Pałac w Kurozwękach stoi we wsi Kurozwęki w województwie świętokrzyskim. Wzniesiono go w XIV wieku i od tego czasu wielokrotnie przebudowano.

Opowiemy dziś o pałacu w Kurozwękach, który jak by nie patrzeć, jest jedną z wielu perełek, które możemy odnaleźć w województwie świętokrzyskim. Stoi on w małej miejscowości Kurozwęki położonej w obrębie Pogórza Szydłowskiego w województwie świętokrzyskim.

Co nas przyciągnęło w to miejsce? Czy zwiedzanie lochów może przerazić i kogo najbardziej? Czy to prawda, że bizony to takie większe, całkiem spokojne i owłosione krowy? Dlaczego tak dobrze im w Kurozwękach? No i oczywiście czy warto tłuc się tyle kilometrów, by zobaczyć pałac w Kurozwękach? Na te i na wiele innych pytań postaram się odpowiedzieć w artykule poniżej.

Pałac w Kurozwękach i trochę jego bogatej historii

Wnętrze pałacu w Kurozwękach.

Nie byłbym sobą, gdybym nie opisał Wam pokrótce dziejów tego miejsca. Przecież tak nie wypada, by zwiedzać historyczne miejsce i nie mieć odrobiny pojęcia, z czym mamy do czynienia, prawda? Tak więc zaczynamy naszą opowieść od roku 1246, kiedy to po raz pierwszy nazwa małej wsi Kurozwansch pojawia się w źródłach pisanych.

Jak nietrudno się domyślić pałac w Kurozwękach należał na początku do rodziny Kurozwęckich, którzy poprzez bliskie stosunki z dworem królewskim, na przestrzeni wieków zdobyli dość pokaźny majątek. Bogactwo to pozwoliło im rozbudować mały drewniany gródek w ufortyfikowaną posiadłość i tak w 1400 roku pojawia się informacja, że nad bagnistym rozlewiskiem rzeki Czarnej znajduje się zamek Curoswank.

Nie była to potężna warownia na miarę zamków królewskich, jednak na owe czasy była wystarczająca. Teren otoczono murem, a w jego centralnym punkcie wybudowano czterokondygnacyjną, czworoboczną wieżę mieszkalną. Trzeba przyznać, że Kurozwęccy jak już zaczęli budować i modernizować, to jak typowy Polak, gdy ma tylko do pomalowania kilka ścian, kończy się to wielkim remontem wszystkiego.

Czas na rozbudowę pałacu

Pałac w Kurozwękach.

Nie inaczej było w tym przypadku. Gdy rozpoczęto prace, po wybudowaniu wieży mieszkalnej, właściciele spojrzeli na swoje dzieło, a w zasadzie to daję sobie rękę uciąć, że spojrzała pani na włościach i zniesmaczona rzekła.

Mężu, te drewniane domki na dziedzińcu psują cały ogląd rezydencji zmieńmy je, na jakieś nowsze. – No i mąż, chcąc nie chcąc, przystał na tę prośbę, wysupłując kolejne dość pokaźne sumy z sakwy przytroczonej do boku. I tak w kolejnych latach znikała drewniana zabudowa dziedzińca, dobudowywano nowe budynki, zmieniano przestarzałe detale architektoniczne na te nowsze pasujące do czasów.

Kolejni właściciele Lancokorńscy, którzy pojawili się w Kurozwękach po 1521 roku, także w tej sprawie nie próżnowali i budowali jak szaleni, stawiając kolejne budynki i budyneczki, coraz to mocniej podnosząc rangę posiadłości. Nie będziemy jednak opisywać kto i co jeszcze dobudował, lecimy do czasów nam bliższych, czyli do roku 1833, kiedy to okoliczne dobra wraz z pałacem przypadły hrabiemu Popielowi Pawłowi, który poślubił dziedziczkę tych ziem Emilię Sołtyk. Od tego momentu Popielowie wzorem swoich poprzedników, rozpoczęli kolejną rozbudowę pałacu.

Po raz kolejny przenosimy się w czasie, tym razem do roku 1945, kiedy to czarne chmury zebrały się nad majątkiem i przybrały postać zarazy komunistycznej, która odebrała pałac prawowitym właścicielom, osadzając w tym miejscu, jak to miała w zwyczaju, dumne, wielkopowierzchniowe, prawie nowoczesne Państwowe Gospodarstwo Rolne. Pomieszczenia pałacowe zaadoptowano na biura i mieszkania pracownicze. Jak by tego jeszcze było mało, to w 1956 urządzono tutaj placówkę naszego krwiopijcy narodowego, ZUS’u.

Po ZUS’ie z kolei jakaś mądra głowa zapewne szukająca schronienia na stare lata stwierdziła, a może by tak zrobić tu „dom wariatów”? – Czym prędzej przystąpiono do prac przygotowawczych szpitala psychiatrycznego, które poszły na tyle niesprawnie, że już niedługo pałac zyskał „dumne” miano ruiny. Wydawać by się mogło, że to już koniec opowieści, jednak czarne chmury rozeszły się i zdarzył się CUD, nie żartuję.

Pałac w Kurozwękach powinien być umiejscowiony na mapie cudów polskich (o ile taka istnieje), bo po obaleniu komunizmu w Polsce,  zrujnowana posiadłość powróciła w ręce prawowitych właścicieli, którzy całe szczęście nie machnęli ręką na rozpadające się ściany, tylko zakasali rękawy i przystąpili wzorem swoich przodków, jak i poprzednich właścicieli do remontu zabytku.

Pałac w Kurozwękach teraźniejszość, bizony i miniaturowe zoo

Bizony z pałacu w Kurozwękach

Rzadko się zdarza, musicie to przyznać, że majątki ziemskie dawnej Polski trafiają w ręce prawowitych właścicieli. Jeszcze rzadziej ci właściciele mają chęć, czas i pieniądze, a co najważniejsze pomysł na podniesienie z ruin swojego dobytku. Tutaj pomysł był co najmniej nietypowy. W 2000 roku z Belgii sprowadzono pierwsze bizony, 20 jałówek i 2 byki, które dzięki sprzyjającym warunkom bytowym i dobrej opiece w niedługim czasie powiększyły stado do około 80 sztuk, stając się jedną z głównych atrakcji i niekwestionowanym ambasadorem Kurozwęk.

Oczywiście należy pamiętać, że oprócz roli atrakcji turystycznej jaką pełnią, bizony hodowane są też na mięso, które możemy skosztować w przypałacowej restauracji, o ile oczywiście cena nas nie wystraszy. Oprócz bizonów, na terenie przylegającym do pałacu znajdziemy także mini ZOO, w którym dzieciaki mają sposobność zetknięcia się oko w oko z majestatycznym strusiem. Jak by tego było mało, to od niedawna kolejną atrakcją są gigantyczne labirynty wycinanie w polu kukurydzy w okresie letnim, więc o nudzie nie ma mowy.

Oczywiście nie należy zapominać także o możliwości nocowania w komfortowych pokojach, bo jak się pewnie domyślacie, część pokoi pałacowych przekształcono w pokoje hotelowe o podwyższonym standardzie i dzięki temu, pozyskiwane są kolejne fundusze przeznaczane w większości, na kolejne prace remontowe.

Nasza wyprawa do pałacu w Kurozwękach

Pałac w Kurozwękach.

Jednak powróćmy do naszej wyprawy. Odwiedziliśmy pałac w Kurozwękach wczesnym rankiem, tak jak w zasadzie zawsze, gdy odwiedzamy popularne turystycznie miejsca. Powód jest prozaiczny, nie ma wtedy takich tłumów, jakie pojawiają się w godzinach popołudniowych i nie trzeba się przepychać by móc zobaczyć coś ciekawego.

Nasza wycieczka zaczęła się jednak nietypowo, bo od szaleństwa dzieciaków pod zraszaczem ogrodowym, który akurat podlewał trawniki przed pałacem. Normalnie nie szło ich  stamtąd wyciągnąć i jedynie rzucone hasło; jedziemy do bizonów, czas rozpocząć przygodę, spowodowało, że wylazły spod ożywczego strumienia zimnej wody, z którego nie powiem i ja skwapliwie skorzystałem.

Tak więc ochłodzeni, pełni zapału i ciekawości usiedliśmy na przyczepie, przypominającej te, którymi kiedyś jeździłem na wykopki ziemniaków w szkole i po chwili wystartowaliśmy ciągnięci przez pyrkoczący i wesoło podskakujący na wybojach traktorek.

W międzyczasie przewodnik zaznajomił nas z warunkami bezpieczeństwa, czyli głównie mówił o tym, by nie drażnić włochatych „potworów”. Bizony pasą się tuż za bramą pałacu i znajdują się dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Powiem Wam, że jak widzi się bizona w telewizji, lub na obrazku w książce to jednak nie jest to samo, gdy widzi się go na żywo. Dzieciaki nawet nie drgnęły wpatrzone z rozdziawionymi buziami w te potężne cielska zalegające tuż przy przyczepie. O dziwo nawet nadzwyczaj gadatliwa Gośka zamilkła, by nie obudzić gigantycznego przywódcy stada i trzeba przyznać, że udała się ta sztuka. Samiec alfa nie zbudził się i po niedługim czasie powróciliśmy przed pałac, którego lochy były kolejnym etapem zwiedzania.

Pałac w Kurozwękach podziemia i lochy

Pałac w Kurozwękach podziemia i lochy pałacowe

Podziemia pałacu w Kurozwękach pamiętają jeszcze czasy wcześniejszych budowli, jednak były na tyle dobrze wykonane, że kolejni budowniczowie nawet nie starali się zbytnio o ich modernizację i dobrze, bo dzięki temu możemy cofnąć się w czasie, by zagłębić się w mroczne czasy średniowiecza, poznając historię od jej podwalin.

Do podziemi wchodzimy niestety w grupie prowadzonej przez przewodnika, przystając od czasu do czasu, by wysłuchać kolejnych części legendy o Popielu. Jest to o tyle niewygodne zwiedzanie, że w przypadku grupy dużej, a takie podejrzewam, zdarzają się dość często ci, którzy pozostają z tyłu, nie bardzo mają okazję posłuchać gawędziarza.

Jednak nasze szczuny akurat szły z przodu i sądząc po ich piskach i przerażonych minach, strach zajrzał im w oczy. Dużą zasługę w tym niecnym procederze straszenia dzieciaków miały także porozstawiane makabryczne kukły i po chwili nawet zawsze odważna Marysia, wybałuszyła oczy i wtuliła się w Ewę z nadzieją na jak najszybsze opuszczenie tego „okropnego” miejsca.

Po wyjściu z podziemi, w oczekiwaniu na kolejnego przewodnika przysiedliśmy na dziedzińcu w cieniu murów pałacowych, gdzie w oczy rzuciły mi się zdjęcia przedstawiające stan pałacu na początku lat 90. Jak będziecie kiedyś na miejscu, dajcie sobie chwilę i im się przyjrzyjcie. Zrozumiecie, dlaczego wcześniej napisałem, że miał tu miejsce cud. Obrazy przedstawiające zrujnowaną posiadłość dobitnie pokazują, ile pracy wymagało podniesienie jej z kolan.

Po chwili nadeszła kolejna Pani przewodnik i poprowadziła nas na salony, zahaczając po drodze o salę balową, taras widokowy, krużganki i pałacową kaplicę. Wycieczkę zaś zakończyliśmy w małym muzeum prezentującym „Skarby i pamiątki rodu Popielów oraz obrazy Józefa Czapskiego”. Niestety nasze dzieci po chwili stwierdziły, że już się naoglądały wystarczająco staroci i chcąc nie chcąc, opuściliśmy chłodne mury pałacowe i udaliśmy się na plac zabaw, gdzie znowu przywitała nas temperatura z piekła rodem.

Podsumowując naszą wyprawę do pałacu w Kurozwękach

Pałac w Kurozwękach

Jest dobrze, a nawet lepiej niż dobrze. Jednak by być obiektywnym, to jedna rzecz mnie drażniła i to mocno, czyli wiedza, a ściślej mówiąc jej brak Pani oprowadzającej po podziemiach zamkowych, która oprócz kilku wykutych na przysłowiową blachę regułek, nie potrafiła wydusić z siebie nic innego, Szkoda, bo pewnie można byłoby poopowiadać kilka niesztampowych ciekawostek, które zdecydowanie urozmaiciłyby zwiedzanie.

Zresztą brak wiedzy nie był tu najbardziej rażący, tylko chęć jak najszybszego odbębnienia wycieczki, bo przecież ile można oprowadzać turystów to samo w kółko. Mimo tego jednego zgrzytu uważam,  że Pałac w Kurozwękach i jego atrakcje  warto obejrzeć i gdy tylko będziecie w okolicy, sami lub z dzieciakami, to bez żadnych oporów zasuwajcie do Kurozwęk na spotkanie bizonów i ciekawej historii. Nasze Szlaki zdecydowanie polecają to miejsce każdemu żądnemu przygód turyście!

Pałac w Kurozwękach ciekawostki

  • Pałac w Kurozwękach wzniesiono w XIV wieku, lecz niewielka część oryginalnej budowli przetrwała do dzisiaj. Częste przebudowy i ulepszenia zmieniły bryłę budynku niemal zupełnie.
  • W okolicy pałacu mieści się stadnina koni arabskich i hodowla bizonów amerykańskich.
  • W pałacowych parkach i ogrodach znajdują się aż 3 drzewa, które są pomnikami przyrody.
  • Ciekawym miejscem jest organizowany co roku labirynt w polu kukurydzy.
  • O Kurozwękach powstał film fabularny w roku 1974 – Sen o Kurozwękach, którego reżyserem i autorem był Stanisław Janicki.
  • W pałacu kręcono również jedną z części serialu Ojciec Mateusz.

Pałac w Kurozwękach i legenda o utopcach z Czarnej rzeki

Wodnik z jeziora

W końcu dobrnęliśmy do końca wizyty w pałacu i czas na opowiadanie. Legendę o Popielu sobie darujemy, przecież gdy w końcu odwiedzicie pałac w Kurozwękach, to ją na pewno usłyszycie, dlatego dzisiaj opowiem Wam o legendę o utopcach zamieszkujących rzekę Czarną, przepływającą niedaleko pałacu.

Każdy z okolicznych mieszkańców wiedział dokładnie, że do rzeki po północy nie można się zbliżać i basta. Nie z powodu chmar komarów tnących z taką zajadłością, że z dorosłej krowy potrafiły wyssać tyle krwi w jedną noc, że ta ledwo słaniała się na nogach o poranku. Co to, to nie.

Czarną rzekę wszyscy omijali z daleka z jednego powodu, zamieszkały ją demony słowiańskie utopcami zwane. Straszne to były poczwary zrodzone z dusz nieszczęśników, którzy życie stracili w odmętach rzeki. Przybierały one postać wysokich, nienaturalnie wychudzonych istot o zielonkawej skórze porośniętej glonami. Ich wielka głowa zatapiała się w wodospadzie czarnych jak smoła, długich włosów opadających w nieładzie na kościste ramiona.

Już sam widok, zbliżającego się utopca napawał przerażeniem nieszczęśnika, który nieświadomie zapuścił się na ich terytorium i nie inaczej było w przypadku młodego Jasia, który zapomniawszy się, przysnął nad rzeką i nie zauważył zbliżającej się godziny duchów. Obudził go dopiero szmer połączony z dziwnym, chrapliwym oddechem.

Nagle Jaś poczuł szarpnięcie. Strach zalał jego zmysły, niczym woda zalewająca płuca topielca, gdy zobaczył szponiastą dłoń z błoną rozciągniętą pomiędzy palcami, która wpiła się mu prawą łydkę. Utopiec ciągnął swoją ofiarę bezceremonialnie do rzeki, a ta szarpiąc się,   wzywała pomocy. Chłopak zaciekle walczył o życie, kopał i rzucał w potwora kamieniami pochwyconymi z ziemi najmocniej, jak potrafił, jednak nie przynosiło to spodziewanego efektu i koniec zdawał się coraz bliższy.

Jednak ślepy traf sprawił, że ostatni wyrzucony otoczak trzasnął z taką siłą w potylicę demona, że ten wyjąc z bólu, poluźnił lekko morderczy uścisk, co pozwoliło Jasiowi na wyrwanie się z jego objęć i dało możliwość ucieczki. Biegł ile sił w nogach, aż w końcu dobiegł do miasta, gdzie usiadł na ziemi i zaszlochał, ciesząc się z ocalonego życia.

Na drugi dzień Jaś obudził się, dygocząc. Usiadł na skraju łóżka i ukrył twarz w dłoniach. Zimny pot spływał mu po skroni, gdy złość zaczęła wypełniać jego umysł, zemszczę się, pomyślał. Czas skończyć tyranię utopców. Już nikogo więcej nie wciągną w odmęty czarnej rzeki. Po czym wstał i przystąpił do realizacji planu, który naprędce opracował.

Jak się okazało, pomysł Jasia był prosty, a takie pomysły jak wiecie, są zazwyczaj najbardziej skuteczne. Skoro wiadomo, że utopce wychodzą na brzeg w poszukiwaniu ofiar po północy, to wystarczy przyczaić się na nie z wielkim worem i po błyskawicznym zarzuceniu go na potwora związać go silnie i pozostawić na brzegu do wyschnięcia.

Jasiu, namówił jeszcze okolicznych mieszkańców, co by samemu się nie podejmować tak trudnego zadania i w noc, którą rozświetlał księżyc w pełni, udali się we wskazane przez Jasia miejsce.

Po niedługim czasie, gdy zegar na wieży miejskiej zaczął wybijać północ, wody rzeki zabulgotały tak, jak bulgocze gotującą się woda w czajniku. Stwory zaczęły wychodzić jeden po drugim na brzeg, wypatrując wyblakłymi oczami swoich ofiar i wtedy Jaś bezgłośnie wydał polecenie do ataku. Rozpoczęła się walka.

Mimo że utopce silne są jak byki, to masa ludzi, jaka na nich natarła, zaczęła przeważać szalę zwycięstwa na swoją stronę i co chwila  kolejny demon lądował bezwładnie związany na brzegu. Gdy kurz bitewny opadł, brzegi rzeki zaściełane były poruszającymi się workami z przerażającą zawartością. 

Wycie demonów, jakie rozległo się, gdy pierwsze promienie słońca zaczęły wysuszać ich skórę, jest nie do opisania. Nawet najtwardsi mężowie zasłaniali uszy, nie mogąc wytrzymać tego dziwacznego skomlenia. Utopce jeden po drugim zamieniały się w popiół, aż w końcu ostatni z nich wyzionął w męczarniach ducha, pozostawiając po sobie jedynie mroczne  wspomnienie.