Jeśli gonić szczęście, to tylko w Filadelfii

O tanim i bezpiecznym podróżowaniu po USA pisaliśmy już wcześniej.

Pierwsza stolica Ameryki być może nie cieszy się popularnością Nowego Jorku czy Los Angeles, ale wraz z nimi jest pierwszym miejscem, które (nie tylko mnie) przychodzi na myśl na hasło miasta USA. Okej, nie zapominajmy o Waszyngtonie. I Los Angeles. I Miami…

Miejsce odegrało też kluczową rolę podczas amerykańskiej rewolucji, więc choćby tylko ze względu na historyczne flow powinno się pensylwańskie miasto odwiedzić. Poza tym Philly jest naprawdę fascynująca, jeśli wie się, gdzie miejscowych perełek szukać. No i gdzie indziej można świętować Boże Narodzenie we wrześniu?

Filadelfia (Philadelphia) to największe miasto stanu Pensylwania i piąte co do wielkości w USA. Mimo swojej wielkości, nie jest stolicą stanu, którą stanowi Harrisburg. Dzisiaj ciężko uwierzyć, że zamiarem założycieli było stworzenie niewielkiej wioski otoczonej polami uprawnymi, która nigdy nie miała rozrosnąć się do obecnych rozmiarów.

Po pierwsze – Konstytucja Stanów Zjednoczonych

Independence Hall to czerwony budynek, w którego murach drzemie historia. To właśnie tu, 4 lipca 1776 roku, została przyjęta Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych. W skład komisji, która zajmowała się opracowaniem dokumentu, wchodził Benjamin Franklin, polityk i filozof silnie związany z miastem – mieszkał tam od 17 roku życia (przeprowadził się z rodzinnego Bostonu na skutek niezbyt dobrych relacji ze swoim bratem).

Widok ze szczytu Rocky Steps Philadelphia

Salę o białych ścianach i charakterystycznych zielonych elementach dekoracyjnych można zwiedzać za darmo, ale od marca do grudnia konieczna jest rezerwacja biletu (1$), co ma zapobiegać długiemu oczekiwaniu w kolejce. Przed wejściem konieczne jest poddanie się kontroli bezpieczeństwa.

Pennsylwania – Podążaj za szczęściem

Kiedy przekracza się granicę stanu od jego północnej granicy (możliwe, że od innych również, ale nie potwierdzę, bo nie miałam przyjemności), przy jednej z dróg można zobaczyć tablicę głoszącą: Welcome to Pennsylwania. Pursue your happiness, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Witamy w Pensylwanii. Podążaj za szczęściem.

Witajcie w Pensylwanii

Wbrew wielu opiniom, że we wspomnianym stanie nie ma co robić, a Filadelfia nadaje się tylko na jednodniową wycieczkę, uważam, że zarówno sama Pensylwania jak i jej największe miasto mają sporo do zaoferowania. Oczywiście – zależy, co kto lubi.

Na pewno nie warto się jednak negatywnie nastawiać , a otwarta głowa i znajdowanie pozytywnych aspektów naprawdę przydaje się podczas wizyty na innym kontynencie (i na marginesie, w życiu w ogóle). Wiesz, że chcesz imprezować od rana do wieczora? Od razu zarezerwuj lot do Las Vegas albo Miami i nie narzekaj, że bary w uroczej Philly zamykane są o 2.00 nad ranem.

Chcesz na chwilę poczuć się jak Rocky Balboa albo poleżeć na hamaku w parku rozświetlonym dziesiątkami magicznych światełek? Super, powinieneś sobie zrobić przystanek w Filadelfii.

Rocky Steps i Muzeum Sztuki

Prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalne miejsce w Filadelfii to schody Rocky’ego (Rocky Steps), czyli 72 kamienne stopnie, które znajdują się przed Muzeum Sztuki.

Schody znane są z filmu Rocky i absolutnie każdy, kto miał okazję się po nich wspiąć, robi zdjęcie na szczycie. Osoby nie będące kinomaniakami powinny wiedzieć, że warto przebiec się na wzgórze chociażby dla widoku – z wierzchołka schodów można zobaczyć spory kawałek miasta.  

Sama atmosfera tego miejsca jest fantastyczna – ludzie raz po raz wbiegają na szczyt albo odpoczywają, siedząc na stopniach. Rozmawiają, szeleszczą papierowymi torbami pełnymi przekąsek lub podskakują dziesiątki razy, aby fotografujący ich towarzysz (albo przypadkowy przechodzień) cyknął idealną fotkę. Mnie udało się to zrobić za trzecim razem.

SONY DSC

U podstawy kamiennych stopni, po prawej stronie, znajduje się posąg Rocky’ego. Żeby pstryknąć sobie zdjęcie z filmowym bohaterem, zwykle trzeba trochę poczekać w kolejkowym ogonku.  Zważywszy na niską temperaturę i dzwoniące z zimna zęby (był luty, a podbieganie na schody pomagało się rozgrzać jedynie na chwilę), zrezygnowałam, woląc nie ryzykować odmrożenia palców u stóp.

Mieszczące się na wzgórzu Muzeum Sztuki (Philadelphia Museum of Art) ma w swoich zbiorach m.in. obrazy europejskich i amerykańskich artystów – Renoira, Moneta, Degasa czy Eakinsa. Poza tym w udostępnionych galeriach można zobaczyć rzeźby, fotografie, zbroje, a nawet kopie budynków charakterystycznych dla danych krajów; na przykład japońską herbaciarnię (Japanese teahouse).

Normalny wstęp do muzeum kosztuje 20$, czyli tyle, ile przeciętne wejście do instytucji tego typu w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak w innych placówkach, również w przypadku Philadelpia Museum of Art galerie można czasem zwiedzić dużo taniej. W określone dni (obecnie pierwsza niedziela miesiąca między 10.00 a 17.00 i każda środa między 17.00 a 20.45) za bilet można zapłacić dowolną kwotę, czyli nawet 1$.

Szklany ogród w sercu Filadelfii

Dużą, choć z jakiegoś powodu niezbyt znaną atrakcją Filadelfii są Magiczne Ogrody (Philadelphia’s Magic Gardens). Miejsce znajduje się w centrum i stanowi mieniące się kolorami serce miasta.

Magic Gardens Philadelphia Joanna Wojtas

Pośród przeciętnych budynków, stojących przy jednej z wielu miejskich ulic, znajduje się zaułek z krętymi korytarzami, których ściany wysadzone są mieniącymi się fragmentami butelek i różnobarwnych, połyskujących płytek. Elementami misternych konstrukcji są dodatkowo talerze, koła od rowerów i inne przypadkowe przedmioty.

Mozaiką jest wyłożony dosłownie każdy centymetr ogrodów, w tym schody i posadzki, wnęki i korytarze. Zajrzenie do każdego zakamarka nie zajmuje więcej, niż pół godziny. Bilet kosztuje 10$ i najlepiej zarezerwować go przez Internet, bo zwiedzający wpuszczani są o określonych godzinach. Wejściówki można kupić w miejscowej kasie, ale nie zawsze jest możliwość kupienia ich na czas, który nas interesuje.

Portowy Park Letni w Filadelfii

Z kolorowego ogrodu można na piechotę dojść do położonego niedaleko parku nad rzeką Delaware. Spruce Street Harbour Park jest miejscem, gdzie mieszkańcy Filadelfii okolic chętnie spędzają czas, szczególnie w czasie cieplejszych miesięcy.

W zawieszonych między drzewami hamakach można bujać się bez końca, zwłaszcza z kupionym w jednej z licznych, kolorowych budek piwem. Na miejscu można też dostać słodki, lokalny przysmak – funnel cake.

Chrupkie ciasto przypomina trochę polskie faworki; jest smażone w głębokim oleju, posypywane cukrem pudrem lub podawane z bitą śmietaną i czekoladą. Jeśli nie uda się nam dorwać hamaka (w cieniu drzew czają się inni chętni), możemy prawie równie wygodnie rozsiąść się na jednym z wielu drewnianych krzesełek, ustawionych na trawie wzdłuż deptaka.

Nad samym brzegiem rzeki, w miejscu, gdzie widać zacumowane statki, znajduje się strefa z dużymi stołami, parasolami i ławeczkami. Bezpośrednio nad chlupoczącą wodą zamocowane są siatki, w których również można przyjemnie się pobujać, o ile nie mamy lęku wysokości i posiadamy wystarczająco dużo czasu, żeby czekać na swoją kolej.

Magic Gardens Philadelphia Joanna Wojtas

Niedaleko parku znajduje się amfiteatr pod chmurką (Great Plaza at Penn’s Landing), w którym przy odrobinie szczęścia można natrafić na koncert. Prawdopodobieństwo posłuchania mniej lub bardziej znanych zespołów zwiększa się oczywiście podczas dni, w które przypadają święta narodowe i weekendów.

Kilka minut spacerem w dół rzeki sprawi, że w środku lata można będzie świętować Boże Narodzenie. Na zyskującym coraz większą popularność lodowisku (Blue Cross Riverrink) na łyżwach można pojeździć co prawda tylko od listopada do marca, ale poczuć atmosferę świąt – każdego dnia w roku.

Ja przechadzałam się pośród ozdobionych choinek i sznurków lampek trzeciego dnia września. Wokół wspomnianego lodowiska znajdują się uliczki obsadzone świątecznymi drzewkami oraz drewniane domki o przytulnych wnętrzach, w których można napić się kawy albo zjeść obiad.

Fajne zdjęcie można zrobić sobie pod jedną z roziskrzonych choinek albo na dużym czerwonym krześle opatrzonym hashtagiem #visitphilly. Mogę tylko wyobrazić sobie, jak prawdziwie świąteczna i magiczna atmosfera panuje tam w grudniu.

Centrum Filadelfii jest nie tylko dla zakochanych

Kolejny, lubiany zwłaszcza przez użytkowników Instagrama filadelfijski spot to Park Miłości (Love Park), znajdujący się w centrum miasta. Na placyku stoi konstrukcja z napisem LOVE właśnie, a w tle majaczy odległe Muzeum Sztuki.

Przy Benjamin Franklin Pkw łączącej parczek z widniejącymi w oddali schodami Rocky’ego, znajdują się szeregiem ustawione lampy – każda z nich „należy” do innego państwa, a wśród szacownego grona znajduję się oczywiście Polska. Drogę noszącą imię słynnego polityka przecina spore rondo, pośrodku którego stoi fontanna z iście błękitną wodą.

Jeszcze mocniejszych wrażeń estetycznych (i wodnych, zwłaszcza w upalne dni) dostarczają fontanny w Dilworth Park, znajdujące się w pobliżu miłosnej konstrukcji, tuż przed ratuszem. Dziesiątki zamontowanych na placu fontann wybucha nagle, mocząc wszystko i wszystkich dookoła, ku uciesze piszczących dzieciaków.

W centrum znajduje się również taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. Wjazd na 57. piętro One Liberty Observation Deck w ciągu dnia kosztuje 15, a wieczorem 21 dolarów (Sun&Stars ticket).

Widok jest naprawdę ładny, chociaż po zobaczeniu kilku podobnych miejsc wyjazdy na tarasy tego typu nie robią już na mnie piorunującego wrażenia. Panoramę miasta można zobaczyć ze wszystkich czterech stron i dla osób będących pierwszy raz w Stanach będzie to na pewno spora atrakcja. Zobaczyć amerykańskie miasto z lotu ptaka – to jednak jest coś!

Filadelfijska kanapka z serem

Reading Terminal Market, czyli lokalny rynek, na którym można zjeść większość kuchni świata, cieszy się wielką popularnością wśród przyjezdnych. Najbardziej znanym przysmakiem jest cheesesteak, czyli długa pszenna bułka, po brzegi wypchana smażonym mięsem (najczęściej wołowym) i suto polana roztopionym żółtym serem.

Często można zjeść wersję poszerzoną o różne dodatki, głównie cebulę i korniszony. W obrębie marketu znajduje się kilka punktów, gdzie serwuje się ten przysmak. Osobom o mniejszych żołądkach radzę podzielić się kanapką z drugą połówką albo towarzyszem podróży. Osobiście nie dałam rady zjeść całego cheesesteaka, mimo że przed wyjściem z domu  zjadłam tylko lekkie śniadanie.

Połowa mojej kanapki wylądowała pierwsze w moim plecaku („na pewno zjem później!”), zatłuszczając wszystko, co się w nim znajdowało, a później w koszu. Nie zjeść cheesesteka to jednak nie być w Filadelfii, dlatego proponuję przymknąć oko na liczbę kalorii i… popić posiłek colą light 🙂

Filadelfia da się lubić. Wychodzę z założenia, że wszędzie jest coś ciekawego do zobaczenia – dobre nastawienie i ciekawość świata to połowa sukcesu. Drugą są wygodne buty!

***

***