Chojnickie Czarownice – Część I

Rok 1623 przeszedł do historii Chojnic, jako ten w którym zapłonęły stosy.

14 września 1623 mury baszty Wiedźma, zwanej także basztą czarownic, zadrżały od krzyku jaki wydał z siebie po raz pierwszy Lorenz Lewe.

Ten prosty sługa, urodzony w Konarzynach Wielkich, właśnie rozpoczął zeznania. Zeznania nie byle jakie, tylko w pierwszym od wielu lat poważnym procesie o czary. 

Przesłuchanie prowadził kat miejski doskonale wyszkolony w swoim fachu, czego dowodem były rozchodzące się błagania o litość. Jednak w żadnym wypadku o litości nie mogło być mowy, wszak zeznania trzeba było  szybko spisać, bo w kolejce na przesłuchanie czekały jeszcze co najmniej 3 osoby.

Pod wpływem „charyzmy” prowadzącego przesłuchanie Lorenz szybko puścił parę z gęby i tak o to rozpoczyna się ta historia.

Przed 20 laty do niedużego majątku ziemskiego zawitał włóczęga, który przez 8 dni przebywał w obejściu Lorenca, a po 8 dniach w ramach wdzięczności za opierunek sprzedał mu za niewielką kwotę ducha opiekuna, którego nazwał Margarethe (Małgorzata). Lorenz przystał na taki układ i przyjął nieziemską istotę pod swój dach. Włóczęga ostrzegł go jednak, że duch może także przyjmować materialną formę i  gdy już pojawi się na jego podłodze, to niech się nie złości tylko przyjmie go ze spokojem.  Tak też się stało, po jakimś czasie Lorencowi ukazał się zakupiony duch, który przybrał postać pięknej kobiety o skórze szarej jak niebo przed burzą, co skwapliwie samotnie mieszkający Lorenc wykorzystał.  Ostatni raz duch ten pojawił się w pewną niedzielę i rzekł do niego.

– Udaj się do Miejskiego folwarku i odszukaj Davida Woerlamana i powiedz mu, że choroba, na którą jeszcze niedawno się uskarżał, została spowodowana przez żonę Petera Splittstosera. Powodem sprowadzenia choroby był fakt, że raz otrzymała ona od Woerlamana mleko i chleb, jednak gdy poprosiła po raz kolejny o to samo, ten jej  odmówił. Lorenc posłusznie wykonał to polecenie, jednak nie otrzymał za „donos” spodziewanej nagrody, jedynie co go czekało to proces.

Kat przerwał przesłuchanie, wszak już usłyszał co chciał usłyszeć. Przygotować go – rzekł tubalnym głosem i poszedł obmyć krew z rąk. Proces był wyjątkowo krótki. Lorenc Lewe, za czyny niegodne, za spółkowanie z duchem i za paranie się czarami, został skazany na śmierć przez spalenie.  Niedługo po tym pierwszy stos zapłonął, a mdlący  zapach palonego białka rozszedł się w tłumie, który niczym widzowie w teatrze czekający z niecierpliwością na rozpoczęcie spektaklu, gromadnie zebrał się na wzgórzu katowskim.

Kolejną osobą, która stawiła się na przesłuchaniu w baszcie Wiedźm była Pani Blingkrähm, którą to w swoim zeznaniu wskazał zwęglony już w tym momencie na popiół Lorenz Lewe.  Już  sam widok narzędzi tortur spowodował, że Pani Barbara Blingkrähme, żona sługi miejskiego Petera Splittstosera, rozpoczęła zeznania. 

Skryba skrupulatnie spisał zeznania, w których oskarżona poinformowała w 19 punktach co następuje. Mieszkając jeszcze w Hammerstein (dzisiaj Czarne) otrzymała w prezencie od bliżej nieokreślonej osoby ducha domowego, który na imię miał Nickel. Oskarżona nie chciała przyjąć tego kłopotliwego „prezentu”, jednak sam duch miał zupełnie inne plany i zagroził, że jak go nie przyjmie to rozerwie ją na strzępy. Przerażona zgodziła się i od tej pory Nickel, który okazał się wyjątkowo złośliwym duchem, rozpoczął swoje rządy.

Pierwszymi ofiarami poltergeista padły 2 prosiaki, których jedynym przewinieniem było to, że wpadły w grządki, które pielęgnowała jego właścicielka i poniszczyły wszystkie zasadzone rośliny. Duch nie namyślał się zbyt długo i po prostu skręcił obu winowajcom karki. Kolejnym w kolejce, który podpadł duchowi był syn stolarza Hinza, który w szkole naśmiewał się z syna Barbary, w tym wypadku jednak nie skończyło się tragicznie, a jedynie młody Hinz doznał lekkiego szoku. Na chorobę zasłużył także Salomon Buckwitt z Nieżywięcia, który swego czasu rozbił podczas awantury w karczmie kufel na głowie jej męża, Petera Splittstosera.

Skryba widząc, że ta lista się na razie nie ma zamiaru skończyć poprosił o chwilę przerwy, tak by móc ponownie naostrzyć pióro. Kat przychylił się do tej prośby, wszak sam już ręce miał obolałe od pracy, a końca dalej nie było widać.

– Odetchnijmy trochę – powiedział i usiadł, ciągle wpatrując się z obrzydzeniem  w czarownicę. Bądź co bądź, niecodzienny to widok.

Pisarz skończył ostrzyć pióro, chwycił nowy pergamin i tak przygotowany czekał na kolejne zeznania chojnickiej czarownicy.  Pomiędzy krzykami wprawnie wyłapywał kolejne nazwiska ludzi, którym duch Nickel miał zaszkodzić. David Woerlemann, bo nie chciał kolejny raz dać kobiecie darmowego mleka i chleba. Także niejaki Ascherbarner zasłużył na karę, już nawet nie wiadomo z jakiego powodu. Kara dosięgła także żonę gospodarza domu Georga Berenda, która się ośmieliła z niej drwić. W tym wypadku poltergeist zabił jej zwierzęta.

Co ciekawe, oskarżona zeznała także, że  corocznie w święto „Walpurgisanacht” (noc Walpurgi – popularne święto  średniowieczne,  które odbywało się zawsze 30 kwietnia), na terenie powiatu człuchowskiego odbywał się sabat, w którym to Ona jak i inne okoliczne wiedźmy, wraz ze swoimi duchami pomocnikami z radością uczestniczyły. Zazwyczaj, jak to sama oskarżona przyznała, spotykały się na wzniesieniu Blocksberg i po uczcie składającej się w większości z kaszy, grochu i mięsiwa, przystępowały do tańców na linie, w takt wygrywanej muzyki przez starego chłopa, który rytm nadawał za pomocą bębna, wykonanego ze świńskiego łba.

Zeznania trwały jeszcze wiele dni. Wiele stron pergaminu zostało zapisane czarnym atramentem i dopiero pod koniec października sędzia, po zapoznaniu się z zebranymi dowodami wydał wyrok. Śmierć poprzez spalenie na stosie.

Po raz kolejny w pochmurny dzień zebrana gawiedź zawyła z rozkoszy na widok palonej kobiety, a robiło się coraz ciekawej, wszak kolejni już stali w kolejce do kata. Jednak co ich spotkało? Co wyznali? Czy udało się komuś ujść z życiem ? O tym dowiecie się z kolejnej części.

 

18 thoughts on “Chojnickie Czarownice – Część I”

    1. Coś się wyklarowało i w 90% mogę powiedzieć, że jeszcze dwie części. Część 2 już w ten poniedziałek, która nam opisze co tez do powiedzenia miał mąż czarownicy, który okazał się niezłym gagatkiem 🙂

  1. Na szczęście z tego co wiem Gdańsk był wolny od tego nieszczęścia, ale już w Szczecinie inkwizytorzy bawili się w najlepsze, tam poszukajcie był by dobry temat.

  2. Fajnie ze chce się wam wyszukiwać takie opowiadania, ludzie w większości pamiętają to co sami widzieli lub słyszeli. Bardzo fajnie się czyta, macie u nas w biurach sporo fanów ! 🙂

  3. Ładna opowieść, ciekawie napisana ale najbardziej trafiliście ze zdjęciami, sami przerabiacie ?

  4. Słyszałem tą historie ale nie wiedziałem ze to takie krwawe było. Masakra jakaś, nic dziwnego że nikt o tym nie mówi i wszyscy wolą zapomnieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *