Legenda z Ustki – Staw upiorów

Ostatnie krople deszczu uderzały właśnie o dach powozu, gdy przemoczony woźnica usłyszał skrzypienie drewnianych drzwi prowadzących do karczmy. Spojrzał w ich kierunku mając nadzieję, że to w końcu jego Pan zakończył biesiadę i pojadą do domu, gdzie ogrzeje się przy palenisku. Nie  pomylił się. Lekko podpity dziedzic z Lędowa, wraz z żoną i trójką dzieci wgramolił się niezdarnie do powozu i wydał mu komendę.

– Karl, krótszą drogą wzdłuż jeziora, ale szybko.
Karl tylko na to czekał, strzelił z bicza i  popędził dwa dorodne konie zaprzężone do powozu, by już po niedługim czasie pędzić leśnym traktem w kierunku dworu. W pewnym momencie zauważył w oddali niezbyt jasne światło. Nie zastanawiając się zbyt długo, gdyż zmęczenie zamykało mu już oczy, pokierował rumaki w jego kierunku. Nie zdziwiło go nawet to, że światło jak by zaczęło mu płatać figle, to pojawiało się raz prawej strony , raz z lewej, a raz znikało w gęstwinach. Gnał w jego kierunku jak zahipnotyzowany. Nagle ognik zbliżył się i rozbłysnął takim światłem, jak by samo słońce oświetlało nocne niebo. Przestraszone konie stanęły dęba szarpiąc dyszlem i po chwili stanęły jak wryte. Nastała złowróżbna cisza. Drżące z przerażenia dłonie Karla bezskutecznie próbowały rozpalić latarnie, gdy usłyszał głos dziedzica dochodzący z wnętrza powozu.
– Karl do pioruna, co to za postoje! Jedź dalej albo niech Cię diabli – Karl nie odpowiedział, głos ugrzązł mu w gardle gdy poczuł na swoim ciele dotyk zimnych, trupich dłoni. W przerażonego woźnicę wpatrywało się tysiące nieobecnych oczu. Ostatkiem sił uniósł bicz i strzelił koniom nad uszami. Te jakby wyrwane ze snu ruszyły z pędem przed siebie.

Ostatnim odgłosem jaki usłyszał nieszczęsny woźnica był potężny plusk wody, jakby coś ciężkiego uderzyło o taflę jeziora. Potem jeszcze tylko krótkie nawoływanie o pomoc, mrożące krew w żyłach rżenie umierających koni, gasnące krzyki dzieci i martwa cisza. Nieobecnym wzrokiem spojrzał w kierunku gdzie po raz ostatni widział tonący powóz. Jedynie niknące pierścienie na wodzie świadczyły o niedawnej tragedii. Woźnica, który w ostatnim momencie zeskoczył z powozu stał zanurzony po pas w stawie. Czuł jak na jego nogach zaciskają się dwie silne dłonie i wciągają go w odmęty jeziora.
– Błagam! Litości! – krzyczał przerażony w obliczu śmierci. Jednak nikt nie przychodził z pomocą i już po chwili poczuł nieprzyjemny smak zgniłej wody w ustach. Umierał.
Ocknął się po godzinie leżąc na brzegu stawu. Nie pamiętał dokładnie co się wydarzyło, przypominał jedynie sobie, że gdy już żegnał się z tym światem po raz kolejny rozbłysło światło nad jego głową i czyjeś mocarne dłonie wyszarpały go z uścisku śmierci. Ilość adrenaliny jaka krążyła w jego żyłach starczyłoby pewnie dla dziesięciu dorodnych chłopa. Czym prędzej popędził do Ustki, by tam błagać ludzi o pomoc i w końcu stanął przed drzwiami sołtysa, któremu opisał całą tragedię.
Rankiem zebrano ludzi i zarządzono poszukiwania. Ślady końskich kopyt i kół wyraźnie wiodły do wody. Długo sondowano jeziorko długimi tyczkami, lecz żadna nie dosięgła dna. Dochodzenie policji również niczego nie ustaliło. Dziedzic jego rodzina i kareta, przepadły bez śladu.
– Zabił ich, ciała potopił, a wóz sprzedał. To jest jedyne logiczne wytłumaczenie – orzekł sędzia prowadzący tę tajemniczą sprawę. I zaprawdę wszystko na to wskazywało. Już szykowano stryczek dla nieszczęsnego Karla, jednak sędzia ugiął się pod błaganiami starej matki skazanego, która szlochając wyprosiła by ten osobiście sprawdził teren bagien po zmroku.

Noc była podobna do tamtej, w której rozegrał się mrożący krew w żyłach spektakl.  Sędzia wraz ze swoją świtą udali się do wskazanego przez woźnicę miejsca, rozsiedli się wygodnie na przyniesionych przez służbę krzesłach i zaczęli wpatrywać się w mrok. Mijały minuty, a dziwnych ogni i  trupich twarzy, jak nie było tak nie było. Sędzia spojrzał na zegarek i rzekł do towarzyszy.
– Proponuję byśmy udali się już do domów. Nic tutaj nie zobaczymy. Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że wszystkie straszne historie o upiorach znad tego stawu są wyssane z palca.
– TAK UWAŻASZ?! – mroczny głos wstrząsnął okolicą, a po karkach zaskoczonych ludzi spłynął  zimny, perlisty pot – TWIERDZISZ WIĘC SĘDZIO, ŻE UPIORÓW NIE MA?!
Echo nie zdążyło powtórzyć ostatniego zdania, gdy z wody wychyliły się świetliste postaci i z pędem ruszyły ku zebranej na brzegu gawiedzi. Sędzia nie zdążył nawet wydać komendy do ataku, gdy jego straż przyboczna leżała powalona u jego stóp. Wokół niego krążyły upiory i czekały. Woda w stawie zaczęła szumieć i bulgotać, niczym w garze postawionym na palenisku i nagle z jej otchłani wyskoczyła coś, co wyglądało jak koza. Ta spojrzała lśniącymi w ciemnościach ślepiami na przedstawiciela prawa i rzuciła się na niego z impetem. Rozrywała mu rogami ubranie, gryzła, raniła dopóki ten nie pojął wreszcie jej mowy i nie przyrzekł, że niewinnemu woźnicy włos z głowy nie spadnie. Gdy tylko ten wypowiedział słowa przyrzeczenia jego uszu dobiegł dźwięk gwizdka, a upiory w jednym momencie zniknęły.

Poturbowany sędzia powrócił do Ustki i natychmiast rozkazał wypuścić woźnicę na wolność. 

23 thoughts on “Legenda z Ustki – Staw upiorów”

    1. Raczej nie dam rady dzisiaj z legendą, zbyt dużo było do zrobienia przez weekend, a teraz niestety muszę przygotować się do pracy. Pozdrawiam
      PS. Coś specjalniejszego w tych klimatach będzie już za tydzień na halloween, ale muszę jeszcze co nieco popracować nad tekstem.

      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *