Pałac w Kurozwękach – czyli wyprawa z bizonami w tle
Europa,  Gdzie byliśmy,  Polska

Pałac w Kurozwękach – historia, atrakcje i ciekawostki

Hej. Dzisiaj na tapecie kolejny piękny pałac, że tak powiem brzydko, zaliczony w czasie zeszłorocznego urlopu. Może i dobrze, że materiał jest jeszcze z sierpnia 2017, bo dzięki temu choć odrobinę wakacyjnego słońca jakie wtedy paliło niemiłosiernie, przebije się przez szarzyznę panującą aktualnie za oknem i ociepli troszkę tę zimową aurę, a uwierzcie mi było gorąco jak w piekarniku.

Jeżeli mnie pamięć nie myli to sporo powyżej 30 stopni. Ale przecież nie o pogodzie będziemy dzisiaj opowiadać, tylko o pałacu który jak by nie patrzeć jest jedną z wielu perełek, które możemy odnaleźć w świętokrzyskim.Dokładniej znajdziemy go w małej miejscowości Kurozwęki położonej w obrębie Pogórza Szydłowskiego.

Co tam nas zaciągnęło?  Czy zwiedzanie lochów może przerazić i kogo najbardziej? Czy to prawda, że bizony to takie większe, całkiem spokojne owłosione krowy i dlaczego tak dobrze im w Kurozwękach? No i oczywiście czy warto telepać się tyle kilometrów by zobaczyć to miejsce? – o tym już za momencik. Zaczynajmy.

TROSZKĘ  HISTORII NA LUZIE PISANEJ

Nie był bym sobą, gdybym nie opisał Wam pokrótce dziejów tego miejsca. Przecież tak nie wypada, by zwiedzać bogate historycznie miejsce i nie mieć choć odrobiny pojęcia z czym mamy do czynienia. Prawda? Tak więc zaczynamy naszą opowieść od roku 1246 kiedy to po raz pierwszy nazwa małej wsi Kurozwansch pojawia się w źródłach pisanych.

Jak nie trudno się domyślić pierwszymi właścicielami byli Kurozwęscy, którzy poprzez bliskie stosunki z dworem królewskim, na przestrzeni wieków zdobyli dość pokaźny majątek, który pozwolił im rozbudować mały drewniany gródek w ufortyfikowaną posiadłość i tak w 1400 roku pojawia się informacja, że nad bagnistym  rozlewiskiem rzeki  Czarnej znajduje się zamek Curoswank.

Nie była to potężna warownia na miarę zamków królewskich, jednak na owe czasy była wystarczająca. Teren otoczono murem, a w jego centralnym punkcie wybudowano czterokondygnacyjną, czworoboczną wieżę mieszkalną. Trzeba przyznać, że Kurozwęcscy jak już zaczęli budować i modernizować, to jak typowy Polak – gdy ma tylko do pomalowania kilka ścian, nagle się okazuje, że remont zaczyna się wydłużać, bo dochodzą kolejne etapy modernizacji, aż w końcu wszystko będzie odnowione.

Nie inaczej było w tym przypadku i jak już rozpoczęto prace, to po wybudowaniu wieży mieszkalnej spojrzeli na swoje dzieło, a w zasadzie to daję sobie rękę uciąć, że spojrzała  Pani Dworu i zniesmaczona rzekła.

– Mężu, te drewniane domki na dziedzińcu psują cały ogląd rezydencji, zmieńmy je proszę na jakieś nowsze – No i mąż chcąc nie chcąc, przystał na tę prośbę wysupłując kolejne dość pokaźne sumy z sakwy przytroczonej do boku.

I tak w kolejnych latach znikała drewniana zabudowa dziedzińca, dobudowywano nowe budynki, zmieniano przestarzałe detale architektoniczne na te nowsze pasujące do czasów. Kolejni właściciele Lancokorńscy, którzy pojawili się w Kurozwękach po 1521 roku także w tym temacie nie próżnowali i budowali jak szaleni, stawiając kolejne budynki i budyneczki, coraz to mocniej podnosząc rangę posiadłości.

Nie będziemy jednak opisywać kto i co jeszcze dobudował, bo jeszcze pośniecie i lecimy w końcu do czasów nam bliższych, czyli do roku 1833 kiedy to okoliczne dobra wraz z pałacem przypadły hrabiemu Popielowi Pawłowi, który poślubił dziedziczkę tych ziem Emilię Sołtyk.

Od tego momentu Popielowie wzorem swoich poprzedników, rozpoczęli – uwaga na pewno Was zaskoczę – rozbudowę, której szczegółów już Wam łaskawie oszczędzę. Po raz kolejny przenosimy się w czasie, tym razem do roku 1945 kiedy to czarne chmury zebrały się nad majątkiem i przybrały postać zarazy komunistycznej, która odebrała majątek prawowitym właścicielom osadzając w tym miejscu, jak to miała w zwyczaju, dumne, wielkopowierzchniowe, prawie nowoczesne Państwowe Gospodarstwo Rolne. Pomieszczenia pałacowe zaadoptowano na biura i mieszkania pracownicze. Jak by tego jeszcze było mało to w 1956 urządzono tutaj placówkę naszego krwiopijcy narodowego – ZUS’u.

Po ZUS’ie z kolei jakaś mądra głowa, zapewne szukająca schronienia na stare lata,  stwierdziła – a może, tak zrobić tu „dom wariatów”? – i czym prędzej przystąpiono do prac przygotowawczych szpitala psychiatrycznego, które poszły na tyle niesprawnie, że już  niedługo pałac zyskał „dumne” miano ruiny.

Wydawać by się mogło, że to już koniec opowieści, jednak czarne chmury rozeszły się i zdarzył się CUD. Nie żartuję. Pałac w Kurozwękach powinien być umiejscowiony na mapie cudów polskich (o ile taka istnieje), bo po obaleniu komunizmu w Polsce,  zrujnowana posiadłość powróciła w ręce prawowitych właścicieli, którzy całe szczęście nie machnęli ręką na rozpadające się ściany, tylko zakasali rękawy i przystąpili wzorem swoich przodków jak i poprzednich właścicieli do remontu.

TERAŹNIEJSZOŚĆ, KTÓRA  BIZONEM SIĘ TOCZY

Rzadko się zdarza, musicie to przyznać, że majątki ziemskie dawnej Polski trafiają w ręce prawowitych właścicieli. Jeszcze rzadziej się zdarza, że Ci właściciele mają chęć, czas i pieniądze, a co najważniejsze pomysł na podniesienie z ruin swojego dobytku.

Tutaj pomysł był co najmniej nietypowy. W 2000 roku z Belgii sprowadzono pierwsze bizony – 20 jałówek i 2 byki, które dzięki sprzyjającym warunkom bytowym i dobrej opiece w niedługim czasie powiększyły stado do około 80 sztuk stając się jedną z głównych atrakcji i niekwestionowanym ambasadorem Kurozwęk.

Oczywiście należy pamiętać, że oprócz roli atrakcji turystycznej jaką pełnią, bizony hodowane są też na mięso, które możemy skosztować w przypałacowej restauracji, o ile oczywiście cena nas nie wystraszy.

Oprócz bizonów, na terenie przylegającym do pałacu znajdziemy także mini ZOO, w którym dzieciaki mają sposobność stanięcia chociażby oko w oko z majestatycznym strusiem. I jak by jeszcze tego było mało, to od niedawna kolejną atrakcją są gigantyczne labirynty wycinanie w polu kukurydzy w okresie letnim, więc o nudzie nie ma mowy.

Oczywiście nie należy zapominać także o możliwości nocowania w komfortowych pokojach, bo jak się pewnie domyślacie, część pokoi pałacowych przekształcono w pokoje hotelowe o podwyższonym standardzie i dzięki temu, pozyskiwane są kolejne fundusze przeznaczane w większości, na kolejne prace remontowe.

NASZA WYPRAWA

Jednak powróćmy do naszej wyprawy. Zajechaliśmy do Kurozwęk wczesnym rankiem, tak jak w zasadzie zawsze, gdy odwiedzamy popularne turystycznie miejsca. Powód jest prozaiczny – nie ma wtedy jeszcze takich tłumów, jakie pojawiają się w godzinach popołudniowych i nie trzeba się przepychać by móc zobaczyć coś ciekawego.

Nasza wycieczka zaczęła się jednak nietypowo, bo od szaleństwa dzieciaków pod zraszaczem ogrodowym, który akurat podlewał trawniki przed pałacem. Normalnie nie szło ich  stamtąd wyciągnąć i jedynie rzucone hasło  – Jedziemy do bizonów, czas rozpocząć przygodę – spowodowało, że wylazły spod ożywczego strumienia zimnej wody, z którego nie powiem i ja skwapliwie skorzystałem.

Tak więc ochłodzeni, pełni zapału i ciekawości usiedliśmy na przyczepie, przypominającej te, którymi kiedyś jeździłem na wykopki ziemniaków w szkole i po chwili wystartowaliśmy ciągnięci przez pyrkoczący i wesoło podskakujący na wybojach traktorek. W między czasie przewodnik zaznajomił nas z warunkami bezpieczeństwa, czyli głównie mówił o tym by nie drażnić „potworów” i po chwili przejechaliśmy w końcu przez bramę, gdzie na wyciągnięcie ręki odpoczywały leniwie potężne kudłate stwory.

Powiem Wam, że jak widzi się bizona w telewizji, lub na obrazku w książce to jednak nie jest to samo, gdy widzi się go na żywo. Dzieciaki nawet nie drgnęły wpatrzone z rozdziawionymi buziami w te potężne cielska zalegające tuż przy przyczepie. O dziwo nawet nadzwyczaj gadatliwa Gośka zamilkła, by nie obudzić gigantycznego przywódcy stada i trzeba przyznać, że udała się ta sztuka. Samiec alfa nie zbudził się i po niedługim czasie powróciliśmy przed pałac, którego lochy stanęły przed nami otworem.

Podziemia Pałacu w Kurozwękach

Podziemia pałacu pamiętają jeszcze czasy wcześniejszych budowli, jednak były na tyle dobrze wykonane, że kolejni budowniczowie nawet nie starali się zbytnio o ich modernizację. I dobrze, bo dzięki temu możemy cofnąć się w czasie i zagłębić się w mroczne czasy średniowiecza poznając historię od jej podwalin.

Wchodzimy do nich niestety w grupie prowadzonej przez przewodnika, przystając od czas do czasu by wysłuchać kolejnych części legendy o Popielu i jest to o tyle niewygodne zwiedzanie, że w przypadku grupy dużej, a takie podejrzewam zdarzają się dość często, ci którzy pozostają z tyłu nie bardzo mają okazję wsłuchać się w jej treść.

Jednak nasze szczuny akurat szły z przodu i sądząc po ich piskach i przerażonych minach, strach zajrzał im w oczy. Dużą zasługę w tym niecnym procederze straszenia dzieciaków miały  także porozstawiane makabryczne kukły i po chwili nawet zawsze odważna Marysia, wybałuszyła oczy i wtuliła się w Ewę z nadzieją na jak najszybsze opuszczenie tego „okropnego” miejsca.

Po wyjściu z podziemi, w oczekiwaniu na kolejnego przewodnika przysiedliśmy  na dziedzińcu w cieniu murów pałacowych, gdzie w oczy rzuciły mi się zdjęcia przedstawiające stan pałacu na początku lat 90. Jak będziecie kiedyś na miejscu dajcie sobie chwilę i im się przyjrzyjcie.

Zrozumiecie, dlaczego wcześniej napisałem, że miał tu miejsce cud. Obrazy przedstawiające zrujnowaną posiadłość dobitnie pokazują ile pracy wymagało jej podniesienie z kolan. Po chwili nadeszła kolejna Pani przewodnik i poprowadziła nas na salony, zahaczając po drodze o salę balową, taras widokowy, krużganki i pałacową kaplicę.

Wycieczkę zaś zakończyliśmy w małym muzeum prezentującym „Skarby i pamiątki rodu Popielów oraz obrazy Józefa Czapskiego”. Niestety nasze lumpki małe, po chwili stwierdziły, że już się naoglądały wystarczająco staroci i chcąc nie chcąc, opuściliśmy chłodne mury pałacowe i udaliśmy się na plac zabaw, gdzie znowu przywitała nas temperatura z piekła rodem.

PODUSMOWUJĄC

Jest dobrze, a nawet czasami lepiej niż dobrze. Jednak by być obiektywnym to jedna rzecz mnie drażniła i to mocno – czyli wiedza, a ściślej mówiąc jej brak Pani oprowadzającej po podziemiach zamkowych, która oprócz kilku wykutych na przysłowiową blachę regułek, nie potrafiła wydusić z siebie nic innego, a szkoda bo pewnie można było by poopowiadać kilka niesztampowych ciekawostek, które zdecydowanie urozmaiciły by zwiedzanie.

Zresztą brak wiedzy nie był tu najbardziej rażący, tylko chęć jak najszybszego odbębnienia wycieczki – bo przecież ile można oprowadzać jakiś turystów i w ogóle co tutaj jest interesującego?  

Mimo tego jednego zgrzytu uważam,  że Pałac w Kurozwękach i jego atrakcje  warto obejrzeć i gdy tylko będziecie w okolicy – sami lub z dzieciakami – to bez żadnych oporów zasuwajcie do Kurozwęk na spotkanie bizonów i ciekawej historii. Nasze szlaki zdecydowanie polecają to miejsce każdemu rządnemu przygód turyście!

LEGENDA

W końcu dobrnęliśmy do końca i czas na opowiadanie. Legendę o Popielu sobie darujemy, przecież gdy w końcu odwiedzicie Kurozwęki to ją na pewno usłyszycie, dlatego dzisiaj opowiem Wam o legendę o utopcach zamieszkujących rzekę Czarną, przepływającą niedaleko pałacu.

Każdy z okolicznych mieszkańców wiedział dokładnie, że do rzeki po północy nie można się zbliżać i basta. Nie z powodu chmar komarów tnących z taką zajadłością, że z dorosłej krowy potrafiły wyssać tyle krwi w jedną noc, że ta ledwo słaniała się na nogach o poranku. Co to, to nie.

Czarną rzekę wszyscy omijali z daleka z jednego powodu- zamieszkały ją demony słowiańskie utopcami zwane. Straszne to były poczwary zrodzone z dusz nieszczęśników, którzy życie stracili w odmętach rzeki. Przybierały one postać wysokich, nienaturalnie wychudzonych istot o zielonkawej skórze porośniętej glonami. Ich wielka głowa zatapiała się w wodospadzie czarnych jak smoła, długich włosów opadających w nieładzie na kościste ramiona.

Już sam widok zbliżającego się utopca napawał przerażeniem nieszczęśnika, który nieświadomie zapuścił się na ich terytorium i nie inaczej było w przypadku młodego Jasia, który zapomniawszy się przysnął nad rzeką i nie zauważył zbliżającej się godziny duchów. Obudził go szmer połączony z dziwnym, chrapliwym oddechem.

Nagle Jaś poczuł szarpnięcie. Strach zalał jego zmysły, niczym woda zalewająca płuca topielca,  gdy zobaczył szponiastą dłoń z błoną rozciągniętą pomiędzy palcami, która wpiła się w jego prawą łydkę. Utopiec ciągnął swoją ofiarę bezceremonialnie do rzeki, a ta szarpiąc się   wzywała pomocy. Chłopak zaciekle walczył o życie, kopał i rzucał kamieniami pochwyconymi z ziemi w potwora najmocniej jak potrafił, jednak nie przynosiło to spodziewanego efektu i koniec zdawał się coraz bliższy.

Jednak ślepy traf sprawił, że ostatni wyrzucony otoczak trzasnął z taką siłą w potylicę demona, że ten wyjąc z bólu poluźnił lekko morderczy uścisk, co pozwoliło Jasiowi  na wyrwanie się z jego objęć i dało możliwość ucieczki. Biegł ile sił w nogach, aż w końcu dobiegł do miasta gdzie usiadł na ziemi i zaszlochał ciesząc się z ocalonego życia.

Na drugi dzień Jaś obudził się dygocząc. Usiadł na skraju łóżka i ukrył twarz w dłoniach. Zimny pot spływał mu po skroni, gdy złość zaczęła wypełniać jego umysł – zemszczę się – pomyślał – Czas skończyć tyranię utopców. Już nikogo więcej nie wciągną w odmęty czarnej rzeki – po czym wstał i przystąpił do realizacji planu, który naprędce opracował.

Jak się okazało pomysł Jasia był prosty, a te pomysły jak wiecie są zazwyczaj najbardziej skuteczne. Skoro wiadomo, że utopce wychodzą na brzeg w poszukiwaniu ofiar po północy, to wystarczy przyczaić się na nie z wielkim worem i po błyskawicznym zarzuceniu go na potwora związać go silnie i pozostawić na brzegu do wyschnięcia i jak pomyślał tak uczynił.

Namówił jeszcze okolicznych mieszkańców, co by samemu się nie podejmować tak trudnego zadania i w noc, którą rozświetlał księżyc w pełni, udali się we wskazane przez Jasia miejsce.

Po niedługim czasie, gdy zegar na wieży miejskiej zaczął wybijać północ, wody rzeki zabulgotały tak, jak bulgocze gotującą się woda w czajniku. Stwory zaczęły wychodzić jeden po drugim na brzeg, wypatrując  wyblakłymi  oczami swoich ofiar i wtedy Jaś bezgłośnie wydał polecenie do ataku. Rozpoczęła się walka.

Mimo, że utopce silne są jak byki, to masa ludzi jaka na nich natarła zaczęła przeważać szalę zwycięstwa na swoją stronę i co chwila  kolejny demon lądował bezwładnie związany  na brzegu. Gdy kurz bitewny opadł, brzegi rzeki zaściełane były poruszającymi się workami z przerażającą zawartością. 

Wycie demonów jakie rozległo się, gdy pierwsze promienie słońca zaczęły wysuszać ich skórę jest nie do opisania. Nawet najtwardsi mężowie zasłaniali uszy, nie mogąc wytrzymać tego dziwacznego skomlenia. Utopce jeden po drugim zamieniały się w popiół, aż w końcu ostatni z nich wyzionął w męczarniach ducha, pozostawiając po sobie jedynie mroczne  wspomnienie.

 INFORMACJE PRAKTYCZNE

Cennik obowiązujący od kwietnia 2017

Wstęp na teren:

ulgowy – 3 zł
normalny – 4 zł

Lochy pełne tajemnic:

ulgowy – 4 zł
normalny – 5 zł

Pałac i jego skarby

ulgowy – 8 zł
normalny – 9 zł

Safari Bizon

ulgowy – 8 zł
normalny – 9 zł

Labirynt

ulgowy – 4 zł
normalny – 6 zł


 

Michał Baranowski

Autor artykułów i fotografii na blogu podróżniczym Nasze Szlaki. Podróżnik na pół etatu. Najlepiej czuje się w mrocznych, wilgotnych podziemiach starych zamczysk, gdzie dokopuje się do mrocznych tajemnic i legend.

11 komentarzy

  • Renegat z Gór

    Te zdjęcia to by się do jakiegoś albumu nadawały. Lubię oglądać fotografie, mogę poczuć się wtedy jak bym odwiedziła to miejsce.
    Pozdrawiam

  • Genowefa Rudnik

    Poza pałacem kochani jest w Kurozwękach przepiękny zespół klasztorny z bardzo bogatą historią. Braciszkowie bardzo chętnie spotykają się i lubią poopowiadać o swoim domu. Zachęcam do rozmów z nimi można się wiele dowiedzieć a legendy tam są nie wszystkie takie straszne. I o tych utopcach to nie słyszałam a pracowałam w bibliotece w Staszowie wiele lat. Do Staszowa też zapraszam, jest pięknie bardzo zwłaszcza na wiosnę.

    • Michał

      Michał

      Być może słyszała Pani legendę o południcach ze Staszowa, jednak wczytałem się w nią i po prostu nie trzymała się tak zwanej kupy. Bo według oryginału to południce miały zaciągać Jasia do rzeki, jednak ten spowodował fortelem, że wyschły. Należy wziąć pod uwagę, że Południce to słowiańskie demony polne, które pojawiały się w południe (stąd nazwa) na polach, szczególnie w gorące dni i nie miały nic wspólnego z wodą, w przeciwieństwie do utopców , stąd ta logiczna mała zmiana demonów.

  • Daria O.

    Kurozwęki są fajne ale bardzo skomercjalizowane, poza tym wydaje się tanio ale gdy pojechaliśmy z kilkorgiem znajomych i wszyscy z dziećmi to nie było tak tanio wcale. Za wszystko trzeba płacić, gdzie nie chcesz wejść to już ktoś czeka na kasę, to mi się nie podobało.

    • Roman z Dala

      Wyczuwam w Pani komentarzach skrywaną ciągotkę do agresji i przemocy.
      To nie jest normalne że tak ładną i młodą kobietę najbardziej kręci krew i historie z przemocą.
      Proszę nie brać tego do siebie Pani Kamilo

      • Kamila

        Kamila

        Za to ja wyczuwam w Panu nierozgarniętego rolnika, któremu się wydaje, że może być psychoterapeutą.
        Proszę nie brać tego do siebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *