Często powtarzam zabawny fakt, że nigdy nie marzyłam o zamieszkaniu – bagatela – podróży za ocean. Zdecydowało życie i za to jestem mu wdzięczna. Od tamtego czasu niespecjalnie planuję, bo planom przeszkadza rzeczywistość. Jeszcze bardziej wierzę za to w przeznaczenie – to ono zaprowadziło mnie do Nowego Jorku, mój osobisty Mount Everest, mój dach świata.

Trąbienie taksówek. Gwar rozmów w najbardziej egzotycznych językach świata. Na ulicach ludzie i jeszcze więcej ludzi, wchodzących pod koła samochodów, bo tak szybko zmieniają się światła sygnalizacji. Siwy dym unoszący się z chodnikowych kominów, rozsypane śmieci, smród i wszechobecne billbordy, które są liczniejsze niż amerykańskie flagi w innych częściach kraju.

Ulice Nowego Jorku pełne reklam, bilbordów i żółtych taksówek.
Samochody na ulicach Nowego Jorku to w większości żółte taksówki

Spoglądam w górę – skrawkiem nieba między drapaczami chmur unosi się huczący helikopter. Innym razem spoglądam w dół, na miejsce rozgwieżdżone miliardem i jednym światłem. Miasto, które nie śpi, choć dawno zapadł już zmrok. Ono nigdy nie kładzie się do snu, bo jak bijące serce, pompuje życiodajną krew do każdej komórki ciała.

Nie jest idealne, jak nikt i nic na tym dziwnym świecie, ale w równym stopniu wyjątkowe. Oto moja miłość, moje marzenie, moje miejsce na ziemi. Proszę Państwa, przed Państwem Nowy Jork.

Prawdą jest, że Wielkie Jabłko kocha się albo nienawidzi. Osobiście nie wiem, jak można choćby go nie lubić, ale wiele osób po przejściu 7th Avenue – głównej ulicy zwieńczonej słynnym Times Square –  po prostu chce z miasta jak najszybciej uciec.

Nie przeszkadza mi to zupełnie, bo Nowy Jork i tak jest już przeludniony; miasto zamieszkuje ponad 8 milionów ludzi. Ta niechęć niektórych właściwie mi pochlebia, bo potęguje uczucie, że miejsce jest tylko dla wybranych. Energia miasta jest niesamowita i wręcz namacalna, chociaż po kilkunastu wizytach, przejściu wzdłuż i wszerz Central Parku, Mostu Bruklińskiego i opłynięciu Manhattanu, dalej nie wiem, na czym właściwie polega.

Słynny Nowojorski Most Brukliński.
Słynny Nowojorski Most Brukliński

Moja pierwsza podróż do Miasta Świateł zaczęła się od dwugodzinnej jazdy autobusem z przedmiejskiego Tarrytown. Przewodnik zorganizowanej wycieczki, którą dostałam w prezencie, najpierw pokazał nam Statuę Wolności. Był styczeń, zimny wtorkowy wieczór. Z brzegu Battery Park, cypla Manhattanu, wizytówka miasta wyglądała jak jarzący się wątłym światłem naparstek.

Temperatura na zewnątrz autobusu spadła poniżej zera i uczestnicy wyjazdu podskakiwali w miejscu czekając, aż drzwi autobusu zostaną znów otwarte. Po ekspresowej wizycie na Times Square otrzymaliśmy bilet uprawniający do wjazdu na Top of the Rock przy Rockefeller Center. Kiedy wjeżdżałam windą na 70 piętro, byłam zmęczona i głodna.

Drzwi windy otworzyły się, po lewej stronie zamajaczył jakiś sklep z pamiątkami, po prawej ciągnął się korytarz. Podeszłam do przeszklonej szyby obserwacyjnego tarasu i moje serce na chwilę stanęło.

Taka właśnie jestem – zakochuję się od pierwszego wejrzenia, ale z opóźnieniem. A jeśli pokocham – kocham całą sobą. Bezwiednie kładąc place na chłodnej, lekko oszronionej szybie patrzyłam w ciągnące się po horyzont, rozświetlone miasto. Poczułam, jak przeszywa mnie dreszcz i moje serce po krótkiej przerwie zaczyna bić coraz szybciej i szybciej. I bije dla miasta aż po dziś dzień, rozrywane świadomością, że dzielą nas setki kilometrów i głębina oceanu.

Nowy Jork pełen drapaczy chmur
Drapacze chmur na skraju Central Parku

Jeśli chcesz stanąć na skraju świata, wybierz się do Nowego Jorku. Wyjedź na taras widokowy przy placu, gdzie w grudniowe noce stoi majestatyczna choinka, której światło wzrusza i poraża. Patrząc na leżące u twoich stóp miasto poczujesz nagły przypływ siły. Uwierzysz w siebie i w to, co możesz zrobić.

Poczujesz, uwierz mi, poczujesz całym sobą ogrom wszechświata i własnych możliwości. Oto patrzysz w oczy przyszłości –  zadaj jej pytanie, a otrzymasz odpowiedź, której będą wtórowały odległe klaksony żółtych taksówek i mrugające okna Empire State Building. Nie umiem w inny sposób opisać tego, jak wygląda widok miasta podczas zimowej nocy i co czuje się, patrząc na jego żyjący organizm. Wiem natomiast, że właśnie na tarasie widokowym  przepadłam jak kamień w wodę.

Zwykle potrzeba kilku dni, aby zobaczyć najważniejsze miejsca i atrakcje dużej aglomeracji. Niezbędne są tygodnie, żeby poznać, jak funkcjonuje, i miesiące, aby opowiedziała o swoich tajemnicach. Nowy Jork nie zdradza swoich sekretów – skrywa je, abyś został na zawsze i szukał ich po kres twoich dni.

W przeciwieństwie do innych miast, które odwiedziłam, Wielkie Jabłko ma do zaoferowania turyście naprawdę dużo. Aby zobaczyć topowe miejsca, nie wystarczą dwa czy trzy dni. Można być w mieście dwa tygodnie i każdego dnia odkrywać coś nowego.

Moim ulubionym miejscem był od samego początku Brookling Bridge. Robiący wrażenie most ma prawie dwukilometrowy, zawsze zatłoczony deptak. Kiedy dojdzie się do połowy i odwróci przez ramię, można podziwiać niesamowity Manhattan rysujący się na tle błękitnego nieba.

Jestem pewna, że gdyby most nie był pełen wrzawy turystów, stanowiłby idealne miejsce do wzdychań i twórczości pisarzy i poetów. Mogę sobie wyobrazić artystów siedzących z paletą i pędzlem w ręku na szerokich, bocznych balustradach. Mogę sobie wyobrazić powstające tam arcydzieła.

Ruchliwy Nowy Jork nigdy nie zasypia
Ruch w Nowym Jorku nigdy nie zamiera

Tymczasem most i tak zachwyca. Mknące pod deptakiem samochody, chłodna rzeczna bryza i niesamowity widok – zdecydowanie nie można powiedzieć, że było się w Nowym Jorku, nie siadając na żelaznej zaporze i nie będąc przepędzonym przez policyjny patrol.

Niesamowitych przeżyć dostarcza kajakowanie na Rzece Hudson. Od czerwca przy jednym z mol na lower Manhattan można wypożyczyć kajak i z „poziomu kaczki” przyglądać się drapaczom chmur. Piekące słońce, furkoczące statki turystyczne przepływające nieopodal, kolorowy kapok, kajak i wiosło. Granica dwóch amerykańskich stanów biegnąca środkiem rzeki. Dalej jestem w New Jork, czy już na terenie New Jersey? Nie potrzebuję palmy i  leżaka, żeby poczuć się jak w raju!

Miasto jest w ogóle bardzo przyjazne dla osób aktywnych – wzdłuż lewego wybrzeża Manhattanu, od samego Battery Park do krańców Central Parku ciągnie się przyjemny deptak i ścieżki rowerowe. Na licznych skwerach można położyć się z kocem na trawie i przymykając oczy poczuć tę specyficzną nowojorską atmosferę. Prawdopodobnie na trawniku obok ktoś będzie jadł lunch albo pobierał lekcje gry na skrzypcach.

Miasto to nie tylko Statua Wolności, która jest w rzeczywistości mniejsza, niż na zdjęciach, królujący nad miastem Empire State Building czy wyjątkowy, zielony Central Park. Nowy Jork tworzą też budujący szczególną atmosferę ludzie i wolność, która przejawia się w stylu nowojorskich ulic.

Prawdą jest, że w stolica stanu New York to konglomerat wszelkich możliwych stylów modowych. Tam nie ma zasad – noś się, jak chcesz. Łącz ze sobą materiały o różnej fakturze, baw się kolorami. Ubierz bluzkę od Gucciego i adidasy w stylu vintage. Do tego minimalistyczna torebka i, dajmy na to, naszyjnik z pereł. Dlaczego nie? Miasto to synonim swobody, pozbawiony krzywych spojrzeń i dezaprobaty dla tych, którzy eksperymentują.

Pewnego razu umówiłam się ze znajomą, aby porozmawiać o jej wrażeniach i przemyśleniach na temat życia w Ameryce i atmosferze jej wizytówkowego miasta. Siedziałyśmy w jednej z przytulnych herbaciarni, sącząc gorący i aromatyczny napar. Po jakimś czasie wypłynął temat lekkości i niezależności kwestii wizerunkowych. Moja towarzyszka zachwycała się kreatywnością nowojorczyków, którzy są najprawdziwszą wizerunkową wersją siebie – nie podążają ślepo za najnowszymi trendami.

Właśnie wtedy zostałam zapytana, czy wybierając się na kawę w Europie ubrałabym się tak, jak tamtego dnia. Miałam na sobie puchaty golf, spod którego wystawały mi przydługie rękawy sportowej bluzy. Szyja opatulona szalikiem w cętki, na nogach kapciowate emu, wytarte dżinsy. Było przeraźliwie zimno, więc ulubiony, sportowy styl został wzbogacony w niezbyt pasujące dodatki. Uderzyło mnie, że pomimo nie najlepszej prezencji czuję się dobrze. I nikomu absolutnie nie przeszkadzała mój niezbyt wyrafinowany outfit. A przecież byłam w mieście, gdzie odbywa się Fashion Week!

Nocny Nowy Jork ma zupełnie inny klimat niż za dnia
Nocą Nowy Jork nabiera zupełnie innego wymiaru.

To, co zawsze zachwycało mnie, amatorkę picia kawy i herbaty, to możliwość zajęcia niewielkiego stolika przy oknie w jakiejś knajpce i zwykłego gapienia się na przechodzących za szkłem ludzi. W towarzystwie dobrego napoju, oczywiście. W Nowym Jorku znalezienie wolnego miejsca przy oknie nie zawsze było to łatwe. Zwłaszcza podczas weekendów, kiedy miasto stawało się przeludnione do granic możliwości.

W Stanach królują sieciowe koncerny kawiarskie, a prywatne, nastrojowe lokale nie są tak popularne jak w Europie. Nieliczne miejsca tego typu są zalewane przez tabuny klientów już od samego rana. Kiedy jednak znajdzie się samotny fotel z kawałkiem stolika lub krzesełko przy wysokim blacie, przez okno można gapić się godzinami.

Widok magnetyzuje. Beton, szkło, migające billbordy, samochody, ludzie, nieliczne drzewa – można by rzec: nic specjalnego. Ale świadomość, że jest się w centrum świata, daje do myślenia. Nie ma drugiego takiego miejsca na Ziemi.

Nowy Jork nie jest idealny. W wielu miejscach obok koszy na śmieci leżą sterty niedojedzonych take-outów, butelki, kartony, zatłuszczone folie. Smród jest dobrze wyczuwalny, zwłaszcza latem. Ściany odpierają liczni bezdomni, których jedynym dobytkiem jest karton i połatana kurtka (czasem najnowszy iphone – niech nikt nie pyta, jakim cudem, bo nie wiem).

Na chodnikach swoje towary imitujące galanterię największych projektantów wystawiają groźnie wyglądający mężczyźni. Wszystko rozłożone na prześcieradle z wszytym sznurkiem – takim, który za jednym pociągnięciem zmienia materiał w płócienny worek szybko kryjący zawartość przed strażą miejską. Miasto ponadto nie nadaje się też do życia z dzieckiem – zatłoczone, zadymione, niebezpieczne.

Nie przestaje się jednak kochać za wady. Nie mogę go zmienić, ale on zmienił mnie – to wystarczy. Muszę się nim dzielić z wielomilionową populacją, ale były miejsca, gdzie przebywaliśmy tylko we dwoje. Bywały tygodnie, że przyjeżdżałam na Times Square tylko po to, żeby wynagrodził mi miniony, ciężki tydzień.  

I zawsze  to robił – wieczorem opuszczałam miasto pokrzepiona i silniejsza. Dziś się trochę boczy, po wyjechałam z dnia na dzień, ale wie, że wrócę. A ja wiem, że przyjmie mnie z otwartymi ramionami.

***

Kajakiem wokół Manhattanu
Kajakiem wokół Manhattanu 🙂
Parki w Nowym Jorku nie są częstym widokiem, ale są.
Widok na Manhattan z Roosvelt Island