Legenda z zamku Gniew.

Stary przewoźnik siedział przy ognisku. Na jego rozoranej bruzdami zmarszczek twarzy tańczyły cienie. Źrenice już lekko poblakłe, od lat przebywania w tym nieprzyjaznym dla człowieka środowisku, wpatrywały się beznamiętnie w potężną kłodę drewna, która trzaskając poddawała się płomieniom. Wtedy padło pytanie. Zadał je jego młody pomocnik, który dopiero niedawno przyjął się do pracy na jego prom – Tyle lat już pływasz po Wiśle,  to może znasz jakąś ciekawą opowieść o tych terenach? Może jakieś tajemnice zamku poznałeś? Z chęcią bym posłuchał, o ile nie jest to jakiś problem.  
Przewoźnik nie podniósł wzroku. Zacisnął prawą dłoń, pozbawioną dwóch palców które z powodu odmrożenia musiał amputować będąc w wieku zadającego pytanie i rzekł –To prawda. Wiele lat już pływam w tą i z powrotem przewożąc ludzi i niejedno w życiu widziałem. Jak chcesz opowieści o tajemnicach zamku Gniew, to usiądź wygodnie i posłuchaj – to rzekłszy, wyciągnął srebrną piersiówkę zza pazuchy i odkręcił zakrętkę. Mamrocząc coś pod nosem wylał miarkę na ziemię „dla duchów”, a dopiero potem przystawił pomarszczone usta do gwintu i pociągnął solidnego łyka.

– Wiele lat temu, gdy byłem w Twoim wieku spotkałem w karczmie tajemniczego człowieka. Pamiętam doskonale. Siedział przy ostatnim stoliku, a jego twarz skryta była w cieniu. Nie wiem dlaczego, ale wtedy zainteresowałem się tym gościem. Być może dlatego że było w nim coś niezwykłego lub po prostu miałem za dużo wypite, ale to już nie ważne. Ważne jest to co działo się dalej. Opowiedział mi on historię o ukrytych w zamkowych lochach nieprzebranych skarbach i o demonach je strzegących. Powiedział mi także o ukrytym wejściu od strony Wisły. Śmiałem się gdy mówił, że skarb tylko czeka na tego, który odważy się go zabrać – Skoro czeka, to dlaczego sam tam nie poszedłeś i go nie zabrałeś– zadałem mu to pytanie. Ten pokazał dotąd ukrytą pod stołem lewą rękę i zbliżył ją do płomienia świecy. Wtedy zauważyłem, że jego umęczona dłoń pozbawiona jest trzech palców.
– Myślisz, że nie próbowałem – rzekł – Te trzy brakujące palce są tego świadectwem.

Rok później stanąłem po raz pierwszy na tym promie, który stoi teraz zacumowany przy brzegu. Miałem wtedy 23 lata, jak otrzymałem tę posadę. Pewnego dnia płynąc w stronę zamku  zauważyłem coś w skarpie.  Wtedy to przypomniałem sobie słowa człowieka z karczmy o wejściu od strony Wisły. Po zakończeniu pracy, wziąłem lampę i przedzierając się przez gęstwinę krzaków chroniących dostępu niczym najlepsi wartownicy, w końcu dotarłem do miejsca, które widziałem kilka godzin wcześniej. Szczelina nie była zbyt szeroka, jednak była na tyle duża, że byłem w stanie się przecisnąć. Długo wahałem się, czy to zrobić, jednak duch przygody zwyciężył i po chwili stałem w pachnącym stęchlizną, wilgotnym tunelu. Wziąłem głęboki oddech i wyruszyłem. Grobową ciszę przerywał jedynie stukot moich obcasów. Droga była ciężka do przebycia, gdzieniegdzie tunel zwężał się, że musiałem padać na kolana i w ten sposób pokonywać przeszkody. Jednak coś kazało mi iść dalej. Samo wyobrażenie, że gdzieś na końcu tego lochu czekają na mnie nieprzebrane skarby było wystarczającą motywacją.

W końcu dotarłem do wielkiego pomieszczenia i moje oczy rozbłysły. Pod ścianami stały skrzynie wypełnione kosztownościami. Kufry pełne złotych monet, sznurów pereł i szlachetnych kamieni. Skarby błyszczały w świetle rzucanym przez latarnię niczym gwiazdy na niebie. Zwariowałem. Majątek zbierany wiekami przez władców zamku w Gniewie był mój i tylko mój. W tej euforii nie zauważyłem nawet, że temperatura lochu obniża się. Dopiero gdy upychając po kieszeniach kosztowności  ręce zaczęły mi drżeć z zimna, a oddech zaczął „palić” gardło, zauważyłem, że dzieje się coś dziwnego. Ściany i sklepienie pomieszczenia dotąd wilgotne i szare, udekorowane były białym szronem. Rozejrzałem się niespokojnie i wtedy go zauważyłem. Stał jakby unosząc się lekko nad podłogą, odziany w biały płaszcz z czarnym krzyżem na piersiach. Jego twarz zasłaniał zarzucony na głowę głęboki kaptur. Gdy tak stałem przerażony, ten bezszelestnie zbliżył się do mnie i wyciągnął kościstą dłoń w moim kierunku. Wtedy to otrzeźwiałem. Odepchnąłem rękę zjawy i rzuciłem się do tunelu prowadzącego do Wisły. Biegłem jak szalony. Nie zważałem na nic. Nie ważny był ból powodowany upadkami, nie ważne że rozbiłem twarz uderzając nią o posadzkę. Ja po prostu chciałem stamtąd uciec jak najszybciej.


Dopiero gdy usłyszałem szumiącą Wisłę i poczułem jej zapach uspokoiłem się, bo wiedziałem, że już mi nic nie grozi. Wtedy zauważyłem, że dłoń którą odepchnąłem rękę zjawy mam odmrożoną – Stary przewoźnik podniósł prawą dłoń pozbawioną dwóch palców – Niestety nie udało się ich uratować. Co ciekawe wejścia na drugi dzień już nie było. Pozostało mi jedynie kilka dukatów w kieszeni, które udało mi się wynieść. Bynajmniej miałem pewność, że nie oszalałem i to co mi się przytrafiło było prawdziwe, jak Ty czy Ja. Tak więc młody, to była opowieść o tajemnicach zamku Gniew. Jeżeli zobaczysz kiedyś wejście w skarpie pod zamkiem, zastanów się dwa razy czy warto. Pewne tajemnice muszą pozostać nieodkryte – po raz kolejny piersiówka powędrowała do ust przewoźnika, który już nic więcej nie powiedział tej nocy, tylko niespokojnym wzrokiem obserwował bryłę zamku majaczącą gdzieś w oddali.

8 thoughts on “Legenda z zamku Gniew.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *