Bieg na Śnieżkę w Karkonoszach

Śnieżka – bieg na szczyt w Karkonoszach

Hej. Możecie mi wierzyć lub nie, ale nad pierwszym zdaniem tego artykułu, siedziałem dobrych  30 min i nic nie przychodziło mi do głowy. Długo zajęło mi odpowiedzenie samemu sobie, w jaki sposób wprowadzić Was w dzisiejszy temat.

Stało się pewnie dlatego, że nie jest to typowe miejsce, które zazwyczaj ze mną zwiedzacie. Nie jest to zamek, pałac, czy też innego rodzaju muzeum. Dzisiaj zabieram Was w góry, co prawda był już raz artykuł o jednym z najbardziej znanych polskich szczytów i nie było większych problemów z opisem.

Jednak to na co się odważyliśmy z Ewą – 24.06.2017 jest na tyle dziwne w naszym wykonaniu, że ubranie w słowa tego co zrobiliśmy, na spożyło mi nie małych problemów. Skoro jednak jakoś poszło, to szykujcie kubki z kawą i zabierajcie się do czytania, bo dzisiaj na tapecie królowa Karkonoszy – Śnieżka.

Zawodnicy przed startem w biegu na Śnieżkę
Zawodnicy przed startem w biegu na Śnieżkę

Jak wspomniałem wcześniej odwiedziliśmy Karkonosze 24.06.2017 a miało to miejsce podczas ultra maratonu górskiego 3 x Śnieżka = 1 x Mont Blanc, w którym to przyszło nam wziąć udział jako zawodnicy. Czemu tam się znalazłem z plastronem naklejonym na piersi, to do dzisiaj tak do końca nie wiem.

Czas Start !

Jak mogłem w ogóle dać się wkręcić w takie szaleństwo? W zasadzie dzisiaj to już nawet nie wiem, kto pierwszy wyskoczył z tym pomysłem. Czy to był mój szwagier Tomek, zaprawiony w maratonach, czy jednak moja żonka. Jedyne co wiem, to że od początku roku wiedzieliśmy z czym przyjdzie nam się zmierzyć w tą czerwcową sobotę.

Już same przygotowania były ciężkie, szczególnie dla mnie, bo ja po prostu nie lubię biegać, bynajmniej nigdy nie lubiłem. Zresztą co tu dużo gadać, w szkole zawsze na ostatnim miejscu, na studiach zresztą to samo, a mój jedyny start w zawodach zaliczyłem w organizowanych przez Wydział Inżynierii i Technologii Chemicznej w Bydgoszczy, na których byłem – uwaga, uwaga!!! – przedostatni.

No ale wracajmy do teraźniejszości, która była co najmniej męcząca. Litry potu wylane podczas przygotowań, czy to śnieg czy deszcz. Zdarte podeszwy w niezliczonej ilości butów treningowych i w końcu byliśmy gotowi na podjecie wyzwania.

Bieg na Śnieżkę
Bieg na Śnieżkę

Sobotni poranek przywitał nas słońcem. Ledwo otworzyłem oczy, przebiegła mi po raz kolejny ta sama myśl po głowie – Kuźwa, co ja tutaj robię!

Szybki prysznic jednak zmył wątpliwości i przed godziną 09.00 stawiliśmy się już na starcie. Nie powiem, miłe wrażenie stać w tłumie nabuzowanym adrenaliną, nogi wręcz same wyrywały się do biegu. Jeszcze tylko krótkie odliczanie i START.

Tłum ruszył z kopyta niczym oszalałe kobyły po pastwisku, a my równo z nim. Początkowe metry biegliśmy po asfalcie, by gdzieś tak po kilometrze w końcu ruszyć szlakiem na Śnieżkę i nic nie wskazywało na to by mogło coś tragicznego się wydarzyć, aż nagle, jak za cięciem topora odebrało mi siły.

Okazało się, że padłem ofiarą sabotażu – Ewa przygotowała na śniadanie mistrzów kanapeczki, lecz tylko na moich zagościł pomidor.  Tomek już wtedy ostrzegał, nie jedz pomidora – zemści się, lecz jak kanapki przygotowane z „miłością” mogą zaszkodzić? – pomyślałem.

Dopiero podczas pierwszego podbiegu zrozumiałem co miał na myśli. Okazało się faktycznie, że pomidor na śniadanie może się zemścić prze okrutnie. Pierwszy raz w życiu czułem się tak fatalnie, praktycznie co kilka kroków wymioty. Co wypiłem wody by uzupełnić płyny w organizmie, to ta szybciej ze mnie wylatywała niż wlatywała. Efektem tego było to, że już po 2 kilometrach odwodniłem się kompletnie i byłem bliski rezygnacji.

Jednak świadomość tego, że rezygnując i tak bym musiał zejść o własnych siłach, bo przecież nikt mnie nie zniesie i fakt, że zaczęły mnie wyprzedzać osoby dużo starsze i o wiele młodsze, jakoś pozwolił mi przetrwać do samego szczytu, na który po prostu się doczłapałem z jęzorem zwisającym do samej ziemi.

Widok na góry ze szczytu Śnieżki
Widok na góry ze szczytu Śnieżki

Sam szczyt, jak szczyt. Mocno rozdeptany przez tysiące turystów, którzy nadchodzą z każdego możliwego kierunku, co w dzisiejszych czasach jest wyjątkowo łatwe, bo możliwości wejścia i wjazdów na Śnieżkę jest naprawdę sporo. Jednak kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej.

Śnieżka dawno temu

Nie było schodów, ścieżek, a tym bardziej kolejek krzesełkowych. Kiedyś górę zdobywali  tylko najodważniejsi. Pierwszy, który dotarł na sam szczyt był mieszczanin czeski, który dokonał tego czynu w roku 1465. Dobrych sto lat później na szczyt wdrapała się pierwsza grupa, także złożona z naszych południowych sąsiadów.

Jako miejsce typowo turystyczne Śnieżka zaistniała dopiero w XVIII wieku, jednak i wtedy różniło się zwiedzanie znacząco od tego co widzimy dzisiaj. W tamtych czasach co bogatsi wynajmowali sobie tragarzy, a nawet lektyki i w ten sposób dostawali się na szczyt. Na tyle były to wyczerpujące wycieczki, że często tragarze umierali z wyczerpania, gdy udało im się w końcu wnieść bagaże „podręczne” szlachciców. 

Dopiero w roku 1949, gdy do użytku został oddany wyciąg krzesełkowy po stronie czeskiej, zawód tragarza zanikł.  Co ciekawe wyciąg ten jest najstarszym działającym wyciągiem w Europie.

Michał Baranowski na mecie biegu na Śnieżkę
Michał Baranowski na mecie biegu na Śnieżkę

Wystarczy jednak tej historii i wracajmy do biegu, bo po krótkim odpoczynku, okazało się, że nareszcie jestem zdolny do zwiększonego wysiłku. Z góry poszło już zdecydowanie lepiej i praktycznie do Karpacza udało się dobiec bez większych przerw.

Kto kiedyś już był na tych szlakach, to pewnie kojarzy jak wygląda trasa najczęściej wybierana przez polskich turystów, a dla tych co nie wiedzą, to wyjaśniam. W górnych partiach jest  ułożony z kamieni  dość szeroki chodnik, a w partiach niższych trasa straszy wystającymi ostrymi kamlotami, by potem przejść w nawierzchnię szutrową i to właśnie na tego typu nawierzchni należy dać z siebie wszystko, jednocześnie uważając na to by nie rozbić sobie „ryła” na kamieniach.

Najciekawsze jednak w tym wszystkich było to, że my zbiegaliśmy w miarę naszych możliwości, uważając na każdy stawiany krok, a nas w pełnym pędzie wyprzedzali zawodnicy dłuższych dystansów. To, że nikt tam się nie połamał to po prostu cud.

Zresztą, że my się tam nie połamaliśmy to chyba był jeszcze większy cud. Koniec końców udało nam się zbiec na asfalt i po paru kilometrach wbiegliśmy w glorii chwały na metę, z czasem wybitnie słabym 4 godzin i 12 minut. Zaznaczam jednak, że ten wynik to tylko i wyłącznie wina mojej niedyspozycji spowodowanej pomidorem.

Widok na stację meteorologiczną na Śnieżce
Widok na stację meteorologiczną na Śnieżce

Ewa najprawdopodobniej zmieściła by się w 3 godzinach, jednak nie chcąc mnie pozostawić na pastwę losu, wiernie dotrzymywała mi kroku, wspierając mnie w tych najtrudniejszych momentach. Czy za rok jedziemy? Tak i na pewno poprawię ten wynik, bo pomidora to już przed biegiem na 100% nie ruszę. Jeżeli więc, ktoś ma ochotę towarzyszyć nam w tym biegu w roku 2018 to zapraszamy, tylko trzeba wtedy przypilnować grudniowych  zapisów,  bo liczba miejsc ograniczona i rozchodzą się one jak świeże bułeczki.

Dosyć o tym bieganiu, czas w końcu na coś przyjemniejszego. Pierwsza legenda o której się pomyśli, gdy spojrzy się na Śnieżkę to oczywiście opowieść o Duchu Gór Liczyrzepie, jednak zdaję sobie sprawę, że pewnie słyszeliście ją już nie raz , dlatego dzisiaj opowiem Wam o Kruczych Skałach położonych w Kruczej Dolinie niedaleko Karpacza.


Legenda o Kruczych Skałach

Z dawien dawna żyło sobie dwóch braci i jak to czasami z rodzeństwem bywa nie przepadali zbytnio za sobą. Niechęć potęgował fakt, że  jeden z nich dorobił się niemałego majątku na szemranych interesach, drugi zaś bytował na granicy biedy starając się utrzymać chorą żonę i dziecko. Bogacz nie chciał mieć nić wspólnego z biednym krewniakiem i dawał temu wyraz na każdym kroku. Nadszedł jednak rok wyjątkowo nieurodzajny i biedakowi zajrzała w oczy śmierć głodowa. Widząc swoje płaczące dziecko, mimo wielkiej niechęci, udał się do brata i poprosił go o pomoc. Ten odpowiedział mu – Oczywiście pomogę Ci, lecz nie ma nic za darmo. Dam Ci jedzenie dla Ciebie i Twojej rodziny, ale musisz dać mi w zamian swoje oczy. Biedak próbował negocjować z okrutnikiem, jednak ten pozostawał nieugięty i koniec końców zgodził się. Wyłupił więc sobie oczy i oddał je bratu w zamian za możliwość przetrwania zimy.

 Nastała wiosna, jedzenie się skończyło i czas było wyruszyć zarabiać pieniądze, jednak jak to uczynić skoro nic nie widzę – pomyślał – do lasu na wycinkę już nie powrócę. Kazał więc ślepiec codziennie prowadzić się nad pobliską rzekę Niedźwiadę, gdzie zajął się żebractwem. Tu wyprosił od przechodniów grosika, tam od innego dostał kawałek chleba do momentu, gdy uwagę na niego skierowali przemytnicy, którzy zaproponowali kalece pracę – Słuchaj co się dzieje na gościńcu, nadstawiaj uszu tam gdzie ich nie powinno się nadstawiać, a zdobyte informację przekazuj nam. W zamian weźmiemy Cię w opiekę – i jak rzekli tak uczynili.

Mijały  tygodnie a biedak dalej siedział na swoim kamieniu przy rzece i nasłuchiwał. Nie zarabiał wiele, ale wystarczało to dla niego i dla jego rodziny.

Pewnej nocy gdy tak siedział na swoim posterunku, usłyszał dziwny dźwięk. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie udało mu się usłyszeć, jakby tysiące skrzydeł rozbijało powietrze i nagle z pobliskich skał dobiegł go głos – Zebraliśmy się w tym miejscu w Sowią Noc, by opowiedzieć ludzkim głosem najciekawsze informacje z całych Karkonoszy. Ślepiec w pierwszym momencie pomyślał, że ktoś stroi sobie z niego żarty, jednak doświadczenie jakie zdobył na etacie u przemytników, nauczyło go milczeć i nie zdradzać swojej obecności. Słuchał więc dalej.

Pierwsza zabrała głos sowa  z Niedźwiady i poinformowała swoje towarzyszki, że woda która płynie w rzece ma cudowną leczniczą moc przywracającą ślepcom wzrok. Wystarczy trzykrotnie zamoczyć w niej dłoń i przetrzeć swoje rany, jednocześnie wypowiadając słowa „skała, sowa, woda, mrok, proszę rzeko zwróć mi wzrok”. Kolejny głos który rozbrzmiał, należał do sowy z Łomniczek, która rzekła, że niedaleko jej gniazda, pod wielkim wodospadem znajduje się gigantyczny kamień szlachetny, który tylko czeka na odkrycie. Trzecim ptakiem, który zabrał głos w dyskusji była sowa znad Złotego Potoku, która rzekła – nad brzegiem Złotego Potoku niecny człowiek pochował zabitą przez siebie kobietę. Było to dawno temu, lecz jej dusza ciągle nie może zaznać spokoju i błąka się po okolicy szukając  ocalenia. Ten śmiałek który wykopie jej kości i zaniesie na poświęconą ziemię, odnajdzie wielki skarb w miejscu jej  pochówku.

Gdy tylko nastał ranek kaleka obmył twarz trzykrotnie wodą z rzeki, jednocześnie wypowiadając zasłyszane słowa. Jakież było jego zdziwienie, gdy jego puste oczodoły zaczęły wypełniać się białkiem oczu. Po chwili stał zapatrzony wpatrując się w swoje odbicie w tafli wody nie mogąc uwierzyć w to co właśnie się wydarzyło.

– Skoro prawdą okazała się informacja o cudownej wodzie, to prawdą będzie i wiadomość o skarbach- pomyślał i natychmiast, bez zbędnej zwłoki pobiegł nad Złoty Potok by odszukać szkielet zamordowanej kobiety. Długo nie trwało jak zauważył wystające z piasku pożółkłe kości, które pieczołowicie wyciągnął na powierzchnię i zaniósł na pobliski cmentarz, gdzie pochował je z godnością, prosząc plebana o poświęcenie pochówku. Gdy ceremonia zakończyła się, udał się z powrotem na miejsce gdzie wcześniej znalazł trupa, a tam jego oczom ukazała się skrzynia wypchana po brzegi złotymi monetami i drogocennymi kamieniami. Gdy już wybrał wszystkie kosztowności, pozostało tylko jedno do zrobienia. Udał się więc pod wielki wodospad, gdzie znalazł gigantyczną bryłę aleksandrytu, którą ledwo mógł udźwignąć.

Jak można się spodziewać, los byłego drwala poprawił się. Odtąd jego rodzina chodziła najedzona, ubrana w nowe ubrania zakupione świeżo u pobliskiego kupca, a za pieniądze uzyskane ze sprzedaży kosztowności drwal rozpoczął budowę nowego, obszerniejszego domu.

Ludzie we wiosce nie mogli się nadziwić i zaczęli zadawać pytania. Drwal, jako że uczciwy z natury był od zawsze, opowiedział im wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Informacje te dotarły także do jego brata, który gdy tylko usłyszał o całej sprawie postanowił sprawdzić je u źródła. Udał się więc do swojego, już nie biedniejszego brata i zapytał jak to wszystko jest możliwe. Ten mimo nieskrywanej niechęci do swojego oprawcy opowiedział mu o Sowiej Nocy z najdrobniejszymi szczegółami.

Zawiść drążyła serce bogacza i pewnej nocy postanowił udać się we wskazane miejsce. Miał nadzieję, że jemu i także uda się podsłuchać ptasiego zebrania. Gdy tak siedział skryty za kamieniem, nagle usłyszał potężny szum  powodowany przez tysiące skrzydeł, a po chwili usłyszał nieprzyjemny ludzki głos – Bracia, zebraliśmy się dzisiaj by wysłuchać wieści w tę Kruczą Noc i opowiedzieć sobie najciekawsze wiadomości zasłyszane od ludzi nad którymi latamy. Ja, kruk z Karkonoszy chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o pewnym okrutniku, który majątku dorobił się wykorzystując zbieraczy ziół. Jak by tego było mało, za pomoc swojemu bratu, zażądał od niego ogromnej zapłaty jaką były jego oczy.

Siedzący za kamieniem mężczyzna zrozumiał o kim mowa i nie chcąc słuchać dalej opowieści o własnej osobie zerwał się na równe nogi i począł uciekać w stronę swojego domostwa. Jeden z kruków zauważył to i po chwili niebo oświetlane delikatnie blaskiem księżyca poczerniało, a ciszę rozdarł przerażający krzyk wydobywający się z tysiąca dziobów.  Kruki nie miały litości, zaatakowały szponami i dziobami, rozszarpując ciało bogacza na tysiąc drobnych kawałeczków.

Na drugi dzień w miejscu rzezi znalezione jedynie skrawki ubrania i wielką plamę krwi. Od tego czasu skały nad Niedźwiedzią nazywane są Kruczymi, a w bezksiężycową noc można usłyszeć krzyki potępieńca, który jak nikt inny na taką śmierć zasłużył.


 

 

 

19 thoughts on “Śnieżka – bieg na szczyt w Karkonoszach”

  1. Kochani, chyba czas już na kolejną opowieść 🙂 Gdzie dzisiaj ? Nie zapowiedzieliście niczego sprawdziłam na facebook’u 😛

  2. Dobrze napisane, dla mnie jeden z lepszych tekstów na tej stronie. Pozdrawiam.

  3. Właśnie wróciliśmy z górskiej wyprawy, uwierzcie mi to był koszmar. Aby dopchać się na Śnieżkę trzeba było stać w kolejce. Stoki i szlaki zapchane nie wspominając o kilometrowych korkach.
    W Waszych opowiadaniach wszystko wygląda pięknie i porywająco a jak ja chcę gdzieś wyjechać to wszystko pod górę , dosłownie 🙂

  4. Na śnieżce byłem lata temu i jedyne co pamiętam to fantastyczne widoki, ale nawet do głowy by mi nie przyszło wbiegać na nią 🙂

  5. A ten budynek obserwatorium jest otwarty dla odwiedzających? Coś słyszałem na ten temat ale nie pamiętam.

  6. Początkowo był to blog podróżniczy, teraz bardziej skupiacie się na sobie czy to dobra droga ?

    1. Proszę nie odbierać autorom prawa wyboru tematów, to nie jest komercyjny blog.

      1. Żadnych praw nie odbieram piszę tylko co zaobserwowałem, mam do tego prawo, chyba że nie mam?

    2. Dzięki za opinie. Czy dobra droga czy nie dobra na pewno nasza własna:) Pozdrawiamy

      1. Odszukanie własnej drogi Pani Magdo jest najważniejszą rzeczą w życiu, Wasz bardzo mi się podoba.
        Pozdrawiam.

    3. Co ciekawe to jeszcze niedawno pojawiały się komentarze z drugiej strony, jak chociażby ten: “Jak zawsze dobry tekst, tylko fotografie takie bez osobowe. Chodzi mi tylko o to że na blogu to takie powinny być bardziej osobiste , i tylko tyle.” . Więc jak widać, cały problem polega na tym by tak zrównoważyć artykuł, by zadowolić każdego czytelnika, a uwierzcie mi jest to wyjątkowo trudne.
      Jednak uspokajam, materiałów podróżniczych jest już nazbierane od groma i tak już niedługo: Pałac w Rogalinie, Zamek w Kórniku, Zamek w Gniewie, Muzeum Marynarki Wojennej oraz Dar Pomorza, a już w sierpniu wyruszamy w świętokrzyskie, więc i stamtąd przywiezie się co nieco.

  7. Co popycha ludzi by wbiegali na górę ? Nie ma takich pieniędzy, które by mnie do tego przekonały. Bardzo ładne fotografie.

    1. Wbrew pozorom daje to sporo satysfakcji, pokonuje się własne ograniczenia. Można się przekonać, że nic nie jest niemożliwe. A najważniejsze jest to, że się ruszamy. Sama biegałam w maratonach i zamierzam wrócić gdy mój maluch nieco podrośnie.
      Pozdrawiam

      1. Ukłony za maratony. Ja po 5 km mam wrażenie że wyzionę ducha.

  8. No to się dziś rozpisałeś mój drogi, gratuluje. Potem przeczytam jeszcze raz 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.