Czarna zjawa w podziemiach z legendy o diable weneckim

Legenda o Diable Weneckim

Dziś wyjątkowo z okazji święta Halloween zamiast cotygodniowej relacji z wypraw Naszych Szlaków, przedstawiamy Wam opowiadanie autorstwa Michała. Akcja dzieje się w miejscu przez niego ulubionym czyli okolicach Żnina i Biskupina. 
Zapraszamy do lektury.

Była wrześniowa noc, wyjątkowo ciepła jak na tę porę roku. Blady sierp księżyca w nowiu wychylił się właśnie nad lasem, w którym to zapewne pojawiłoby się jutro rano wielu grzybiarzy, szukających prawdziwych okazów. Jednak jestem przekonany, ba nawet jestem pewien, że to nie nastąpi – nie teraz gdy okolicą rządzą siły, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. 

Nowa sprawa

Wiadomości przychodzące z lokalnego posterunku, były na tyle niezrozumiałe a zarazem przerażające, że wysłali właśnie mnie. Przywykłem już do spraw niewytłumaczalnych, jednak to co tu zobaczyłem przerosło moje największe koszmary. Jechaliśmy stłoczeni na pace ciężarówki piaszczystym dziedzińcem wzdłuż jeziora biskupińskiego.

Tafla akwenu połyskiwała niczym wypolerowane srebrne lustro, a drzewa porastające brzegi  tkwiące w wiecznym ukłonie, delikatnie muskały je swoimi gałęziami. Ten piękny obrazek zakłócał jeden mały szczegół, obok drogi widok jak z horroru klasy B, w którym reżyser nie miał zbytnio pomysłu jak przestraszyć widza. Postanowił więc chociaż zagrać etiudę na żołądkach oglądających i zaserwować im wyjątkowo niestrawne danie, obok którego nie można przejść obojętnie. Oskórowani ludzie ponabijani na pal jak szaszłyki  i rzędy szubienic, na których z wolna kołysały się trupy mieszkańców okolicznych wiosek. Smród jaki unosił się w okolicy był nie do zniesienia. Ten słodkawo mdlący zapach wypełniał całą przestrzeń, świdrując bezceremonialnie nasze zmysły powonienia i doprowadzając co delikatniejszych do mdłości.

Mówią, że z czasem przestajesz czuć zapachy bo się mózg do nich przyzwyczaja,  jednak ten odór setek rozkładających się ciał, na których hordy tłustych czarnych much urządziły sobie ucztę  nie znikał, wręcz można było odnieść wrażenie, że potęgował się z każdym przejechanym kilometrem.

W końcu ujrzeliśmy  miejsce przeznaczenia. Potężna warownia zbudowana z cegieł i kamieni polnych wyrastała na przesmyku pomiędzy jeziorami. Coś dziwnego było w tym  obrazku. Coś po prostu nie pasowało – można było śmiało stwierdzić, że logika i prawa fizyki w tym miejscu zostały całkowicie zaburzone. Nie wiem, czy to odczucie miało związek z tym, że inaczej zapamiętałem to miejsce z lat dzieciństwa, czy może to była jakaś dziwna energia którą wyczuwało się każdą cząstką swojej duszy.

Okno w podziemiach z legendy o diable weneckim
Okno w podziemiach z legendy o diable weneckim

– Ten zamek był przecież ruiną? – Spytałem z niedowierzaniem Marka, policjanta ze Żnina.

– Ma Pan rację inspektorze. Niech Pan nie myśli, że zwariowałem, ale to wydarzyło się w jedną noc. Rozumie Pan? Zamek został odbudowany w jedną noc, jak by sam diabeł pomagał głazy nosić.

Jadący na pace policjanci z trwogą założyli kominiarki. Wielu z nich się przeżegnało, a jeden z nich zaczął głośno odmawiać „Ojcze nasz”. Nie upłynęło kilka minut, gdy dojechaliśmy do wąskiego przejścia, gdzie jeziora Biskupińskie i Weneckie, zbliżają się do siebie na odległość kilku metrów. Całą przestrzeń od jeziora do jeziora przegradzał wysoki wał obronny, wzmocniony ostrokołem, a w środku osadzona była ciężka dębowa brama nabijana hufnalami.  Ciężarówka zatrzymała się w odległości 100 metrów od bramy, tuż obok Muzeum Kolejki Wąskotorowej, które kiedyś tętniło życiem i parą wydobywającą się z kotłów zabytkowych lokomotyw. Nie czekając ani minuty więcej, zeskoczyliśmy z mało wygodnego środka transportu i ubezpieczając się nawzajem podeszliśmy pod zamkowe mury.

Rozpoczęcie akcji

– Policja! W imieniu prawa otwierać natychmiast! Mamy nakaz aresztowania! – Krzyk mój obudził okoliczne wrony, które z jazgotem poderwały się z zamkowych murów. Usłyszałem za sobą szczęk przeładowywanej broni i ciężkie westchnienia przerażonych policjantów.
Nie trwało długo, jak brama z jękiem potępieńca otworzyła się szeroko.  Weszliśmy ostrożnie na dziedziniec. Przed wejściem, na tarasie zamkowym stał głęboki fotel w kształcie tronu, a na nim w karmazynowej todze, wdzianej w lekki półpancerz, ze złotym łańcuchem na szyi siedział Jan Nałęcz, sędzia ziemski poznański, popularnie Diabłem Weneckim zwany i rzekł.

– Prawo na tych ziemiach Ja stanowię. Skazuję was na śmierć przez powieszenie!

Padł pierwszy strzał , to jeden z nowych nie wytrzymał ciśnienia i wystrzelił bez ostrzeżenia w kierunku kasztelan. Kula chybiła. Moment wyczekiwania i rozpętało się prawdziwe piekło. Straż przyboczna sędziego z furią runęła na moich podwładnych, roztrzaskując dwóm z nich głowy potężnymi toporami. Zawartość ich czaszek rozlała się po bruku dziedzińca, niczym dywan wyściełający podrzędny burdel. Zanim zorientowaliśmy się że to zasadzka, połowa moich ludzi dogorywała w spazmatycznych konwulsjach. Brutalnie oddzielone kończyny turlały się po kamiennej posadzce wprawiane w ruch kopnięciami walczących siepaczy.

Dziedziniec zamku spłynął szkarłatem krwi. Na nic zdały się wysiłki resztki ocalałych, obrońcy zamku byli ekspertami w swojej dziedzinie.  Po chwili krzyki ustały, a Ja stałem oszołomiony przed Nałęczem, nie mogąc uwierzyć w to co dopiero miało miejsce. Nie prosiłem o przebaczenie. Widziałem w jego oczach coś, co dokładnie mówiło, że to już koniec. Zazdrościłem jedynie leżącym dookoła trupom policjantów ich szybkiej, gwałtownej śmierci, bo czułem że mi to nie będzie dane.

 

Głód i przeszywający chłód  jest największym koszmarem osadzonego, tak bynajmniej wydawało mi się gdy wtrącali mnie do tego lochu. Jednak dni spędzone w tym cuchnącym pomieszczeniu, w otoczeniu gnijących resztek moich współtowarzyszy jest chyba jeszcze czymś gorszym. Gdzie się nie spojrzę widzę ich martwe, zapadłe oczodoły. Wpatrują się we mnie beznamiętnie, świdrują moją duszę martwymi spojrzeniami, niby z wyrzutem, że ja jeszcze żyję, a oni powoli nikną w rozpływającej się po kamiennej posadzce brunatnej masie mięsa, tłuszczu i nie przetrawionej zawartości jelit.

Dookoła śmierć

– Błagam przestańcie na mnie patrzeć! Przecież to nie ja nas tutaj sprowadziłem! Ja tylko wypełniałem rozkazy! – Krzyczę do nich i czekam za odpowiedzią, która nigdy nie nadejdzie. Jest mi zimno, podkurczam nogi w kolanach i stapiam się z murowaną ścianą, próbując choć troszkę ciepła zatrzymać dla siebie, tę odrobinę, która zapewni mi przeżycie kolejnej minuty w tym podłym pomieszczeniu. Zaczynam tracić zmysły. Pochłaniający każdą cząstkę mojej duszy  mrok skutecznie wytrąca mnie z poczucia czasu. Ile to już dni tu siedzę zamknięty – 10? 15? 30 dni?. Jedyną wskazówką upływającego czasu  są tłuste larwy much, które ucztują na martwych ciałach policjantów z którymi jeszcze niedawno jechałem na pace ciężarówki ku temu popierdolonemu miejscu na spotkanie swojego przeznaczenia. Długo wpatruję się w jedną z nich, która z mozołem, niczym wiertło górnicze tnące ścianę, stara się przedostać przez siną skórę do galaretowatego miąższu stężałej krwi. Uspokaja mnie to…zasypiam.

Budzi mnie odgłos rytmicznych kroków niosących się  głośnym echem i  odbijającym się od sklepienia mojej czaszki z takim łomotem, że muszę zakryć uszy by nie ogłuchnąć. Boję się. Czuję ciepłą strugę moczu, który uwolniony mimowolnie strachem, rozpływa się po moim ubraniu.  Wczołguję się w najdalszy kąt celi i proszę mrok, z którym zdążyłem się już zaprzyjaźnić, by ukrył mnie przed oprawcami. Mrok jednak nie słucha i znika rozświetlony migoczącym płomieniem pochodni. Oczy palą żywym ogniem od tego niespodziewanego ataku światła i po chwili wypuszczają kaskadę łez starających się ugasić ten piekący ból. Nic nie widzę. Kulę się przy ścianie niczym przestraszone dziecko mające nadzieję, że pijany ojciec dzierżący w dłoni skórzany  pas jednak nie nadejdzie i nie wygarbuje mi po raz kolejny skóry. Wtedy to czuję chłód stalowej rękawicy pod ramionami, które  wznoszę mnie ku górze, tak jakby grawitacja przestała  mieć jakiekolwiek znaczenie. Niosą  mnie sprawnie. Nawet nie dotykam palcami stóp ceglanych schodów.  Lecę.

Mroczny władca zamku

Rzucają mnie na posadzkę bezceremonialnie jak wór kartofli. To pomieszczenie jest inne niż cela w której byłem zamknięty, widać to już po samym stylu wykonania podłogi. Ta jest błyszcząca. Po raz pierwszy od wielu dni widzę swoje odbicie w wypolerowanym kamieniu. Nie poznaję się. Kim jesteś umęczony człowieku? – Pytam sam siebie. Moje zainteresowanie własną twarzą przerywa tubalny głos

– Na kolana psie! – Jednocześnie z komendą głosową zostaję poinstruowany solidnym kopniakiem w żebra. Przekaz dociera do ośrodka myślowego, gdy ból dławiący moje płuca lekko ustępuje. Klękam z trudem. Podnoszę wzrok  i wtedy go zauważam. Siedzi na tronie postawionym pośrodku wysokiej sali. Wzrok jego skupiony na moim nagim ciele nie wyraża żadnego znanego mi uczucia, jest jakiś dziwnie obcy. Może to omamy spowodowane wielodniową głodówką, ale wydaje mi się jakby źrenice rozlewały się w miejscu gdzie powinno lśnić białko oka. Staram się opuścić głowę, nie patrzeć. Chcę schować się gdzieś głęboko w sobie i w tym azylu doczekać do końca tego spotkania. Lecz nagłe szarpnięcie za włosy odginające mi głowę do tyłu, jasno daje mi do zrozumienia, że mam patrzeć się na swojego sędziego do końca, ten milczy.

Jednak nie postać władcy tego zamku odbiera mi wszelką nadzieję na pozytywne zakończenie tej historii. To humanoidalna istota stojąca po jego prawicy, lekko nachylona ku jego licu i non stop szepcząca mu coś do ucha, niczym w scenie z powieści Tolkiena, gdy Żmijowy Język  sączył jad do ucha władcy Rohanu, przyprawia mnie o dreszcze.  Stwór jest jeszcze dziwniejszy od swojego Pana, którego prochy powinny już dawno odejść w zapomnienie, a mimo to siedzi tu niczym żywy przede mną. Stalowoszara sierść, którą udaje mi się dostrzec na zewnętrznej stronie dłoni potwora, połyskuje w migoczącym świetle rzucanym przez wysoko zawieszone kandelabry. O ile mnie wzrok nie myli to przez moment moim oczom ukazują się rogi lekko wystające spod narzuconego na łeb kaptura a z głębi, w miejscu gdzie każdy normalny człowiek ma oczy, skrzą się płomienie. Wtedy mój wzrok przyciąga jeden szczegół i mam pewność, że to z czym mam tu do czynienia nie pochodzi  z tej ziemi. Spod ciągnącego się do samej ziemi, czarnego niczym noc,  habitu  wystaje ostro zakończony ogon

Szaleństwo

– Boże jedyny, ja chyba najprawdopodobniej zwariowałem dokumentnie,  widzę diabła – myślę w duchu i wtedy Nałęcz wstaje.

– Wiesz kim jestem i co potrafię. Wiedz że żyjesz tylko dlatego, że taka była moja wola. Zresztą mój doradca – wskazał ręką ku demonowi – nalegał także by utrzymać Cię jeszcze przy życiu, bo ponoć masz wiedzę niezbędną do przetrwania w tych dziwnych czasach, z której ten chętnie skorzysta. No tak, gdzie moje maniery, nie przedstawiłem Was sobie, a przecież będziecie złączeni razem na wieczność. Poznaj Dulgara, demona siódmego kręgu piekła, władcę podziemi, niszczyciela świa…

Nałęcz nie zdążył dokończyć, gdyż zdobywam się ostatni raz na odwagę i  wyrzucam mu dwa słowa prosto w jego paskudną gębę, które chciały wyskoczyć z mojej krtani na wolność odkąd zostałem wtrącony do lochu tego feralnego dnia, kiedy przyjechałem tu sprawdzić ten upiorny zamek

– Pierdol się! – krzyczę i w kąciku moich ust pojawia się lekki uśmiech. Ten popatrzył  na mnie tym swoim beznamiętnym wzrokiem i dał znak, lekkim skinieniem głowy, swoim siepaczom stojącym za mną. Poczułem silny ból rąk wykręcanych do granic możliwości i wtedy demon błyskawicznie zbliżył się do mnie i wyciągnął ku mej głowie kościste dłonie. Poczułem wbijające się pazury w moją skroń i nagle pstryk – zgasło światło.

To już koniec. Czuję potwora w sobie jak ten przejmuje każdą cząsteczkę mego ciała. Staram się krzyczeć, lecz nie słyszę własnego głosu. Staram się walczyć, lecz nie panuję nad ciałem.  Palący ból rozrywa moją duszę, a każda komórka mej ziemskiej powłoki wypełniona zostaje tym diabelskim pomiotem. Moje jestestwo spychane jest coraz bardziej w ciemność. Nie mam siły walczyć – poddaję się. Czuję się tak, jakby oderwano mnie siłą od kierownicy samochodu i posadzono na miejscu pasażera, silnie przypinając pasami bym zbyt dużo się nie wiercił, bo jeszcze spowoduję wypadek.

Demon tryumfuje! Zostaje widzem nie mającym nic do powiedzenia w tym spektaklu i jednocześnie nie mogącym skorzystać z wyjścia awaryjnego prowadzącego gdzieś daleko poza teatr. Widać dostałem bilet tylko w jedną stronę.  Jedyne co  mogę, to spoglądać na otoczenie nieswoimi oczami, tak jak bym oglądał film na małym srebrnym ekranie siedząc na mało wygodnej kanapie i to właśnie wtedy, gdy już jest po wszystkim, widzę na lustrze mych dawnych oczu śmiejącego się do rozpuku Nałęcza, któremu kłania się w pas moje dawne ciało. Jestem jednością z diabłem. Jestem Dulgarem.

Koniec ?

27 thoughts on “Legenda o Diable Weneckim”

    1. To prawda jest to bardzo ciekawa postać o której można by książki pisać, ale nie jedyna która zapisała się na kartach historii. Pewnie niedługo opiszę zamek w Krokowej gdzie swego czasu rządził “szalony graf” Albert Kaspar Ewald von Krockow – nadzwyczaj ekscentryczna osoba.

    2. Mowa jak mniemam o Mikołaju z Wenecji zwanym Krwawym Diabłem.
      Jeżeli pamięć mnie nie myli nazwę swą otrzymał od biskupów na Pałukach, którym łoił skórę i grabił ich ziemie za popieranie przeciwników Nałęczów. Dlatego nie wszystkie opowieści o nim muszą być prawdziwe, choć z drugiej strony jest wiele historii z jaką bezwzględnością podchodził do pokonanych wrogów.
      Dobra robota panie Michale, czekam na jakieś opowiadanie o panu Nałęczu.
      Pozdrawiam

    1. No na początku działu stoi napisane że legendy i mity zbierane podczas wypraw więc proszę nie grymasić panie Obieżyświecie 🙂

  1. Fajny pomysł, widać tu spore pokłady pozytywnej wyobraźni 🙂 ktoś wychował się na Sapkowskim i Mastertonie 🙂
    Podoba mi się i miło było by poznać dalszy ciąg.

    1. Prawdą jest to że zalążek opowiastki był już w zeszłym roku. Jednak to co było wtedy napisane nie podobało mi się zbytnio i dlatego postanowiłem poprzerabiać co nieco, Więc jak porównacie tekst zeszłoroczny do tegorocznego, to zauważycie że jest dość dużo zmian i sporo treści zostało dopisane. Poza tym w zeszłym roku naszeszlaki docierały okresie października do około 300 ludzi, a dzisiaj jest prawie 2300 użytkowników, a że nie każdy lubi wracać do starych tekstów, to nic nie stoi na przeszkodzie by od czasu do czasu wrzucać coś starszego ponownie, tak by te osoby które jeszcze nie czytały mogły się z nimi zapoznać.

      Mam nadzieję że udało mi się wytłumaczyć ten “plagiat” 🙂
      Pozdrawiam

    1. Od czasu do czasu coś wykluwa się w mojej wyobraźni, jednak na dzień dzisiejszy brak czasu nie pozwala mi całkowicie rozwinąć skrzydeł. Czy będzie ciąg dalszy? Sam tego jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się że jest potencjał na kontynuowanie. Jednak teraz muszę skupić się na bajce dla dzieci, którą pewnie też będziecie mieli okazję przeczytać niedługo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *