Legenda o piracie i piekielnym statku.

Pewnego jesiennego dnia, gdy słońce już nie miało sił by ogrzewać okoliczne wody, do wybrzeża półwyspu kornwalijskiego zbliżył się nieznany okręt.  Ludzie stojący na nabrzeżu natychmiast schowali się za skały, bo wiedzieli, że takie wizyty nie wróżą niczego dobrego. Obserwując jednak ten niecodzienny spektakl zauważyli, jak na pokład wyprowadzany jest wysoki mężczyzna. Jego ograniczone ruchy świadczyły o tym, że musiał być skuty potężnymi, żelaznymi kajdanami. Siłą wepchnięto więźnia do szalupy, a następnie grupa uzbrojonych marynarzy popłynęła w kierunku  piaszczystej plaży. Nie dopływając do brzegu  rozkuli mężczyznę, który natychmiast, niczym dziki drapieżnik rzucił się na swoich oprawców. Zdołał powalić jednego z nich, lecz z tak wieloma ludźmi nie miał szans sobie poradzić i już po chwili udało im się go wyrzucić za burtę. Łódź natychmiast skierowano w stronę okrętu, pozostawiając dryfującego osiłka na pastwę losu. Ten jednak zdołał dopłynąć na stały ląd i po krótkiej chwili odpoczynku rozejrzał się po okolicy.

Długo nie trwało, jak o przybyszu zaczęło robić się głośno. Okazało się, że porzucony marynarz tak naprawdę był piratem. Co gorsza była to osoba tak nikczemna, o duszy czarnej jak smoła, że  właśnie to było głównym powodem porzucenia go przez własnych towarzyszy broni na kornwalijskiej ziemi.

Pirat osiedlił się w małej opuszczonej chacie w Tregaseal. Pozostawiony bez dobytku, niejednokrotnie kładł się spać głodny. Ludzie omijali jego domostwo z daleka, a i on zbliżał się tylko nocami, by okraść nieostrożnych kupców. Jednak ciągle mu było za mało i spoglądał z utęsknieniem w morze, gdzie raz po raz można było zauważyć łopoczące żagle. Złość w nim wzbierała niczym fala przypływu i gdy tylko w brzeg uderzył sztorm, a niebo pociemniało tak, że jedyną wskazówką dla żeglarzy nawigujących przy brzegu były światła latarni, przystąpił do działania. Wziął latarnię i przywiązał ją do karku konia, którego wcześniej udało mu się zdobyć na kupcu zmierzającym na targowisko, a sam łeb konia przywiązał tak, by był skierowana ku dołowi. Poruszający się w ten dziwny sposób koń wędrował klifami, a światło latarni wyglądało z oddali jak oświetlenie rufowe statku, ściągając niczego nie spodziewających się żeglarzy ku skalistej zatoce, gdzie okręty rozbijały się na drobne kawałeczki. Ten kto przeżył spotkanie ze skałami, musiał zmierzyć się z toporem pirata, który z całym okrucieństwem traktował rozbitków rozłupując ich głowy na dwie części, czy też obcinając im ręce, kiedy Ci walcząc o życie łapali skalne półki by wydostać się na brzeg.

W ten sposób zatapiał kolejne statki i plądrował pozostałości. Stan ten trwał przez wiele lat, dopóki ten się nie zestarzał i już nie miał sił by kontynuować niecny proceder. Stary pirat walczył do końca ze starością, ale śmierć w końcu upomniała się i o niego. Było to w sierpniowe popołudnie. Dwaj rolnicy z pobliskiej wioski właśnie kończyli prace polowe. Powietrze stało w miejscu, a spalona ziemia parzyła stopy.  W pewnym momencie delikatny podmuch wiatru poruszył ich włosy, a uszu ich dobiegł głos, który rzekł – „Czas nadszedł, ale mężczyzna się nie pojawił”. Spojrzeli zdziwionym wzrokiem na siebie, a następnie w kierunku morza, z którego to wydawało się płynęły te słowa. Tam ujrzeli potężny statek o burcie czarnej jak sadza w kominie, zresztą nie tylko kadłub statku był czarny, czarne były także i żagle i olinowanie. Za tym dziwnym okrętem kłębiły się jeszcze czarniejsze chmury, co chwila rozświetlane przecinającymi je błyskawicami.  Rolnicy rozejrzeli się po okolicy i ujrzeli, że dom starego pirata, jako jedyny w okolicy spowity jest także w czerń. Wyglądało to tak jak by bezksiężycowa noc zapanowała wokół tylko tego domostwa. Przerażeni mężczyźni natychmiast pobiegli do wioski, by ostrzec innych, że dzieje się coś niezrozumiałego.

We wiosce uradzili, że dobrze by było się przyjrzeć zjawisku bliżej. W tym celu wybrali najodważniejszych spośród siebie, którzy natychmiast wyruszyli do przeklętego domu. Ich odwaga niestety malała z każdym przebytym krokiem. Po przybyciu na miejsce stanęli w bezpiecznej odległości od spowitej w mroku chałupy, całkowicie już przestraszeni. Jedynie dwóch rolników, wraz z lekarzem i pastorem odważyło przestąpić próg. To co zobaczyli w środku było przerażające. Stary pirat rzucał się w agonii na swoim łożu, a ciemna postać bez twarzy stała nad nim. Starzec wył z bólu, a zobaczywszy przybyszy wykrzyczał do nich – Diabeł wbija mi pazury w ciało, niczym jastrząb wbija szpony w swoje ofiary!!… Wyrzuć marynarzy za burtę, niech szczezną!!…Klecho pomóż mi!! – usłyszawszy to pastor, mimo swoich skromnych umiejętności, przystąpił do wypędzania diabła z pomieszczenia. I mimo, że początkowo wydawało się, że idzie ku dobremu, a demon zaczyna się zmniejszać do wielkości muchy, to próba wypędzenia ostatecznie zawiodła. Nagle potężny huk wypełnił pomieszczenie, ziemia zatrzęsła się a dach chaty stanął w płomieniach. Przerażeni ludzie z krzykiem wybiegli z domu zostawiając pirata sam na sam z czarnym sługą piekieł. Wtedy to chmura burzowa, która przybyła razem z czarnym statkiem przykryła dom całkowicie i zaczęła dziwnie poruszać się wokół ścian budynku. Zwinęła się, zrobiła się coraz mniejsza i mniejsza, i nagle, z prędkością huraganu przepłynęła z  Tregaseal na statek, który pośród błyskawic  został popchnięty potężną wichurą, w kierunku otwartego morza.

Minęło wiele dni, gdy po raz kolejny znalazło się kilku odważnych, by zobaczyć to co pozostało po domostwie starego przestępcy. Pośród zgliszczy znaleziono jego poszarpane ciało. Jego twarz zastygła z szeroko otwartymi ustami, a oczy dalej spoglądały z przerażeniem w dal.

Jeszcze tego samego dnia przygotowano trumnę, tak by jak najszybciej pozbyć się kłopotliwych zwłok. Wiele lat później wspominano jeszcze w karczmach, że gdy niesiono trumnę na cmentarz, za orszakiem szedł czarny wieprz, który dołączył do żałobnej procesji nie wiadomo skąd.  A gdy w końcu dotarli do schodów kościoła, to ponownie rozpętała się  burza, podobna do tej, którą mieli okazję obserwować kilka dni wcześniej. Namiestnicy trumny byli zmuszeni zrzucić ją przed uświęconą ziemią i salwować się ucieczką do pobliskiego kościoła i nagle jaskrawe światło rozświetliło okolicę, to potężny piorun uderzył  w leżącą na ziemi trumnę, która rozpaliła się niczym nasączona naftą pochodnia. Zgromadzeni w kościele przeczekali nawałnicę i dopiero gdy  potępieńcze wycie wiatru ustało, wyjrzeli ostrożnie na zewnątrz budynku. Trumny już nie było, pozostał jedynie wypalony ślad na ziemi, który jeszcze przez wiele lat można było zauważyć.

Tak kończy się historia pirata, o którego upomniał się sam diabeł.