, bo zarówno Ewa jak i Marysia z ciekawością sięgnęły po fast fooda innego niż te, które znamy z naszych ulic.

Uwaga! Uwaga! Mamy przyjemność przedstawić Wam pączka mutanta, który najprawdopodobniej w Kijowie znalazł się na skutek awarii w Czarnobylu! jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego pączucha z nadzieniem (tutaj pojawiają się  werble) – PARÓWKOWYM! Tak! To  nie żart!  Jednym z najpopularniejszych fast foodów w stolicy Ukrainy jest pączek taki jakiego znamy z nadzieniem  zupełnie na pierwszy rzut oka nie pasującym do tego szlachetnego ciasta.

Jak ktoś w ogóle mógł wpaść na taki absurdalny pomysł? Przecież to nie przystoi! – zakrzyknie część z Was. A jednak. Pączek z parówą istnieje i ma się zupełnie dobrze. Świadczą o tym kolejki, które wieczorami osiągają wręcz monstrualne rozmiary. Gdy w piątek przechadzaliśmy się ulicą Chmielnickiego i zobaczyliśmy ten sznurek ludzi stojących za „nie wiadomo czym”, od razu nas to zaciekawiło i nie omieszkaliśmy sami w nim stanąć. Zapytany przeze mnie jegomość, który stał przed nami.

– Panie! A do czego ta kolejka? – najprawdopodobniej odpowiedział,  że do ostatniej paróweczki hrabiego Barry Kenta uwięzionej w pączusiu  – choć mogę się mylić, bo kiszki mu tak głośno grały marsza, że zagłuszało kompletnie jego wypowiedź.

Pączki z parówką po Kijowsku

W końcu dotarliśmy do okienka, przeliczyliśmy za pączka po 18 hrywien i po oczekiwaniu zaledwie sekundowym, dzierżyliśmy naszą zdobycz w dłoniach. Poważnie. Od momentu zapłacenia do momenty wydania gorącego pączka minęło raptem 15 sekund. Najszybciej wydany fast food świata!

– A jak smak? No wiecie. Normalnie. Jak pączek,  tyle że bez lukru i ze słoną parówką. Szczerze, to to dziwactwo nie było złe. Można nawet śmiało powiedzieć, że miało swój urok. Jednak te nasze z nadzieniem z róży, oblane białym lukrem są zdecydowanie lepsze. Chociaż nasz największy ekspert kulinarny Marysia, powiedziała że jest świetny i na drugi dzień już sama stanęła w kolejce w oczekiwaniu na najdziwniejszego pączka świata.

Już na sam koniec, jako ciekawostkę dodam, że „Kijowska Perepiczka”, bo tak nazywa się lokal serwujący pączucha z parówą jest jednym z najpopularniejszych lokali gastronomicznych w Kijowie. Poważnie. Zauważył to nawet Tripadvisor, który poleca to miejsca jako jedną z największych gastronomicznych atrakcji Kijowa, a to już nie lada rekomendacja.

Jak trafić do Kijowskiej Perepiczki

Chmielnickiego 3 – Niedaleko Chreszczatyk – jak wyjdziecie z metra na stacji Teatralnej,  to trzeba zejść w dół ulicy. Lokalu nie można przegapić, bo tak jak pisałem przed nim ustawiają się „kilometrowe” kolejki.